Maleństwo przychodziło jak zwykle bez okazji. To znaczy, z okazji tego, że jestem, ale bez jakiejś szczególnej okazji. Węszącym wątek matrymonialny od razu wylewam na łeb wiadro zimnej wody - już dawno ustalone zostało, że Maleństwo przychodzi tak naprawdę do mojej Mamy, bo to Ona gotuje.
Malenstwo ma 21 lat, studiuje wszystko-co-się-da na Akademii Muzycznej w Katowicach i jest genialne. Komponuje od kiedy się nauczył pisać nutki. Mniejsza już o jakieś drobiażdżki, ja przecież słyszałam jego formy ścisłe, kontrapunktyczne! No naprawdę, jeśli będzie pracował, to pewnie coś z niego wyrośnie.
Jak mu sie paluchy przestały mieścić na klawiaturze, to zmienił instrument główny na kontrabas. Z ulubionych (poza jedzeniem) czynności - lubi się śmiać. Też kontra-basem. Ma prawie dwa metry wzrostu (to logiczne, że się wabi Maleństwo, prawda?).
Uwielbiam go pasjami.
Dawniej rozmawialiśmy o życiu. O sztuce. I tak dalej. Teraz już zamknęliśmy większość tematów i możemy razem zrywać śliwki - i właśnie to czyniliśmy parę dni temu. Sąsiad ma bowiem sad, nieogrodzony. Owoce z jego drzew spadają na naszą działkę i gniją, więc nie tylko się nie przydają, ale w dodatku zaśmiecają nam trawnik! Skoro on o to nie dba, to czuję się uprawniona do "kradzieży".
Wróciliśmy z łowów z taką ilością śliwek, że po knedlach, cieście itp. nie pozostało nam nic innego niż zrobić powidła. O, w mordę, jak ja lubię smażyć powidła! A najbardziej je lubię, jeszcze gorące, parzące język, zlizywać ze spodeczka. Jestem zboczeńcem kuchennym. Po jaką cholerę kupować soki, powidła, dżemy w sklepie? Przecież wystarczy duży, dobry garnek z grubym dnem, owoce, cukier i trochę słoików. Ileż to roboty odpestkować kilka kilo śliwek? Godzina? A potem serce roście, gdy patrzysz na rządki w spiżarni.
Łaziliśmy więc po drzewie, coby te śliwki pozrywać. I robiliśmy zdjęcia pamiątkowe:
Nie mam zbyt dużo zdjęć z Maleństwem, a przecież znamy się ponad dziesięć lat - i prawie tyle przychodzi, ilekroć ma czas. Nasz dom zawsze był pełen moich znajomych. Wcale niekoniecznie przyjaciół. Było blisko ze szkoły, więc chętnie wpadali, zwłaszcza, że Mama zawsze czymś dobrym częstowała. Rzadko doczekiwałam się rewanżu... ale to już insza inszość. Mam wrazenie, że i nasze dawne mieszkanie, i obecny dom są przytulne. Ludzie lubią tu być, a jak raz wejdą, to im ciężko wyjść. Magia? Ofiary dla Westy? Nic z tych rzeczy. Wystarczy uśmiech zaprawiony szczerą sympatią i duuuuuuuużo herbaty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Proszę, nie anonimowo!
Ze względu na zbyt dużą ilość trolli, musiałam włączyć moderowanie komentarzy. Ukażą się więc dopiero, gdy je zaakceptuję. Proszę o cierpliwość.