2009-01-07

夏日香氣 여름향기 Aromat lata

To tytuł koreańskiego serialu romantycznego (oczywiście właśnie). Od wczoraj przebrnęłam (tak, to właściwe słowo) przez siedem odcinków. Wiecie, morwa to morwa, ale jak nie leczy - antybiotyki. Dobrze, że są na podorędziu... W każdym razie, pozwoliłam sobie z okazji ukończenia sesji (wyniki... a kogo obchodzą wyniki?! Ważne, że to już za mną ;)) oraz z okazji antybiotyków na Nieróbstwo Totalne. To nie jest takie zwykłe nieróbstwo, że nie posprzątam w pokoju (o tym nie warto wspominać, bo zdarza się w 9 wypadkach na 10), że nie zrobię czegoś tam, bo wolę poleżeć. Nieróbstwo Totalne wymaga przygotowań. Przede wszystkim - upewnij się, że możesz (i chcesz!) przytyć jakieś 5 kilo. Podczas NT zabrania się surowo wszelkiej aktywności fizycznej. Nie zabrania się za to żarcia dużo, dobrze i niezdrowo - tak więc przytaszczenie trzydniowych zapasów stanowiło następny punkt przygotowań. Rzecz kolejna - przygotowanie dużej ilości kocyków, poduszek, czego tam jeszcze - żeby nam się odgniotki na co wrażliwszych częściach ciała nie porobiły. Czajnik - bo duże ilości herbatki są nieodłącznym elementem wychodzenia z choroby. Internet też dużo ułatwia. Muzyka. Książki. No i - filmy.
Nie chce mi się nawet wymieniać tytułów tych wszystkich ambitnych filmów, które błagają z półeczki, bym je wreszcie obejrzała (do tej pory nie było czasu). Obejrzę, obejrzę... Ale NT wymaga również braku zaangażowania zwojów mózgowych. Więc - koreański serial jest jak najbardziej na miejscu.
Po pierwsze: akcja zmieściłaby się w trzech zdaniach.
Po drugie: dialogi są takie same jak w peruwiańskich Luz Mariach itp.
Po trzecie: można iść w trakcie do ubikacji bez pauzowania :D
A teraz prawdziwy powód, dla którego to oglądam.
Chiński dubbing. Jest świetny. Głosy cudownie dopasowane do kompletnego braku mimiki/przesadnej mimiki bohaterów. No i brak napisów. Zwłaszcza to ostatnie mnie zafascynowało - bo zawsze podpierałam się jednak napisami i w momentach krytycznych pauzowałam i leciałam po słownik :) Tutaj napisów nie ma, więc słucham. Frazy wpadające w ucho, zwroty grzecznościowe, poprawne użycie wszystkich pokopanych i niemożliwych do zapamiętania 下来 i 下去, a także... zdrowa dawka niczym nie skrępowanego śmiechu. Nie kocham się w ulubieńcu rozchichotanych chińskich nastolatek (宋承憲 송승헌 Song Seung Heon), bo według mnie wygląda jak 15-letni chłopczyk a nie jak amant :D Zgranie do cna na wskroś romantycznego Mendelssohna też mnie nie bierze. Historia... no naprawdę, ona miała przeszczep serca i przypadkiem poznaje ukochanego dawczyni, a za każdym razem, gdy go widzi, okazuje się, że serce bije mocniej - pewnie ukochana zza grobu daje znać, że pamięta :D No nie da się ani ćwierć słowa wziąć na poważnie :D Ale... Sprawia mi jakąś masochistyczną przyjemność oglądanie; zauważam drobiazgi. Na przykład: przed podarowaniem pierścionka zaręczynowego para nie trzyma się nawet za ręce. Przed zaręczynami para się nie całuje. Co więcej, przed zaręczynami facet nie ma prawa wstępu do mieszkania swej lubej. I to mimo iż znają się od czasów wczesnego liceum... No takie tam.
Różnice kulturowe istnieją, grrr. Oczywiście, seriale romantyczne nie są serialami dokumentalnymi. Ale w naszych pary się bzykają i często zmienia się skład, a w tych koreańskich - brak cielesności, dotknięcie jest już zazwyczaj przegięciem. A jak facet próbował dziewczynę cmoknąć, to następnego dnia ją przepraszał, że to dlatego, że już się tak zżyli i po prostu przestał nad sobą panować...
Buuu...
Jedyna nadzieja w fakcie, że reprezentant mniejszości Yi jest dużo mniej skrępowany mocno rozbudowaną etykietą azjatycką, a chińską w szczególności. W ogóle, mniejszości szczycą się tym, że potrafią mówić prosto z mostu w przeciwieństwie do Hanów i innych Azjatów; tym, że potrafią robić i pić wódkę (kiedyś napiszę, jak piłam z Tybetańczykami... ale był bal! :D); tym, że mężczyźni... hmmm... nie, na ten temat nic nie napiszę, trochę się jednak wstydzę :D
Cóż. Dwie pierwsze przechwałki zweryfikuję już w najbliższą sobotę :D

梅蘭芳 Mei Lanfang

Najnowszy film Chena Kaige. Tytuł to po prostu imię głównego bohatera - Mei Lanfang. Imię to zna każdy Chińczyk. Nie tylko dlatego, że to jeden z czterech najsławniejszych śpiewaków opery pekińskiej (to bym zrozumiała), ale przede wszystkim (sic) dlatego, że stał się symbolem patriotycznym. Nie chciał śpiewać dla Japończyków w czasie okupacji. Bierny opór, tak lubiany przez Chińczyków...
Cóż. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, tak naprawdę przez ośli upór ocalił życie. Japończycy go nie zabili za to, że nie chciał współpracować, a gdyby współpracował, to późniejsze chińskie władze by go wykończyły za kolaborację... Kiedy mówię, że dla współczesnych Chińczyków ważniejsza jest jego rola społeczna niż muzyczna, naprawdę nie przesadzam - przerozmawialiśmy o nim kiedyś pół zajęć z chińskiego mówionego i nasz nauczyciel rozentuzjazmowany powtarzał, że to był wzór Chińczyka!
Piszę o tym, bo .... hmmm... jak by tu powiedzieć. To nie to, że dla Chena Kaige ważniejszy był ten artysta jako patriota (nieustępliwy wobec wroga, bla bla bla), przecież film JEST filmem muzycznym. Ale... no, jakoś tak mnie ta moralizatorska strona wpieniła.
I to była jedyna wpieniająca mnie strona. Podoba mi się obsada (nienawidzę serdecznie Zhang Ziyi, ale dało się ją przeżyć w tym filmie.... I nieźle śpiewa jako facet ;) ), dobrze, że zamiast Wang Leehoma rolę główną dostał Leon Lai. Było kilka niezłych dialogów - między żoną i kochanką. Między Japończykami i Nim. Nie wiem, jakie będą w wersji angielskiej/polskiej, ale po chińsku - rewelacja. No właśnie. Nabieram wprawy w oglądaniu wyłącznie po chińsku. Na filmy sensacyjne jeszcze jestem za kiepska, ale biografie, romanse, a nawet komedie już przyswajam. :)

2009-01-02

busik 巴士

Jeśli bym nie wiedziała, za co kocham Azję, to samochodowe obicia w małe Snoopiki są dla mnie wystarczającym powodem :)