blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2017-04-25

ekologia w Chinach

Dzisiejszy wpis jest, jak zwykle 25 dnia miesiąca, częścią projektu W 80 blogów dookoła świata. Blogerzy językowi i kulturowi z różnych stron świata biorą na warsztat jeden temat (choć oczywiście z milionem możliwych interpretacji!). Z okazji Światowego Dnia Ziemi, który obchodziliśmy 22 kwietnia, tym razem pod lupę naszych blogerów trafiła ekologia.
I tutaj mam problem. W Chinach ona nie istnieje. Obojętnie, co twierdzą kolejne szyszki w dowolnej prowincji. Nie istnieje na poziomie ogólnochińskim, na poziomie poszczególnych miast, ani w głowie przeciętnego Chińczyka. Plastykowe butelki i reklamówki. Cholera mnie bierze, gdy dorodną sałatę sprzedawca wkłada do plastykowej reklamówki i jeszcze szczelnie zawiązuje. Albo gdy jabłka są pakowane po sztuce. Oczywiście w plastik. Ale czym ja się przejmuję? Przecież ta sałata i te jabłka i tak nigdy nie widziały niebieskiego nieba, ani nie wyrosły na zdrowym, zadbanym i ekologicznym kawałku ziemi. Pewnie w plastiku czują się jak u siebie w domu.
Nie. Nie mogę na ten temat pisać. Jeszcze karmię piersią i nie mogę się denerwować, bo stres matki to podwyższony poziom kortyzolu również u dziecka. Zamiast więc się wywnętrzać, zostawiam Was z jednym z najlepszych dokumentów na temat ekologii w Chinach, jakie kiedykolwiek powstały. W dodatku stworzony przez Chinkę! 
Można oglądać z napisami w kilku językach (trzeba wybrać z listy w ustawieniach filmu); niestety, polskiego się nie doszperałam. Ale - wierzcie mi! - warto obejrzeć choćby i dla samych obrazów. Dopiero wówczas zrozumiecie, jak żyje przeciętny mieszkaniec Chin.


Oto, jak do tematu podeszli pozostali blogerzy:
FRANCJA: Demain, viens avec tes parents! - Ochrona środowiska
GRUZJA: Gruzja okiem nieobiektywnym - Gruzińska ekologia-idzie nowe?
KIRGISTAN: Kirgiski.pl - Obszary chronione Kirgistanu

NORWEGIA: Norwegolożka - Jak Norwegowie zarabiają na ekologii?

ROSJA: Dagatlumaczy.pl - blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim -

SZWECJA: Szwecjoblog - 5 ciekawostek o ekologii w Szwecji

TANZANIA/KENIA: Suahili online - Parki narodowe Kenii i Tanzanii

Jeśli również chcecie brać udział w naszych akcjach, piszcie na mejl: blogi.jezykowe1@gmail.com

2017-04-23

Yu Hua - Chiny w dziesięciu słowach

Ja nawet nie zwróciłam uwagi na to, że już czytałam jedną książkę Yu Hua - Żyć! To na jej podstawie Zhang Yimou nakręcił jeden ze swoich najlepszych filmów. Tyle, że tę książkę przeczytałam po chińsku, a nazwisko autora jawiło mi się tylko w znakach. Tak, wiem, jak się te znaki czyta, ale nie zawsze trafiają do tej samej przegródki, co łacińska transkrypcja.
Czytam więc sobie. O tym, jak dzieci z pełnym przekonaniem zostawały hunwejbinami, a ich rodzice starali się nie okazywać, że im się to nie podoba, żeby nie wyjść na kontrrewolucjonistów. O tym, jak nauczyciel dawał uczniom papierosy, żeby jego też skrytykowali, bo jak jest jedynym nieskrytykowanym, to podejrzanie to wygląda. O tym, jak hasłem "Mao naucza" czy "Lu Xun powiedział" można było wygrać każdą kłótnię.
Książka jest wspaniała, bo bardzo subiektywna, a jednak nie do końca tylko autobiograficzna. Ech, nie będę recenzować - doskonale zrobiła to już za mnie dziennikarka Kultury Liberalnej. Wracam więc do czytania i małych chińskich smaczków.

2017-04-22

smażone cynaderki

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego większość Polaków nie lubi podrobów. Ba! Nawet nie to, że nie lubią. Nawet nie próbują, czy smaczne, brzydzi ich sama idea. Ja za to uwielbiam móżdżek - nawet taki zwykły, gotowany w rosole! Kocham chrupiące jelita i takąż skórę, ślinię się na widok flaczków. No i - kupuję nerki wieprzowe za każdym razem, gdy wypatrzę świeże na targu.
We właściwym przyrządzeniu tutejszej wersji cynaderek ważne są trzy rzeczy: właściwe oczyszczenie nerek, właściwe ich pokrojenie oraz ilość tłuszczu do smażenia - niestety musi go być dużo.
Właściwe oczyszczenie oznacza, że wykrawamy z nerki cały moczowód (wszystko, co jest białe) i zostawiamy samo "mięso", czyli to, co jest ciemnoczerwone. Jest to robota tyleż prosta, co czasochłonna.
Trudniejsze jest właściwe pokrojenie nerki. Trzeba ją ponacinać w bardzo drobną kratkę, w dodatku pod kątem, a nie prosto, tak, by "farfocle" trzymały się "skórki" nerki.
Dobrze obrazuje to poniższy filmik:

Dopiero, gdy nerka jest już odpowiednio ponacinana, możemy ją pokroić w niezbyt grube paski.
Oleju musi być sporo i to bardzo mocno rozgrzanego, bo nerka puści sok i jeśli tłuszczu będzie za mało i/lub będzie za zimny, to całość zacznie się nam dusić, a nie smażyć. Niestety, nie będzie to specjalnie smaczne. Pamiętajmy więc - dokładne usunięcie moczowodu, krojenie i tłuszcz.

Składniki:
  • dwie nerki wieprzowe
  • cebulka zielona/por
  • parę ząbków czosnku
  • kawałek imbiru
  • ewentualnie suszone chilli
  • pieprz syczuański
  • mąka ziemniaczana
  • sól
  • Na sos: sos sojowy, kapka alkoholu, woda lub bulion, łyżeczka mąki ziemniaczanej dobrze wymieszane.
Wykonanie:
  1. Dokładnie odkroić moczowód i porządnie opłukać nerki, odsączyć.
  2. Ponacinać w krateczkę, a później pokroić na niezbyt duże kawałki.
  3. Posypać nerki łyżeczką mąki ziemniaczanej i dokładnie wymieszać.
  4. Przygotować przyprawy: niedbale posiekać imbir, czosnek i cebulkę. Cebulka może być nawet pokrojona w całkiem spore kawałki. Wszystkie przyprawy wsadzić do jednej miseczki, w czasie smażenia nie będzie czasu na szukanie.
  5. Solidnie rozgrzać olej i obsmażyć nerki, cały czas potrząsając patelnią, by nic nie przywarło.
  6. Zmniejszyć ogień i łyżką cedzakową wyjąć nerki, odsączając większość oleju.
  7. Zwiększyć ogień, wrzucić przyprawy i je obsmażyć, a gdy zapachną, dodać nerki i sos.
  8. Dokładnie obtoczyć nerki i przyprawy w sosie.
  9. Można podawać!

2017-04-20

东义小粒咖啡 Yunnańska kawa Wschodnie Znaczenie

Niejednokrotnie wspominałam, że Yunnan słynie nie tylko z herbaty, ale i z kawy. Moja ukochana kawa Hani jest oczywiście najpyszniejsza, ale inne też bywają niezłe. Dlatego tak się ucieszyłam, gdy w sklepie ujrzałam pięknie opakowane yunnańskie kawy. Tekturowe pudełka ozdobione są etnicznymi rysunkami yunnańskich grup etnicznych.



Uroczy pomysł, ładne wykonanie. Już miałam kupić, bo zauważyłam, że mają m.in. kawę do espresso. Natchnęło mnie jednak, że powinnam mimo wszystko zerknąć na skład.
Wszystkie kawy w asortymencie: tzw. espresso, cappuccino, mocca (zapisana "mocha") i "cafe original" mają ten sam skład, tylko nieco różne proporcje. Dużo cukru, tłuszcz roślinny, trochę chemii i odrobinę kawy rozpuszczalnej...

2017-04-18

kolacja

Choć już dawno nie pracuję w żadnej chińskiej firmie, i mnie zdarzają się kolacje, na które pójść muszę i podczas których powinnam się ładnie uśmiechać, niewiele mówić i na koniec uiścić. Taka specyfika kraju; zawsze jeśli chce się coś bezproblemowo załatwić, najlepiej to obgadać w ekskluzywnej knajpie. Nawet jeśli teoretycznie łączą Cię z tą osobą miłe, codzienne kontakty, biznesy załatwia się przy posiłku i alkoholu. Ja i tak mam dobrze, bo karmię piersią i nikt na mnie nie wymusza toastów. Nie znaczy to, że dałabym w siebie wmusić alkohol. Po prostu nie ubiłabym interesu i wyszła nie oglądając się za siebie. To, że w Chinach panuje inna "kultura" biznesu nie znaczy, że muszę się podporządkować. Nie muszę. Pod warunkiem, że jestem w stanie znieść konsekwencje - to znaczy ograniczenie sobie pola działania do wąskiej grupki dobrze wychowanych Chińczyków.
Ad rem.
Wybrałam knajpę urządzoną w jeszcze jednym budynku w stylu zachodnim (stąd jego nazwa: "Zachodni Budynek" 一栋洋楼), który przetrwał zawirowania lokalnej historii. Knajpa z tych lepszych, kelnerki w garsonkach, kelnerzy pod krawatem i wszyscy usłużni i mili. Parkiet miło trzeszczący pod stopami, lekko odkształcone, zabytkowe okna, a na dziedzińcu pergola z pięknie rosnącymi tykwami. Marzenie!









Pani Zhang oczywiście się spóźniła. Przyjechała z córką, Ellen, którą właśnie odebrała z ekskluzywnej siłowni. Córka właśnie ma wolne; dobrze się składa, że w Nowej Zelandii, dokąd matka wysłała ją na studia, wakacje pokrywają się z obchodami chińskiego nowego roku - może wówczas wrócić na ojczyzny łono i nadgonić wszystkie seriale na youku. Youku poza granicami Chin ma niestety bardzo ubogą ofertę, a jeszcze trzeba godzinami czekać na zbuforowanie seriali. Kto by pomyślał, że VPN w odwrotną stronę też by się przydał!
Ellen studiuje w Nowej Zelandii już dwa lata, co zupełnie nie przekłada się na jej znajomość angielskiego. W klasie ma samych Chińczyków, a poza rodziną, która się nią opiekowała przez pierwsze pół roku, właściwie nie poznała żadnych lokalsów. Po co? Na spotkanie przyszła bez szemrania, dosłownie! Bo gdy się najadła, wetknęła słuchawki w uszy i oglądała coś na komórce. Degrengolada dzisiejszej młodzieży? Cóż. Jej matka również nie wypuściła komórki z dłoni na dłużej niż minutę.
W międzyczasie jadła. O, z zamawianiem był problem! Powinien zamówić gospodarz imprezy, czyli fundator. Z drugiej strony - grzecznie jest zaproponować gościom, by sami coś wybrali z listy. Ponieważ słyszałam, że pani Zhang bardzo tę restaurację lubi, sądziłam, że wybierze jakieś smaczne potrawy. Nie zależało jej jednak aż tak, by choćby zerknąć w menu, dlatego na stole zjawiły się takie dziwolągi, jak bakłażan smażony ze śmierdzącym tofu. Połączenie awangardowe... i smakowało tak, jak brzmi.
Nic to. Można się najeść ryżem i zupą. Zupę zamówiłam ja, podejrzewając, że dania wybrane przez panią Zhang będą niejadalne. Mając ryż i zupę, nie bałam się niczego - bo mogłam karmić uszczęśliwione Tajfuniątko, zachwycone tym, że siedzi w "dorosłym" krzesełku i je "dorosłe" jedzenie. Chyba też tylko dzięki Tajfuniątku przetrwałam rozmowę pani Zhang z naszą towarzyszką, panią Liang.
-Ależ masz piękną fryzurę!
-Och, nic specjalnego... Choć muszę przyznać, że ten fryzjer wydaje się w porządku.
-Powiedz, gdzie ma siedzibę, to go też odwiedzę.
-O, to nie takie proste, musimy pójść razem. Młody Li nie przyjmuje nowych klientek inaczej niż z polecenia. Po prostu kiedyś Cię zaprowadzę, dobrze? Przy okazji będziesz mogła skorzystać z mojej karty rabatowej. Rabat zwiększa się z każdą wizytą.
-A ile wizyta kosztuje?
-Ścięcie i pasemka - niecałe dwa tysiące yuanów.
-No, to rozumiem, że karta rabatowa się przydaje!
-Och, ale to już po naliczeniu rabatu, moja droga! Przecież młody Li strzyże największe gwiazdy szołbiznesu! Regularnie przylatuje do niego ta koreańska piękność [niestety, nie powiem, która, bo na koreańskich pięknościach znam się średnio i nazwisko wpadło mi jednym uchem, a drugim wypadło] i wiele prezenterek telewizyjnych! Umawiać się trzeba z dwutygodniowym wyprzedzeniem!
-No, to koniecznie musimy się razem wybrać! Nie mogę się doczekać!
Siedziałam odwrócona do Tajfuniątka i byłam zajęta dokarmianiem; całe szczęście panie Zhang i Liang nie widziały mojego wyrazu twarzy. Cudem opanowałam się, by ich nie zabić śmiechem.
Kolacja zbliżała się ku końcowi - pani Zhang odebrała kolejny telefon i powiedziała do słuchawki, że już niedługo będzie w domu. Gdy skończyła rozmowę, dla formalności otwarłam menu po raz kolejny, chcąc domówić jakąś potrawę.
-Ach nie, nie trzeba, muszę się już zbierać.
Przeprosiłam za to, że potrawy takie niesmaczne [kij z tym, że ona zamawiała] i obiecałam, że następnym razem bardziej się postaram - czyli wybiorę droższą knajpę.
Trzymajcie kciuki, żeby następnego razu nie było ;)
 A swoją drogą, restaurację polecam z czystym sumieniem. Ich klopsiki w zupie koperkowej i prażone robaki bambusowe są przepyszne!

2017-04-13

摩登红人 Modern Lady

Gdy ujrzałam sklepik kosmetyczny z produktami utrzymanymi w estetyce szanghajskiego międzywojnia, byłam zachwycona. Kolejna marka, która przetrwała maoizm? A może chociaż próba rekonstrukcji takiej marki?
Nic z tego. Firma powstała dopiero w 1996 roku i choć powołują się na szanghajską tradycję, nic ich z historią nie wiąże. A szkoda - bo przecież to właśnie Szanghaj początku ubiegłego wieku słynął z pięknych, zadbanych kobiet. Jednak mimo rozczarowania postanowiłam spróbować - i nie zawiodłam się. Skład produktów zawiera na tyle mało pozycji, bym nie była uczulona; fajne mydła, kremy do twarzy i rąk, pomadki ochronne. Resztę wypróbuję na pewno w niedalekiej przyszłości.
Tutaj ich strona.

2017-04-11

The Rubaiyat of Dorothy Ashby

Kocham Azję. Kocham jazz. Kocham dziwaczne muzyczne pomysły, pod warunkiem, że dobrze brzmią. Poniższy album Dorothy Ashby dobrze brzmi, jest jazzowy, a artystka gra nie tylko na swojej ulubionej harfie, ale również na japońskim koto. Enjoy!

2017-04-09

W Azji - Tiziano Terzani

Dziś nie będzie cytatów. Przepisywanie całej książki jest łamaniem prawa :)
O mojej miłości do Terzaniego już wiecie - Zakazane wrota długo gościły w "czytelnictwie". No ale - Zakazane Wrota to Chiny, tylko moje Chiny. W Azji, zgodnie z tytułem, jest Azja. Indie, Pakistan, Birma, Japonia, Tajlandia, Filipiny, Kambodża... Aż się mieni w oczach. Terzani zawsze starał się być tam, gdzie działo się coś ciekawego - czy to był wojenny Wietnam, rewolucyjna Kambodża, czy "wracający do macierzy" Hongkong.
To dlatego tak długo tę książkę czytałam. Mimo ukończenia studiów dalekowschodnich i jednak jakiejś tam wiedzy na tematy okołoazjatyckie, mimo, że fakty prezentowane przez Terzaniego nie były dla mnie zaskakujące - czytałam i doczytywałam gdzieś indziej. A potem, po kolejnym zamachu, po kolejnym żywym opisie biedy, po kolejnym soczystym artykule - musiałam odłożyć książkę i odetchnąć.
I tak sobie czytałam.
Prawie miesiąc.
Ale za to obraz Azji w mojej głowie jest dużo, dużo pełniejszy; znikło też parę białych plam.
Polecam.

2017-04-08

Odsmażane taro 回鍋芋頭

Kiedy byłam mała, nie lubiłam gotowanych ziemniaków. Konsystencja fuj, smak takoż, no nic mi nie pasowało. Najchętniej od razu bym wszystkie zostawiła, żeby Mama odsmażyła mi je na patelni na kolację. Bo takie odsmażane to już uwielbiałam! Pokrojone w plasterki, doprawione smalczykiem, podane z kefirem... Och!
No ale w Polsce odsmażane produkty kojarzą się raczej z utylizacją resztek "żeby się nie zmarnowało" niż z pełnoprawnym daniem. Zupełnie inaczej jest w Chinach, w których istnieje cała gama potraw huiguo 回鍋 - dosłownie "powracających do gara", czyli właśnie odsmażanych, bo naszym garem jest w Chinach zazwyczaj wok opatrzony dawką oleju. Najbardziej znane są odsmażane potrawy syczuańskie: odsmażana wieprzowina, która najpierw była gotowana, a potem smażona z przyprawami, ale również odsmażana beninkaza szorstka czy odsmażane pędy bambusa.
W Kunmingu do najczęściej spotykanych w karcie dań odsmażanych należy odsmażane taro. Jest dużo, dużo smaczniejsze, niż podstawowa, gotowana wersja. A że ostatnio taro po 3 sztuki za 10 yuanów, czyli prawie za darmochę, to i na naszym stole się znalazło.
Składniki:
  • ugotowane i ostudzone taro
  • zielona cebulka niedbale posiekana
  • imbir w plasterkach
  • ewentualnie posiekany w plasterki czosnek
  • suszone chilli
  • sól
  • płatki chilli - do podania
Wykonanie:
  1. Taro pokroić w plastry; niezbyt cienkie, bo się porozpadają, ale też nie za grube, bo się nierównomiernie usmażą.
  2. Rozgrzać tłuszcz; musi być go sporo, żeby taro nie przywarło.
  3. Na tłuszcz wrzucić taro i wstępnie obsmażyć, a potem skręcić ogień, dodać przyprawy, solidnie wymieszać i czekać (mieszając!), aż wszystko się ładnie zarumieni.
  4. Podawać z płatkami chilli w charakterze dipu.

2017-04-06

apteczny asortyment

Jeśli wybierzecie się kiedyś do Chin, polecam wizytę w aptece. Nie takiej zwykłej, z aspiryną, antybiotykami i tabletkami poronnymi (wszystko bez recepty), a do apteki z tradycyjnymi chińskimi lekami. Ujrzycie nie tylko nalewki wężowe czy z żeńszenia, nie tylko rozmaitość kwiatów, korzeni i wysuszonych kamieni nerkowych czy sproszkowanych rogów, ale na przykład koniki morskie i węże.
Zawsze, gdy zerkam na koniki morskie, przypomina mi się, jak najlepszy przyjaciel Najlepszego z Mężów poczęstował nas nalewką "morską". Czyli właśnie na rozmaitych morskich stworzeniach. Ciężko właściwie powiedzieć, czy była smaczna, bo kolega nie wpadł na to, że te wszystkie żyjątka będą przede wszystkim okropnie słone i może przed macerowaniem warto byłoby te stworzenia mocno przepłukać. Przypomina mi się też Przyjaciółka, która na zachwyty nad nalewką wężową zawsze pytała, czy interlokutor nie chciałby zrobić nalewki na kawałku schabu. W końcu i to mięso, i to, więc można by taniej...

2017-04-05

Mój pierwszy dzień

Dzisiejszy wpis jest częścią wiosennego projektu Klubu Polki - opowiadamy o naszym pierwszym dniu w danym kraju. Ile emigrantek, tyle historii. Moja jest wieloetapowa.

Na początku był Tajwan. To znaczy: ja wiem, że na początku było Słowo, albo w ostateczności Polska, ale dla mnie początkiem Nowego była wizyta na Tajwanie. Tato, który wówczas tam pracował, ujął to tak: jak szybko skończysz licencjat, to możesz przyjechać na wakacje. W związku z tym obroniłam się pierwsza na roku. I pojechałam. Tata dużo opowiadał, przywoził prezenty, pokazywał zdjęcia. Ale to mi w ogóle nie dało wyobrażenia, jaka jest Azja.
Na początku - uderzenie lepkiego gorąca. Wakacje były na przełomie lipca i sierpnia, czyli chłodny wietrzyk zdarzał się tylko bezpośrednio przed tajfunem. Gdy tylko wyszłam z lotniska, włosy zakręciły mi się w maleńkie loczki i już tak zostały.
Później - zapach azjatyckiej ulicy. Wiecie - stragany z jedzeniem plus gorąco plus tłumy. Wydawałoby się, że musi być obrzydliwie. Nie było. Było fascynująco.
Dźwięki. Pierwszy raz zetknęłam się na żywo z językiem chińskim. Ni to śpiew, ni to krzyk. Nie potrafiłam podzielić zdań na wyrazy ani opanować niczego ze słuchu. Chodziłam zanurzona w dźwiękach - i zamarzyło mi się, by też tak śpiewać mówić.
Smaki. Wpadłam po uszy. Nocne targi z przekąskami, knajpki, w których za grosze można było się objeść pierożkami czy makaronami w pachnących sosach. Wystawne knajpy, do których trzeba było czekać półtorej godziny w kolejce. Żabie udka w panierce - prawie jak kurczak, wieprzowina w sosie słodko-kwaśnym zupełnie różna od tych pseudochińskich dań w polskich chińskich knajpach. Nowe owoce, warzywa, napoje.
Ludzie - serdeczność. Potem się miałam przekonać, że raczej powierzchowna, ale wtedy, za pierwszym razem, uderzyło mnie, że wszyscy się do mnie uśmiechają i chętnie ucinają sobie ze mną pogawędkę. Po szarej anonimowości Polski była to wspaniała odmiana.
Kolory. Mężczyźni w różowych koszulach (hetero!), panie pod pięćdziesiątkę w barwnych dresach, cekiny, kokardki, prążki, koronki. I nikt nie odwraca głowy z niesmakiem i nie twierdzi, że "nie wypada". To był mój pierwszy dzień na Tajwanie.
***
Udało się! Przyjechałam na pół roku na Tajwan, żeby nauczyć się szwargotać po mandaryńsku. Gdy wysiadałam z samolotu, było inaczej - bo luty, a nie lipiec. Reszta pozostała bez zmian, a ja każdego dnia tego półrocznego pobytu byłam szczęśliwa - bo byłam w swoim miejscu na ziemi. O łzach tęsknoty za przyjaciółmi i samotności w tłumie nie będę wspominać. Jak nie wspomnę, to znaczy, że się nie przydarzyły, prawda? To był drugi "pierwszy dzień" na Tajwanie.
***
Kiedy wysiadłam z samolotu w Kunmingu, poczułam rozczarowanie. Och, mózg wiedział, że to nie tropiki, że jestem daleko od morza i że wylądowałam w wysokich górach, ale serce nie mogło nic na to poradzić - nadal tęskniło za zapachem Azji, który miał być kubek w kubek taki, jak w Tajpej. Kunming jest suchy, spalony wysokogórskim słońcem, zapierający dech rozrzedzonym powietrzem. Odetchnęłam pełną piersią tym nowym zapachem Azji i poszłam szukać taksówki. Znalazłam. Nie zwróciłam uwagi na brak taksometru. Gdyby taksówkarz nie próbował mi kłaść ręki na kolanie, stwierdziłabym, że nawet dobrze trafiłam. Ale... okazało się, że nie tylko zapach i smak tutejszego powietrza różni się od tego tajpejskiego. Przyjechałam tu po kilku latach nauki mandaryńskiego, dość pewna siebie, by się w ogóle nie bać. Ja już umiałam nawet przez telefon i na skajpie godzinami gadać z azjatyckimi znajomymi, więc życie powinno być łatwe, prawda?
Nie zrozumiałam nic z tego, co powiedział do mnie taksówkarz. Zamiast ni xiang qu nali? wypowiedzianego miękkim głosem, z uśmiechem, do którego przywykłam na Tajwanie, usłyszałam ostre ke nadiar?!, które wprawiło mnie w nieliche osłupienie. Tak, czytałam, że mają tu własny dialekt, ale przewodniki twierdziły, że jest on bardzo zbliżony do mandaryńskiego. Tja. Dziś mieszkam w Kunmingu już osiem lat i nadal nie wszystko rozumiem.
Zapachy też nie te. Tutaj się zupełnie inaczej jada i człowiekowi prędzej zaczną łzawić oczy od zapachu wszechobecnego chilli niż go zemdli od tajwańskiego śmierdzącego tofu. Smrodku tofu mi akurat nie brakuje, ale - musiałam się nauczyć tych nowych zapachów. Zakurzonego, gorącego i suchego Kunmingu wypełnionego chilli i suszoną wołowiną. Kwiaty kwitnące o niespodziewanych porach roku, Szmaragdowozielone Jezioro w samym centrum - a wiecie, jak pachną jeziora w miastach. Zapach pieczonych batatów i ziemniaków. Pierwszego dnia jeszcze ich nie spróbowałam, ale chyba tak naprawdę powinnam zacząć od pierwszego prawdziwego dnia, a nie od tego, który spędziłam tylko w samolocie, taksówce i łóżku. Drugiego dnia zaczęłam eksplorację: piękne paifangi (coś między ozdobną bramą a łukiem triumfalnym) Złotego Konia i Szmaragdowego Koguta w centrum, ale poza tym zero tradycyjnej chińskiej zabudowy (szkoda!). Jedzenie uliczne z zupełnie innej niż w Tajpej bajki: wspomniane pieczone bulwy, placuszki kukurydziane, wszechobecne kluski ryżowe - misieny zamiast makaronu w wołowym rosole, pierożków i okonomiyaki na nocnym targu. A, właśnie. Od razu odkryłam, że nocą Kunming w zasadzie zamiera. W Tajpej wracałam do domu zazwyczaj grubo po północy, właśnie z nocnego targu. Tutaj zaczęłam wracać po północy dopiero, gdy zaczęłam pracować w herbaciarni, ale to już zupełnie inna historia.
Pierwszego dnia w Kunmingu udało mi się dojechać autobusem do Wallmartu, ale wrócić już nie dałam rady. Nie wiedziałam wówczas, że dużo ulic jest jednokierunkowych i że przystanek po drugiej stronie ulicy będzie obsługiwał zupełnie inne numery autobusów, bo ten mój tędy jedzie "do", ale już nie wraca...
Pierwszego dnia opanowałam drogę z hostelu na uniwerek i z powrotem nie wiedząc jeszcze, że właśnie przeszłam prawie całe centrum miasta. Wówczas jeszcze Kunming, trzy razy większy od Warszawy, wydawał mi się ogromny. Teraz sądzę, że jest malutki...
Tego dnia pierwszy raz ujrzałam staruszki odziane w stroje ludowe. Nie przebrane, a ubrane. Zaczęła się moja przygoda z 26 yunnańskimi grupami etnicznymi.
Zaczynałam przygodę życia, ale... przecież po roku miałam wrócić do Polski, względnie nadal knuć, jak tu wrócić na Tajwan. To miało być tylko roczne stypendium!
Taki był mój pierwszy dzień w Kunmingu.
***
Gdy po raz drugi lądowałam w Kunmingu, wiedziałam już, czego się spodziewać. Po pół roku pobytu w Polsce wiedziałam, że dłużej tego nie wytrzymam. Tęskniłam za Azją. Teraz już mi było obojętne, jak pachniał Kunming. Tęskniłam za miliardem rzeczy i za przynajmniej jedną szczególną osobą. W międzyczasie się okazało, że osoba jednak nieszczególna, a tęsknotę mogę o kant d... roztrzaść, ale pozostała tęsknota za Kunmingiem. I... strach. Trochę się bałam wybrać inne miejsce. Chciałam wrócić, a nie jechać w nieznane. A jednak - bałam się i tak. Czy sobie poradzę na studiach magisterskich prowadzonych w języku chińskim, czy serce puste jak orzeszek zapełni się jakąś miłą obecnością, czy... Tych "czy" było milion. Wielkim pocieszeniem dla strwożonego serca było wszystko to, co pozostało takie, jak pamiętałam. A pamiętałam dużo - przecież wyjechałam z Kunmingu ledwie rok wcześniej. Kolejne miejsca witałam z uśmiechem, jak starych znajomych. To nic, że nie chciano mi zapewnić akademika na ten pierwszy weekend, choć administracja uniwersytecka wiedziała, kiedy przyjadę (przysłali nawet szofera, do króćset!). To nic, że gdy w końcu weszłam do akademika, okazał się on być zapluskwioną i zakaraluszoną brudną ruderą pozbawioną ciepłej wody. To nic, że wszystko było inaczej, niż miało być. Znów byłam w Azji. Znów byłam u siebie.
Taki był drugi "pierwszy dzień" w Kunmingu.
***
Gdy po utracie stypendium przeniosłam się w yunnańskie tropiki za chlebem i po to, by po prostu przestać się dusić w Kunmingu, nie sądziłam, że do niego wrócę na stałe. Bardzo mnie to miasto bolało - wiele straconych nadziei, wiele przegranych przyjaźni i jeszcze złamane serce. Czy Wy chcielibyście wrócić do miasta, które tak Was potraktowało?
A jednak stałam teraz na dworcu PKS z trzydziestokilogramową walizką, opalenizną i kilkoma yuanami w kieszeni. Jeden z kolejnych swatanych mi facetów miał po mnie przyjechać. Jeszcze nie wiedziałam, że pół roku później ten facet zostanie moim mężem, ale już wiedziałam, że mogę na nim polegać - obojętnie, czy chodzi o podwózkę z dworca, znalezienie fajnej knajpy czy dotrzymanie towarzystwa na korcie badmintonowym. Wracałam - po raz pierwszy przyznaję to publicznie - głównie dla niego. Tak, praca w tropikach okazała się być niewypałem, bo szefostwo było nieuczciwe, ale gdyby nie on, pewnie pojechałabym gdzieś dalej, zamiast wracać wciąż i wciąż do tego nieszczęsnego Kunmingu. Gdy czekałam na dworcu, nie miałam motyli w brzuchu, ale i tak - z uśmiechem na twarzy i w sercu dawałam się porwać nowej przygodzie.
To był ostatni "pierwszy dzień" w Kunmingu. Bo później Kunming stał się moim domem i już zawsze tu wracam, a nie przyjeżdżam.

2017-04-04

Szmaragdowozielone Jezioro - zachód słońca

Rzadko mi się to udaje. Ale akurat tym razem wyjście z knajpy po kolacji zsynchronizowało się z zachodem słońca. I tak wracaliśmy do domu, przecinając Jezioro i ciesząc się spektaklem barw oraz księżycem, który z minuty na minutę stawał się bardziej widoczny wysoko na niebie...
Kocham tu mieszkać, wiecie? :)

2017-04-02

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 XXIV

Mył matce nocnik 滌親溺器
Huang Tingjian był znanym urzędnikiem, ale przede wszystkim - kaligrafem i poetą żyjącym za czasów dynastii Song. Za panowania Song Zhezonga Huang był cesarskim historykiem. To właśnie on pilnował porządku w cesarskim kalendarium i prowadził kronikę astronomiczną. Mimo piastowania tak wysokiego stanowiska nigdy nie stał się arogancki czy pyszałkowaty. Wręcz przeciwnie: był ustępliwy, uległy i pełen szacunku, zwłaszcza w stosunku do swej matki. Choć domostwo jego obsługiwały setki służących, koło matki wszystko robił własnoręcznie, nieważne, jak nieprzyjemne mogło być to zadanie. Każdej nocy własnoręcznie mył nocnik, używany przez nią za dnia. Uważał, że skoro rodziców nie brzydzi nic, co muszą robić wokół własnych dzieci, to gdy dzieci dorosną, nie powinno ich brzydzić nic, co robią dla swych rodziców.

Mniejsza o to "wielkie poświęcenie", czyli zupełnie normalny i ludzki gest. Huang Tingjian to była fascynująca postać i bez tej otoczki. Był bowiem jednym z Czterech Wielkich Mistrzów dynastii Song i najlepszym przyjacielem poety Su Shi, o którym już Wam kiedyś wspominałam.
Urodził się w bogatej rodzinie, mieszkającej na południe od Jangcy. Jego pra-pra-pradziadek ufundował wspaniałą bibliotekę i system edukacyjny w regionie. W zasadzie wszyscy mężczyźni w tej rodzinie zostawali cesarskimi urzędnikami. Również kobiety w tej rodzinie były wyjątkowo utalentowane: matka Tingjiana była znakomitą kaligrafką (specjalizowała się w bambusach) i cytrzystką (grała na guqinie). Również ojciec chłopca był dobrze wykształcony; niestety odumarł Tingjiana, gdy ten miał zaledwie 13 lat. Chłopiec został wówczas wysłany po nauki do Anhui do wuja, również wielkiego erudyty.
Zgodnie z rodzinną tradycją przystąpił do egzaminu na jinshi. Za pierwszym razem nie zdał, ale przy drugim podejściu mu się udało. Miał wówczas zaledwie 22 lata; zaledwie parę lat później zdobył uprawnienia nauczycielskie i został belfrem akademii cesarskiej w Hebei.
Wuj Tingjina postanowił, że skoro już zatroszczył się o ryż powszedni siostrzeńca, teraz czas na zadbanie o jego sławę. To on pokazał Su Shi dziełka młodego mężczyzny. Wymienili się listami z poezją i tak została zadzierzgnięta dozgonna przyjaźń.
Niestety, choć byli niezłymi poetami i chyba nawet dobrymi ludźmi, cesarz poparł innych urzędników, co w zasadzie automatycznie sprawiło, że ta frakcja popadła w niełaskę. Su Shi został wygnany, najpierw do Hangzhou, a potem koniec świata, a ludzie rozpowszechniający jego pisma - ukarani grzywną. Młody Huang również został wygnany, do Jiangxi a potem do Shandongu. Obaj zasłynęli jako sprawiedliwi urzędnicy, dobrze traktujący podległy im lud (tu muszę przypomnieć, że wygnanie nie oznaczało utraty stanowiska, a jedynie i aż - wysłanie z dala od dworu cesarskiego i innych intelektualistów, żeby nie można było siać fermentu). Jednak - cesarze przemijają. Cesarzowa Wdowa, która nastała po niechętnym naszemu bohaterowi cesarzu przywróciła klikę tradycjonalistów do łask; wrócili na dwór. 
Jakiś czas później Tingjianowi umarła matka. Zgodnie z ówcześnie obowiązującym zwyczajem, musiał wziąć urlop. Zabrał więc doczesne szczątki matki, a przy okazji swoich dwóch żon też, do rodzinnego grobu na południe od Jangcy i pozostał tam trzy lata, by odbyć żałobę. W międzyczasie Cesarzowa Wdowa zmarła, a na dworze znów wszystko zostało przewrócone do góry nogami. Su Shi i Huang Tingjian zostali znów wygnani. Tak to już było - każdy nowy władca równał się wygnaniu jednych i amnestii dla drugich. Huanga czekała jeszcze jedna amnestia i jedno wygnanie, tym razem do Guangxi, czyli jeszcze dalej, w region dziki, ledwo co podbity i kipiący buntem. Wysłanie tam schorowanego sześćdziesięciolatka było prawie jak wyrok śmierci. Zdecydowanie wolałabym los Su Shi, który został wygnany na wyspę Hainan - tak samo dziką, ale przynajmniej klimat mają niezły, plaże, owoce morza, słońce...
Tingjian pojechał na dalekie południe całkiem sam. Chciał oszczędzić rodzinę, więc zostawił ich w Hunanie. Gdy dotarł na miejsce, zajmował się głównie kaligrafią i innymi zajęciami godnymi literata. Niedługo później umarł i na tym wygnaniu został pochowany. 

Takie to były niedobre czasy: cesarze zmieniali się szybciej niż wiosenna pogoda; według swego kaprysu wysyłali podwładnych na krańce cesarstwa bądź przywoływali ich do siebie. Żadnej stabilizacji, żadnej możliwości zaplanowania życia. Pan każe, sługa musi. A jednak ludziom takim jak Huang Tingjian czy Su Shi udawało się zachować pogodę ducha, gdy kolejni władcy bawili się nimi jak marionetkami. 
Mam nadzieję, że i mnie się to uda w obliczu przeciwności losu.

Dzisiejsza opowiastka "ku pokrzepieniu serc" kończy nasz cykl opowieści o dobrych synach. Jak się Wam one podobały?

2017-04-01

Prima Aprilis

Słoneczko wstało wcześnie, więc i ja się obudziłam bladym świtem. ZB jeszcze sobie słodko pochrapywał; ja też się leniwie przeciągnęłam. Po chwili jednak ZB otworzył oczęta i przywitał mnie uśmiechem i pocałunkiem. Odwzajemniłam z całą serdecznością i miłością, po czym szepnęłam Mu do ucha: wszystkiego najlepszego w dniu Twojego święta!
Barani wzrok.
Dopiero po minucie zajarzył.
W Chinach Prima Aprilis zowie się Dniem Głupca 愚人節.