Och, jak się cieszę, że Lu Xun, najważniejszy chiński pisarz, został w końcu przetłumaczony na polski! Kilka jego opowiadań czytałam po chińsku (jedno wchodziło nawet w skład mojego podręcznika do nauki chińskiego), jednak chciałam poznać ich smak po polsku.
To nie była uczta duchowa. Albo raczej: była czasem, przy kolejnym trafnym spostrzeżeniu, które niestety nie zestarzało się do dziś: o kołtuństwie, przesądach, kumoterstwie... Ale jednak - literatura zaangażowana ma jedną zasadniczą wadę: pokazuje tylko te brzydkie strony. Najtrudniej jest zawsze widzieć rzeczywistość taką, jaka jest, kiedy się w niej tkwi, ze wszystkimi bolączkami, ale też okruchami dobra. Świat u Lu Xuna jest brzydki, kłamliwy i pełen wad, bo stwierdził on, że ma obowiązek moralny dotykać tego, co boli i mówić głośno o tym, co wszyscy ukrywają. To było ważne sto lat temu i jest ważne dziś, ale - och! jak bardzo chciałabym przeczytać obserwacje Lu Xuna dotyczące piękna, dobra i empatii! Jeśli faktycznie widział świat dokładnie takim, jaki opisywał, to bardzo mi go żal - bo widział tylko wady. Kiedyś też uważałam, że najważniejsze jest pokazywanie brzydkiej i bolesnej prawdy; dziś wiem, że bodaj trudniejsze jest dostrzeganie nudnego i bezbarwnego dobra. Tak trudno czasem je znajdować wokół siebie czy nawet w sobie...
Nie żałuję lektury, broń buddo! Mogę się nie zgadzać z Lu Xunem, mogę patrzeć nań pobłażliwie za nienawiść do chińskiej medycyny, ale nie ulega wątpliwości, że warto czytać rzeczy, które bolą. Tylko - warto je również przetykać lekturami, które pokażą inną, łaskawszą perspektywę.
PS. Kong Yiji <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Proszę, nie anonimowo!
Ze względu na zbyt dużą ilość trolli, musiałam włączyć moderowanie komentarzy. Ukażą się więc dopiero, gdy je zaakceptuję. Proszę o cierpliwość.