Czas jakiś temu była głośna ta historia: na jednym z kunmińskich kampusów uniwersyteckich w Chenggongu ochroniarz zgwałcił studentkę studiów licencjackich. By zatuszować sprawę i pocieszyć dziewczynę, rektor postanowił dać jej wejściówkę na studia magisterskie - czyli zaproponował miejsce bez względu na wynik egzaminów końcowych. Po wycieku informacji do prasy, rektor oczywiście zaprzeczył i zagroził poważnymi konsekwencjami studentom roznoszącym takie plotki. Oczywiście, plotki nadal krążyły, zataczając coraz większe kręgi, o jednym z efektów nagłośnienia tej sprawy nikt jednak nie pomyślał. Otóż całej masie mocno przeciętnych uczennic ten sposób wydał się znacznie lepszy od rzetelnego zakuwania. Zaczęły ubierać się mocno wyzywająco i łazić nocami po kampusach, szukając niekontrolujących swych penisów ochroniarzy.
Jeden z ochroniarzy wyznał dziennikarzowi: "ich cel jest ewidentny: mają nadzieję, że któryś z nas się nie powstrzyma, a gdy będzie po wszystkim, dostaną się bez problemu na studia! To wszystko przez rektora: zamiast iść ścieżką prawa, iść do sądu i wypłacić dziewczynie odszkodowanie, chciał sprawę zatuszować. Wszystko skrupia się na nas, gdy chodzimy na patrole, co poniektórym desperatkom niewiele brakowało, żeby nas pozaciągać w krzaki i zgwałcić. Ta praca staje się zbyt niebezpieczna!".
Nie jest to jedyny problem. Okazało się, że wielu studentów a także robotników ze wsi przebiera się w strój ochroniarski, żeby wykorzystać dziewczyny polujące na indeks. Wykryte to zostało, gdy jeden z oszustów, cierpiący najprawdopodobniej na niewydolność serca, zemdlał w trakcie stosunku, a gdy przerażona dziewczyna zawołała innych strażników, okazało się, że nie należy do grona pracowników szkoły... Niektórzy żartują, że strój ochroniarza jest teraz pewniejszą przepustką do seksu niż garnitur od Armaniego... Co gorsza, dziewczyny, którym za seks z fałszywymi ochroniarzami uniwerek nie chciał dać indeksu, popełniają samobójstwa. Władze uniwersyteckie zażądały sprawdzenia szaf akademików i bloków, w których mieszkają robotnicy. Podobno skonfiskowano ponad 6000 strojów ochroniarskich.
Ochroniarze skarżą się, że przez to wszystko ogromnie się stresują. Dziennikarz zapytał: co, boicie się, że Wam sił nie starczy na obsłużenie wszystkich potrzebujących?
Ochroniarz, nie łapiąc dowcipu, odparł: "Nie, po pierwsze boimy się chorób wenerycznych (sic), bo przecież nie będziemy na każdy patrol zabierać prezerwatyw, a dziewczyny o tym nie myślą. A uniwersytet niestety ewentualnych problemów zdrowotnych nam nie wynagrodzi..."
Jedna ze studentek odpowiada na zarzuty: "niech się tak nie boją, przecież my po indeks, a nie po dziecko, same przyniesiemy gumki!"
Ta historia wydarzyła się naprawdę, w maju ubiegłego roku. Cały Kunming aż huczał, a na forach internetowych niedoświadczone dziewczęta pytały, czy naprawdę da się zgwałcić faceta, który tego nie chce... Tak mi się przypomniało, bo już niedługo znowu czas egzaminów wstępnych na studia...
Tu źródło.
2013-05-03
2013-05-02
starzeję się...
Poszłam na kolację z Małym Smokiem i jego kolegą z siatkówki, Koreańczykiem. Koreańczyk młodziutki, po licencjacie, przyjechał uczyć się chińskiego. Ma w Kunmingu wuja, który tu mieszka już 17 lat, prowadząc organizację kościelną, więc o mieście się nasłuchał. Przyjechał trzy miesiące temu. Ładniutki jest, więc nie zdziwiło mnie, że już sobie znalazł dziewczynę, Chinkę. Mówię, że za kilka lat to będzie po chińsku śmigał. Nie dodaję, że, zgodnie z teorią mojego Taty, najlepszym sposobem na opanowanie języka obcego są pillow talks. On mówi, że niestety już za rok musi wracać do Korei, więc nie wie, czy mu się uda uczyć chińskiego aż kilka lat.
No ale przecież masz dziewczynę Chinkę, mówię. Co zamierzacie zrobić za rok?
Koreańczyk patrzy na mnie z uśmiechem, nie wiem czy rozbawienia czy politowania.
Ja drążę temat: nie zamierzasz jej zabrać z sobą?
Koreańczyk, teraz już uchachany od ucha do ucha: co? Chinkę? Do Korei? Buahahaha!
Na końcu języka miałam "za moich czasów"... Ugryzłam się w język i zmieniłam temat.
Zastanawiam się, czy faktycznie teraz młodzież z pełną premedytacją związuje się na chwilę, mając stuprocentową pewność, że za chwilę się rozstanie?
Czuję się staro...
No ale przecież masz dziewczynę Chinkę, mówię. Co zamierzacie zrobić za rok?
Koreańczyk patrzy na mnie z uśmiechem, nie wiem czy rozbawienia czy politowania.
Ja drążę temat: nie zamierzasz jej zabrać z sobą?
Koreańczyk, teraz już uchachany od ucha do ucha: co? Chinkę? Do Korei? Buahahaha!
Na końcu języka miałam "za moich czasów"... Ugryzłam się w język i zmieniłam temat.
Zastanawiam się, czy faktycznie teraz młodzież z pełną premedytacją związuje się na chwilę, mając stuprocentową pewność, że za chwilę się rozstanie?
Czuję się staro...
2013-05-01
山茅田雞 polne kurczaki z górskiego sitowia
To nazwa knajpy ogniokociołkowej 火鍋, tuż pod naszym osiedlem. Zanim ślinka pocieknie, wyjaśnić jednak muszę jedną rzecz - osoby początkujące w chińskim proszę o pilne nastawienie uszu, a kayka może zacząć się rumienić. Jeśli się dopiero zaczęło naukę języka, można bowiem popełnić błąd początkującego i faktycznie pomyśleć, że skoro 田 to pole, a 雞 to kurczak, to "polny kurczak" może być na przykład przepiórką czy inną kuropatwą. Początkującemu do głowy nie wpadnie, że jest to śliczna, eufemistyczna nazwa na... żabę. No co? My mamy swojego konika polnego, z którego taki konik, jak z koziej d... trąbka, więc nie czepiajmy się Chińczyków, że wprowadzają zamęt. Wprawdzie my polnych koników nie mamy w jadłospisach, ale przecież Francuzi też jedzą żaby, prawda?
Wracając do meritum: knajpa specjalizuje się w kociołkach z żabami na ostro. Zanim jednak spróbujemy powtórzyć taką potrawę w domu, trzeba wziąć pod uwagę rzecz następującą: nie każda żaba może skończyć w ludzkim żołądku. Takoż i nasz "polny kurczak" oznacza tylko jeden typ żaby, akurat w Europie nieznajdowalny.
Chińska żaba jadalna Hoplobatrachus rugulosus, zwana też żabą tajwańską bądź wschodnioazjatycką żabą byczą, występuje bowiem tylko w Azji (Chinach z przyległościami, Kambodży, Laosie, Malezji, Birmie, Tajlandii, Wietnamie i na Filipinach). Lubi siedzieć w bagienkach, ale równie łatwo ją znaleźć na polach uprawnych i w ogródkach (ja tam bym się na jej miejscu trochę bała pojawiać w okolicach ludzkich siedzib, ale niech jej będzie...). Po chińsku wabi się albo "polny kurczak" albo "żaba o tygrysiej skórze" 虎皮蛙. Zarówno w Chinach, jak i w Malezji czy w Tajlandii są hodowane na mięso. Najsmaczniejsze są oczywiście udka, ale w naszym kociołku pojawiają się też przednie kończyny (fatalnie się je obgryza, z powodu wykształcenia kości śródręcza). Najprostszy przepis na żabę to po prostu ugotowanie jej w ostrej potrawce, bądź usmażenie czy też usmażenie w głębokim oleju, w panierce, jak kurczaka.
Sieć knajp, która stała się inspiracją do dzisiejszego wpisu, reklamuje się, że jej żaby nie są hodowlane, tylko złapane w sitowiu. Nie sądzę. Zarówno w Chinach, jak i na Tajwanie, dzikie osobniki są pod ochroną, więc na mięso się je po prostu hoduje. Są delikatne i pyszne, a sama syczuańska zupa, w której kurczak polny się gotuje - pikantna i przesmaczna.
W tej samej knajpie można też spożyć kociołek z mięsem króliczym bądź drobiowym - tym razem już nie polnym... Ceny umiarkowane, żarcie pyszne. Polecam!
Adres: 五华区西园路西华小区广安路1号
Wracając do meritum: knajpa specjalizuje się w kociołkach z żabami na ostro. Zanim jednak spróbujemy powtórzyć taką potrawę w domu, trzeba wziąć pod uwagę rzecz następującą: nie każda żaba może skończyć w ludzkim żołądku. Takoż i nasz "polny kurczak" oznacza tylko jeden typ żaby, akurat w Europie nieznajdowalny.
Chińska żaba jadalna Hoplobatrachus rugulosus, zwana też żabą tajwańską bądź wschodnioazjatycką żabą byczą, występuje bowiem tylko w Azji (Chinach z przyległościami, Kambodży, Laosie, Malezji, Birmie, Tajlandii, Wietnamie i na Filipinach). Lubi siedzieć w bagienkach, ale równie łatwo ją znaleźć na polach uprawnych i w ogródkach (ja tam bym się na jej miejscu trochę bała pojawiać w okolicach ludzkich siedzib, ale niech jej będzie...). Po chińsku wabi się albo "polny kurczak" albo "żaba o tygrysiej skórze" 虎皮蛙. Zarówno w Chinach, jak i w Malezji czy w Tajlandii są hodowane na mięso. Najsmaczniejsze są oczywiście udka, ale w naszym kociołku pojawiają się też przednie kończyny (fatalnie się je obgryza, z powodu wykształcenia kości śródręcza). Najprostszy przepis na żabę to po prostu ugotowanie jej w ostrej potrawce, bądź usmażenie czy też usmażenie w głębokim oleju, w panierce, jak kurczaka.
Sieć knajp, która stała się inspiracją do dzisiejszego wpisu, reklamuje się, że jej żaby nie są hodowlane, tylko złapane w sitowiu. Nie sądzę. Zarówno w Chinach, jak i na Tajwanie, dzikie osobniki są pod ochroną, więc na mięso się je po prostu hoduje. Są delikatne i pyszne, a sama syczuańska zupa, w której kurczak polny się gotuje - pikantna i przesmaczna.
W tej samej knajpie można też spożyć kociołek z mięsem króliczym bądź drobiowym - tym razem już nie polnym... Ceny umiarkowane, żarcie pyszne. Polecam!
Adres: 五华区西园路西华小区广安路1号
Subskrybuj:
Posty (Atom)