blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2017-10-31

Rzeka Ciesząca Smoka 龙纳河

Jest słońce, jest wolne, jest samochód. Tym razem wybieramy się więc do "Bogatych Ludzi" czyli do położonego tuż przy Kunmingu miasteczka Fumin 富民. Fumin to dosłownie "wzbogacać ludność" i faktycznie coś w tym jest - chyba jeszcze w żadnym maleńkim miasteczku nie widziałam takich fur i wypasionych domków. Fiu, fiu, fiu... Widać nie bez powodu Fumin jest kunmińskim "koszyczkiem z jedzeniem" - uprawia się tu ryż, pszenicę, kukurydzę, tytoń, orzechy, woskownice, ostrudę mandżurską, kasztany jadalne, winogrona i wiśnie; nie brakuje również hodowców trzody chlewnej i drobiu. Poza tym jednak - nic tam nie ma. To znaczy: w samym mieście. To okolice Fumin słyną z przepięknych krajobrazów, krystalicznie czystej wody i absolutnego braku zanieczyszczonego powietrza. Atrakcją wymienianą bodaj najczęściej są dziewicze tereny doliny, którą płynie Longna he - Rzeka Ciesząca Smoka, nazywana czasem małym Jiuzhaigou. Zobaczyłam zdjęcia, chciałam tam pojechać już od dawna. Po rzece można pływać łódkami i pontonami, górskie źródełko jest chłodne i czyste, krajobraz piękny, a ponoć i droga dobra. Tylko 20 kilometrów od Fumin, a przecież Fumin jest tuż za granicą Kunmingu.
Do Fumin dotarliśmy w samo południe; wstąpiliśmy do pierwszej lepszej knajpy i zapytaliśmy, co jest ich specjalnością. Kelnerka spojrzała na nas jak na wariatów i powiedziała, że właściwie nic, robią po prostu zwykłe, domowe żarcie.
Dla nas to zawsze najlepsza reklama. I tym razem okazało się, że knajpa karmiła jak najlepsza babcia - ogromne półmiski wypełnione przepysznie przyrządzonymi smakołykami. Nawet Tajfuniątku smakowało. W dodatku ceny o tyle niższe od tych kunmińskich, że uiszczaliśmy rachunek z prawdziwą przyjemnością.
Z popuszczonymi pasami jedziemy dalej. Dwadzieścia kilometrów to przecież jak splunąć.
No chyba, że cała droga to wąska dróżka górska, teoretycznie asfaltowa, ale ze strumykami w poprzek, usypiskami, brakującymi częściami drogi i niespiesznie usuwającymi zadki wszędobylskimi kozami. Jeśli, nie daj buddo, z naprzeciwka jechało drugie auto, któreś musiało się cofać do ostatniego szerszego zakrętu. Dwudziestokilometrową trasę pokonaliśmy w godzinę, dojeżdżając do... nikąd. To znaczy: droga biegła dalej, ale nasz GPS stwierdził, że jesteśmy na miejscu, powiedział do widzenia i twardo stał na tym stanowisku, choć tutaj nic nie było. W oddali majaczyła jakaś rzeczka, ale nie było do niej ani dojazdu, ani nawet dojścia.
Hmmm. Okolica piękna, próbujemy pojechać dalej.
Po dwóch kwadransach kluczenia i pytania miejscowych dojechaliśmy do górskiej dróżki, która prowadziła w dół, do zbiornika wodnego. Stały już tam dwa samochody, a tubylec na pytanie, czy to już Longna he, skinął głową. Parkujemy i schodzimy.
Na końcu dróżki był, owszem, zbiornik wodny i źródełko. Śliczna okolica... i dziesięć samochodów terenowych, których właściciele uznali, że tylko w tak krystalicznie czystej wodzie warto myć auta.
W oddali majaczy ładne domostwo, trochę za duże jak na prywatny dom. Można tam dojść po niedbale przerzuconych nad strumieniem gałęziach. Pod zamkniętymi na kłódkę drzwiami wejściowymi stoją trzy namioty; naszliśmy ludzi w trakcie pikniku. Poinformowali nas, że dawniej tak, owszem, była tu knajpa, a mieszkańcy nie tylko cię karmili, ale również wozili łódką po jeziorku i organizowali piesze wycieczki, ale dom od dawna stoi pusty. Pewnie splajtowali. Skąd więc pontony na jeziorze? Cóż, kto ma w domu, ten sobie przywozi i pływa...
Poszliśmy w górę źródełka. Znalazłam kamienistą "plażę" z maleńką mierzeją. Tam woda była tak czysta i płytka, że wpuściłam do niej uszczęśliwione Tajfuniątko. Caluteńką godzinę dreptała po ciemnym piasku i drobnym żwirze, zachwycając się tym, jak zupełnie inaczej tam się chodzi, jak wspaniale piasek przecieka przez palce i jak fantastycznie czuje się dziecko upaskudzone od stóp do głów z głową włącznie. Zachwycałaby się dalej, ale zaszło słońce i zaczął wiać nieprzyjemny wiatr, co w połączeniu z lodowatym źródełkiem mogłoby się źle skończyć - wszak już październik. Mimo protestów Tajfuniątka, wróciliśmy do samochodu. Dziecię spało całą drogę jak zabite, a my... Cóż. W sumie spędziliśmy bardzo miły dzień. I tylko wieczorem, przeglądając zdjęcia z tej krótkiej wycieczki stwierdziliśmy jednogłośnie, że Jiuzhaigou to to jednak nie jest.





2017-10-29

rosół ze smardzami

Dziś danie idealne na jesienną szarugę i zimno: rozgrzewający rosół z grzybami (jak niedziela, to niedziela!). U nas jeszcze ostatnie smardze, ale wiem, że w Polsce są one pod ochroną. Więc dodajcie cokolwiek, choćby i pieczarki albo suszone prawdziwki. Będzie pysznie!

Składniki:
  • porcja rosołowa z kury plus trochę mięsa - można dodać na przykład podudzie
  • garść grzybów, pokrojonych tak, by się mieściły na łyżce
  • imbir, sól, ewentualnie jakieś ulubione przyprawy, ale niekoniecznie
  • ewentualnie poplasterkowany por
Wykonanie:
  1. Jeśli grzyby są suszone, to poprzedniego dnia porządnie wypłukać i namoczyć. Nie wylewać wody!
  2. Kurczaka niedbale posiekać na kawałki łatwe do uchwycenia pałeczkami.
  3. Imbir obrać ze skóry i mocno pacnąć płazem tasaka, żeby go trochę zmiażdżyć.
  4. Wszystkie składniki wrzucić do wolnowara albo zwykłego garnka z grubym dnem i zalać niedużą ilością wody. Jeśli mamy wodę spod grzybów, można dodać, dbając, by nie wlać razem z piaskiem i innymi paskudztwami.
  5. Zagotować, zebrać szumowiny, a potem gotować na wolnym ogniu dwie-trzy godziny, aż grzyby i mięso będą całkiem miękkie.
Podawać z miseczką dobrego ryżu.

2017-10-27

duchy

Wracam wieczorem. Od pojawienia się Tajfuniątka zdarza mi się to bardzo rzadko. Właściwie nigdy. No dobra. Nigdy. Tym razem to też nie był późny wieczór, tylko niecała ósma, ale było już ciemno. ZB kluczy między drzewami, bo nasza ulica ma chodnik wysadzany drzewami umieszczonymi wystarczająco nieregularnie, żeby nie dało się iść prosto. Ulica teoretycznie posiada lampy. Spuśćmy na nie zasłonę miłosierdzia.
To właśnie dlatego, że był ciemny wieczór, a ja musiałam patrzeć pod nogi, zauważyłam ten mały ołtarzyk. Parę znaków na kartonie, po obu stronach czerwone świece, a przed nimi owoce, zapalone trociczki i miseczka, pewnie z alkoholem. Próbuję sobie przypomnieć, co to za święto, ale w głowie mam pustkę. Aparatu oczywiście nie wzięłam, bo nie jestem przecież turystką, tylko tubylcem, ale całe szczęście jest przecież aparat w telefonie! Już wyciągam, by uwiecznić "ołtarzyk" i w domu na spokojnie wyszukać, o co mogło chodzić, ale ZB chwyta mnie za rękę. - Nie rób zdjęć! - Moje zaskoczone spojrzenie nie podziałało, ręce nadal miałam zablokowane.
Przecież nie można robić zdjęć. To ołtarzyk dla duchów. Pewnie ktoś tu umarł. A jeśli zaniepokoisz ducha tym zdjęciem i on Ci wejdzie w telefon, to co zrobisz? Potem nagle rozmowy się będą urywać, a aplikacje nie działać, a to wszystko będzie przez ducha.
Patrzę na ZB z ukosa - a Ty w to wierzysz?
Niepewne chrząknięcie, fałszywie brzmiący śmieszek. 
No nie wierzę. Ale duchów nie obchodzi, kto w nie wierzy. A zresztą - trzeba przecież mieć jakieś tabu, prawda? Ja uważam, że rozsądnie się trzymać z daleka od duchów.
Idziemy dalej ulicą. Myślę o tym, jak dużo kosztowało mnie, by przestać posypywać cukrem wysypaną sól czy też przysiadać na dziesięć sekund, jeśli wróciłam do domu po zapomniany drobiazg. I zastanawiam się, czy duchy nie będą na mnie złe, jeśli je wsadzę do jednego worka z solą i przysiadaniem. Wróć, przecież nie wierzę w takie duchy! Wierzę tylko w te dobre, które czasem mnie chronią przed popełnieniem najgorszych błędów. I w to, że od czasu do czasu uśmiecha się do mnie z Nieba Babcia.
Zdjęcia nie zrobiłam. Niech ołtarzyk pozostanie tak piękny tylko w mojej pamięci.
I w oczach duchów.

2017-10-25

Podstawowe chińskie zwierzęta I

Kolejne wydanie akcji W 80 blogów dookoła świata jest poświęcone zwierzętom pod względem językowym. Początkowo chciałam napisać o zabawnych w dosłownym tłumaczeniu nazwach chińskich zwierząt, nie chciałam jednak powielać treści wpisu o śmiesznych wyrazach. Postanowiłam więc wyszperać znaki zwierząt, które stały się podstawą dla innych znaków - innymi słowy zwierzęce klucze. Świadoma, że nie wszyscy PT Czytelnicy są chińskojęzyczni, rozwinę. Otóż chińskie znaki dzielą się na podstawowe oraz złożenia. Te podstawowe to na przykład słońce, ogień, góra, woda itd. Są to tzw. klucze. Złożenia mogą się składać z dwóch albo więcej znaków podstawowych. Czasem są to połączenia iście hieroglificzne, gdy cały sens znaku bierze się ze złożenia, a czasem złożenia są semantyczno-fonetyczne, czyli któraś część znaku podpowiada znaczenie, a inna - wymowę. Dla mnie podczas nauki języka najwspanialszą zabawą od zawsze jest rozbieranie znaków na części pierwsze i próby domyślenia się, dlaczego złożenie powstało w taki a nie inny sposób. Dziś będzie o znakach, będących podstawą złożeń, a mających związek ze zwierzętami.
  • 蟲/虫 chóng - insekt i stworzenia podobne do insektów
  • 龜/龟 guī - żółw
  • 虍 hū - tygrys
  • 龍/龙 lóng - smok
  • 鹿 lù jeleń
  • 馬/马 mǎ - koń
  • 鳥/鸟 niǎo - ptak
  • 牛 niú - krowa
  • 犬 quǎn - pies (obecnie używany w nazwach niektórych psich ras oraz w formalnym języku)
  • 犭 quǎn - druga wersja psa, występująca wyłącznie w złożeniach
  • 豕 shǐ - świnia
  • 鼠 shǔ - mysz, szczur i im podobne
  • 羊 yáng - owca, koza
  • 魚/鱼 yú - ryba
  • 豸 zhì - beznogi robak
  • 隹 zhuī - któtkoogoniasty ptak
Na bazie tych znaków podstawowych powstały znaki pozostałych zwierząt. Niestety, nie dałabym rady pokazać Wam wszystkich. Zresztą - stąd właśnie rzymska jedynka w tytule wpisu. Mam nadzieję, że ten wpis stanie się pierwszym w serii. Wybrałam więc tylko jeden klucz, mój ulubiony, by pokazać Wam, ile zwierząt potrafili na jego bazie zbudować Chińczycy. Ponieważ jestem nieuleczalną psiarą, na pierwszy ogień pójdzie klucz psa. Spójrzcie:
  • 狈 bei - legendarny drapieżnik podobny wilkowi o krótkich przednich łapach
  • (刺)猬 (ci)wei - jeż
  • 狒 fei - pawian
  • 狗 gou - pies
  • 犼 hou - legendarny podobny psu drapieżnik-ludojad
  • 猴子 houzi - małpa
  • 狐狸 huli - lis
  • 猢狲 husun/猕猴 mihou - makak
  • 獾 huan - borsuk
  • 㺢㹢狓 huojiapi - okapi
  • 狙 ju - makak, rezus i kilka innych małp
  • 狼 lang - wilk
  • 猫 mao - kot
  • 猸子 meizi/獴 meng - mangusta
  • 猛犸象 mengmaxiang - mamut
  • 獏 mo - tapir
  • 獰貓 ningmao - karakal (ryś stepowy)
  • 狍 pao - sarna
  • 犰狳 qiuyu - pancernik
  • 猞猁 sheli - ryś
  • 狮子 shizi - lew
  • (水)獭 (shui)ta - wydra
  • 猩猩 xingxing - orangutan
  • 猿 yuan - małpa człekokształtna
  • 獐 zhang - jelonkowiec błotny
  • 猪 zhu - świnia
Ciekawe, że Chińczykom łatwiej było skojarzyć np. jeża z psem niż z jakimś innym stworzeniem. Albo takie okapi, jelonkowiec czy też sarna - dlaczego do stworzenia dla nich nazw nie wykorzystano klucza jelenia? Czasami naprawdę mocno zastanawia mnie logika etymologiczna chińskich wyrazów...
Oczywiście, nie wyczerpaliśmy w ten sposób ani listy zwierząt z psim kluczem (wypisałam tylko część), ani tym bardziej listy wszystkich znaków z tym kluczem. Choć najczęściej klucz ten pojawia się przy zwierzętach, można go bowiem spotkać również przy innych znakach, które podzieliłam na kilka grup:
  1. słowa związane w jakiś sposób ze zwierzętami, np. polować 打猎 czy myśliwy 猎人
  2. nazwy plemion "barbarzyńców", którzy niewiele się różnili w oczach starożytnych Chińczyków od zwierząt, np. 猃狁 Xianyun - nomadzi z północy, którzy najeżdżali Chiny.
  3. przestępstwa - bo przestępcom też bliżej do bestii niż do ludzi, np. 犯人 - przestępca, 狱 - więzienie
  4. uczucia/zachowania niegodne człowieka a bardziej pasujące do bestii, np. 狠 brutalny, bezlitosny
Jeśli zauważyliście jakieś braki - podpowiadajcie. Chętnie uzupełnię ten zwierzęcy słowniczek. A tymczasem wracam do listy znaków z kluczem psa. Okazało się, że całkiem spora część nic mi nie mówi i muszę czym prędzej nadrobić braki!
Poniżej wpisy innych uczestników akcji:
angielski: Angielska Herbata - Angielskie idiomy ze zwierzętami w tle; Angielski C2 - ‘-ine’ zwierzęca końcówka
fiński: Suomika - Jak zwierzęta mówią po fińsku?
francuski: Français mon amour - Francuskie idiomy ze zwierzętami; We are online - Jak się mają koty we Francji; Zabierz swego lwa - Francuski delfin
gruziński: Gruzja okiem nieobiektywnym - Krowy, świnie, konie i inni użytkownicy dróg
hiszpański: Hiszpański dla Polaków - Gdzie chowają się hiszpańskie zwierzęta?; Hiszpański na luzie - Uciekający zając i skołowana kuropatwa, czyli hiszpańskie frazeologizmy ze zwierzętami
japoński: japonia-info.pl - Jak policzyć płetwale błękitne?
kirgiski: Kirgiski.pl - Kirgiskie nazwy zwierząt
niemiecki: Niemiecki po ludzku - Ciekawe nazwy “zwierząt” w języku niemieckim; Niemiecki w domu: Zwierzęta domowe w Niemczech
norweski: Norwegolożka – Szczęśliwy jak łosoś i silny jak niedźwiedź
rosyjski: Daj Słowo - Historia o psie Anny Politkowskiej; Dagatlumaczy - Zwierzęta z mroźnych krain
słowacki: Powiedz mnie! - Zwierzęta po słowacku
szwedzki: Szwecjoblog - Sekretne życie szwedzkich nazw zwierząt
turecki: Turcja okiem nieobiektywnym - Trzy zwierzęce symbole Ankary
Jeśli podobają się Wam nasze akcje i chcielibyście dołączyć do grupy, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

2017-10-23

jęczmień

Chodzi o ten na powiece. Nazywa się go po chińsku, ku mojemu zdumieniu, również "opuchlizną ziarenka zboża" 麥粒腫 albo prostszą nazwą - igłą w oku 针眼. Niestety ostatnio mi się przytrafił, choć bardzo pilnuję mycia rąk itp. Cóż, zdarza się. Mówię ZB, że potrzebuję lekarstwa, ba, nawet znajduję chińską nazwę tego lekarstwa, które jest najskuteczniejsze. A ZB patrzy na moją opuchniętą powiekę i mówi, że lekarstwo oczywiście kupi, ale żebym już nie podglądała z ukrycia męskiej toalety. Bo wiecie, rodzice młodym Chińczykom wmawiają, że jęczmień się robi od podglądania toalet dla płci przeciwnej...

2017-10-21

grillowane banany กล้วยปิ้ง Kluay Tap

Piękna Cnota wręcza mi foliówkę z nieapetycznie wyglądającą zawartością. I drugą, z jakimś płynem, równie nieapetyczną. Wręcza mi je z uśmiechem na ustach: wymieszaj i spróbuj. Całe szczęście już w Wietnamie nauczyłam się, że najpyszniejsze żarcie najbardziej niepozornie wygląda. Otwieram foliówki i nozdrza świdruje przyjemny zapach grillowanych słodkości. Ach!
Najpierw próbuję zawartości obu woreczków bez mieszania. W pierwszym są rozjechane przez walec małe bananki, wyglądające na niedokładnie obrane - z wierzchu jest taka cienka skórka, jakby błonka, mocno spieczona. W drugim woreczku jest słodki syrop. Wlewam syrop do bananów, choć i bez syropu są smaczne. Niektórzy twierdzą, że powinny być dojrzałe, by z nich przyrządzać takie pyszności. PC mówi, że najlepsze są właśnie takie lekko niedojrzałe, z których nie schodzi wewnętrzna część skóry. Wówczas są lekko twardawe i kwaskowate, co nadaje daniu charakteru.
Spożywam, niechętnie dzieląc się z ZB, a w międzyczasie się przyglądam. Każdy plasterek jest zezłocony z obu stron, czyli bananki były pieczone już po pokrojeniu. PC mówi, że równie często zdarza się wersja z pieczeniem całych bananów i późniejszym krojeniem. Tak czy inaczej, nieodłącznym krokiem przyrządzania tej przekąski jest zgniecenie bananów. Niestety, nie wiem, czemu ono służy :)
Wiem za to, czemu służy maczanie w syropie - temu, żeby ze zdrowego żarcia zmienić banany w nieprzyzwoicie kaloryczny duporost. Syrop składa się bowiem z mleka kokosowego, cukru i często jeszcze jakiegoś tłuszczu. Och, dlaczego wszystko, co dobre, musi być tuczące albo nieprzyzwoite?!...
Kiedy pojedziecie do Tajlandii, nie przechodźcie obok pieczonych bananków obojętnie!

2017-10-19

kamelia

Zakwitła pierwsza kamelia, choć one w Kunmingu kwitną dopiero zimą. Niech to Wam da pojęcie o tym, jaka u nas ostatnio pogoda... :(

2017-10-17

karta roczna

Wiele bym dała, by ktoś lepiej zorientowany podczas mojego pierwszego roku w Kunmingu powiedział mi, że istnieje coś takiego, jak roczna karta wstępu do kunmińskich parków. Karta upoważnia do wielokrotnego wejścia do kilku najbardziej znanych parków miejskich i okołomiejskich, a jej cena jest niższa niż suma biletów wstępu kupowanych osobno. Można ją kupić m.in. przed głównym wejściem do kunmińskiego Zoo, mieszczącego się na Górze Yuantong, w samym centrum Kunmingu. Obecnie kosztuje 150 yuanów. Żeby ją wyrobić, trzeba przynieść dwa podpisane zdjęcia do dokumentów, kopię strony paszportu z danymi personalnymi oraz sam paszport do wglądu i gotówkę. Po siedmiu dniach roboczych karta jest do odbioru, ale za okazaniem kwitka, który Wam wydadzą po przyjęciu dokumentów, można od razu wchodzić do tych wszystkich parków. Których konkretnie?
Z racji konieczności wybiegiwania Tajfuniątka, karta zwraca się nam jakoś po niecałym miesiącu. Polecam każdemu, kto w Kunmingu jest na dłużej niż parę dni.

2017-10-14

azjatyckie jabłuszka 花红

Świekra przyniosła minijabłka. To znaczy: upierała się, że to nie jabłka, tylko huahongi ("kwiaty czerwone"), ale ja wiem swoje. Ale choćbym tysiąc razy mówiła, że malus to jabłko i tylko reszta się zmienia, świekra nie uwierzy. Wy uwierzcie. Pochodząca z Chin Malus asiatica wydaje na świat maleńkie jabłuszka, które w różnych częściach Chin różnie się nazywa - kwiaty czerwone, piaskowy owoc, owoc kawalerów z lasu mądrości, owoc mądrości itd. Nie dość, że jabłuszka są pyszne, to jeszcze idealne dla Tajfuniątka: akurat się mieszczą w małych łapkach i mają odpowiednią wielkość do samodzielnego pogryzania. Zobaczcie sami - oto porównanie wielkości jabłuszek ze zwykłą gruszką:
Dlaczego jednak jabłuszka nazywają się Kwieciem Czerwonym?
Za czasów dynastii Qing żył pewien urzędnik o nazwisku Wu, który dochrapawszy się stanowiska w stolicy, czem prędzej sprowadził tak swą starą matkę. Pech chciał, że matka tuż po przyjeździe zachorowała na czerwonkę. Żaden z dostępnych w stolicy lekarzy nie potrafił jej wykurować. Gdy śmierć wydawała się już nieunikniona, umierająca matka zażyczyła sobie powrotu w rodzinne strony. Rad nierad dobry syn wysłał więc staruszkę do rodzinnego Lai'anu, znalazłszy jej wprzódy towarzyszkę, wiejskie dziewczę o imieniu Kwiaty Czerwone. Miała ona dobre serce i z wielką czułością opiekowała się chorą. Widząc, że ta nie ma apetytu, udała się na pobliskie targowisko i kupiła "owoce mądrości", które miały zaostrzyć chorej apetyt. Jak się okazało, owoce bardzo przypadły staruszce do gustu - im więcej ich jadła, tym bardziej jej smakowały te słodkokwaśne cudeńka. Po trzech dniach takiej owocowej diety staruszka zaczęła wracać do zdrowia, i to bez żadnego dodatkowego leczenia! Wrócił jej apetyt, wróciły rumieńce - matka naszego urzędnika wyzdrowiała! 
Niedługo potem jego syn przywiózł do stolicy osiemdziesiąt jinów tych owoców w darze dla cesarza. Gdy cesarz pierwszy raz w życiu zobaczył nasze jabłuszka, zachwycił go ich podobny wończy aromat i piękny kolor. Zakrzyknął  w głos: czerwone jak kwiaty! Urzędnik Wu natychmiast przypomniał sobie, że dziewczę, dzięki któremu poznał ten owoc zwało się Kwiaty Czerwone, odpowiedział więc cesarzowi: ten owoc nazywa się właśnie Kwiaty Czerwone. I tak już zostało.

2017-10-12

zęby

Tajfuniątko ząbkuje. Gdy nie mogę spać, bo dziecię na zmianę kwili, mlaszcze, płacze i podsypia, muszę się zająć czymś sensownym. Na przykład mogę się nauczyć, jakie zęby mają Chińczycy.
Po pierwsze: istnieją dwa znaki na zęby: 牙 yá i 齿/齒 chǐ. We współczesnym chińskim zęby ogólnie to zbitka ich obu: 牙齿/牙齒 yáchǐ; gdy szczegółowo chcemy dany ząb opisać, rozbijamy je na części. I tak:
门齿 mén​chǐ - zęby drzwiowe - siekacze. Dla ułatwienia: dosłownie "siekające zęby" 切牙 qiē​yá też mają ;)
犬齿 quǎn​chǐ - zęby psie - kły - nazywane również zębami tygrysa 虎牙 hǔ​yá albo szpiczastymi zębami 尖牙 jiān​yá.
臼齿 jiù​chǐ - zęby moździerzowe dzielące się na
  • 前臼齿 qián​jiù​chǐ - zęby przedmoździerzowe czyli przedtrzonowe i
  • 大臼齿 dà​jiù​chǐ wielkomoździerzowe czyli trzonowe, inaczej zwane 磨牙/磨齿 mó​yá/​móchǐ miażdżącymi zębami.

Zęby dzielą się też według innego klucza. Te pierwsze to tak samo jak u nas mleczne - 乳牙 rǔ​yá; stałe też podobnie - 恒牙 héng​yá, a sztuczna szczęka to oczywiście fałszywe zęby 假牙 jiǎ​yá.
Zęby mądrości Chińczycy zowią tak samo - 智牙/智齿 zhì​yá/zhì​chǐ​.
Górne i dolne nazywają się tak jak u nas - 上齿 shàng​chǐ i 下齿 xià​chǐ.
Gdy zaś są śnieżnobiałe, opisujemy je jako zęby muszlowe: 贝齿 bèi​chǐ. Mam nadzieję, że chodzi o macicę perłową ;) Można je również nazwać 皓齿 hào​chǐ zębami jasnymi/błyszczącymi.
A dla Was do poćwiczenia - zęby w odsłonie tradycyjnej i uproszczonej:

2017-10-07

słodliwka czyli król longanów 龙贡

Szwagierka z delegacji przywiozła gościniec. Delegacja była do Xishuangbanna, moich ukochanych południowoyunnańskich tropików, więc wśród specjałów znalazło się oczywiście pyszne pomelo, smocze owoce czyli pitaya, a także... No właśnie, co to takiego? Wygląda trochę podobnie do longana, ale w środku jest zupełnie inne: małe cząsteczki jak w smaczelinie, a nie miąższ wokół jednej pestki jak w longanie. Cóż to takiego?

Szwagierka mówi, że tubylcy mówili na ten owoc "król longanów" 龙眼王, ale pod takim mianem ciężko ten owoc znaleźć. Błogosławiony internet! Dzięki niemu dowiaduję się, że owoc ma nawet polską nazwę, bardzo zresztą apetyczną, o kilku (!) chińskich nawet nie wspominając - na kontynencie, na Tajwanie i w Hongkongu mówi się na ten owoc zupełnie inaczej. Słodliwki pochodzą z Azji Południowo-Wschodniej i są uprawiane właśnie ze względu na pyszne owoce, które rosną w kiściach. Mają pestki podobne pestkom mandarynek, które są otoczone przezroczystobiałą osnówką, podobną w smaku do smaczeliny, ale chyba nie aż tak pyszną. Owocki takie można spożywać na surowo albo jako przetwory (głównie owoce w syropie). Jednak nie na tym koniec. Pożyteczne są nie tylko owoce, ale i drewno, które jest twarde, ciężkie i wytrzymałe - na wsiach często używane jako budulec. W dodatku niektóre części rośliny mają właściwości lecznicze: gorzkie pestki to lek na odrobaczenie, kora jest świetna jako lekarstwo na czerwonkę i malarię, a w dodatku leczy użądlenia skorpnionów To akurat jest bardzo przydatne, ponieważ skorpiony podobno bardzo nasze owocki lubią i czają się w pobliżu drzew, a czasem podobno i na kiściach! Trzeba więc bardzo uważać podczas zbiorów.
Jeśli będziecie w Tajlandii bądź innych krajach Azji Południowo-Wschodniej w sezonie, koniecznie spróbujcie słodliwki!

2017-10-06

aromat Bangkoku

Lubię podróżować w stylu "slow". Czyli jechać gdzieś na dłużej i wtopić się w jakieś miejsce, uczyć się o nim, obserwować, rozmawiać z ludźmi. Lubię mieć na nowe miejsce czas. Lubię miejsca, które niekoniecznie są bardzo turystyczne.
Do Bangkoku pojechaliśmy "w drodze" do Polski, na trzy dni. Jak się nie ma, co się lubi, to i trzy dni w tym ogromnym turystycznym molochu wystarczą. To znaczy - nie wystarczą, absolutnie! Na pewno tam wrócę! Ale wystarczyły, bym Bangkok pokochała z całego serca. Nie lubię dużych miast, drażnią mnie korki, nienawidzę tłoku i smogu. A jednak Bangkok mnie uwiódł. Po części dlatego, że jest wspaniały, po części za sprawą lokalnej przewodniczki, mojej koleżanki z klasy, z czasów studiów w Chinach. To Piękna Cnota sprawiła, że wszystko było proste - żadnego wykłócania się o ceny, żadnych problemów z dogadaniem się, szybkie i bezbolesne przemieszczanie się po tym molochu.
Już sam początek był dobry: PC nas odebrała z lotniska i wsadziła w szybką kolejkę, która w pół godzinki dowiozła nas prosto do centrum. Wysiedliśmy na przedostatnim przystanku, ponieważ z niego to już można było w 10 minut na piechotę się dostać do naszego hotelu. To znaczy - można by było, gdybyśmy nie byli objuczeni jak wielbłądy walizkami, plecakami i jeszcze Joasią. Doszliśmy raczej w 20 minut, mokrzuteńcy i mocno głodni. I znów - gdyby nie autochtonka, błąkalibyśmy się po okolicy, niekoniecznie znajdując coś, co nam zasmakuje. Tymczasem PC tylko usłyszała hasło "owoce morza" i w dziesięć minut zabrała nas do... chińskiej knajpy. To znaczy tajskiej oczywiście, ale położonej w części zamieszkałej przez Tajów chińskiego pochodzenia. Wszyscy kelnerzy biegle mówili po chińsku - i słychać było, że dla nich nie jest to język wyuczony, a ojczysty.
Zamówiliśmy najrozmaitsze owoce morza - i wszystkie były takie pyszne! Co jednak najlepsze - choć knajpa raczej z tych mało wykwintnych, choć o menu dziecięcym nikt tu nawet nie słyszał, to okazało się, że sztandarowe danie z krewetkami tygrysimi zostało ulubionym daniem Tajfuniątka. Wmłóciła tyle, że dla mnie właściwie nie starczyło, o ZB nawet nie wspominając, bo on przecież jest od obierania skorupek, a nie od kłapania szczęką, prawda? Całe szczęście zamówiliśmy tyle innych dań, że wszyscy się najedli.
Przyznam szczerze, że tego pierwszego wieczoru nie bardzo koncentrowałam się na obserwacjach. Stragany z cudnymi owocami oraz świeżymi sokami (jaka szkoda, że zawsze z dodatkiem cukru!) owszem, wpadały w oczy, ale - i tak trzeba było już wracać do hotelu. Zmęczenie, śpiące Tajfuniątko - no i przede wszystkim świadomość, że trzeba wcześnie wstać, żeby ze wszystkim zdążyć!
W czasie kolacji rozmawiałyśmy m.in. o naszych dawnych kolegach z klasy. PC z uśmiechem przyjrzała się kelnerowi, który wyglądał jak Chińczyk, choć mimikę miał tajską, a po chińsku mówił jak po swojemu. "Wiesz, A-Bao, nasz klasowy wójt, właśnie stąd pochodził. Oboje rodzice byli z Kunmingu, a on od dziecka mówił z rodzicami po kunmińsku, a z innymi Tajami chińskiego pochodzenia w tutejszym, cokolwiek wykoślawionym mandaryńskim. Opowiadał kiedyś, że gdy poszedł do szkoły, w sposób zupełnie naturalny zaprzyjaźnił się przede wszystkim z innymi "Chińczykami". Oczywiście między sobą gadali po chińsku, co straszliwie denerwowało nauczycieli, którzy oczywiście wymagali posługiwania się w szkole tajskim. Kiedy jednak nauczyciel się złościł, każdy uczeń uważał to za bardzo niesprawiedliwe - bo przecież nie sposób po wielu latach posługiwania się wyłącznie chińskim nagle przejść na tajski i gadać po tajsku nawet z chińskojęzycznymi przyjaciółmi...".
No tak. To cierpienie doskonale sobie odbił podczas studiów w Kunmingu, gdzie studiował jako Taj, razem z innymi obcokrajowcami, choć mógłby doskonale poradzić sobie w grupie dla Chińczyków. Tymczasem część nauczycieli podczas zajęć mówiła głównie do niego, kompletnie nie przejmując się tym, czy reszta klasy aby rozumie, o czym w ogóle jest lekcja. A-Bao rozumie, czyli śmigamy z materiałem dalej. Ech.
Wspomnienie A-Bao nie zepsuło mi posiłku; był na to zbyt dobry. No właśnie - skoro wylądowaliśmy w knajpie prowadzonej przez "Chińczyków", to jakie podali nam żarcie?
Tajskie, oczywiście! Dwa typy zupy tom yam z pyszną zawartością (ta niepomarańczowa była genialna!), gotowane muszle, krewetki, nawet smażony ryż był pyszny (i zupełnie niechiński!). 
To był bardzo, bardzo dobry początek wycieczki do Bangkoku. A Wam serdecznie polecam chińskie tajskie żarcie - jest pyszne, świeżusieńkie i takie tanie!

2017-10-04

owoce

Częstym podarkiem w te dni są nie ciasteczka księżycowe, a owoce. Wiecie jakie? Oczywiście te, które wyglądem najbardziej przypominają księżyc w pełni. Czyli...
...pomelo (oraz inne cytrusy, ale zdecydowanie rzadziej) i granaty.
Wszystkiego najlepszego z okazji Święta Środka Jesieni!