Tuż obok Muzeum Yang Sheng'ana znajduje się przerzucony przez Rzekę Modliszki 螳螂川 Most Wiecznego Spokoju, czyli most Yong'an. Został zbudowany w 1494 roku, za panowania dynastii Ming, czyli ma już ponad pół tysiąclecia za sobą. Dawniej był największym kamiennym mostem łukowym na starożytnym Szlaku Końsko-Herbacianym łączącym Kunming z zachodnią częścią Yunnanu. Ma trzy przęsła, trzy paifangu i piękne zadaszenie nad całością. Dawniej boczne części szerokiego na 7 metrów mostu zastawione były straganami, a ku uciesze turystów na końcu mostu czekał na nich "Pawilon Odbijający się w Rzece" (niestety, nic po nim nie zostało). Za Mandżurów most dwa razy odbudowywano czy też przebudowywano, a w nowych Chinach zamieniono piękny kamienny most najpierw na drewniany, a potem na betonowy. Skutek jest taki, że z oryginalnego (albo qingowskiego) zostały tylko filary. W końcu w 2013 roku władze poszły po rozum do głowy i postanowiły odbudować most na wzór mingowski używając znanego już nam drewna nanmu.
Pięknym ukłonem w stronę chlubnej przeszłości mostu było to, że w Święto Środka Jesieni w 2019 roku na moście zorganizowano nocny targ, pilnowany przez "mingowskich" żołnierzy. Szkoda, że był to wyczyn jednorazowy. To samo dotyczy innych projektów kulturalnych typu "wędrówka śladami Xiake", podczas której na jednej końcówce mostu można było przysiąść nad herbatą i pogadać z wcieleniem jednego z najsłynniejszych chińskich podróżników. Kurczę, czy komuś by zaszkodziło, gdyby takie imprezy były cykliczne?
2026-06-04
2026-06-02
Listy miłosne do babci 给阿嬷的情书
Miałam pisać o czymś kompletnie innym, jednak w sobotę podczas spotkania z koleżanką usłyszałam o pewnym filmie, a ponieważ do gustu koleżanki mam pewne zaufanie, w niedzielę wybrałam się do kina na film wspomniany w tytule. Oglądałam go w oryginalnej wersji językowej, czyli w teochew, dialekcie języka minnańskiego - w języku, którego nie znam. Było to bardzo potrzebne. W ogóle wolę filmy w oryginalnych językach z napisami niż z dubbingiem; spodziewam się, że gdybym go oglądała po mandaryńsku, wywarłby na mnie mniejsze wrażenie, ponieważ widać byłoby, że postacie co innego mówią, a co innego słychać. Połowa albo i większość ładunku emocjonalnego przepadłaby na zawsze.
Nie będę Wam tego filmu streszczać; angielska wiki zrobiła to dość dobrze. Warto jednak oprócz stronki o filmie poczytać jeszcze o przymusowej taifikacji Chińczyków w Tajlandii, o listach z gotówką zwanych qiaopi, o mieście Shantou... To na pewno pomoże Wam zrozumieć tło filmu.
Parę słów o reżyserze. Nazywa się Lan Hongchun i jest to jego trzeci film w języku teochew; wszystkie opowiadają przede wszystkim o relacjach rodzinnych, ale również o tle kulturowym, nieco odmiennym od sytuacji w reszcie Chin. Co ciekawe, inspiracją do opowiedzenia akurat tej historii był jego własny film dokumentalny dotyczący kuchni regionu, a zahaczający o doświadczenia Chińczyków mieszkających poza ojczyzną. Pewnie z rzeczywistej znajomości tematu wzięła się ta cudna dbałość o szczegóły - zobaczyć możecie na przykład stroje z epoki albo sposób depilacji, dziś już rzadko spotykany. Jednak jeszcze ważniejszy jest autentyzm wynikający z tego, że zdecydowana większość obsady to naturszczyki! Nie mówimy o dwóch czy trzech osobach, a o WIĘKSZOŚCI obsady! Główną rolę kobiecą odtwarza Li Sitong, absolwentka inżynierii finansowej... Kurczę, albo są genialni, albo reżyser naprawdę potrafi kręcić filmy. Albo jedno i drugie - bo według mnie w ogóle nie dawało się odczuć, że to nie byli zawodowi aktorzy.
Film zaczął powstawać już trzy lata temu, jednak z powodu przekroczenia bardzo skromnego budżetu filmowany był długo, a że do niektórych miejsc nie udało się pojechać całej ekipie po raz wtóry, w ostatecznej wersji filmu pojawiły się też fragmenty nagrywane komórką, które pierwotnie miały tylko służyć za szkic. Całe szczęście Stowarzyszenie Teochew w Tajlandii wsparło projekt, i to nie tylko finansowo! W filmie pojawili się też prawdziwi chińscy seniorzy diaspory Teochew z Tajlandii w małych rólkach. Warto dodać, że w ciągu pierwszego miesiąca na ekranach film zarobił niebotyczne kwoty. Jak dotąd każda zainwestowana złotówka przyniosła ponad trzydziestokrotny zysk.
Dlaczego?
Nie jestem krytykiem filmowym; trudno mi mówić za innych. Za siebie jednak powiem: to film o niezwykłym ciężarze emocjonalnym, a jednocześnie niepozbawiony elementów humorystycznych. Jest w nim bolesna więcz szczerość i "zwykłość", która sprawiła, że od mniej więcej połowy z trudem powstrzymywałam szloch. To nie jest historia jakich wiele, a jednak opowiada o emocjach i wyborach tak ludzkich, tak zrozumiałych i tak trudnych, że chyba każdy jest w stanie się w nią wczuć. Przy okazji jest też to cudowny hołd złożony społeczności i więziom międzyludzkim.
Film został pokazany w Cannes pod angielskim bezsensownym tytułem Dear You. Jeśli będziecie mieć okazję - serdecznie polecam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





