2026-05-03

Mojiang - impresje

Byliśmy w Mojiangu zaledwie parę dni; mieliśmy jednak możliwość zanurzenia się w jego małomiasteczkowej, mocno yunnańskiej atmosferze. Spotkaliśmy kilka ciekawych osób, ujrzeliśmy trochę ciekawych miejsc i rzeczy. 
Trafiliśmy na jeden sklep z ręcznie robionymi hanijskimi strojami. Matko, jak one mi się podobają! Są absolutnie obłędne. Już-już miałam kupić dla siebie jeden komplet, gdy cena rzędu kilku tysięcy yuanów osadziła mnie na miejscu. Oczywiście nie jest to cena wygórowana, jeśli weźmie się pod uwagę stopień skomplikowania tych strojów i fakt, że są zdobione ręcznie. Jednak jest to cena za wysoka dla kogoś, kto będzie taki strój nosił może raz czy dwa razy w roku... Ograniczyliśmy zakupy do torebeczki dla Tajfuniątka.
W wielu miejscach miasta pojawiają się ornamenty zaczerpnięte wprost od Hani.
Czego jak czego, ale wieży Eiffla się nie spodziewałam...
Reminiscencje Szlaku Końsko-Herbacianego
Bardzo nam się spodobał pokoik na poddaszu. Okropnie podekscytowane Tajfuniątko już na drugi dzień, po trzecim rąbnięciu głową w belkę stropową, stwierdziło, że już nigdy nie chce mieszkać na poddaszu...
To bardzo niewyględne miejsce okazało się najlepszą śniadaniową miejscówką. Restauracja bez nazwy, ale "wszyscy wiedzą", że tam jest najlepszy rosół z makaronem. Faktycznie było pysznie.
Główna ulica Mojiangu. Można ją poznać między innymi po tym ozdobnym pasie biegnącym środkiem. Wybrukowano tak rozmaite mojiańskie ciekawostki. 
Trafiliśmy w Mojiangu do owocarni, której właścicielka okazała się tak sympatyczna i pomocna, że aż wracaliśmy do niej codziennie - nie tylko po owoce, ale również po prostu dla miłych pogawędek. Urzekła nas ona niezwykle, kiedy, odkrywszy, że kupujemy tylko takie owoce, które tradycyjnie przygotowuje się do spożycia już w sklepie, zaproponowała, że może dla nas umyć i zapakować wszystko, co chcemy - przecież wie, że jako turyści na pewno nie mamy do dyspozycji kuchni ze wszystkimi przyrządami. Gdy, bardzo poruszeni, serdecznie dziękowaliśmy, powiedziała, że to przecież normalne i że na pewno w Kunmingu też tak robią wszyscy właściciele straganów z owocami. Zatkało nas. Oczywiście, w Kunmingu być może też są tacy ludzie, ale zdecydowanie to nie jest standardowa usługa. Codziennie szliśmy tam więc po truskawki dla polskiego Dziadka i Tajfuniątka oraz po pikantne sałatki owocowe dla nas. O najchętniej spożywanym przez nas owocu jeszcze napiszę.
To właśnie scenka ze śniadaniarni - każdy sobie przyprawia po swojemu miskę klusek w rosole. Cudowne były zwłaszcza kiszonki...
Ostatniego dnia chciałam jeszcze przejść nowo wybudowaną "ścieżką zdrowia", biegnącą herbacianymi pagórkami otaczającymi Mojiang. Niestety, gdy do niej doszliśmy, okazało się, że składa się niemal wyłącznie ze schodów i że jest trochę za długa jak na taszczenie plecaków i włóczenie ze sobą dziecka i emeryta. Wspięłam się więc zaledwie kawałek, obiecując sobie, że jeszcze tam wrócę, bo z mapy wynika, że szlak obfituje w piękne widoki.
nawet tutejsza wódeczka jest spod znaku bliźniąt. Zwróćcie uwagę, że jest dużo łagodniejsza od większości chińskich wódek, oscylujących w okolicach 50%-60%.

To już jeden z ostatnich mojiańskich wpisów. Jak Wam się Mojiang spodobał? Dwa miesiące zeszły na opis kilkudniowej wycieczki. Kwartał, jeśli liczyć z kwerendą. Oczywiście, w międzyczasie jeździłam, czytałam, próbowałam, zbierałam myśli, pracowałam, grałam w badmintona, Tajfuniątkowałam, towarzyszyłam ZB, udzielałam się towarzysko no i nie pisałam TYLKO o Mojiangu. Tym niemniej czasem mam wrażenie, że po każdej wycieczce powinnam sama sobie dać szlaban na następne przygody, dopóki nie opiszę tych wcześniejszych. Ale potem diabełek szepce do ucha, że przecież będę kiedyś stara i nie będę już miała siły podróżować ani grać w badmintona - wówczas będę mogła wyciągnąć te archiwalne zdjęcia i uzupełniać, uzupełniać, uzupełniać. Prawdopodobieństwo, że w międzyczasie nauczę się szyć albo szydełkować jest w zasadzie zerowe, więc w zasadzie mam już plan na emeryturę!...

2026-05-01

回回村 muzułmańska wioska w Mojiangu

Oczywiście przed wyjazdem do Mojiangu coś tam o nim wiedziałam - zwykła kwerenda: parę stron w internecie, kilka zdjęć z Akwamarynowego Strumienia wyhaczonych na WeChacie. Będąc już na miejscu postanowiłam skorzystać z dobrodziejstwa GPSu, szukając ciekawych miejscówek. Na pierwszy rzut oka widać parki, a po zbliżeniu również miejsca kultu i niektóre zabytki. Ponieważ zwiedzenie Świątyni Konfucjusza nie zabrało nam dużo czasu, zerknęłam, czy aby nie ma czegoś jeszcze w okolicy. Ku mojemu najwyższemu zdumieniu odkryłam... meczet. 
Ruszyliśmy. Uliczka robiła się coraz węższa, wspinaliśmy się coraz wyżej, ZB narzekał, że na pewno się zgubiliśmy, aż na rozstajach ujrzeliśmy tablicę informacyjną opowiadającą bardzo skrótowo historię Wioski Huihui czyli wioski muzułmańskiej. Dobra nasza! Jesteśmy na właściwej drodze. Coraz więcej ostrołuków i łuków mauretańskich zamiast zwykłych okien, coraz więcej koloru zielonego, który w Yunnanie jest wręcz zarezerwowany dla islamu (to właściwie najszybszy sposób na rozpoznanie halalowych restauracji), a także bardzo zamożnie wyglądające rezydencje. W końcu doszliśmy do meczetu, który znajdował się tak wysoko nad miastem, że aż trzeba było sobie przysiąść na ławeczce, by odsapnąć po wspinaczce. Piliśmy więc wodę, ja podziwiałam meczet (oczywiście z zewnątrz) i pewnie na tym by się skończyło, gdyby nie podszedł do nas ahong 阿訇 āhōng* czyli imam. Poważnie traktując okazję do dialogu codzienności, usiadł przy nas - oczywiście najbliżej mojego męża, trzymając się z dala ode mnie - i cierpliwie opowiadał i starał się odpowiedzieć na wszystkie moje pytania. Tak oto poznałam historię muzułmańskiej wioski w Mojiangu. 
Historia wioski sięga końca XVIII wieku i jest nierozerwalnie związana z postacią Ma Shunqinga 马顺清 (jego arabskie miano to Muhammad Abdullah), znanego jako Stary Mistrz z Talang 他郎太爷 (Talang to dawna nazwa Mojiangu). W 1781 roku, po krwawym stłumieniu powstania muzułmańskiego przez Qingów, przywódca religijny Ma Mingxin został stracony - ucięto mu głowę. Jego jedenastoletni syn (właśnie Ma Shunqing) wraz z młodszym bratem zdołał ujść i koniec końców wylądował w odległym Yunnanie, pod opieką lokalnego imama, który przekupił urzędników, by przymknęli oko na jego obecność i swobodę. Osiadł w Talangu i założył tu rodzinę, a z czasem kilka domów zmieniło się w całą wioskę. Po jego śmierci grób - mauzoleum w kształcie perskiej kopuły zwane po chińsku 拱北 gǒngběi - stało się miejscem pielgrzymek dla członków bractwa sufickiego Jahriyya. Po dziś dzień co rok, w rocznicę śmierci Ma Shunqinga, przybywają tu tłumnie pielgrzymi z Gansu i Ningxia. Niestety, jest ono niedostępne dla niewiernych. Datę ahong podał mi zgodnie z tradycyjnym chińskim kalendarzem księżycowym (27. dnia 7. miesiąca księżycowego); niestety, nie wpadłam na to, żeby zapytać, dlaczego liczą chińskim kalendarzem zamiast muzułmańskim. 
To w skrócie. Warto jednak pochylić się nad szczegółami, bo ukażą one niezwykłą zaiste historię. Wróćmy do Ma Mingxina, którego chińskie imię zapisywane jest na dwa sposoby: 馬明心 lub 馬明新, a arabskie to Ibrāhīm. Żył w latach 1719–1781 i był sufijskim imamem, założycielem tariki (czy też z chińska menhuanu) Jahriyya. Nazwa ta wywodzi się z arabskiego słowa jahr (جهر) - głośno, ale o tym za chwilę. Ma urodził się w Gansu i władał zarówno arabskim, jak i chińskim. Jako młodzieniec spędził 16 lat studiując Koran w Mekce i Jemenie. Był uczniem 'Abd al-Khāliqa, który był nauczycielem w mistycznym sufickim bractwie Nakszbandijja. W 1761 roku Ma wrócił do Chin i założył własne bractwo wzorowane na Nakszbandijja - było to drugie tego typu bractwo w Chinach (pierwszym i najważniejszym jest menhuan Khufiyya). Te dwie tariki różnią się przede wszystkim sposobem modlitwy: Khufiyya modlą się po cichu i indywidualnie, podczas gdy wierni z menhuanu Jahriyya modlą się publicznie, śpiewem (kto śpiewa, modli się podwójnie...). Taki głośny, publiczny zikr (modlitwa) może przybierać wiele form - do jednej z nich wrócę za chwilę. Poza tym Ma Mingxin nie zgadzał się z innymi pomysłami sufi z tariki Khuffiya - protestował przeciw ubóstwieniu świętych, budowaniu meczetów na bogato oraz - bodaj najbardziej - przeciw wzbogacaniu się przywódców religijnych kosztem wiernych. Poza tym uważał, że przywództwa w bractwie nie powinni dziedziczyć synowie, a po prostu najlepiej wykształcone i najlepsze jednostki bractwa. Nic więc dziwnego, że w ciągu następnych dwudziestu lat popularność menhuanu Jahriyya rosła nieprzerwanie w całej prowincji. Kłócili się z reprezentantami drugiej tariki o doktrynę i metodę modlitwy, ale również mieli czelność oprotestowywać urzędasów państwowych i ich metody rządzenia, więc w końcu się doigrali. W 1781 roku obie tariki przyciągnęły w końcu uwagę Qingów. Głównym ogniskiem konfliktu była mała miejscowość zamieszkana przez Salarów, turecki lud przybyły na te tereny paręset lat wcześniej. Urzędnicy przybywszy stwierdzili, że wszystko, co nowe jest złe, a Jahriyya było nowym bractwem, to przez nich są kłopoty, huzia! I aresztowali Ma Mingxina, choć on nie plątał się akurat w tamtych okolicach. Zamknęli go w Lanzhou i posłali kompanię do zduszenia w zarodku rewolty sprowokowanej przez członków menhuanu Jahriyya. Kampania została rozbita przez rzeczonych Salarów, którzy następnie ruszyli do Lanzhou uwolnić Ma Mingxina. Nastąpiło oblężenie. Urzędnicy cesarscy wywiedli Ma na mury miejskie i pokazali go Salarom, a ci zaczęli giąć się w ukłonach. Przerażeni urzędnicy nie odważyli się wypuścić Ma - to groziło dalszymi kłopotami - więc sprowadzili go z murów i ucięli mu głowę, a wdowę po nim wraz z jej córkami wygnali do Xinjiangu. Właściwie trudno powiedzieć, jak to się stało, że mali synowie zostali zesłani do Yunnanu - są też źródła, że matka i córki również wylądowały w Yunnanie. Oczywiście nie zostali sami - wszyscy, którzy nie zostali zabici przez cesarskie wojska, musieli się wynieść właśnie w moje lub inne trudno dostępne rejony. Ciężko powiedzieć, jak członkom menhuanu Jahriyya udało się przetrwać do dziś, skoro przez ponad dwieście lat byli uważani (nie bez przyczyny) za wywrotowców i rebeliantów. Weźmy chociażby piąte pokolenie potomków Ma Mingxina - Ma Hualong, również przywódca menhuanu Jahriyya, był jednym z przywódców powstania dungańskiego. Ten również został w końcu stracony, a jego potomstwo wygnane, uwięzione bądź wykastrowane. Potomkowie Ma Mingxina i wyznawcy Jahriyya brali również udział w powstaniu Du Wenxiu
Mauzoleum Ma Mingxina zostało swego czasu zniszczone (czyżby władze dawały znać, jak muszą się skończyć protesty?), ale odbudowano je pod koniec XX wieku. Po dziś dzień jest miejscem pielgrzymek - ponoć w 1985 roku ponad 20 tysięcy muzułmanów przybyło tam w tym samym czasie na ceremonię upamiętniającą założyciela menhuanu Jahriyya. Co najlepiej dowodzi, że represje nie zawsze są w stanie wyrugować wierzących. A już bodaj najgorszym pomysłem było przeganianie ich z prowincji do prowincji - to tylko pomogło w rozprzestrzenianiu się idei. Przecież nie zostawali na tym wygnaniu do końca życia! Robili kariery, na przykład kupieckie - a wtedy podróżowanie było koniecznością. Działalność wywrotowa stawała się dzięki niej łatwiejsza. Członkowie tej samej tariki byli wobec siebie pomocni, lojalni, a gdy mijał odpowiedni czas, pomagali swym braciom w wierze w relokacji. Co prawda, czasem i wewnątrz tariki zdarzały się zgrzyty dotyczące sukcecji, ale sylwetka założyciela, Ma Mingxina, pozostaje na piedestale. Co więcej, Ma Mingxin jako męczennik dorobił się bardzo bogatej mitologii spisywanej czy też wymyślanej przez ahongów - recytacja dzieł związanych z Ma jest ważną częścią upamiętniających go ceremonii. 
Choć społeczność muzułmańska mieszka w naszej wiosce już od dwustu lat, stosunkowo dużo czasu zabrało im wybudowanie prawdziwego meczetu - budynek z dwoma wysokimi minaretami** w stylu arabskim (他郎清真寺) powstał dopiero w 1936 roku. Oczywiście w latach galopującego komunizmu stał zamknięty, jednak już w 1973 roku otwarł podwoje dla wiernych - jako pierwszy w Chinach! Jeszcze dłużej trzeba było czekać na połączenie wioski Hui - oraz znajdującej się obok wioski Hani - ze światem, czyli z miasteczkiem. Choć droga ta ma zaledwie 600 metrów, została wybudowana dopiero na początku XXI wieku, zastępując błotnistą ścieżkę biegnącą wcześniej przez pola ryżowe. Nie mogąc doczekać się pomocy od państwa, zamożniejsza społeczność Hui zainwestowała setki tysięcy yuanów w wybudowanie drogi. Ubożsi Hani w zamian wkładali w to fragmenty swojej ziemi oraz robociznę. Droga ta nazywa się od nazw społeczności drogą Ha-Hui 哈回路 i stała się symbolem współpracy między różnymi grupami etnicznymi.
Pogawędka z ahongiem zajęła nam tak dużo czasu, że aż zaprosił nas na kolację - przy meczecie działa oczywiście muzułmańska stołówka. Nie skorzystaliśmy; mieliśmy już plany na kolację, ale ponownie serdeczność i grzeczność imama zrobiła na nas wielkie wrażenie. Usiadłszy przy stoliku w restauracji, zaczęłam gorączkowo spisywać wszystko, co pamiętałam z rozmowy, żeby nie przepadło, nie umknęło kruchej ludzkiej pamięci. Zwróciłam zwłaszcza uwagę na to, że w menhuanie Jahriyya preferowane jest głośne, wokalne chwalenie Boga. Coś dzwoniło, ale nie wiedziałam, w którym minarecie, więc po powrocie do domu przeszukałam internety, by trafić na fascynujący zaiste gatunek muzyczny: qawwali. Idea doznawania boskiej miłości poprzez wykonywanie muzyki trafiła prosto w moje serce chórzystki. Dlatego dzielę się z Wami dzisiaj niechińską wprawdzie, ale jednak modlitwą śpiewaną qawwali w wykonaniu artysty imieniem Nusrat Fateh Ali Khan:
   

*訇 Hong jest również rzadko dziś spotykanym, ale dawniej chętnie wybieranym przez muzułmanów nazwiskiem. 
**minaret nazywa się po chińsku zgodnie z funkcją: 宣拜楼 - xuānbài lóu - budynek wzywania do modlitwy lub 光塔 guāngtǎ (świetlna pagoda) czyli zgodnie z oryginalną nazwą - minaret to dosłownie "miejsce skąd widać światło".