Och, jak się cieszę, że Lu Xun, najważniejszy chiński pisarz, został w końcu przetłumaczony na polski! Kilka jego opowiadań czytałam po chińsku (jedno wchodziło nawet w skład mojego podręcznika do nauki chińskiego), jednak chciałam poznać ich smak po polsku.
To nie była uczta duchowa. Albo raczej: była czasem, przy kolejnym trafnym spostrzeżeniu, które niestety nie zestarzało się do dziś: o kołtuństwie, przesądach, kumoterstwie... Ale jednak - literatura zaangażowana ma jedną zasadniczą wadę: pokazuje tylko te brzydkie strony.
Najtrudniej jest zawsze widzieć rzeczywistość taką, jaka jest, kiedy się w niej tkwi, ze wszystkimi bolączkami, ale też okruchami dobra. Świat u Lu Xuna jest brzydki, kłamliwy i pełen wad, bo stwierdził on, że ma obowiązek moralny dotykać tego, co boli i mówić głośno o tym, co wszyscy ukrywają. To było ważne sto lat temu i jest ważne dziś, ale - och! jak bardzo chciałabym przeczytać obserwacje Lu Xuna dotyczące piękna, dobra i empatii! Jeśli faktycznie widział świat dokładnie takim, jaki opisywał, to bardzo mi go żal - bo widział tylko wady. Kiedyś też uważałam, że najważniejsze jest pokazywanie brzydkiej i bolesnej prawdy; dziś wiem, że bodaj trudniejsze jest dostrzeganie nudnego i bezbarwnego dobra. Tak trudno czasem je znajdować wokół siebie czy nawet w sobie...
Nie żałuję lektury, broń buddo! Mogę się nie zgadzać z Lu Xunem, mogę patrzeć nań pobłażliwie za nienawiść do chińskiej medycyny, ale nie ulega wątpliwości, że warto czytać rzeczy, które bolą. Tylko - warto je również przetykać lekturami, które pokażą inną, łaskawszą perspektywę.
Pisałam kiedyś dla Was o filmie Forever Young, opisującym powstanie Południowo-Zachodniego Połączonego Uniwersytetu 西南联大. Pojawia się tam scena, jak to nauczający w mocno polowych warunkach wykładowca raz po raz dopytuje, czy aby studenci go słyszą wyraźnie, ale okazuje się, że nie bardzo. Nic dziwnego - trwała pora deszczowa i lało jak z cebra, co skutecznie zagłuszało słowa wykładowcy.
W związku z czym napisał on na tablicy cztery słowa: 静坐听雨. Siedźcie cicho, słuchajcie deszczu.
(Scena pojawia się w pierwszych pięciu minutach powyższego fragmentu filmu)
Bardzo mnie ta scena wzruszyła; przede wszystkim dlatego, że jest oparta na faktach. Te słynne cztery znaki, pokazujące studentom, że okoliczności okolicznościami, a umiejętność zachowania spokoju i dostrzeżenia tego, co ważne tkwi w nas - bez względu na zgiełk i chaos - te właśnie cztery znaki zostały napisane przez Chen Daisuna 陈岱孙, jednego z najsłynniejszych chińskich ekonomistów i wielkiego erudytę.
Urodzony w 1900 roku Chen Daisun pochodził z Fujian, z rodziny o bogatych tradycjach intelektualnych - już jego dziadek wraz z braćmi pozdawali egzaminy państwowe najwyższego stopnia (jinshi). On sam mając lat piętnaście dostał się do prowadzonej przez metodystów szkoły średniej, a trzy lata później został przyjęty do Akademii Qinghua. W 1920 roku dostał stypendium na studia w Stanach Zjednoczonych, gdzie kolejno uzyskał tytuł licencjata, a potem magistra literatury i doktorat z filozofii na Uniwersytecie Harvarda. W 1927 roku wrócił do Chin, by objąć kierownictwo Katedry Ekonomii na Uniwesytecie Qinghua. I właśnie jako profesor ekonomii przybył do Kunmingu nauczać na Południowo-Zachodnim Połączonym Uniwersytecie.
Wykład połączony z przymusowym słuchaniem deszczu przeszedł do historii i zawsze wydawał mi się szalenie inspirujący. Uwielbiam pokazaną tu postawę wobec życia. Nie chodzi tylko o akceptację tego, czego nie można zmienić, nauczenie się przeżywania nieuniknionych trudności w sposób, który jest twórczy i czegoś nas uczy. Nie chodzi nawet o spokój w środku chaosu i umiejętność zachowania porządku w głowie mimo zgiełku na zewnątrz - choć to buddyjsko-taoistyczne podejście jest mi z wielu względów bliskie (zwłaszcza odkąd mam przy sobie Tajfuniątko). Nie chodzi nawet o równie mi miłą uważność, nie oceniającą, a obserwującą, tak podobną medytacji. Choć całe to wyciszenie i postawa ogólna są oczywiście warte zadumy i naśladowania, ja patrzę na całą tę sytuację z punktu widzenia wykładowczyni i nauczycielki. Kim chcę być? Nauczycielką pilnującą gramatyki i wymowy, przekazującą wiedzę, a potem otrzepującą ręce z kredy i - finito? Czy kimś, kto poza wiedzą może przekazać coś więcej: postawę, uważność i elastyczność w reagowaniu na zmiany? Trudności i niedogodności nie muszą być przeszkodą, mogą być studium przypadku i nauką na przyszłość. Czasem to, co najważniejsze, kryje się w ciszy, podczas przerwy, gdy dajemy czas sobie i innym. Czasem najlepszym nauczycielem jest deszcz, szum, fala, chmura i skrzypienie bambusów. Mogą być tłem, a mogą być motywem przewodnim, jak wszystkie inne piękne i dobre rzeczy i sprawy - muzyka, przyjaźń, miłość...
Parę tygodni temu do Kunmingu wróciła pora deszczowa z burzami i przemakaniem w pięć minut do suchej nitki. I podczas jednej lekcji, gdy okna były otwarte, a chwilę przed dzwonkiem lunęło jak z cebra, udało mi się skończyć lekcję przed czasem, spojrzeć na studentów i poprosić ich, by odłożyli wszystko i po prostu posłuchali deszczu.
Jeśli nawet zapomną wszystkie słówka i czasy, chciałabym, żeby zapamiętali tę właśnie chwilę.
Lotos wyłaniający się z wody to stary (sprzed co najmniej tysiąca lat) utwór z regionu Zhongzhou w środkowych Chinach. W okresie dynastii Song i Yuan został przeniesiony na południe przez lud Hakka. Połączył mocny styl północy z delikatnym pięknem południa. Stał się słynnym utworem w muzyce hakka na guzheng i należy do klasycznego repertuaru guzhengowego. Co ciekawe, jego pierwszy zapis nutowy datowany jest dopiero na 1933 rok! Wcześniej przekazywany był z mistrza na ucznia. Oczywiście, mały diabełek podpowiada mi, że w związku z tym obecna wersja może mocno się różnić od tej sprzed tysiąca lat... Co zresztą znajduje dziś odwzorowanie w co najmniej kilku różnych wersjach na guzheng, różniących się m.in. tempem i ozdobnikami.
Muzyka rozwija się tu stopniowo, warstwa po warstwie, kojąc duszę. Początek jest delikatny i lekki; dźwięki są powolne i rzadkie, jak poranna mgła nad stawem, z pączkami lotosu nieśmiało wychylającymi się z wody. Część środkowa jest cieplejsza i głębsza; dźwięki są giętkie i przeciągłe. Przed oczyma stają kłącza lotosu, mocno ukorzenione w błocku. Zakończenie powoli cichnie; jest delikatne, ale wciąż niesie z sobą czystego ducha, prawość, siłę i wierność sobie. Wysłuchawszy tego utworu lepiej rozumiemy, dlaczego w chińskiej kulturze lotos symbolizuje prawego człowieka o czystym sercu.
Pamiętacie jeszcze, jak opowiadałam Wam o 留白, pozostawianiu bieli, by kontrapunktowała treść? Lotos... wydaje mi się być doskonałym przykładem muzycznej interpretacji tego założenia estetycznego. W prawej ręce lekkość i prostota, dźwięki czyste i jasne, jak zmarszczki na wodzie lub wiatr muskający liście lotosu. W ręce lewej - powolne wibrato i delikatny nacisk; miękkość, ucieczka przed czasem. Nigdzie nie znajdziecie tu ostrości czy hałasu, a tylko - cichą siłę. Przejawia się to i w rytmie, równym i spokojnym jak bicie serca i w kojącej melodii bez wielkich skoków i zaskoczeń. Słuchanie Lotosu... jest jak terapia w tym zabieganym, chaotycznym, stresującym świecie.
Utwór ten należy do dziesięciu najsłynniejszych utworów na guzheng w Chinach. Ciekawostka: znane są również wersje na pipę,
gitarę, a nawet chińską orkiestrę,
a także np. duet guzhengu i yehu 椰胡 (kokosowe erhu),
czy też na chiński zespół kameralny (zwróćcie uwagę na sposób wykorzystania erhu!)
W tej chwili jestem tak w tym utworze zakochana, że uspokaja mnie już pierwsza fraza...