2026-05-01

回回村 muzułmańska wioska w Mojiangu

Oczywiście przed wyjazdem do Mojiangu coś tam o nim wiedziałam - zwykła kwerenda: parę stron w internecie, kilka zdjęć z Akwamarynowego Strumienia wyhaczonych na WeChacie. Będąc już na miejscu postanowiłam skorzystać z dobrodziejstwa GPSu, szukając ciekawych miejscówek. Na pierwszy rzut oka widać parki, a po zbliżeniu również miejsca kultu i niektóre zabytki. Ponieważ zwiedzenie Świątyni Konfucjusza nie zabrało nam dużo czasu, zerknęłam, czy aby nie ma czegoś jeszcze w okolicy. Ku mojemu najwyższemu zdumieniu odkryłam... meczet. 
Ruszyliśmy. Uliczka robiła się coraz węższa, wspinaliśmy się coraz wyżej, ZB narzekał, że na pewno się zgubiliśmy, aż na rozstajach ujrzeliśmy tablicę informacyjną opowiadającą bardzo skrótowo historię Wioski Huihui czyli wioski muzułmańskiej. Dobra nasza! Jesteśmy na właściwej drodze. Coraz więcej ostrołuków i łuków mauretańskich zamiast zwykłych okien, coraz więcej koloru zielonego, który w Yunnanie jest wręcz zarezerwowany dla islamu (to właściwie najszybszy sposób na rozpoznanie halalowych restauracji), a także bardzo zamożnie wyglądające rezydencje. W końcu doszliśmy do meczetu, który znajdował się tak wysoko nad miastem, że aż trzeba było sobie przysiąść na ławeczce, by odsapnąć po wspinaczce. Piliśmy więc wodę, ja podziwiałam meczet (oczywiście z zewnątrz) i pewnie na tym by się skończyło, gdyby nie podszedł do nas ahong 阿訇 āhōng* czyli imam. Poważnie traktując okazję do dialogu codzienności, usiadł przy nas - oczywiście najbliżej mojego męża, trzymając się z dala ode mnie - i cierpliwie opowiadał i starał się odpowiedzieć na wszystkie moje pytania. Tak oto poznałam historię muzułmańskiej wioski w Mojiangu. 
Historia wioski sięga końca XVIII wieku i jest nierozerwalnie związana z postacią Ma Shunqinga 马顺清 (jego arabskie miano to Muhammad Abdullah), znanego jako Stary Mistrz z Talang 他郎太爷 (Talang to dawna nazwa Mojiangu). W 1781 roku, po krwawym stłumieniu powstania muzułmańskiego przez Qingów, przywódca religijny Ma Mingxin został stracony - ucięto mu głowę. Jego jedenastoletni syn (właśnie Ma Shunqing) wraz z młodszym bratem zdołał ujść i koniec końców wylądował w odległym Yunnanie, pod opieką lokalnego imama, który przekupił urzędników, by przymknęli oko na jego obecność i swobodę. Osiadł w Talangu i założył tu rodzinę, a z czasem kilka domów zmieniło się w całą wioskę. Po jego śmierci grób - mauzoleum w kształcie perskiej kopuły zwane po chińsku 拱北 gǒngběi - stało się miejscem pielgrzymek dla członków bractwa sufickiego Jahriyya. Po dziś dzień co rok, w rocznicę śmierci Ma Shunqinga, przybywają tu tłumnie pielgrzymi z Gansu i Ningxia. Niestety, jest ono niedostępne dla niewiernych. Datę ahong podał mi zgodnie z tradycyjnym chińskim kalendarzem księżycowym (27. dnia 7. miesiąca księżycowego); niestety, nie wpadłam na to, żeby zapytać, dlaczego liczą chińskim kalendarzem zamiast muzułmańskim. 
To w skrócie. Warto jednak pochylić się nad szczegółami, bo ukażą one niezwykłą zaiste historię. Wróćmy do Ma Mingxina, którego chińskie imię zapisywane jest na dwa sposoby: 馬明心 lub 馬明新, a arabskie to Ibrāhīm. Żył w latach 1719–1781 i był sufijskim imamem, założycielem tariki (czy też z chińska menhuanu) Jahriyya. Nazwa ta wywodzi się z arabskiego słowa jahr (جهر) - głośno, ale o tym za chwilę. Ma urodził się w Gansu i władał zarówno arabskim, jak i chińskim. Jako młodzieniec spędził 16 lat studiując Koran w Mekce i Jemenie. Był uczniem 'Abd al-Khāliqa, który był nauczycielem w mistycznym sufickim bractwie Nakszbandijja. W 1761 roku Ma wrócił do Chin i założył własne bractwo wzorowane na Nakszbandijja - było to drugie tego typu bractwo w Chinach (pierwszym i najważniejszym jest menhuan Khufiyya). Te dwie tariki różnią się przede wszystkim sposobem modlitwy: Khufiyya modlą się po cichu i indywidualnie, podczas gdy wierni z menhuanu Jahriyya modlą się publicznie, śpiewem (kto śpiewa, modli się podwójnie...). Taki głośny, publiczny zikr (modlitwa) może przybierać wiele form - do jednej z nich wrócę za chwilę. Poza tym Ma Mingxin nie zgadzał się z innymi pomysłami sufi z tariki Khuffiya - protestował przeciw ubóstwieniu świętych, budowaniu meczetów na bogato oraz - bodaj najbardziej - przeciw wzbogacaniu się przywódców religijnych kosztem wiernych. Poza tym uważał, że przywództwa w bractwie nie powinni dziedziczyć synowie, a po prostu najlepiej wykształcone i najlepsze jednostki bractwa. Nic więc dziwnego, że w ciągu następnych dwudziestu lat popularność menhuanu Jahriyya rosła nieprzerwanie w całej prowincji. Kłócili się z reprezentantami drugiej tariki o doktrynę i metodę modlitwy, ale również mieli czelność oprotestowywać urzędasów państwowych i ich metody rządzenia, więc w końcu się doigrali. W 1781 roku obie tariki przyciągnęły w końcu uwagę Qingów. Głównym ogniskiem konfliktu była mała miejscowość zamieszkana przez Salarów, turecki lud przybyły na te tereny paręset lat wcześniej. Urzędnicy przybywszy stwierdzili, że wszystko, co nowe jest złe, a Jahriyya było nowym bractwem, to przez nich są kłopoty, huzia! I aresztowali Ma Mingxina, choć on nie plątał się akurat w tamtych okolicach. Zamknęli go w Lanzhou i posłali kompanię do zduszenia w zarodku rewolty sprowokowanej przez członków menhuanu Jahriyya. Kampania została rozbita przez rzeczonych Salarów, którzy następnie ruszyli do Lanzhou uwolnić Ma Mingxina. Nastąpiło oblężenie. Urzędnicy cesarscy wywiedli Ma na mury miejskie i pokazali go Salarom, a ci zaczęli giąć się w ukłonach. Przerażeni urzędnicy nie odważyli się wypuścić Ma - to groziło dalszymi kłopotami - więc sprowadzili go z murów i ucięli mu głowę, a wdowę po nim wraz z jej córkami wygnali do Xinjiangu. Właściwie trudno powiedzieć, jak to się stało, że mali synowie zostali zesłani do Yunnanu - są też źródła, że matka i córki również wylądowały w Yunnanie. Oczywiście nie zostali sami - wszyscy, którzy nie zostali zabici przez cesarskie wojska, musieli się wynieść właśnie w moje lub inne trudno dostępne rejony. Ciężko powiedzieć, jak członkom menhuanu Jahriyya udało się przetrwać do dziś, skoro przez ponad dwieście lat byli uważani (nie bez przyczyny) za wywrotowców i rebeliantów. Weźmy chociażby piąte pokolenie potomków Ma Mingxina - Ma Hualong, również przywódca menhuanu Jahriyya, był jednym z przywódców powstania dungańskiego. Ten również został w końcu stracony, a jego potomstwo wygnane, uwięzione bądź wykastrowane. Potomkowie Ma Mingxina i wyznawcy Jahriyya brali również udział w powstaniu Du Wenxiu
Mauzoleum Ma Mingxina zostało swego czasu zniszczone (czyżby władze dawały znać, jak muszą się skończyć protesty?), ale odbudowano je pod koniec XX wieku. Po dziś dzień jest miejscem pielgrzymek - ponoć w 1985 roku ponad 20 tysięcy muzułmanów przybyło tam w tym samym czasie na ceremonię upamiętniającą założyciela menhuanu Jahriyya. Co najlepiej dowodzi, że represje nie zawsze są w stanie wyrugować wierzących. A już bodaj najgorszym pomysłem było przeganianie ich z prowincji do prowincji - to tylko pomogło w rozprzestrzenianiu się idei. Przecież nie zostawali na tym wygnaniu do końca życia! Robili kariery, na przykład kupieckie - a wtedy podróżowanie było koniecznością. Działalność wywrotowa stawała się dzięki niej łatwiejsza. Członkowie tej samej tariki byli wobec siebie pomocni, lojalni, a gdy mijał odpowiedni czas, pomagali swym braciom w wierze w relokacji. Co prawda, czasem i wewnątrz tariki zdarzały się zgrzyty dotyczące sukcecji, ale sylwetka założyciela, Ma Mingxina, pozostaje na piedestale. Co więcej, Ma Mingxin jako męczennik dorobił się bardzo bogatej mitologii spisywanej czy też wymyślanej przez ahongów - recytacja dzieł związanych z Ma jest ważną częścią upamiętniających go ceremonii. 
Choć społeczność muzułmańska mieszka w naszej wiosce już od dwustu lat, stosunkowo dużo czasu zabrało im wybudowanie prawdziwego meczetu - budynek z dwoma wysokimi minaretami** w stylu arabskim (他郎清真寺) powstał dopiero w 1936 roku. Oczywiście w latach galopującego komunizmu stał zamknięty, jednak już w 1973 roku otwarł podwoje dla wiernych - jako pierwszy w Chinach! Jeszcze dłużej trzeba było czekać na połączenie wioski Hui - oraz znajdującej się obok wioski Hani - ze światem, czyli z miasteczkiem. Choć droga ta ma zaledwie 600 metrów, została wybudowana dopiero na początku XXI wieku, zastępując błotnistą ścieżkę biegnącą wcześniej przez pola ryżowe. Nie mogąc doczekać się pomocy od państwa, zamożniejsza społeczność Hui zainwestowała setki tysięcy yuanów w wybudowanie drogi. Ubożsi Hani w zamian wkładali w to fragmenty swojej ziemi oraz robociznę. Droga ta nazywa się od nazw społeczności drogą Ha-Hui 哈回路 i stała się symbolem współpracy między różnymi grupami etnicznymi.
Pogawędka z ahongiem zajęła nam tak dużo czasu, że aż zaprosił nas na kolację - przy meczecie działa oczywiście muzułmańska stołówka. Nie skorzystaliśmy; mieliśmy już plany na kolację, ale ponownie serdeczność i grzeczność imama zrobiła na nas wielkie wrażenie. Usiadłszy przy stoliku w restauracji, zaczęłam gorączkowo spisywać wszystko, co pamiętałam z rozmowy, żeby nie przepadło, nie umknęło kruchej ludzkiej pamięci. Zwróciłam zwłaszcza uwagę na to, że w menhuanie Jahriyya preferowane jest głośne, wokalne chwalenie Boga. Coś dzwoniło, ale nie wiedziałam, w którym minarecie, więc po powrocie do domu przeszukałam internety, by trafić na fascynujący zaiste gatunek muzyczny: qawwali. Idea doznawania boskiej miłości poprzez wykonywanie muzyki trafiła prosto w moje serce chórzystki. Dlatego dzielę się z Wami dzisiaj niechińską wprawdzie, ale jednak modlitwą śpiewaną qawwali w wykonaniu artysty imieniem Nusrat Fateh Ali Khan:
   

*訇 Hong jest również rzadko dziś spotykanym, ale dawniej chętnie wybieranym przez muzułmanów nazwiskiem. 
**minaret nazywa się po chińsku zgodnie z funkcją: 宣拜楼 - xuānbài lóu - budynek wzywania do modlitwy lub 光塔 guāngtǎ (świetlna pagoda) czyli zgodnie z oryginalną nazwą - minaret to dosłownie "miejsce skąd widać światło".

2026-04-29

Park Zwrotnikowy 北回归线标志园

Jedną z najważniejszych cech charakterystycznych Mojiangu jest to, że przebiega przezeń Zwrotnik Raka. Może właśnie dlatego mieszkający tu Hani czczą Słońce? W końcu każde letnie przesilenie to data, gdy tyczka nie rzuca cienia (立竿无影)! Położenie to zaczęło być bardziej oficjalnie celebrowane od 1993 roku, kiedy to władze podjęły decyzję o zbudowaniu Parku Zwrotnikowego. Skupia się on nie tylko na pokazaniu, którędy przebiega zwrotnik (wzdłuż całego parku biegnie świetnie oznaczona linia 23°26′), ale również porównaniu roślinności typowej dla tropików i subtropików, nawiązaniu do astronomii (na terenie parku znajduje się planetarium) i wpleceniu w to wszystko charakterystycznych elementów lokalnej kultury hanijskiej. Przestrzeń zagospodarowano w taki sposób, by możliwe było obchodzenie tu różnych świąt - stąd wiele mojiańskich i hanijskich imprez pod gołym niebem odbywa się właśnie tutaj. Jedną z nich jest chociażby celebrowane w letnie przesilenie Święto Słońca/ Święto Ognia, odbywające się na położonym na samym szczycie Placu Ofiarowania Ognia 祭火广场, gdy wszystkie Hanijskie rodziny odpalają ogień od ogniska rozpalonego mocą słońca, ale oprócz tego mają tu miejsce warsztaty uczące niematerialnego dziedzictwa Hani związanego ze strojami, muzyką i zwyczajami, a także imprezy edukacyjne, przede wszystkim astronomiczne. Park jest też ważnym miejscem obchodów Święta Bliźniąt, które odbywa się w Mojiangu w każdą majówkę.
Właśnie pomiędzy paszczami trzech smoków umieszcza się soczewkę, dzięki której słońce zapala ognisko.
Z parku rozposciera się piękny zaiste widok na cały Mojiang
Oczywiście do planetarium też wstąpiliśmy; trochę są dziadowaci, bo kazali nam płacić za jednorazowe ochraniacze na obuwie, choć wejście do parku i do planetarium jest płatne - i to sporo, bo 40 yuanów od osoby!
Brutalistyczna estetyka dominująca w tym parku mocno kojarzyła mi się z parkami odwiedzanymi przeze mnie na Śląsku za dzieciaka. Swojskie rzeźby otoczone tropikalnymi roślinami - całkiem niecodzienne wrażenie. Powiem tak - oczywiście cieszę się, że tam zajrzałam; sporo się dowiedziałam, bo cały park jest wręcz upstrzony rozmaitymi informacjami dotyczącymi regionu i tutejszej ludności, jednak absolutnie nie czuję potrzeby powrotu do tego miejsca. Za drugim razem wolałabym przejść się po okolicznych pagórkach herbacianych.

2026-04-27

Studnie Bliźniąt 双胞胎井

Jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Mojiangu jest park, w którym znadują się Studnie Bliźniąt, "dwuoczna" studnia, która ponoć jest odpowiedzialna za niecodziennie wysoką liczbę bliźniąt w regionie. Liczba urodzonych tu bliźniąt jest ponad czterokrotnie większa niż średnia globalna! Konkretny wskaźnik urodzeń bliźniąt w Mojiangu wynosi 8,7 na 1000 urodzeń, podczas gdy światowa średnia to około 2 na 1000. Dawniej pielgrzymowały tu głównie bezdzietne Yunnanki; od początku XXI wieku władze regionu starają się jednak, by cały świat dowiedział się o tym miejscu i cudownej wodzie. Stąd nie tylko otoczenie rzeczonej studni parkiem tematycznym, nie tylko nazwanie Mojiangu "domem bliźniąt" 双胞之家,ale również organizowanie dorocznego Międzynarodowego Święta Bliźniąt 际双胞胎节 w święta majowe. Nie wybieram się, bo nienawidzę tłumów i cen rosnących nagle i to kilkukrotnie, już nie mówiąc o tym, że po prostu mamy już inne plany - jednak z tego, co widziałam w internetach, ludziska naprawdę się wówczas świetnie bawią:
   
Wróćmy jednak do naszych studni. Są położone w wiosce Hexi 河西村, która obecnie została już wchłonięta przez miasto powiatowe Lianzhu, stanowiące serce Mojiangu. Wioska jako taka już nie istnieje; studnie otacza Międzynarodowy Ogród Bliźniaczej Kultury 国际双胞文化园 - cokolwiek autor tej nazwy miał na myśli. Co najciekawsze, choć z dawien dawna rodziło się tu jakby więcej bliźniąt niż gdziekolwiek indziej, dopiero po szczegółowych badaniach w 2002 roku studnie zostały nazwane Studniami Bliźniąt. Od tego czasu woda jest regularnie badana. Cóż. Jest lekko zasadowa (PH 7,8), słodka i łagodna w smaku, jednak nie wykryto żadnych niespodziewanych składników, które mogłyby się przyczyniać do rodzenia bliźniąt. Naukowcy podejrzewają raczej kwestie genetyczne, dietetyczne i geograficzne, które połączone dają tak niezwykłe efekty. Jednak, jak to często bywa, naukowcy swoje, a ludzie swoje - dlatego turyści gromadnie przybywają do studni i piją choćby dwa łyki, mając nadzieję, że rozwiążą wszystkie swoje problemy z rozmnażaniem. Zapewne dają wiarę pięknej legendzie. 
Dawno, dawno temu piękne Hanijskie dziewczę zakochało się w Bóstwie Wody. Bóstwo, przyjrzawszy się dziewczęciu, stwierdziło najwyraźniej, że się nada, w związku z czym wkrótce dziewczę już było brzemienne. Niestety, piękność wpadła w oko złemu szamanowi, który przyuważywszy ciążę wpadł w szał zazdrości! Oskarżył dziewczynę o noszenie w łonie diabelskich dzieci i chciał ją zabić. Ta nie była w ciemię bita i uszła przed pogonią - wędrowała długo lasami i górami, aż trafiła do lasku niedaleko wsi Hexi. Tam, wyczerpana ucieczką i zrozpaczona, powiła parę bliźniąt i, wykończona, zmarła. Bliźnięta zaś, zapewne z pomocą ojca - bóstwa wody, przemieniły się w dwa tryskające tuż obok siebie źródełka czystej, chłodnej wody. Miejscowa ludność, widząc ten cud i smakując słodką, świeżą wodę, zrozumiała całą prawdę. By uczcić jej pamięć i podziękować za dar życia, otoczono źródła opieką i wybudowano dla nich dwie kamienne studnie, które nazwano Studniami Bliźniąt. 
Ponoć ci, którym marzą się bliźnięta, powinni napić się po łyku wody z obu studni. Przy studniach faktycznie znajdują się bambusowe chochelki, którymi można zaczerpnąć wody. Woda ta jest darmowa (choć za wejście do parku trzeba zapłacić); płacić trzeba tylko za butelkowaną - bo i taka jest dostępna. Dodatkowo można sobie pomóc na kilka innych magicznych sposobów: w pobliżu studni powiesić życzenia na czerwonych wstążkach czy wrzucić pieniążek do "stawu życzeń", który na wzór europejskich fontann może zaczarować rzeczywistość. A teraz uwaga: Chińczycy zdołali zepsuć nawet tę miłą bliźniaczą tradycję ostentacyjnym patriarchalnym zadęciem: otóż jedna ze studni to tzw. męska studnia 阳井, a druga żeńska 阴井. Zgadnijcie, do której jest kolejka...
W całym Mojiangu roi się od rozmaitych "bliźniaczych" ozdób.
Nie spróbowałam. Nie żebym się bała bliźniąt. Po prostu obrzydzenie mnie brało, gdy widziałam, co ludzie robią tuż przy tych studniach i jak traktują te chochelki. Nie zdołałabym ani przytknąć ust do tych chochelek, ani nabrać do ust tej wody. Bue. 
Sam park - maleńki, średnio ciekawy. Wielka wystawa zdjęć z przeszłych obchodów Świąt Bliźniąt, kilka posągów, bliźniacze rośliny, dwie alejki. Warto jednak przyjść i zobaczyć, jak Chinki piją wodę z tej studni. Jak udają, że to dla śmiechu, dla zabawy, ale jednocześnie na dnie oka kryją smutek i nadzieję. I co z tego, że nie udowodniono magicznych właściwości wody? Nadzieja jest ważniejsza od całej nauki świata.