2026-01-17

Teoria czajnika i czarek 茶壶茶杯论

Gdybym kiedyś miała poprowadzić wykład na temat roli przypadku w pogłębianiu wiedzy, zaczęłabym od mojej przygody z Sobowtórem Macieja Siembiedy. Swoją drogą, przyjemna powieść sensacyjna. Rzadko takie czytuję. Życia mi nie starcza nawet na ukochaną azjatczyznę, a co dopiero powieści całkiem niezwiązane z jakimkolwiek moją pasją! Ale czasem i mój mózg musi odpocząć. 
Wtem!
Któryś chiński filozof zdefiniował życie seksualne mężczyzny: "Czajnik jest jeden, a filiżanek wiele", ale Ludmiła Ungier odwróciła tę zasadę. To filiżanka okazywała gościnność licznym, aczkolwiek starannie dobranym czajnikom. 
Cyknęłam zdjęcie, zapomniałam o cytacie, doczytałam powieść do końca, a gdy ściągałam zdjęcia na dysk, przy okazji odkryłam, że muszę sprawdzić, co to za nieznany mi chiński filozof popełnił tak ohydną mizoginiczną szkaradę. Kwerenda doprowadziła mnie do wielu, wielu odkryć - wiecie, jak to jest, kolejne strony internetowe, kolejne teksty źródłowe, a dwadzieścia okienek i dziesięć tytułów książek w przeglądarce później nagle okazuje się, że właściwie już nie pamiętam, od czego zaczęłam. Ale jednak znalazłam: nie do końca filozofa, raczej uczonego, a i to takiego raczej... hmmm... przeterminowanego, a w dodatku nie do końca chińskiego, chociaż to zależy od definicji. Ale od początku.
Gu Hongming 辜鴻銘 (1857-1928) był chińskim uczonym urodzonym w Malezji. Z tą chińskością, poza miejscem urodzenia, jest o tyle kłopot, że tatuś owszem, był chińskim intendentem plantacji kauczuku, jednak mama była Portugalką. Brytyjski właściciel plantacji polubił chłopca i gdy ten skończył dziesięć lat, zabrał go do Wielkiej Brytanii i wykształcił. Jako szesnastolatek Gu zaczął studiować literaturę na Uniwersytecie Edynburskim, który ukończył w 1877 roku otrzymując tytuł magistra. Następnie studiował jeszcze rozmaite kierunki w Niemczech i Francji, ale żadnego nie ukończył i w 1880 roku wrócił do Penangu, by zrobić karierę urzędnika. W 1885 wyjechał do Chin i tam przez dwadzieścia lat był doradcą Zhang Zhidonga. Pewnie właśnie od niego przejął ultrakonserwatyzm i niechęć do patrzenia w przyszłość, które przejawiały się nie tylko w krytyce stu dni reform, ale również w licznych pismach, które najłatwiej streścić jako przebrzmiałe dziadowskie biadolenie ubrane w piękny język i niewątpliwą erudycję. Wracając jednak do jego kariery: piął się tak długo, jak długo trwało jego umiłowane cesarstwo, jednak gdy Qingowie upadli, zrezygnował z posady na znak lojalności. Lojalność trwała cztery lata; już w 1915 roku został wykładowcą Uniwersytetu Pekińskiego. W latach 1924-27 mieszkał i pracował w Japonii oraz w zarządzanym przez nią Tajwanie. Niedługo przed śmiercią wrócił do Chin; zmarł w Pekinie w wieku 72 lat.
Jego przywiązanie do cesarstwa i wartości konfucjańskich było wręcz ostentacyjne: do końca życia nosił warkocz ukazujący lojalność wobec Mandżurów. Był bardzo wszechstronnie wykształcony - znał biegle 6 języków, a pobieżnie kilka następnych, przy czym chińskiego nauczył się dopiero jako dorosły człowiek. Napisał wiele książek po angielsku i po chińsku, a krąg jego zainteresowań był niezwykle szeroki. Dość powiedzieć, że poza opisami "chińskiego ducha" i przyczyn wojny rosyjsko-japońskiej tłumaczył też Konfucjusza na angielski, a angielski poemat narracyjny na chiński. W pewnym sensie w tamtych latach był symbolem chińskości - uwielbiany przez Chińczyków, bo im mówił, że są najwspanialsi na świecie, a ich kultura najcudowniejsza, a przez ludzi Zachodu dlatego, że im tłumaczył tę kulturę pojęciami dla nich zrozumiałymi. Mógłby tyle dobrego zrobić dla swoich umiłowanych Chin, gdyby nie był tak twardogłowy! 
A jednak był mizoginem i zwolennikiem feudalnego, patriarchalnego społeczeństwa aż do szpiku kości. Najbardziej zaś znane są jego poglądy na temat małżeństwa i kobiet. Za najdoskonalszy uważał chiński system posiadania jednej żony i kilku konkubin, stanowiący według niego solidny fundament stabilnego społeczeństwa. Ponoć mawiał, że najlepszym sposobem panowania nad mężczyzną jest dla kobiety znalezienie sojuszniczki (albo i kilku), która ją wesprze i pomoże w uwięzieniu chłopa "pod granatową spódnicą" czyli pod pantoflem. Oczywiście Gu nie pozostał gołosłowny w swym poparciu dla chińskiej wersji wielożeństwa: sam niecały rok po ślubie wziął sobie japońską (!) konkubinę, a na stare lata próbował przywrócić sobie młodość pławiąc się blasku pewnej młódki. Swoją inklinację podpierał lingwistycznie: "妾者,立女也" - konkubina to kobieta stojąca na baczność. W domyśle: gdy zmęczony mąż wraca do domu, ktoś musi zawsze być w pogotowiu, by go wesprzeć, by mu usłużyć i nie opuszczać jego boku. Jakże trudnym byłoby to zadaniem dla jednej tylko kobiety, która miałaby i męża, i całe domostwo na głowie?! Mawiał, że żona jest mu stymulantem, a konkubina - lekiem nasennym. Obie były mu na swój sposób niezbędne. 
W czasach Republiki nowocześni Chińczycy zaczęli popularyzować małżeństwa monogamiczne i równość płci, krytykując "zgniłe" konserwatywne poglądy. Pytali oni Gu: dlaczegóż to mężczyznom wolno mieć trzy żony i cztery konkubiny, a kobieta całe życie ma być wierna jednemu mężczyźnie? Wtedy właśnie Gu błysnął swym dziaderskim bon motem: Mężczyzna jest jak herbaciany czajnik, a kobietę najlepiej porównać do czarki. Do jednego czajnika pasuje wiele czarek - to naturalny porządek rzeczy, jednak asbolutnie nie da się dopasować kilku czajników do jednej czarki. W owych czasach nie było w Chinach bodaj jednego intelektualisty, który by nie znał tej teorii; wzbudzała aplauz jednej części społeczeństwa i obrzydzenie drugiej. Co ciekawe, jeśli dobrze pogrzebać, to dokładnie odwrotne stwierdzenie można znaleźć w chińskiej literaturze wiele wieków wcześniej: W Kwiecie Śliwy w Złotym Wazonie jedna z głównych bohaterek, Pan Jinlian twierdziła, że kobiety są jak waza zupy, a mężczyźni jak łyżki do zupy - przecież jedna waza zupy wystarczy na wiele łyżek... No tak, ale Pan Jinlian była niemoralna, a Gu był autorytetem moralnym dla wielu - co chyba najlepiej pokazuje podwójne standardy rządzące światem...
Porównanie czajniczkowo-czarkowe było tak znane, że gdy słynny poeta Xu Zhimo żenił się po raz drugi, tym razem z artystką Lu Xiaoman, ta ponoć doń rzekła: Zhimo! Nie możesz używać porównania pana Gu do czajnika jako wymówki, musisz wiedzieć, że nie jesteś moim czajnikiem, a szczoteczką do zębów. Czajnikiem można się dzielić z innymi, ale szczoteczką nie!

Tak oto polska książka sensacyjna spowodowała, że poznałam dzieło osoby, o której w innym przypadku być może nigdy bym nie usłyszała. Nie był to wprawdzie filozof, ale postać niewątpliwie barwna i ewidentnie bardzo swego czasu znana. Korzystając z wikisource, zapoznałam się z jego najsłynniejszym bodaj dziełem, The Spirit of the Chinese People. Nie polecam ze względu na jej zawartość ideologiczną, jednak muszę przyznać, że jest ciekawie napisana - no i jest bezcennym źródłem pokazującym, jak na przełomie XIX/XX wieku wykształcony na Zachodzie Chińczyk z wyboru opisuje w sumie dość nową dla siebie chińską kulturę. 
I tylko ciekawa jestem, jak to możliwe. Z ojca, który był osobą na tyle światłą, że zdecydował się pojąć za żonę Portugalkę i z matki, która była tak niezwykła, że wybrała na męża malezyjskiego Chińczyka, a w dodatku przy pomocy Anglika, który był na tyle rozumny, otwarty i hojny, by wysłać małego Gu na bardzo gruntowne studia - jak z tego wszystkiego mógł wyjść taki dziaderski mizogin...

PS. Wpis z okazji czternastej rocznicy poznania ZB. Całe szczęście on też jest moją szczoteczką do zębów ;)

4 komentarze:

  1. Rocznica 14 to rocznica kości słoniowej. Oby wszystkie Żywioły sprzyjały Wam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie będę pytać, czy jesteś jego pastą do zębów.:-D
    Wszystkiego najlepszego!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Odkąd usłyszałam, że jestem jego glistą ludzką (bo wiem, co ma na myśli zanim to powie), to już wolę, żeby mnie do niczego nie porównywał...

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
Ze względu na zbyt dużą ilość trolli, musiałam włączyć moderowanie komentarzy. Ukażą się więc dopiero, gdy je zaakceptuję. Proszę o cierpliwość.