Jedną z moich ulubionych odmian borowika w Yunnanie jest Lanmaoa asiatica, rosnący w symbiozie z sosną yunnańską. Ma on brązowoczerwonawy kapelusz, który sinieje, jeśli go mocniej nacisnąć - z tego też względu w naszym regionie nazywa się go "sinieje na widok ręki" 见手青. Ewidentnie próbuje nas odstraszyć, ale my się nie dajemy: Yunnańczycy się nim obżerają i... halucynują.
Tak, moi drodzy. Co roku przynajmniej parędziesiąt osób przytruwa się tym borowikiem i ląduje w szpitalu. Trafiają tam dlatego, że widzą krasnoludki, mówią do siebie, macają niewidoczne przedmioty, śmieją się i płaczą w kompletnie niekontrolowany sposób. Już pół biedy, jeśli zwymiotują całą porcję, bo halucynacje przynajmniej szybko miną, ale zdarzały się też osoby, które musiały spędzić pod opieką i kroplówkami przynajmniej dobę, zanim wydobrzały. Co ciekawe, grzyby te nie zawierają żadnych znanych halucynogenów - trzeba dopiero odkryć, co nam się rzuca na mózg.
Władze Yunnanu nic z tym nie robią. To znaczy: nie zakazują sprzedaży tych grzybów ani nie wpisują ich na listy grzybów trujących. Po prostu z momentem rozpoczęcia sezonu w każdym możliwym miejscu wrzucają ostrzeżenia - że grzyby te MUSZĄ zostać poddane prawidłowej obróbce termicznej. Że nie wolno ich tylko obsmażyć na dużym ogniu, a trzeba powoli gotować, smażyć bądź dusić, aż będą całkowicie zniesurowione.
Według mnie ugotowane są niedobre. Dobre są za to pokrojone w plastereczki i powoli smażone w dużej ilości oleju, przyprawionego suszonym chilli i dużą ilością czosnku. Smażenie trwa przynajmniej pół godziny, oleju musi być tyle, żeby żaden kawałek grzyba nie był suchy. Są przepyszne. Niestety, właściwie przyrządzone, tracą swe halucynogenne właściwości, więc nie było mi dane zachowywać się bardziej nienormalnie niż zazwyczaj ;)
W Polsce się nie zdarzają. Najlepiej po prostu przyjechać na grzyby do Yunnanu.
W Yunnanie występuje zresztą więcej takich halucynogennych prawdziwków - Butyriboletus roseoflavus, Sutorius magnificus oraz Rubroboletus sinicus; niektóre z nich spotykane są również w innych chińskich prowincjach, a także na szeroko pojętym Zachodzie. Choć w anglojęzycznej literaturze wiadomo o nich dopiero od 1991 roku, Yunnańczycy znają je "od zawsze" - pierwsza wzmianka pojawiła się już w IV w.n.e w księdze Baopuzi taoistycznego mędrca Ge Honga, który oczywiście wszelkimi dostępnymi środkami - w tym przy pomocy naszych grzybków - próbował osiągnąć nieśmiertelność.
Nieyunnańczycy mają problem z identyfikacją tych grzybów, ale na lokalnych targowiskach sprawa jest oczywista - każdy sprzedawca wie, które to borowiki. Oczywiście są droższe od niehalucynogennych...
Zaraz muszę wyczytać, czy mamy takie w Pennsylvanii. Pełno tu grzybów rozmaitych, ale zazwyczaj wyglądają podejrzanie. Znalazłam raz takiego, co wyglądał jak różowawy prawdziwek, ale Posiniał Na Widok Ręki. Może to ten sam?
OdpowiedzUsuńFaktycznie, szkoda,że tracą WSZYSTKIE halucynogenne właściwości. Fajnie by było zobaczyć krasnoludka!
Ha! Znalazłam stronę Pensylwańskiego Klubu Grzybiarzy! Naprawdę :)) No i mamy tego grzybka tu u nas :))))))
OdpowiedzUsuńW takim razie życzę owocnego zbierania :)
UsuńSuper artykuł. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuń