2025-12-31

sylwestrowo

Zgodnie z nową świecką tradycją - tuzin fotek obrazujących te chwile, do których chcę wracać. Styczeń:
Wycieczka do Lincangu, ze szczególnym uwględnieniem miasteczka Lushi.
 
Luty:
Marzec:
Wycieczka na mój własny kampus w celu podziwiania kwitnących wiśni.
Kwiecień:
Trzydniowa wycieczka do Anningu. Tak niby niedaleko, a odwiedziłam Anning pierwszy raz od lat!
 
Maj:
Majówka w absolutnie urzekającym miasteczku Huize
Czerwiec:
Obchody Dnia Dziecka w przecudnym Puzhehei.
 Lipiec:
Fantastyczna wycieczka do Chongqingu
 Sierpień:
Miesiąc z dala od Tajfuniątka i ZB! Było ciężko. Ale - daliśmy radę.
 Wrzesień:
Kolejna wizyta młodszej "siostrzyczki" Tajfuniątka o podobnych korzeniach. Migawki znad Sungari, tęsknimy! 
Październik:
Pojawienie się w Kunmingu nowej polskiej cioci (to w Jej mieszkaniu zrobione zdjęcie halloweenowe).
 
Listopad:
Sezon miłorzębowy i złota kunmińska jesień (nareszcie!) 
Grudzień:
Parę miłych chwil z wieloma miłymi ludźmi. Tym razem tuż po wyjściu z kina (Jak widać, z Zootopii).

Pierwsza część roku była obfita w wycieczki i wspólne spędzanie czasu. Nauczyłam ZB wybywać z miasta - choćby na chwilę, choćby na weekend, najlepiej do miejsc nieoczywistych i jeszcze nam nieznanych. To mój wielki sukces; on nie zna takich przyjemności ani z dzieciństwa, ani z młodości. Dlatego moment, w którym to on pyta z błyskiem w oku: "a dokąd pojedziemy tym razem?" uznaję za wspaniałą sprawę. Całe szczęście Tajfuniątko jeszcze lubi z nami jeździć (oby jej tak zostało przynajmniej do końca liceum!). Uwielbiam spędzać z nimi czas. 
Po wakacjach zaczęło się zaiwanianie na najwyższych obrotach. Poza kilkoma drobnymi przyjemnościami i wizytami tylko ciągle choroby i praca, i jeszcze inne problemy. Ale - dobrnęliśmy wreszcie do końcówki, o tyle szczęśliwej, że oto jesteśmy, cali i zdrowi. 
Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

2025-12-28

太华茶 Herbata Taihua

Jak na prawdziwą herbaciarkę przystało, podróżuję i wyznaczam podróżnicze cele również pod kątem herbacianym. Co w trakcie podróży po Yunnanie jest tym łatwiejsze i tym przyjemniejsze, że przecież tu herbata jest WSZĘDZIE. Dlatego w Fengqingu również zaopatrzyłam się w herbatę bodaj najbardziej związaną właśnie z tym miejscem. 
Herbata Taihua pochodzi z regionu Dongshan w okręgu Fengqing w prowincji Yunnan. Jej historia sięga czasów dynastii Ming. W 1639 roku, gdy Xu Xiake przybył do Fengqingu, tubylcy podali mu herbatę Taihua, a on był pod takim wrażeniem jej smaku (albo po prostu był spragniony i zasmakowałoby mu wszystko...), że aż opisał ją w swym pamiętniku z podróży. A to czyni ją jedynym produktem herbacianym szczegółowo opisanym przez Xu Xiake! Tak, drodzy państwo. Nie jakieś longjingi czy inne tieguanyiny, a swojski Yunnan! Herbata Taihua jest zresztą wspominana w wielu publikacjach z czasów dynastii Ming i Qing. Np. Xie Zhaozhe 谢肇淛 z dynastii Ming w Chorografii Yunnanu 滇略 zachwycał się nią - stwierdził, że jej kolor i aromat nie ustępują (sławnej wówczas) herbacie Songluo. 
Jako ważny element kultury herbacianej Fengqingu, herbata Taihua jest mocno związana z lokalnymi miejscami kultu. Świątynie takie jak Dongshan 东山寺 i Longquan 龙泉寺 (ale również inne w regionie) mają tradycję uprawy własnej herbaty Taihua, którą serwują gościom. Niezwykły smak zawdzięcza unikalnemu klimatowi dorzecza Mekongu (łagodne zimy i chłodne lata) i białej gliniastej glebie, a także faktowi, że surowcem są głównie starożytne drzewa herbaciane, liczące setki lat - niektóre są tymi samymi drzewami, z których powstawała herbata dla Xu Xiake! Mało tego: mieszkańcy wioski Mazhuang, zwłaszcza Yi o nazwisku Mei chlubią się, że są potomkami pana Mei, który podjął podróżnika herbatą - no i oczywiście że zachowali tradycje herbaciane przez setki lat. Ciekawostką są nieznane w innych regionach Yunnanu praktyki religijne związane z herbatą. Mnisi w świątyni Dongshan wypracowali specjalną technikę obróbki liści herbaty na kamiennych płytach przed parzeniem jej dla gości. Z kolei w świątyni Longquan narodził się specyficzny rytuał podawania herbaty gościom, ale i herbata jako ofiara dla bóstw podawana w specjalnej ceremonii. Była więc nasza herbata nadzwyczaj ważna - nie tylko jako produkt handlowy, ale i ważny element lokalnych religii oraz część tutejszej etykiety względem gości. 
No i teraz najważniejsze: co to jest w końcu za herbata? I tutaj pojawia się problem. Najstarsze źródła porównują ją do herbaty Longjing, czyli jednej z najsłynniejszych herbat zielonych. Inne wpisują ją w rodzaj herbat puer. Jednak w sklepach dostępna jest głównie... czarna herbata Taihua. Taką właśnie udało mi się kupić:
na pierwszy rzut oka widać, że czarna
Kupić kupiłam, zaparzyć zaparzyłam, wypiłam z przyjemnością, bo w sumie smak ma niezły - delikatna słodycz yunnańskich czarnych herbat czyli 滇红 dianhongów to coś, co rozkosznie rozgrzewa zimą. Ale... szczerze mówiąc, nie polecam. To nie jest ta sama wybitna herbata, o której pisał Xu Xiake, a całkiem przeciętna czarna herbata. Znam lepsze. Znam nawet lepsze i tańsze jednocześnie. Smuteczek. Ciekawe, kiedy zapomnieli, jak należy ją robić? A może po prostu udało im się zdobyć znaczek "starej firmy" za jakąś łapówę? A może byli przekonani, że skoro i tak nikt już nie pamięta, jak było, to można robić, co się chce? Przykro mi. Ale mam nauczkę: nawet klasyków herbacianych ze starych, sprawdzonych firm, nie należy kupować jak kota w worku. Tylko targi herbaciane, tylko herbaty, którym można się przyjrzeć, można posmakować, można pooglądać w trakcie parzenia. Inaczej zdarza się wyrzucenie pieniędzy w błoto...

2025-12-24

Wesołych!

Kochani! 
Wszystkiego najlepszego na Święta! Przede wszystkim - zdrowia, którego nam akurat zabrakło (Tajfuniątko wczoraj w środku nocy zaczęło gorączkować i obecnie jest leżąca i obolała). I czasu (w te Święta znów pracuję, i to podwójnie, więc jest jeszcze gorzej niż w roku ubiegłym). 
A reszta już jakoś pójdzie. Musi.

2025-12-22

Gamelan Jazz Fusion

Jeśli szukacie muzyki rozjaśniającej te wczesnozimowe szarości, może to coś dla Was? Gamelan plus trio jazzowe na pewno dodadzą trochę słońca.
 

2025-12-20

尿泡梨 Kiszone gruszki

Kiedy życie podsuwa ci cytryny, zrób lemoniadę, a kiedy daje ci cierpkie, twarde gruszki? Och, pomysłów bez liku! W Polsce odpowiedzią mogą być gruszki w occie, alkohol, ocet, konfitury, dżemy, kompoty... Kunmińską oraz w ogóle yunnańską odpowiedzią będą przede wszystkim gruszki kiszone, których słodko-cierpko-kwaśny smak podkreśla korzeń lukrecji. Można je jeść bez dodatków albo typowo po yunnańsku - maczane w płatkach chilli.
W Kunmingu nazywa się je żartobliwie "gruszkami w moczu" 尿泡梨. Chodzi głównie o kolor zalewy, która po jakimś czasie nabiera intensywnej żółtej barwy, a także o dość intensywny i (dla nienawykłych) niezbyt przyjemny zapach, jednak drugie dno w wymowie - w dialekcie kunmińskim często się mazurzy bądź odwrotnie - wtyka sz lub cz zamiast s lub c. Tym razem produkt, który w Dali będzie się po prostu nazywał gruszkami moczonymi w wodzie 水泡梨, w Kunmingu jest gruszkami w moczu... 
Abstrahując od cokolwiek nieapetycznej nazwy: gruszki takie nie tylko są pyszną przekąską, ale również wspomagają pracę żołądka i śledziony, pomagają wytwarzać ślinę i gasić pragnienie, a dzięki dodatkowi lukrecji dodatkowo pomagają na gardło, oczyszczają płuca i przygaszają wewnętrzne gorąco. 
Dawnymi czasy, gdy gruszki były dostępne tylko na jesieni, kiszone stanowiły typowo zimową przekąskę; dziś są dostępne jak rok długi, jednak starzy kunmińczycy dopiero zimą nabierają na nie ochoty.
Tutaj możecie zobaczyć, jak je przygotowuje dalijska gospodyni. No i - nic prostszego niż samemu spróbować je przyrządzić! 

Składniki
  • niewielkie twarde gruszki z nieuszkodzonymi skórkami 
  • sól i przegotowana woda (proporcje jak do kiszenia ogórków) 
  • suszony korzeń lukrecji 
Wykonanie
  1. Rozmieszać sól z wodą i lukrecją. 
  2. Zalać całe, porządnie umyte gruszki i szczelnie zamknąć. 
Po dziesięciu dniach są już gotowe, ale są i tacy, którzy kiszą je dwa miesiące, zanim otworzą. Warto nastawić kilka słojów i popróbować ich na różnych etapach kiszenia - różnice w smaku i konsystencji są ogromne!

2025-12-18

Jedzenie z Simao 思茅菜

Dziś Międzynarodowy Dzień Migrantów. Ponoć co 35 osoba na świecie jest migrantem, żyje i pracuje poza krajem swojego pochodzenia. Migranci stanowią część populacji we wszystkich państwach na świecie. Z tej okazji mam dla Was okruch mnie kunmińskiej w stopniu, w jakim nigdy nie byłam bytomska czy krakowska. 
Wracałam właśnie z Tajfuniątkiem do domu. Spędziłyśmy całe popołudnie w pobliskim Zoo, ale nie w części zwierzęcej (niestety, boli), tylko w parkowej - z trawnikami, po których można brykać, drzewami chroniącymi przed palącym yunnańskim słońcem, głazami, po których dzieci normalnych rodziców mogą skakać, a dzieci tych nadopiekuńczych mogą tylko obserwować z zazdrością. Tajfuniątko się wyszalało, więc postanowiłyśmy tylko zostawić graty w domu i zabrać Tatę na dobrą kolację. To było jeszcze w czasie sezonu grzybowego, na początku września, więc wybraliśmy restaurację, w której poza zupełnie normalnymi pysznościami można jeszcze zjeść dobrze przyrządzone prawdziwki i inne leśne grzyby. Właśnie miałyśmy wejść do klatki schodowej, gdy dogoniła nas Huang Shan z córką Duoduo. Tak się składa, że mieszkamy na tym samym osiedlu i nie tylko my-matki się przyjaźnimy, ale i nasze córki. 
- Cześć! Dawnośmy się nie widziały (całe wakacje przecież)! 
- Och, tęskniłyśmy za Wami okropnie! 
- Co macie teraz w planach? 
- Idziemy na kolację. 
- My też! No to może razem? 
- Miałyśmy w planach dongbejskie pierogi (no tak, Północny Wschód specjalizuje się w daniach mącznych). 
- Eeeee, pierogi można zawsze! My chcemy iść na żarełko sezonowe. 
- To znaczy? 
- Grzyby i dużo warzyw na sposób z Simao. 
- Simao? Gdzie to? - pyta Huang Shan marszcząc brwi. 
- Simao czyli Pu'er, no wiesz, na południowym zachodzie Yunnanu. 
- I co oni tam jedzą? - Patrzę na nią z niedowierzaniem. 
- Nigdy nie jadłaś żarcia z Simao? Jak tyś się uchowała? A lubisz dajską kuchnię? Część smaków jest zbliżona. 
- No dosyć lubię, chociaż wolę nasze przyprawy z Zhaotongu (to "województwo" w stronę Syczuanu, czyli idziemy w zupełnie inną stronę nie tylko geograficznie, ale również jedzeniowo). 
- A chcesz spróbować? Zabierzemy was. - Huang Shan trochę się broni, ale jej córka już się cieszy, więc w końcu umawiamy się, że zgarnę tylko męża i pójdziemy razem na kolację. 
- A gdzie to jest konkretnie? 
- Restauracji z Simao jest sporo, ale akurat ta, do której się dziś wybieramy, jest w Kunmińskim Korytarzu 昆明走廊 (zagłębiu knajpek i jadłodajni rozmaitej proweniencji, jakości i zakresów cenowych). 
- Gdzie? 
- Nigdy nie byłaś w Kunmińskim Korytarzu? - dziwię się jeszcze trochę bardziej, bo jest to samo centrum miasta, a wybór restauracji jest tak ogromny, że w zasadzie każdy prędzej czy później tam trafia. No ale jak widać jednak nie każdy. To świetnie! W sumie się bardzo cieszę, bo mogę pokazać koleżance coś nowego. 
- To trochę za ulicą Sprawiedliwości, w sumie bardzo niedaleko. 
- No dobrze. A jak my się tam dostaniemy? Wy przecież nie macie ani auta, ani nawet skutera... 
- No jak to jak? Autobusem! - Huang Shan kręci z niedowierzaniem głową, ale godzi się na moją propozycję. 
Dziesięć minut później już siedzieliśmy wszyscy w miniautobusie linii 125 (takim mini, że większość moich polskich kolegów nie mieści się w nich na stojąco, chyba, że pochylają głowy jak Gandalf w norce Bilba). Mignęliśmy kartą autobusową za Huang Shan, bo ona jakoś dziwnie długo nie potrafiła zeskanować odpowiedniej aplikacji. Daję jej kuksańca i pytam: 
- No, przyznaj się, jak dawno nie jechałaś autobusem? - Zaczyna się śmiać. 
- Będzie z piętnaście lat! Najpierw skuterami, potem kupiliśmy samochód, a teraz znów często wybieram skuter, chyba, że jadę naprawdę daleko - ale wtedy metrem. Nawet nie wiedziałabym, którym autobusem mogę dojechać... - Spoglądamy na siebie i zaczynamy się chichrać. 
- Żeby jakiś obcokrajowiec mnie prowadził na żarcie, którego nie znam do knajpy, której nie znam, w miejscu, którego nie znam i w dodatku środkiem transportu, którego nigdy nie używam! - Śmiejemy się już w głos. 
Siadamy w restauracji; kelnerka z uprzejmą miną zwraca się do ZB i Huangshan, prosząc, by złożyli zamówienie. Huang Shan patrzy na mnie wymownie i stwierdza: ja to nawet nie wiem, od czego zacząć. ZB mówi do mnie: dla mnie tylko aorta, a ty sobie zamów co tam chcesz. Więc zamawiam: poza aortą prawdziwki smażone z czosnkiem i dużą ilością suszonego chilli, wołowinę smażoną z ziołami, pędy kolczocha, wybitne ziemniaki i zupę z zieleniny i tofu. Wszyscy wydają się usatysfakcjonowani; Huang Shan, bardzo wybredna jeśli chodzi o jedzenie, nakłada sobie drugą miseczkę ryżu, bo jedzenie jest tak bogate w różnorodne smaki i intensywne, że trzeba je przegryzać ryżem. Który swoją drogą też jest idealny. 
Kiedy ostatni plasterek borowików został znaleziony na półmisku i pożarty, odchyliłam się na ławie z uśmiechem aż ociekającym satysfakcją. 
- Smakowało? 
- O tak! - Wyrywa się Duoduo. Na co dzień jeszcze bardziej wybredna. - Mamo, przyjdziemy tu jeszcze? - Huangshan zerka na mnie zdumionym spojrzeniem i wzdycha: 
- Najwyraźniej tak. Ale następnym razem przyjedziemy skuterem! 

Od tej pory dość regularnie pytają mnie, czy mam jakieś nowe kulinarne odkrycia. A ja zawsze służę inspiracją. I choć nie zawsze moje ulubione restauracje stają się ich ulubionymi, jednak sam kierunek wymiany informacji jest dla nich źródłem nieustającej radości, a dla mnie - źródłem nieskrywanej satysfakcji.

2025-12-15

紫芽苞 Fioletowe pąki liści herbaty

Dzika herbata fioletowopączkowa to pewien bardzo nietypowy puer o wysokiej zawartości antocyjanidyn i flawanoidów. Pochodzi oczywiście z Yunnanu, choć próbuje się ją już podrabiać w innych miejscach. Ponieważ składa się z niedojrzałych pąków liści herbacianych, jest szalenie delikatna i świeża w smaku. W przeciwieństwie do najbardziej znanych puerów, nie zbiera się jej ze starodrzewu herbacianego, a z młodych drzew i krzewów z samym nastaniem wiosny (starym drzewom zabiera więcej czasu produkcja świeżych liści). Parzy się ją w 90 stopniach - wyższa temperatura oparzy listki, które nie tylko oddadzą gorszy smak, ale również stracą część wartości odżywczych. Na potrzeby gości chętnie się ją przyrządza w szkle lub białej porcelanie, żeby lepiej było widać zmiany w pąkach. Przed parzeniem warto niuchnąć i zerknąć - zwinięte listki wyglądają trochę jak nierozkwitły pąk różany, a pachną świeżą herbatą, nie puerem. Zwróćcie też uwagę na ich kolor. 
Jak w przypadku innych puerów, warto najpierw herbatę "obudzić" krótkim przelaniem gorącą wodą, którą od razu trzeba wylać. Dopiero za drugim razem mamy do czynienia z właściwym parzeniem - może ono trwać nawet minutę. Każde następne parzenie powinno być odrobinę dłuższe. 
Jest to rodzaj herbaty, który pojawił się na rynku stosunkowo niedawno. Te z najlepszych manufaktur zachowują cztery cechy uważane już przez Lu Yu za najcenniejsze: dzikość, fioletowa barwa, nieotwarte pędy i zwinięte liście (野者上,园者次; 紫者上,绿者次;笋者上,芽者次;叶卷上,叶舒次). Fioletowa obwódka na liściach jest całkowicie naturalna, choć spotykana na bardzo niewielu rodzajach drzew herbacianych. Te akurat rosną na wysokości 1500-3600 m.n.p.m., na zboczach górskich często otulonych mgłą, co utrudnia zbieranie (i niestety znacząco wpływa na cenę, która już z racji tego, że zbieramy same pąki liści jest wysoka). Co ciekawe, barwa będzie się pogłębiać w miarę parzenia, co za chwilę będzie doskonale widać na zdjęciach. Zbiera się ją dorocznie w okolicach Początku Wiosny czyli na początku lutego - każdego roku tylko ten jeden raz, co sprawia, że jest jeszcze droższa. Następnie suszy na słońcu zamiast w wokach, dzięki czemu zachowuje naturalny aromat. 
Nie sposób o niej zapomnieć. Nie trzeba jej pić codziennie (znaczy: nie uzależnia), ale z nadejściem wiosny chętnie wyciąga się ją z herbacianych składzików. Ja jednak tym razem uczciłam koniec pory deszczowej wyjątkowo w tym roku długiej - zaparzyłam sobie fioletowe pąki w pierwszy słoneczny weekend jesieni. I faktycznie - łagodny, słoneczny jej smak przypomina wiosnę w czarce. Nie da się jej parzyć wielokrotnie, bodaj po piątym parzeniu pąki nie nadawały się już do niczego, ale dopóki można było jeszcze parzyć, gdzieś tam brzmiały echa herbat białych i zielonych, a nie tylko surowych puerów. Są też tacy, którzy twierdzą, że czują w niej słodycz dobrych herbat czarnych, ale mówiąc szczerze - mnie bardziej podchodzi pod białą.
Te pędy, tak samo jak moje ulubione białe yunnańskie herbaty, są puchate.
Zobaczcie, jak fiolet wychodzi z ukrycia w miarę parzenia.
Tutaj pokazałam pąki po kolejnych pięciu parzeniach.
To była przyjemność nie tylko smakowa, ale i wizualna.

Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Herbaty!

2025-12-14

心猿意馬 małpie serce, końskie myśli

Kiedy mama poznała ZB, po kilku dniach uważnej obserwacji stwierdziła, że tak, pasujemy do siebie, ponieważ oboje mamy mrówki w tyłkach. O ile np. po angielsku idiom jest podobny (to have ants in one's pants), o tyle chiński jest zupełnie odjechany: 心猿意馬 [心猿意马] xīnyuányìmǎ znaczy dosłownie serce małpy, umysł konia. Oczywiście figlarnej małpy i cwałującego rumaka, a nie powłóczącej nogą szkapy czy leniwej szympansicy. Jednak znaczenie to jest poparte kilkoma innymi, m.in. byciem kapryśnym, hiperaktywnym, niekontrolowanym i awanturniczym. Jak rozbrykany Tygrysek. Co jeszcze ważniejsze, dla Chińczyków liczą się nie tylko dokonania danej osoby, ale również jej intencje czy też inklinacje, ponieważ 心意 xīnyì oznacza właśnie intencje. O ile po polsku patrzymy na rozbrykanego Tygryska lub trzylatka z czułością i pobłażliwością, po chińsku określenie to jest zdecydowanie pejoratywne, skojarzone z chaosem, niepewnością, nieuporządkowaniem i generalnie winniśmy raczej tego wszystkiego unikać. Sama fraza wytłumaczona jest bodaj najlepiej buddyjskim wierszem: 
卓定深沉莫测量, 
Niezłomne, głębokie, niezmierzone 
心猿意马罢颠狂 
Szaleństwo ducha ujarzmione. 

Tu właśnie klucz do zrozumienia pejoratywności związanej z idiomem: ideał buddyjski to przecież spokój, a wszelkich gwałtownych emocji najlepiej unikać. W kontekście nauki czy pracy powiedzenie nabiera odmiennego odcienia. Nie wystarczy ciężko pracować, wytrwale się uczyć; ważne jest również skupienie. Łapanie stu strok za ogon czy trwonienie czasu na niepożyteczne talenta jest uważane za taki sam błąd jak lenistwo. Tylko ujarzmienie własnego umysłu i skupienie na najważniejszych zdolnościach prowadzi do sukcesu. 
Szczerze nie znoszę tego powiedzenia właśnie za to. Dla mnie właśnie odkrywanie nowych dziedzin, nowych zainteresowań, nowych horyzontów jest najważniejszym zadaniem człowieczym. Emocja kieruje mnie tam, dokąd bałam się pójść; szaleństwo skłania mnie do ciągłych poszukiwań. Obym nigdy nie straciła ani małpiego serca, ani końskich myśli!
Czego sobie i Wam życzę w Międzynarodowym Dniu Małpy.

2025-12-12

targ w Fengqingu

Nie bylibyśmy nami (łasuchami), gdybyśmy nie odwiedzili w Fengqingu targowiska.
chrupiąca skóra wieprzowa na sposób z Baoshan
ryż dmuchany, kolorowy aż oczy bolą ;)
hmmm.... wolę sposób prezentacji udźców w Kunmingu, gdzie wiszą sobie ładnie zamiast leżeć na brudnym worze na ziemi...
yunnańskie marynowane gruszki 尿泡梨 

słynne śmierdzące tofu z Lushi
i oczywiście wszędzie rzepak
pewnie na każdym targu są też stragany, na których można od razu zaspokoić głód - tu oczywiście nasze krokiety z plackami oraz herbaciane jajka.
naleśniki grochowe
W Kunmingu już od dawna nie widziałam nikogo noszącego kosz zahaczony o czoło.
w ramach przednoworocznych zakupów trzeba się było zaopatrzyć w kłujące gałęzie, choć to akurat nie sosna yunnańska. Pewno jakaś yijska rodzina.

Niewiele było produktów, które by mnie zaskoczyły, ale i tak się cieszę, że się wybraliśmy, bo oczywiście się obkupiłam w gotowce na drogę. Niestety, nasz pobyt w Fengqingu i w ogóle w rejonie Lincang dobiegał już końca; krótkie wakacje pozwoliły nam ominąć uderzenie zimy w Kunmingu - dzień po naszym wyjeździe z dwudziestu stopni zrobiło się nagle zero,
ale już pięć dni później Kunming znów był ciepły i słoneczny. 

2025-12-10

Jarmark Miłorzębowy 文林银杏生活节

Po zamknięciu nieodżałowanej Nordiki straciliśmy jedyne miejsce w Kunmingu, które tradycyjnie organizowało jarmarki bożonarodzeniowe. Westchnijmy z żalem za czasami, gdy Kunming był jakby trochę bardziej międzynarodowy... I zerknijmy na Nowe. 
Od paru lat w centrum Kunmingu odbywa się bowiem Jarmark Miłorzębowy. Przy Szmaragdowym Jeziorze i wzdłuż Ulicy Lasu Kultury stają stragany z rękodziełem i przekąskami. Można oczywiście sarkać, że komercja i barachło, ale tak na mój gust od jarmarków świątecznych w Europie różni się przede wszystkim paletą smaków i kolorów - bo oczywiście trudno się spodziewać zapachu grzańca i pierników czy zielono-czerwono-białych świątecznych ozdóbek. Jednak sam klimat pozostaje dość podobny, a na niektórych straganach można wypatrzyć prawdziwe cudeńka.
Jarmark skończy się dopiero w pierwszy weekend stycznia, więc macie jeszcze sporo czasu, by się nim nacieszyć.