blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2017-11-25

Lijiang 丽江

Dziś w ramach akcji W 80 blogów dookoła świata zmierzamy się z miejscowymi obiektami na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.
 Gdybym miała pisać o wszystkich wspaniałościach z Listy, znajdujących się w Chinach, byłby to dłuuugi wpis. Ba, nawet ograniczając się tylko do mojego ukochanego Yunnanu, mamy ładnych parę. Całe szczęście o części już pisałam - bo w nich byłam i je kocham. Tak jest ze wspaniałym Kamiennym Lasem i nie mniej cudownym zjawiskiem krasowym całego regionu. Brak u mnie za to wpisów o tarasach ryżowych, łupkach Maotianshan czy wspaniałych krajobrazach Nujiangu - bo niestety jeszcze ich nie odwiedziłam. No i jest jedno miejsce, które odwiedziłam, które znajduje się na Liście i o którym jeszcze nigdy nie pisałam. Głównie dlatego, że nie wiedziałam, jak ubrać w słowa moje odczucia.
Lijiang (dosłownie: Piękna Rzeka) to miasto, które powstało ponad tysiąc lat temu. Kiedyś był ważnym punktem na trasie Szlaku Końsko-Herbacianego (krótki opis tego szlaku dałam Wam kiedyś tutaj); amatorzy ciekawej architektury lubią go za piękne ulice, otoczone żywą wodą wraz z systemem studni; w starym mieście Dayan (bo tak naprawdę zwie się tzw. stare miasto Lijiang) co większe ulice są bowiem od budynków oddzielone wąziutkimi kanałami z przepięknymi mostkami. 




Ale to nie wszystko! Jest przecież jeszcze cała otoczka kulturalna! Przecież to miasto ludu Naxi z niewielką tylko domieszką etnicznych Chińczyków Han, którzy wprawdzie osiedlają się tutaj przynajmniej od czasów dynastii Ming, ale którzy niewiele tylko wpłynęli na kulturę Naxi. Bodaj najważniejszą rzeczą, którą tubylcy podpatrzyli u Chińczyków i doprowadzili do perfekcji, było budowanie drewniano-glinianych domów w stylu charakterystycznym dla południowych Chin (głównie Nankinu i okolic). Upiększyli je rzeźbionymi w ptaki i kwiaty oknami. Co ciekawe, nawet biedota wolała zawsze zainwestować w piękne okna niż kupić nowe łóżko. Tak więc całe stare miasto było piękne tymi płaskorzeźbami, bez względu na status materialny posiadaczy.
Nie tylko stara chińska architektura przetrwała dzięki ludowi Naxi. Kupcy osiedlający się w dawnym Lijiangu przywieźli z sobą również klasyczną chińską muzykę. I kiedy w całych wielkich Chinach koncerty takiej muzyki od dawna są już tylko wspomnieniem, w Lijiangu i okolicach jest ona nadal grywana. 

Nie oznacza to bynajmniej, że wyparła kulturę rodzimą! Naxi nadal posługują się własnym językiem i pismem, mają swoje stroje, swoje tradycje, swoją religię, swoją muzykę, i swoje tańce. Najbardziej znane są te tańczone w kółeczku, jak za dawnych czasów przy ogniskach. 

Po dziś dzień codziennie wieczorem w Lijiangu młodzi i starzy tańczą do folkowych hitów - niestety, raczej nie do żywej muzyki. Żeby usłyszeć i zobaczyć, jak się w regionie bawią przy żywej muzyce, trzeba pojechać na prawdziwe wiejskie wesele. Niekoniecznie ludu Naxi - takie tańce są popularne w całym regionie, czyli u Naxi, Tybetańczyków, Yi, Lisu, Bai itd. Zresztą - dawnymi czasy w Lijiangu mieszkało sporo umiejących w handel reprezentantów okolicznych grup etnicznych - po prostu po to, by w tym mocno nastawionym na sprzedaż miejscu móc zarabiać kokosy. Niestety, ludzie ci właściwie z Lijiangu zniknęli. Tak samo zresztą, jak sami Naxi (przypominam, to było ich miasto!). Ale o tym za chwilę.
Lijiang znalazł się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO w grudniu 1997 roku. Od tego czasu władze inwestują w ochronę i rozwój starego miasta...
Nie, nie przejdzie mi to przez gardło, ani przez klawiaturę. 
Zacznę jeszcze raz. Na początku lat '90 XX wieku Chińczycy zaczęli się starać o wpisanie starego miasta Lijiangu - czyli miasteczka Dayan 大研 - na listę UNESCO. Było się o co starać, bo Dayan było faktycznie pięćdziesięciotysięcznym starym miasteczkiem zamieszkanym przez Naxi i innych nie-Hanów. Miasteczko było samowystarczalne - okoliczne pola zapewniały wszystkim mieszkańcom wyżywienie, w mieście było sporo studni z krystalicznie czystą wodą, a całe "unowocześnienie" sprowadzało się do poprowadzenia kabli elektrycznych na zewnątrz budynków. Zaledwie kilka budynków było utrzymanych w chińskim stylu - wiecie: drewniane ściany na kamiennej podmurówce i charakterystyczne chińskie dachy. 

W obrębie starego miasta nie było sklepów z pamiątkami ani nawet hoteli. Obcy mieszkali w blokach, które jak grzyby po deszczu wyrastały poza obrębem starego miasta. Nowe życie z pracą od-do i mieszkaniami z telewizorami było właśnie w tych blokach. Tymczasem w starym mieście wszystko było jak dawniej - miasteczko budziło się powoli, na kamienne ulice trafiały stragany i handlarze z koromysłami, staruszkowie wygrzewali się w ostrym yunnańskim słońcu, a kobiety myły warzywa i prały w specjalnie do tego używanych studniach i źródłach. 

Mieszkańcy - głównie Naxi - ubierali się w swoje piękne stroje na co dzień. 






Bo niby w co innego mieliby się ubierać? Choć do szkół wprowadzono mandaryński, tubylcy nadal posługiwali się mową Naxi i pismem Dongba:

Miasto żyło za dnia, a wieczorami życie szybko cichło za zamkniętymi okiennicami. Nocne życie? W takich miasteczkach na końcu świata, bez lotniska, autostrady czy nawet zwykłej, porządnej drogi, nie było nocnego życia. Była zwykła małomiasteczkowa senność. Bo odkąd konno-herbaciane karawany przestały napędzać ludzi, mało kto zadawał sobie trud, by tu przyjechać. Między innymi dlatego miastu udało się zatrzymać w czasie.
Zanim specom z UNESCO udało się przybyć do Lijiangu, uległ on zniszczeniu. W lutym 1996 roku nadeszło silne trzęsienie ziemi, które zniszczyło budynki, studnie i okoliczne wsie, a także uśmierciło wielu ludzi w Lijiangu i otaczających go wioskach.
Gdy komisja UNESCO przyjechała, ujrzała dziwaczny krajobraz - obok całkowicie zdemolowanych ulic były nietknięte, piękne budynki mieszkalne. Spod drzazg i gliny wyłaniały się wybrukowane wielkimi kamieniami ulice. Komisja nie czekała, aż Chińczycy odbudują Lijiang - niezwłocznie wpisano go na listę. W końcu to jedyne miejsce z tak pięknie pulsującą życiem kulturą Naxi mogło zniknąć z powierzchni ziemi! Odbudujmy, ochrońmy!
Zaczęto odbudowę "w stylu". Oczywiście - już nie biedne budyneczki przeciętnych mieszkańców, a śliczne, drewniane acz z kamiennymi fundamentami. Początkowo nie bardzo pasowały do ubogiego Dayan, ale yunnańskie ostre słońce i gwałtowne deszcze szybko upodobniły nowe budynki do starych - choć większego rozmachu nie dało się zatuszować. W miejsce prostych kamiennych płyt i desek służących za mostki, zbudowano piękne mostki w chińskim stylu. Stragany z mięsem i warzywami psuły wygląd ryneczku, więc zakazano wystawiania podstawowych produktów spożywczych w obrębie starego miasta i na zakupy trzeba chodzić do nowego, betonowego Lijiangu. I właśnie w ten sposób Lijiangu nie odbudowano - przynajmniej nie w sensie odbudowy z zachowaniem autentyczności. Zmieniono miasteczko nie do poznania - w bogate, piękne, nie znające ubogich domostw i nieozdobnych budynków. Żeby jeszcze dobić resztki autentyczności, wyburzono ocalałe z trzęsienia ziemi (!) budynki, by wybudować pałac rodziny Mu. To znaczy - twierdzili, że odbudowują rezydencję dawnych włodarzy, ale - założę się o wszystko - tak naprawdę zbudowali coś kompletnie innego zupełnie bezpodstawnie. To samo zresztą dotyczyło budynków zniszczonych w katastrofie. Ich właścicieli nie było stać na rekonstrukcję pełną gębą. Wówczas pojawili się w Dayan biznesmeni, którzy powiedzieli, że chętnie ugadają się z właścicielami - owszem, odbudują domostwa. Ba, zrobią je większymi, piękniejszymi, lepiej urządzonymi... i nadającymi się do nocowania turystów, urządzenia knajp albo sklepów z pamiątkami. Zyski podzielimy w mniej lub bardziej sprawiedliwy sposób, co Wy na to?
W ciągu zaledwie roku miasto odbudowano - ale już nie jako miasto, w którym żyją Naxi. Łaskawe władze podarowały dawnym mieszkańcom za bezcen piękne mieszkania w nowym Lijiangu. A w starym Lijiangu stwierdzono, że teraz te budynki ocalałe z trzęsienia ziemi wyglądają jak ubodzy krewni nowo "odbudowanych". Starzy mieszkańcy początkowo protestowali, ale w ciągu zaledwie paru lat właściwie wszyscy przenieśli się do nowego Lijiangu, stary Dayan zostawiając w rękach inwestorów z dalekich stron i rzesz turystów. Stare budynki wymieniono na nowe.
Potem powstał symbol nowoodbudowanego starego Lijiangu - młyn wodny. Nie muszę chyba dodawać, że w starym Dayan nigdy czegoś takiego nie było. Teraz stoi dumnie obok kamiennej tablicy obwieszczającej, że oto widzimy coś z listy UNESCO. 


Pojawiły się też czerwone latarnie. Bo to takie "chińskie".  



Jedyni Naxi w mieście to staruszki wynajęte do sprzedawania "tradycyjnych" wyrobów Naxi prosto z Kantonu oraz opłacani przez miasto wodzireje przodujący w tradycyjnych tańcach w kółeczku odbywających się codziennie na rynku starego miasta. No i kelnerki/sprzątaczki w knajpach i pensjonatach ulokowanych w "tradycyjnych domostwach Naxi".
Kiedy pojechałam do Lijiangu, miałam już w głowie wyobrażenie na temat kultury Naxi, tęskniłam za widokiem tradycyjnego yunnańskiego miasteczka. Zwłaszcza takiego zasługującego na pojawienie się na liście UNESCO. I właśnie dlatego Lijiang mnie tak bardzo rozczarował. Nie było tu słychać języka Naxi. Nie było tu knajp z tradycyjnym jedzeniem - a tylko z ogólnochińskimi hitami oraz, ku mojemu zdumieniu, kuchnią Zachodnią. Tak, tak! Wielu właścicieli tutejszych pensjonatów, barów i restauracji to albo Chińczycy z Północnego Wschodu, szczerze przez miejscową ludność znienawidzeni, albo ludzie Zachodu. Zachwycił ich Lijiang i tu już zostali. Niestety, zachwyciła ich wersja pop tego miasta, nie oryginalna kultura, a już na pewno nie oryginalna architektura - bo tej już w Lijiangu nie uświadczysz. Obecnie w Lijiangu każdy czuje się jak u siebie - Chińczyk, bo "stare" miasto zostało zbudowane od nowa w całości na wzór i podobieństwo południowochińskie, a człowiek Zachodu, bo właśnie tak wyobraża sobie "chińskość". 
Chodzisz więc w Lijiangu po pięknie wybrukowanych i ozdobionych ulicach, kupujesz artefakty z pismem dongba, jesz ryż z kurczakiem pięć smaków, a wieczorami tańczysz z wodzirejami na rynku, który już nie jest rynkiem, w świetle czerwonych latarni. Przeciętnemu turyście to przecież wystarczy, prawda? A że ten "stary Lijiang" z prawdziwym starym Lijiangiem nie ma właściwie nic wspólnego? A kogo to obchodzi?...
U mnie tyle na dziś. Za to poniżej tradycyjnie linki do wpisów innych blogerów biorących udział w akcji:
Austria: Viennese breakfast - Austria na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO
Francja: Demain,viens avec tes parents - UNESCO
Gruzja: Gruzja okiem nieobiektywnym - Dziedzictwo narodowe, Dziedzictwo Światowe
Hiszpania: Hiszpański dla Polaków - Katedra w Salamance i jej nietuzinkowi mieszkańcy
Irlandia: W Krainie Deszczowców - Irlandzkie obiekty na liście Unesco
Japonia: japonia-info.pl - Kuchnia japońska dziedzictwem światowym
Kirgistan: Kirgiski.pl - Obiekty UNESCO w Kirgistanie
Niemcy: Niemiecki po ludzku - Obiekty na liście UNESCO - ślady rzymskiej kultury w Trier
Szwajcaria: Szwajcarskie Blabliblu - Obiekty wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Naturalnego UNESCO w Szwajcarii
Szwecja: Szwecjoblog - Tu byłam, czyli 3 obiekty z listy UNESCO w Szwecji
Turcja: Turcja okiem nieobiektywnym - Obiekty z listy UNESCO - zwiedzamy Efez
Wielka Brytania: Blog edukacyjny o angielskim po polsku - W tajemniczym kręgu Stonehenge; English Freak - W 80 blogów , czyli Tower of London jako jeden z obiektów UNESCO w Wielkiej Brytanii; Daj Słowo - Wybrzeże Jurajskie na południu Wielkiej Brytanii
Włochy: Studia, parla, ama - W 80 blogów, czyli obiekty UNESCO we Włoszech: ciekawostki; Po Prostu Włoski - Ciekawostki o Wenecji i jej lagunie
Różne kraje: Enesaj.pl - Turkijskie obiekty UNESCO

PS. Więcej do poczytania o Lijiangu, Yunnanie i paru innych miejscach w Azji u Jima Goodmana. Kocham tego faceta. Wie na temat tych miejsc więcej niż większość tubylców, o turystach nie wspominając.
PS. 2. Jeśli podoba się Wam nasza akcja i chcielibyście dołączyć, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

2017-11-23

Szmaragdowozielone Jezioro - jesień

Przez całą wczesną jesień wychodziłam na spacery raczej rano - jeśli nie mam lekcji, to właśnie poranki wydają mi się idealnie spacerową porą. Ludzi jeszcze niedużo, słońce jeszcze nie praży, a tylko przyjemnie grzeje. Ci, którzy lądują w parkach koło dziewiątej rano, to ci, którzy mają czas - na madżonga, na spacer z dzieckiem, na próbę zespołu opery pekińskiej, na niekończące się ćwiczenia taichi...
Któregoś poranka wstałam jak zwykle, jednak gdy otworzyłam okno, by przewietrzyć pokoje, odkryłam, że powietrze pachnie inaczej - zimowo. To już nie jest zapach jesiennego słońca, tylko mroku i tej dziwnej rześkości. Zamknęłam okno czym prędzej, obiecując sobie, że je otworzę, gdy tylko wyjdzie słońce. A czekać trzeba było na to, bagatela, do dziewiątej! Mnie się też jakoś nie spieszyło do niczego: Tajfuniątko ładnie spało, a ja wolałam paradować po domu w seksownej misiowatej piżamie (prezent od męża!), z wielgachnym kubkiem kawy, niż się pozbierać i zmusić do spaceru. Poszłyśmy więc na ten spacer dopiero po południu; właśnie wtedy zaatakowała nas złota kunmińska jesień.

Popołudniami również można tu ujrzeć staruszków umilających sobie czas grą na rozmaitych instrumentach, śpiewem czy ćwiczeniami. Pamiętajcie, jeśli być emerytem to tylko w Kunmingu!

Klony, platany, młode miłorzęby i cała reszta pięknych drzew dostarczyły nam jesiennej feerii barw:



Tym, za co jednak naj naj naj najbardziej kocham Kunming u progu zimy jest fakt, że właśnie wtedy zaczynają kwitnąć kamelie, azalie i magnolie. To wspaniałe uczucie gdy Mama pokazuje mi ośnieżone dachy, a ja mam dla Niej w zanadrzu świeże kwiecie.
Taki jesienny Kunming da się lubić!

2017-11-21

pokaz herbaciany z wykładem

Na początku była herbata. Kurs tradycyjnego parzenia herbaty połączony z mozolnym zdobywaniem herbacianej wiedzy. Potem - praca w herbaciarni. Takiej prawdziwej, chińskiej. Później - wykłady i pokazy herbaciane dla Instytutów Konfucjusza, dla prywatnych ludzi, dla przyjaciół. A jeszcze później przyszły zaproszenia z kunmińskich uniwersytetów, bym wprowadzała w herbaciane meandry innych Obcych.
Każde takie zaproszenie to wielki stres. Przypominanie sobie specjalistycznych słówek po angielsku, ćwiczenie, by się zmieścić w wyznaczonym czasie. Ach, tak mi zimno, ale jednocześnie mam spocone dłonie, dlaczego?
Każde takie zaproszenie to również ogromna satysfakcja. Uśmiechy na twarzach uczniów, pełne podziwu spojrzenia obserwujących Chińczyków, zawsze niepowtarzalny aromat i smak herbat, które dla nich przyrządzę.
Jeśli kiedyś będę bogata, otworzę maleńką herbaciarnię, w której będę sprzedawać tylko te herbaty, które lubię. I w której będzie można ze mną usiąść, zaparzać kolejne czajniczki herbat i prowadzić niekończące się dyskusje na temat wyższości świeżych wulongów nad pięcioletnimi herbatami białymi. Och, jaka będę szczęśliwa!

2017-11-18

smażony zielony patison

Uwielbiam patisony. Jednak nie te polskie, z bardzo twardą i niejadalną skórą, tylko nasze, yunnańskie, soczyście zielone z pyszną i niezbyt grubą skórą. Od polskich patisonów różnią się tak bardzo, że długo nie mogłam uwierzyć, że to nasze to też patison... Najczęściej po prostu gotuję na nich zupę z dodatkiem paru plasterków szynki yunnańskiej albo duszę z ziemniakami, ale ostatnio trafiłam na inną wersję, która z miejsca podbiła mój żołądek.

Składniki:
  • zielony patison, niedbale posiekany
  • garsteczka suszonej papryki (byle nie chilli!)
  • łyżka pieprzu syczuańskiego
  • niedbale pokrojony w plasterki czosnek
  • pół litra czystego rosołu
Wykonanie:
  1. Na gorący olej wrzucamy rozdrobnioną paprykę, czosnek i pieprz syczuański. Gdy zapachną, dorzucamy dynię i obsmażamy intensywnie mieszając.
  2. Dodajemy rosół i dusimy do miękkości - w zależności od wielkości kawałków dyni i stopnia jej dojrzałości będzie to trwało od 5 do 15 minut.

2017-11-16

persymony 柿子

Klęska urodzaju na kampusie Uniwersytetu Yunnańskiego :)

  • Persymona [...] oznacza właściwie tylko "sprawy" (shi).
  • Persymona wraz z mandarynką [...] znaczy "wielkie szczęście we wszystkich sprawach".
  • Ciasto z owoców persymony, wraz z gałęzią sosny (bo) i pomarańczą (ju) symbolizuje "wielkie szczęście w stu sprawach".
  • Persymona z owocem lizhi oznacza "zysk (li) na rynku (shi)" a więc dobry interes.
  • Jako drzewo persymona ma cztery zalety: żyje długo, daje cień, ptaki wiją sobie na niej gniazda, ale nie jest schronieniem dla robactwa. Być może dlatego persymony sadzono dawniej często na dziedzińcach świątynnych.
/Wolfram Eberhard - Symbole chińskie. Słownik/
Ten oparty na homofonach lub brzmieniowych skojarzeniach symbolizm zawsze tak samo mnie bawi i ciekawi. Na początku sinologicznej drogi chętnie wyszukiwałam te gierki słowne... i tak mi już zostało. Więc:
persymona 柿 shì - sprawa 事 shì.
mandarynka 桔 jú - pomyślność, szczęście 吉 jí - zwróćcie uwagę, że mandarynka to tak naprawdę szczęście obok drzewa 木吉. Oczywiście, jest to tylko jeden ze znaków na mandarynkę. Ten bardziej tradycyjny to oczywiście 橘, który wszakże nie jest podobny do szczęścia, więc nam nie pasuje do teorii ;)
liczi 荔枝 lì​zhī - profit 利 lì
I tu docieramy do momentu, który pali me policzki rumieńcem. Eberhard to przecież niekwestionowany autorytet, jeśli chodzi o szeroko pojętą chińszczyznę. A tu zdarzył się lapsus.
Z pomarańczą Eberhardowi nie wyszło. Owszem, chętnie się wykorzystuje w zabawach słownych, ale pomarańcza to jednak 橙 chéng a nie 桔 jú. Za to sosna to zdecydowanie 松 sōng, a 柏 bó (czytane również bǎi) to cyprys - to iglak i to iglak, ale jednak trochę się różnią. Więc żeby sto (百 bǎi) spraw było pomyślnych, to raczej persymona z mandarynką i cyprysem...
To jest jeden z TYCH MOMENTÓW językowych - gdy kwestionujemy niekwestionowany autorytet i w dodatku mamy rację.

PS. Za inspirację dziękuję Szwecjoblogowi i Powiedz mnie!, dzięki którym zaczęłam się zastanawiać nad TYMI MOMENTAMI w trakcie nauki języka. 

2017-11-14

Cuihu nocą

Tak wcześnie robi się ciemno, że już w trakcie wieczornego spaceru z Tajfuniątkiem Kunming rozświetlają tylko latarnie, lampiony i neony. Dlatego jako miejsce wieczornej przechadzki zazwyczaj wybieramy pięknie oświetlone Szmaragdowozielone Jezioro. Tutejsze widoki za każdym razem tak samo mnie oczarowują.

2017-11-12

佤族鸡肉烂饭 miękki ryż z kurczakiem w stylu Wa

W Polsce kleik ryżowy podaje się bodaj wyłącznie osobom obłożnie chorym, które muszą być na mocno lekkostrawnej diecie. Z założenia jest nieszczególnie smaczny.
Chiny to zupełnie inna bajka. W niektórych regionach rozmaite kleiki to podstawowe śniadanie albo i inne posiłki. Mnogość dodatków oszałamia: od mięs, owoców morza i jajek po najrozmaitsze warzywa. Są kleiki delikatne i pikantne, słone i słodkie, wodniste i tak gęste, że aż łyżka stoi, mogą być podawane na gorąco i na zimno. Mój ukochany kleik z owocami morza z Chaoshan to potrawa wprost mistrzowska, ale inne też są nienajgorsze. Nie jestem wprawdzie specem od kleików, ale, jak widać, lubię je i znam sporo odmian. Nic mnie jednak nie przygotowało do bliskiego spotkania trzeciego stopnia z miękkim ryżem Wa.
Podczas niedawnej kolacji u Wa podano nam ni to kleik, ni to risotto, aż zielone od tych wszystkich pachnących dodatków, a w dodatku z obfitą wkładką mięsną. Ryż ten bowiem gotuje się na kurzym rosole, z dodatkiem sporej ilości kurczaka, a oprócz tego mamy tu jeszcze rozmaite warzywa i zioła.
Legenda głosi, że potrawę wymyśliło pewne starsze małżeństwo. Mieli oni bardzo dużo dzieci, a dzieci te miały już swoje rodziny. Nieczęsto zdarzało się więc, by wszyscy mogli się spotkać. Pewnego roku wszystkie latorośle wróciły jednak do rodziców na kolację noworoczną. Szkopuł w tym, że starzy i ubodzy rodzice byli nieprzygotowani na taki najazd Hunów i nie mieli ich czym nakarmić. Zarżnęli więc jedyną kurę, wsadzili do gara z zimną wodą, zasypali ryżem i dołożyli garstkę ziół z podwórka - ot i cała noworoczna wyżerka. Sami się pewnie nie spodziewali, że tak gotowany ryż okaże się tak smakowity, że odtąd zaczął się pojawiać na wszystkich noworocznych stołach ludu Wa.
Musiałam, po prostu MUSIAŁAM się nauczyć go robić.

Składniki:
  • kurczak - w zależności od planowanej ilości albo cały, albo jakaś jego część, koniecznie z kością i mięsem
  • ryż dobrej jakości
  • garść drobno posiekanego koperku
  • garść drobno posiekanej zielonej papryki
  • łyżka papryki w proszku
  • garść drobno posiekanej kolendry/pietruszki
  • garść drobno posiekanej zielonej cebulki
  • ściamkany czosnek po uważaniu
  • garść drobno posiekanej mięty
  • garść drobno posiekanego selera naciowego
  • ściamkany imbir po uważaniu
  • pieprzy syczuański po uważaniu
  • odrobina soli
Wykonanie:
  1. Gotujemy kurczaka w niedużej ilości wody - ot, żeby nie wystawał, ale nie za dużo. Chyba, że zamierzamy nakarmić drużynę futbolową, to wtedy na miejscu będą i duży garnek, i dużo wody. Już do tego pierwszego gotowania można dodać imbir, najlepiej w całości, obrany ze skóry.
  2. Gdy zupa przyjemnie pyrka, zajmujemy się myciem i siekaniem zieleniny. Dowolny składnik można pominąć i ilość dowolnego można podwoić. Obowiązkowa jest tylko kolendra i papryka.
  3. Gdy mięso zaczyna odchodzić od kości, wyjmujemy je z wody, do której w zamian wsypujemy dobrze przepłukany ryż. Proporcje wody i ryżu mają być trochę inne niż podczas gotowania zwykłego ryżu - po prostu trzeba dać około dwa razy więcej zupy niż zazwyczaj. Czyli nie 2:1, a raczej 4:1, albo i więcej.
  4. Gdy ryż się spokojnie, na małym ogniu gotuje, a my go co jakiś czas mieszamy, zajmujemy się obieraniem mięsa z kości i rozdrabnianiem go na maleńkie kąski - można ręcznie, można pokroić. Dorzucamy mięso do gotującego się  ryżu.
  5. Gdy ryż wchłonie całą wodę, ale jeszcze będzie mocno wilgotny i miękki, dorzucamy do niego wszystkie nasze przyprawy i dodatki. Gotujemy jeszcze przez chwilę, by połączyły się smaki - i już gotowe!

2017-11-10

intruzi

Tajfuniątko już bardzo ładnie śpi. O ósmej kąpiel, potem książeczka, kołysanka, "umilacz" i - w kimono. Zazwyczaj przed dziewiątą jest już małym, ciepłym tobołkiem, nie reagującym na próby przenoszenia czy nasz przytłumiony śmiech. Kiedy się dobrze uda, śpi tak do rana. Jeśli się nie uda, w środku nocy mam przerwę na przytulenie malucha, który NATENTYCHMIAST MUSI do mamy. Takie noce zdarzają się coraz rzadziej, ale się zdarzają. Staram się wtedy przymknąć oczy i uszy i nie wybijać się ze snu, nawet jeśli muszę siedzieć w fotelu z tobołkiem na ręku. Czasem się udaje.
A czasem nagle słyszę szelest. Nie. Szelesty. Nieregularne, ale zbyt wyraźne, by były tylko omamem słuchowym. Czy to morderca? Złodziej? Czy tylko karaluch? E, nie, na karaluchy trochę za głośno. Wyraźnie słyszę, jak coś szeleści, ale czym? W foliówkach jest zapakowane szczelnie jedzenie - owoce, orzechy, suszone owoce...
Mam ochotę się zerwać, wbiec do salonu i zapalić wszystkie światła, by zobaczyć, co/kto tu broi. Jednocześnie boję się, że zobaczę coś, czego bardzo nie chciałabym ujrzeć - np. wielkiego, agresywnego szczura albo jadowitego pająka czy węża. Modlę się, żeby to wszystko był wytwór mojej chorej wyobraźni.
Następnego dnia rano widać dokładnie, że intruz połakomił się na ciasteczka księżycowe z szynką i resztkę krakersów. ZB w całym salonie rozstawia pułapki - takie, że ewentualne myszy czy szczury musiałyby się przylepić i nie dałyby rady uciec. Nawet się nie zastanawiamy, którędy dziadostwo wlazło. Mogło przez kanalizację, przez niedomknięte okno, przez uchylone drzwi, gdy w domu panował rozgardiasz. Nie ma sensu się spierać o to, czyja to wina, że mamy na utrzymaniu jakieś tajemnicze zwierzę.
Kolejna noc z przymusową pobudką. Żadnych odgłosów. Łapki też puste. Może to był jednorazowy mysi wybryk?
Trzecia noc, równie niespokojna. Początkowo cisza jak makiem zasiał, ale po chwili coś znów trzeszczy i szeleści. Zadowolona, że łapek jest dużo i na pewno złapiemy wroga, idę spokojnie spać.
A rano - pułapki puste. Czyżbym sobie wymyśliła wizytę? Ależ nie! Na jednej z pułapek wyraźnie widać odbitą łapkę. Duża coś ta łapka. Znów oblewa mnie zimny pot. Cóż to za zwierzę i gdzie się kryje? Przeszukuję jeszcze raz mieszkanie. To tylko 45 metrów, gdzie, u licha, mógł się podziać złodziej?!
Kolejne dwa dni nie przynoszą zmian. Wiemy, że dziki gość buszuje, ale nie wiemy, co to, ani gdzie się podziewa za dnia. Nie zostawiamy na zewnątrz żadnego jedzenia, ale to nie chroni pokoju przed szczegółową penetracją.
Tamtego dnia zaczęło lać. Zrobiło się zimno. Podjęłam męską decyzję - zamiast zasłaniać okna specjalną metalową siatką chroniącą przed komarami i innymi owadami, trzeba je zacząć wieczorem zamykać. Podchodzę do okna w drugim pokoju, a tam - cały zewnętrzny parapet w bobkach. I resztkach żarcia.
No i - siatka. Nie widzę uszkodzeń. Ale kiedy dotykam, okazuje się, że cały dół jest urwany i zwisa z ramy zamiast być napięty.
Wiele razy już wspominałam, że nie znoszę wiewiórek, prawda? Teraz nienawidzę ich jeszcze bardziej.
Posprzątane, siatka wymieniona, na wszelki wypadek na noc zamykamy okna. I gdy się już wydaje, że tę wojnę wygraliśmy, okazuje się, że... gaz ucieka.
Tak. Skubańce w akcie zemsty przegryzły rurkę doprowadzającą gaz do naszej kuchenki...
Jak złapię, to oskalpuję i wsadzę do garnka, po yijsku. Howgh!

2017-11-08

sto lat!

W listopadzie piąte urodziny obchodzi Klub Polki na Obczyźnie. Z tej okazji w projekcie późnojesiennym piszemy o naszym związku z Klubem i o tym, jak obecność w nim na nas wpływa - na ludzi, na blogerki, na kobiety. Pięć lat - pięć punktów.

  1. Nowi ludzie - bo gdzież indziej mogłabym znaleźć tak wielką i prężną grupę ludzi, z którymi łączy mnie tak wiele? Jesteśmy kobietami (no, z wyjątkiem naszego Rodzynka), jesteśmy emigrantkami, jesteśmy Polkami, jesteśmy blogerkami. To już cztery punkty wspólne. A z niektórymi przecież łączy mnie więcej: pochodzimy z tego samego regionu, lubimy te same filmy czy książki, interesuje nas podobny region świata, lubimy gotować, nie lubimy... no, tutaj nie będę się chwalić, niechęcią do czego zjednały sobie niektóre dziewczyny moją sympatię ;) Więcej nas łączy niż dzieli.
  2. Dużo czytania - bo dziewczyny chętnie dzielą się linkami do swych blogów i vlogów. Jeśli podczas mojej porannej kawy Tajfuniątko już śpi swą przedpołudniową drzemkę, zamiast przeglądać jakieś okropieństwa na stronach z wiadomościami ze świata i z Polski, skupiam się na miejscach, które dobrze znam, albo których jeszcze nie widziałam, na pochwale życia, na ciekawym przepisie i rewelacyjnych zdjęciach. Każda z dziewczyn ma w sobie coś, każdy blog jest szczególny. I choć oczywiście niektóre darzę większą sympatią niż inne, przyznać muszę, że chętnie klikam również na wpisy, których wyszukanie w innym wypadku nie wpadłoby mi do głowy.
  3. Pomysły - bo co parę miesięcy są nowe projekty o ciekawych tematach. Staram się brać w nich udział, choć oczywiście nie każdy projekt mnie do siebie przekonał ;) To jest zawsze wyzwanie - bo tematy projektów to coś, o czym pewnie nie pisałabym na blogu, a już na pewno nie w tej formie. Czyli ćwiczę pióro, ćwiczę sposób patrzenia na blog, a potem podglądam, jak do tematu podeszły inne klubowiczki - i czasem sporo się od nich uczę.
  4. Pogaduchy - czasem jest łatwiej zagaić, gdy na siebie nie patrzymy i nie siedzimy nad kawą. Niektóre pogawędki są kwintesencją szczęścia, niektóre ratują od czarnej rozpaczy. Ileż już razy dodawałyśmy sobie otuchy i dawałyśmy wsparcie w trudnych chwilach! Ileż razy rozśmieszałyśmy się do łez! Och, ta społeczność jest wprost fantastyczna!
  5. Książka - już parę razy zostałam wydana. Niestety, jak do tej pory moje publikacje cieszyły oczy niewielkiej grupy odbiorców, były to bowiem publikacje naukowe. Jednak dzięki naszej Matce-Założycielce stworzyłyśmy coś trwałego, a w każdym razie trwalszego niż blog. Jest to książka Świat według Polki, do której i ja dołożyłam swą małą cegiełkę. Zawsze wiedziałam, że lubię pisać. Jednak nigdy nie sądziłam, że tak bardzo polubię pisanie "do książki". Od tamtej pory, gdy zaczyna się wokół mnie dziać coś ciekawego, włącza mi się automatycznie czujnik "czy nadałoby się do książki, a jeśli tak, to jak to opisać". Może wreszcie kiedyś uda mi się skompletować tych historyjek wystarczająco dużo, by obdarować nimi jakiegoś szczęśliwego wydawcę? :)
Kochany Klubie! Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. I - sto lat!
(grafikę na piąte urodziny Klubu wykonała jedna z klubowiczek - Sylwia Rioux. Dziękujemy!)