blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2017-05-23

starsi panowie dwaj

Byłam już zmęczona. Tajfuniątko waży swoje, a na ramieniu jeszcze zakupy. Nie zawsze udaje się zabrać ZB w roli tragarza. I jeszcze ten gorąc! Normalnie by mi nie przeszkadzał, ale stałam objuczona w nasłonecznionym autobusie, ściekał ze mnie pot, a za sprawą ogromnego korka dwudziestominutowa jazda trwała już prawie godzinę. Pewnie dlatego nie zauważyłam, że dwóch staruszków, siedzących naprzeciwko, sympatycznie się do mnie uśmiecha:
"Ile ona ma?" - zapytał ten wyższy, w nienagannie skrojonej marynarce i kompletnie do niej niepasującym słomkowym kapeluszu, wskazując na łamiące międzyludzkie bariery Tajfuniątko. Tajfuniątko oczywiście się wyszczerzyło - nie wiem, skąd ona zawsze wie, że to o niej mowa! - a ja dopiero po paru sekundach zaskoczyłam: pan zapytał w bardzo ładnym angielskim! Odpowiedziałam z uśmiechem, licząc się z tym, że być może właśnie wyczerpałam zasób angielskiego słownictwa interlokutora. Ale nie! Pyta dalej - czy chłopiec, czy dziewczynka, czy urodziła się w Chinach i skąd ja pochodzę. Gdy odparłam, że z Polski, zaczął się z kolegą zastanawiać, gdzie to może być. Podpowiedziałam, że "in Europe". Myślą dalej, kombinują. Mówią coś po cichu, ale wychwytuję znajome słowo: "Jewropa". Kiwam głową, że tak, że "Jewropa", a oni, skonsternowani, od razu pytają, czy aby nie władam rosyjskim. Oczywiście, pytają płynnym rosyjskim. Z prawdziwym żalem powiedziałam po angielsku, że niestety moja znajomość rosyjskiego ogranicza się do kilku zaledwie słów; że gdyby trafili na moich rodziców, mogliby się porozumieć, ale za moich czasów w szkołach wiódł prym angielski. Pokiwali głowami; autobus wreszcie ruszył, a ja parę minut później już przeciskałam się do wyjścia, odprowadzana uśmiechami chińskich starszych panów, mogących przeprowadzić konwersację z Obcą w przynajmniej dwóch językach obcych. Po wyjściu z autobusu zastanawiałam się, jak to jest - mamy XXI wiek, miliony pomocy naukowych, internety, cuda na kiju, a większość młodych Chińczyków nawet jednego języka obcego nie jest w stanie opanować, podczas gdy wykształceni za czasów ciężkiego komunizmu panowie, którzy zapewne z językiem obcym nie mieli kontaktu od parunastu albo i parudziesięciu lat - językowo doskonale sobie radzą.
Dopiero gdy wróciłam do domu, zorientowałam się, że przecież mogłam do nich zagadać jeszcze po chińsku. A tak to wyszłam na łamagę, co zna tylko jeden język obcy...

2017-05-22

Warsztaty herbaciane - przełom czerwca i lipca

Z ogromną radością chciałam poinformować Was, że na przełomie czerwca i lipca będę w Krynicy prowadzić warsztaty herbaciane dla krakowskiego Instytutu Konfucjusza. Na herbatę przewidziano 8 godzin - to znaczy cztery dni po dwie godziny, każdego dnia inna herbata i inny zakres herbacianej wiedzy. Szczegółów szukajcie tutaj.
Przy okazji dowiedziałam się, że mam fankę, która śledzi blog i m.in. z tego względu chce jechać do Krynicy. Nie muszę chyba mówić, jak bardzo mnie to ucieszyło!

2017-05-21

tygrys = smok

Na dziś ciekawostka językowa.
Każdy wie, że w latach '80 i '90 XX wieku najszybciej rozwijającymi się państwami Azji były tzw. azjatyckie tygrysy. Niektórzy nawet pamiętają, które to były państwa i jaka była ich ilość. Było ich bowiem cztery: Hongkong, Singapur, Tajwan i Korea Południowa, a ilość ta jest odwzorowana chociażby w nazwie angielskiej: Four Asian Tigers. Z czystej ciekawości postanowiłam sprawdzić, jak się nasze tygrysy nazywały po chińsku i tu czekało mnie małe zaskoczonko: były to bowiem Cztery Azjatyckie Małe Smoki 亞洲四小龍. Gdy pogrzebać w innych językach, okaże się, że w Europie bodaj tylko Francuzi zachowali smoczość (quatre dragons asiatiques).
Ciekawe, dlaczego zmieniono zwierzęta...

2017-05-20

omlet z pieprzem syczuańskim 花椒葉煎雞蛋

...a konkretniej z liśćmi pieprzu syczuańskiego. Najprostsze danie świata - i jedno z najsmaczniejszych.
Składniki:
  • liście pieprzu syczuańskiego
  • jajka
  • sól
Wykonanie:
  1. Liście opłukać i poobrywać z gałązek albo razem z gałązkami posiekać - pod warunkiem, że gałązki są młode, niezdrewniałe.
  2. Jajka rozbić do miseczki i ubić, dorzucić sól i liście, dokładnie wymieszać.
  3. Usmażyć i podać.
Tip: trzeba użyć wystarczająco dużo tłuszczu względnie wystarczająco dobrej patelni, żeby nie przywarło. Mnie się nie udało i dlatego omlet wygląda jak jajecznica...

2017-05-18

remont

Właśnie otwierałam z klucza pierwsze z trojga drzwi, które muszę pokonać, by wrócić do domu. Dziecię zaczęło już bić brawo, bo powroty cieszą ją tak samo, jak wyjścia. Nagle napada na mnie sąsiadka: „czy mieszkasz pod jedynką? Bo my remontujemy kuchnię i żeby podłączyć coś tam coś tam robotnicy muszą wejść do waszej kuchni, żeby coś tam coś tam coś tam” - pani mówiła szybko i w bardzo silnym dialekcie, więc nie było łatwo ją zrozumieć. Zresztą – wcale rozumieć nie chciałam. Gdy zatrzymała się na chwilę, by zaczerpnąć oddech, wtrąciłam: „nie, nie mieszkam pod jedynką”.
Dotarło. Pani zapytała – a kto mieszka? Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że chwilowo nikt, bo poprzedni lokatorzy już się wynieśli, a właściciele jeszcze mieszkania nie wynajęli następnym. Doradziłam, by skontaktowała się z właścicielami. „A masz ich numer telefonu?”. Niestety nie mam. Ale z pewnością można próbować się skontaktować przez administrację, skoro dotyczy to remontu kuchni i jakiejś tam ingerencji w strukturę budynku, prawda?
Reszta popołudnia minęła mi bardzo sympatycznie – dziecko śpi, ja słucham muzyki i poczytuję jakieś drobiazgi. Od czasu do czasu słychać rumor – to pewnie ten remont kuchni piętro niżej. Wtem wraca ZB; w momencie, w którym otworzył drzwi na klatkę schodową, dobiegły mnie wrzaski. Obudziły Tajfuniątko, więc miałam się czym zajmować przez następne pół godziny. A pół godziny później było już właściwie po ptokach. To znaczy: policja została już wezwana.
Sprytna pani z dołu uznała, że skoro w mieszkaniu wyżej chwilowo nikogo nie ma, to ona chętnie przeprowadzi ten remont „po cichu”. Wysłała na górę robotników. Robotnicy się włamali i robili swoje. Gdy ZB wrócił, zobaczył nieuprawnione osoby w mieszkaniu obok i na wszelki wypadek zadzwonił do właścicielki. Właścicielka przyjechała i zadzwoniła po policję, jednocześnie wrzeszcząc na panią z dołu.
A ta? W ogóle nie wiedziała, o co właścicielce mieszkania w ogóle chodzi – przecież ona MUSI wyremontować kuchnię, a nie da się inaczej niż przez kuchnię z góry!
Po paru minutach uznała, że się pokaja. Znaczy – powiedziała, że odda forsę za zniszczony zamek. Była szalenie zdumiona, że właścicielka mieszkania nie zareagowała z entuzjazmem. Nie docierało do niej, że nakazanie robotnikom włamania do cudzego mieszkania (to, że robotnicy z radością przystąpili do dzieła, jest dodatkowym smaczkiem, ale mnie w zasadzie nie dziwi – chińscy robotnicy to klasa sama w sobie) może i powinno skończyć się policją i sądem. Gdy usłyszała, że policja jest w drodze, aż się zagotowała i wytoczyła koronny, jej zdaniem, argument: „No ale przecież my tam weszliśmy tylko po to, żeby remontować moją kuchnię, nic nie ukradłam! Możesz mi zaufać, bo ja jestem CHRZEŚCIJANKĄ!!”.
Kiedy następnym razem usłyszycie rewelacje o pogromach chrześcijan w Chinach, weźcie poprawkę na takich chrześcijan, którzy nie widzą nic moralnie nagannego we włamywaniu się do cudzego mieszkania…

2017-05-16

Miłość jak fala 愛如潮水

Dziś sercołamacz Jeffa Chang 張信哲, tajwańskiego Księcia Miłosnych Ballad:


不問你為何流眼淚 
Nie pytam, czemu płaczesz
不在乎你心裡還有誰
Nie dbam o to, kogo jeszcze masz w sercu
且讓我給你安慰 
Na razie pozwól mi się pocieszyć
不論結局是喜是悲
Nieważne, czy czeka nas szczęście czy ból

走過千山萬水 
Przeszedłem tysiąc gór i wód
在我心裡你永遠是那麼美
A Ty w moim sercu nadal taka piękna
既然愛了就不後悔/無怨無悔
Skoro już Cię kocham, nie będę żałować
再多的苦我也願意背
Z chęcią przetrwam wszelką gorycz
我的愛如潮水 
Moja miłość jest jak fala
愛如潮水將我向你推 
Miłość jak fala popycha mnie ku Tobie
緊緊跟隨
Podążam krok w krok 
愛如潮水它將你我包圍
Miłość jak fala nas otoczy

我再也不願見你在深夜裡買醉 
Nie chcę już oglądać, jak się upijasz po nocach
不願別的男人見識你的嫵媚
Nie chcę, by inni mężczyźni poznali Twój urok
你該知道這樣會讓我心碎
Wiedz, że to rani me serce

答應我你從此不在深夜裡徘徊 
Obiecaj, że już nie będziesz się włóczyć po nocach
不要輕易嘗試放縱的滋味
ani łatwo się poddawać
你可知道這樣會讓我心碎
Musisz wiedzieć, że to rani me serce.

2017-05-13

szparagi w sosie ostrygowym

Udało mi się kupić najświeższe zielone szparagi świata. Dziś wieczorem ZB znów w pięć minut przyrządzi najlepsze szparagi świata, a ja nie będę do nich potrzebowała już żadnych dodatków.

Składniki:
  • szparagi
  • sos ostrygowy
  • maggi albo dobry sos sojowy
  • mąka ziemniaczana
Wykonanie:
  1. Odłamujemy łykowate końcówki szparagów. Zamiast wyrzucić, możemy je zostawić na zupę ;)
  2. Szparagi krótko blanszujemy i przelewamy zimną wodą. Zostawiamy do odcedzenia, a potem przekładamy na półmisek lub do głębokiego talerza.
  3. W tym czasie w miseczce mieszamy solidną łyżkę sosu ostrygowego, łyżeczkę mąki ziemniaczanej i trochę sosu sojowego i tyle wody, by uzyskać pożądaną konsystencję. U nas zazwyczaj potrzebna jest cała miseczka sosu :)
  4. W woku rozgrzewamy odrobinę oleju i wlewamy sos z miseczki, natychmiast skręcając ogień na maleńki, bo inaczej sos przywrze i się przypali. Podsmażamy sos mieszając, aż uzyskamy odpowiednią konsystencję - sos powinien osiadać na szparagach, ale nie oblepiać ich tak, by się go nie dało strząsnąć, bo wówczas będzie za słony.
  5. Gdy w całej kuchni pachnie tak, że nie chcemy już czekać ani sekundy dłużej na te przepyszne szparagi, zdejmujemy sos z ognia i polewamy nim przygotowane wcześniej szparagi.
Ładniej by wyglądały, gdyby były w całości, a nie połamane, ale nie mamy tak dużego garnka... Zresztą - biorąc pod uwagę tempo znikania tych szparagów, cieszcie się, że w ogóle jakieś zdjęcie udało mi się zrobić ;)

2017-05-11

Rezydencja Wang Jiulinga 王九龄旧居

Wang Jiuling urodził się jeszcze za cesarstwa, w 1879 roku. Urodził się w zasadzie na wsi - bo w Yunlong, Chmurzastym Smoku, czyli wiosce koło Dali, daleeeko od cywilizacji. Pochodził jednak najwyraźniej z mocno zamożnej rodziny, bo na studia wyjechał, zwyczajem wszystkich ówczesnych intelektualistów, do Japonii. Konkretnie - na prywatny Uniwersytet Hosei w Tokio, gdzie studia bez żadnych problemów ukończył. Przez cały okres studiów pełnił rolę wójta dla studiujących w Japonii Yunnańczyków. Jakby tego było mało, wstąpił do Ligi Związkowej. Generalnie - był mocno zaangażowany. Do tego stopnia, że do Yunnanu wrócił akurat, by zdążyć na przewrót, obalenie cesarstwa i ustanowienie republiki. Dochrapał się stołka - stanął na czele służby cywilnej. W tych mocno ciekawych czasach co parę lat lądował na innym stołku - zawsze po to, żeby bronić republiki. Gdy Chinami zaczął rządzić Duan Qirui, Wang uciekł do Pekinu, ale pod koniec życia wrócił do Yunnanu, by znów być członkiem rządu, a także honorowym dziekanem ówczesnej wersji Uniwersytetu Yunnańskiego, czyli Uniwersytetu Wschodniego Lądu 东陆大学.
Gdy w 1927 Smocza Chmura i jemu podobni zmusili Tanga Jiyao, by ustąpił ze stanowiska gubernatora Yunnanu, Wang również poszedł na emeryturę - i to daleko, bo aż do Pekinu. Jednak po wybuchu wojny chińsko-japońskiej znów zaangażował się politycznie, a po ustanowieniu ChRL - wrócił do Yunnanu, by nie tylko reprezentować tutejsze władze, ale i kierować Yunnańskim Towarzystwem Buddyjskim. Zmarł w 1951 roku, mając 72 lata.
W Kunmingu zachowało się jedno miejsce z nim związane - mianowicie jego dawna rezydencja. Została ładnie odrestaurowana. Przynajmniej na to wygląda zza płotu. Kiedyś mieściła się tam mocno ekskluzywna knajpa, najczęściej zamknięta dla "ludu". Teraz jednak jest jeszcze gorzej - rezydencja stała się siedzibą kilku centrów badań Uniwersytetu Yunnańskiego. Brama na podwórze została zamknięta na klucz i żaden turysta nie może tam wejść.
Szkoda. No ale pewnie boją się, że imperialistyczni agenci wykradną im rezultaty badań. Nad kulturą Yunnanu, bo to się tam bada...

2017-05-09

węgiel jak plastry miodu 蜂窝煤

Możecie sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy weszłam do ulubionej kantońskiej knajpy i w lodóweczce z pięknie wyeksponowanymi deserami ujrzałam... brykiet. W dodatku posypany wiórkami kokosowymi. Oczywiście zamówiłam.

Brykiety takie, nazywane tak jak w tytule, do dziś są sprzedawane w niemal całych Chinach. Dawniej służyły m.in. do ogrzewania mieszkania, dziś spotyka się je głównie jako paliwo pod prymitywne kuchenki. W Kunmingu są już rzadkością - chyba tylko obwoźni handlarze pieczonymi batatami i gotowaną kukurydzą jeszcze takich używają. Ale w mniejszych miasteczkach wiele garkuchni oferujących zupy i rozmaite gulasze w ten właśnie sposób utrzymuje pod garnkami odpowiednią temperaturę. Brykietów tych właściwie nie trzeba pilnować; spalają się równomiernie, więc wystarczy co godzinę czy dwie położyć nowy na tym już prawie wypalonym i "samo" utrzymuje temperaturę.
Co ciekawe, jest to jedna z nielicznych rzeczy, która przybyła do Chin z... Japonii. Rentan 練炭 został wynaleziony już w latach '70 XIX wieku. Gdy Japończycy podbili Mandżurię i stworzyli tam Mandżukuo, brykiety te trafiły do Chin. Gdy podbili Koreę, również Koreańczycy zaadaptowali rentan na swoje potrzeby. I choć Japonia już w latach '70 XX wieku zrezygnowała z tej opcji opałowej, w Chinach, Korei i Wietnamie brykiety o kształcie plastra miodu nadal są dość powszechne - bo tanie.
Wróćmy jednak do ciasta. Jak się okazało - jest pyszne. Ryżowe ciasto zabarwione oczywiście czarnym sezamem, a osłodzone miodem, lekkie jak puch i rozpływające się w ustach - ambrozja! Serdecznie polecam :)

2017-05-06

smardze 羊肚菌

Już się pojawiły pierwsze smardze!
W Chinach nie tylko nie są pod ochroną; są pospolite i dość tanie. Żadne ekskluzywne grzyby, w sezonie zasypane są nimi targowiska. Tym razem po prostu dodaliśmy je do naszego ukochanego gorącego kociołka tom yam - wspaniale wzbogaciły smak zupy, którą dokańczaliśmy jeszcze następnego dnia na śniadanie, bo aż żal byłoby wylać...
W związku z tym, że smardze poszły do gorącego kociołka, dziś nie będzie przepisu. Za to będzie ciekawostka językowa: po chińsku smardze wabią się "grzybami jak owczy żołądek" :D Smacznego!

2017-05-04

dżakarandy

Sezon dżakarandowy w pełni. Cieszę się drzewami obsypanymi fioletowoniebieskim kwieciem podczas niemal każdego spaceru z Tajfuniątkiem. Niestety, Tajfuniątko na razie się takimi pięknościami nie cieszy. Całe szczęście - cieszy się innymi rzeczami, właściwie bez przerwy :D
Sama końcówka kwietnia była ohydna, padająca i zimna. Choć robiłam zdjęcia jak szalona, kolory wyszły całkiem nie te:
Przed majówką wreszcie się wypogodziło. Kolory wróciły do normy: kunmińskie niebo jest przeraźliwie wręcz błękitne, a dżakarandy są lawendowe. Piękne!

2017-05-02

merynos a dialekt kunmiński

A jednak różnice kulturowe istnieją. Można się zorientować wtedy, kiedy dla kunmińskiego męża pierwszym skojarzeniem do 美利奴羊 měi​lì​nú​yáng (merynosów) jest 哈利路亚 hā​lì​lù​yà (alleluja). Po prostu: dla niego sylaby "nu" i "lu" niczym się nie różnią, a nosowe "ng" nie istnieje...

2017-05-01

2500

Dzisiejszy post to mój dwa tysiące pięćsetny wpis na blogu.
Uff.
Jak na osobę o słomianym zapale, akurat z blogiem sobie nieźle radzę. Piszę od tylu lat, a w brulionie nadal milion pomysłów, aktualnie czekających na moment, gdy Tajfuniątko podrośnie, a ja się wyśpię. Ostatni rok był dla blogowania ciężki - czasem w ciągu tygodnia miałam czas tylko na to, by wygrzebać jakiś stary przepis i zdjęcie sprzed paru lat, a także dołożyć piękno kwiatów z mojego balkonu. Wierzcie, sam fakt, że zdołałam w ogóle popełnić zdjęcia kwiatków i jeszcze je wrzucić do komputera był czasem niemałym wyzwaniem.
Z drugiej strony, przy odrobinie wysiłku zdołałam uczestniczyć w projektach Klubu Polki i akcjach W 80 blogów dookoła świata. Nie zawsze dając z siebie wszystko, ale zawsze przynajmniej próbując sprostać.
No właśnie. Wspólne projekty, dające kopa pomysły rodzące się w pięknych grupach - bardzo się cieszę, że dzięki nim mój blog ożywia coś więcej, niż tylko moje natchnienie. Bo z tym natchnieniem, to sami wiecie...
Z okazji okrągłej liczby wpisów, chciałam się z Wami podzielić statystykami.

  • Liczba wyświetleń dzisiaj 180 - ale w Polsce jeszcze wcześnie, będzie więcej ;)
  • Liczba wyświetleń wczoraj 356 - i to jest taka średnia; liczba wzrasta przy okazji różnych grupowych akcji.
  • Liczba wyświetleń w ostatnim miesiącu 14 631 - a kiedyś bałam się, że nigdy nie przekroczę magicznej zapory 10000...
  • Łączna liczba wyświetleń 535 656 - no, tu mi jeszcze do poczytnych blogerów trochę brakuje.
  • Obserwatorzy 98 - może ktoś się jeszcze skusi i wreszcie dobiję do tej nieszczęsnej setki? :D

Jeśli chodzi o najbardziej lubiane wpisy:
śmieszne wyrazy - 1106 [W 80 blogów]
Mój kraj idealny - 1018 [Klub Polki]
placki ziemniaczane po yunnańsku 干焙洋芋丝 - 882 - ku mojemu ogromnemu zdumieniu; do dziś nie wiem, dlaczego akurat ten przepis cieszy się takim uwielbieniem :D
zarzynanie świni 殺豬 - 842 - czyli opis świniobicia w yijskiej wiosce
Kocham Yunnan! - 798 [W 80 blogów]
francuska "koncesja" - 774 [Miesiąc Języków]
Jak przetrwać zimę? - 672 [Klub Polki]
Chińskie bajki - 594 [W 80 blogów]
sakura! - 531

Jak widać, największą popularnością cieszą się jednak te, które powstały przy okazji różnych międzyblogowych akcji. W kupie siła!

Będę dalej pisać. Będę się dzielić moimi Chinami, Yunnanem, Kunmingiem, herbatą, potyczkami słownymi z ZB i kuriozalnymi sytuacjami, przepisami i książkami o Chinach.
A Wam, Drodzy Czytelnicy, bardzo, bardzo dziękuję. Bez Was pisałabym tylko do szuflady. Dzięki Wam mam motywację, by odkrywać kolejne światy - dla Was i dla siebie samej. To dzięki Wam cały czas się czegoś uczę i zamiast zapomnieć - piszę o tym na blogu. Życzę i sobie, i Wam - nieustającej ciekawości świata i... następnych 2500 wpisów!

2017-04-30

Piosenka na zmartwienia 煩惱歌

Aby uniknąć zamartwiania się przed długim weekendem, polecam piosenkę wspaniałego Jacky Cheunga. Jak on ślicznie sepleni po mandaryńsku! <3
不愛的不斷打擾 
To, czego nie kochasz, natrętnie przeszkadza
你愛的不在懷抱
To, co kochasz, nie w Twoich objęciach
得到手的不需要 
To, co udało się zdobyć, nie jest tym, czego potrzebujesz
渴望擁有的得不到
A to, o czym marzysz jest nie do zdobycia
苦惱 
rozdrażnienie
倒不如說聲笑笑
lepiej zastąpić śmiechem
生活不要太多鈔票
W życiu nie trzeba za dużo kasy 
多了就會帶來困擾
Ich nadmierna ilość powoduje komplikacje
過重的背包 
Zbyt ciężki plecak
過度的暴躁 
Zbyt dużo gniewu
甚麼都不要
Nie chcę tego wszystkiego

一起呼叫 
zawołajmy razem:
沒有煩惱 
nie ma zmartwień
除了呼吸其他不重要
nic nie jest ważne z wyjątkiem oddychania
除了現在甚麼都忘掉 
zapomnijmy o wszystkim z wyjątkiem "teraz"
心事像羽毛 
kłopoty są jak piórka
越飄越逍遙
szybują coraz dalej i swobodniej

煩惱 
kłopot
甚麼煩惱 
jaki kłopot?
除了心跳沒有大不了
z wyjątkiem bicia serca nic nie jest na serio
人們不該去羨慕飛鳥 
ludzie nie powinni zazdrościć ptakom
世界比我大 
świat jest większy ode mnie
把自我縮小
a my się kurczymy

把自己當做跳蚤 
jesteśmy pchełkami
誰也不值得驕傲
nie ma powodów do dumy
人間疾苦知多少
ile wiesz o ludzkim cierpieniu? 
花開到花落知多少
tyle wie kwiat od zakwitnięcia do zwiędnięcia
不了 
niemoc
把一切看成玩笑
spójrz na wszystko jak na żart
吵吵鬧鬧像G大調
wrzaski traktuj jak G-dur 
假裝甚麼都不知道
udawaj, że nic nie wiesz
過重的背包 
zbyt ciężki plecak
過度的暴燥 
zbyt dużo gniewu
甚麼都不要
nie chcę tego wszystkiego
不和誰比較 
z nikim się nie porównuj
不和誰爭拗
z nikim się nie siłuj
過份思考 
za dużo myślenia
庸人自擾
z igły widły
別庸人自擾 
nie rób z igieł wideł
一切輕於鴻毛
dopiero wszystko jest lżejsze od gęsiego pierza 
才能消滅煩惱
można zniszczyć zmartwienia

2017-04-29

klopsy wołowe na parze

Ponieważ Tajfuniątko jest jeszcze maleńkie, z naszego stołu znikło wiele potraw - zwłaszcza tych smażonych, bardzo mocno doprawionych itd. W zamian pojawiły się potrawy gotowane na parze. Wiele inspiracji pochodzi z kuchni kantońskiej, która słynie z przekąsek dim sum (czyli dianxin 點心 - odrobina serca ^.^) - podawanych właśnie w bambusowych parownikach, wielkimi wózkami transportowanych między uszczęśliwionymi klientami. Dziś właśnie takie kantońskie klopsiki.

Składniki:
  • solidna garść niezbyt chudego wołowego mięsa mielonego
  • drobno posiekana zielona cebulka/por
  • małe jajko
  • sól, pieprz, drobno posiekany imbir, sos sojowy
  • łyżeczka mąki ziemniaczanej
  • kilka plastrów cukinii
Wykonanie:
  1. Roztrzepać jajko.
  2. Dodać mięso, cebulkę i przyprawy, wymieszać.
  3. Dodać mąkę ziemniaczaną. Mięso powinno dać się już uformować w klopsy. Jeśli jednak łyżeczka mąki ziemniaczanej to za mało, to znaczy, że jajko było za duże, albo garść mięsa zbyt mała. Można niby próbować zagęścić mąką, ale to znacząco wpłynie na smak klopsików. Dlatego proponowałabym raczej dodać trochę drobno posiekanego i odciśniętego miąższu cukinii - zapewniam, że będzie smaczne, a doskonale nam zagęści klopsiki.
  4. Plastry cukinii wydrążyć tak, by można było na nich ustawić klopsy.
  5. Klopsy na cukiniowych podstawkach ułożyć w parowniku i gotować na parze.
  6. Parować aż mięso zmieni kolor. Dokładny czas parowania zależy jednak od wielkości klopsów, wielkości parownika itd., więc lepiej po prostu po dziesięciu czy piętnastu minutach sprawdzić po raz pierwszy; kiedy z zewnątrz kolor już jest zmieniony, trzeba poświęcić jeden klopsik i sprawdzić, czy w środku też już jest ok.

2017-04-27

Czosnek

Chińskie targowiska zaskakują wąską specjalizacją. Na straganach mięsnych podział na gatunki - wołowina zawsze gdzie indziej niż wieprzowina czy kurczaki; klatki z gołębiami należą do innego sprzedawcy niż te z królikami. Nie inaczej jest z warzywami czy owocami - od dawna koleguję się z panem od bakłażanów, panią od marchewek i staruszkiem od lotosów. Sporadycznie na ich straganach pojawiają się inne dobra, ale zazwyczaj asortyment jest ubogi: jedno, dwa warzywa zgodne z porą roku. Najbardziej zaś zaskakujący jest stragan, na którym sprzedaje się wyłącznie czosnek:
Mamy tu podział na gatunki: czosnek jednoząbkowy, mały i duży, czosnki w różowej oraz w białej łupinie - w główkach i już podzielone na ząbki. Cena zależy tak od gatunku, jak i od wielkości - te większe są zawsze droższe. Czosnek, jak prawie wszystko na targu, kupuje się na wagę - ostatnia cena to 2,8 yuana za liang, czyli 28 yuanów za kilogram. O kupowaniu na główki nikt tutaj nawet nie słyszał. Bo i też nikt nie kupuje główki czosnku - jakiż sens kupić czosnek, którego ilość nie wystarczy na jedną dużą kolację? Bo przecież czosnek przyprawia smażone mięso, smażone warzywa, a nawet i rosół! Kupuje się więc zawsze wystarczająco dużo - czyli 5-6 główek. Może starczy na jakiś tydzień...
Pan od czosnku ma klientów trzy razy dziennie: przed południem, gdy po targach chodzą panie domu i kupują produkty spożywcze na cały dzień, koło 5-6, gdy przychodzą ludzie tuż po pracy, zaopatrzyć się w coś na chybcika oraz tuż przed zamknięciem targu - ostatnia szansa dla spóźnialskich. Jednak klienci detaliczni to małe miki przy tym, co naprawdę czosnkowemu panu daje dochód. Przyjrzyjcie się uważnie zdjęciom - czy widzicie reklamówkę wypchaną obranym czosnkiem? Po takie reklamówki przyjeżdżają kelnerzy bądź właściciele knajp. Choć w niektórych knajpach nadal żywa jest tradycja, by kelnerzy i kucharze poza godzinami szczytu siedzieli przed knajpą i obierali warzywa oraz przygotowywali półprodukty, w wielu knajpach obłożenie jest tak duże, że pracownicy nie nadążają ze żmudnym obieraniem czosnku czy imbiru, potrzebnych w bardzo dużych ilościach. Właśnie dla takich knajp wybawieniem są czosnkowe stragany, których właściciele od rana do wieczora, dzień w dzień obierają z łupinek nieskończone hałdy czosnku. Oczywiście cena obranego czosnku jest dwukrotnie wyższa niż tego zwykłego, ale - nikogo to nie zraża. Dotyczy to zresztą i innych łuskanych produktów - na innych straganach można kupić wyłuskany bób czy zielony groszek, kukurydzę luzem, orzechy czy pestki dyni. Jeśli mam czas, bardzo lubię przychodzić na targ wtedy, gdy są tu pustki - czyli najlepiej w porze lunchu i sjesty. Mogę wtedy przycupnąć przy staruszkach niezmordowanie łuskających produkty dla ludzi, którzy sami nie mają na to czasu. Ich nieomylne palce zawsze przypominają mi Babcię robiącą przetwory czy śmigającą szydełkiem. Zawsze właśnie wtedy najbardziej żałuję, że w XXI wieku doba się nam tak straszliwie skurczyła. Niech moim wkładem w slow food i slow life będą orzechy, które sama łuskam i bób który wybieram ze strąków. I niechbym tak mogła codziennie...

2017-04-25

ekologia w Chinach

Dzisiejszy wpis jest, jak zwykle 25 dnia miesiąca, częścią projektu W 80 blogów dookoła świata. Blogerzy językowi i kulturowi z różnych stron świata biorą na warsztat jeden temat (choć oczywiście z milionem możliwych interpretacji!). Z okazji Światowego Dnia Ziemi, który obchodziliśmy 22 kwietnia, tym razem pod lupę naszych blogerów trafiła ekologia.
I tutaj mam problem. W Chinach ona nie istnieje. Obojętnie, co twierdzą kolejne szyszki w dowolnej prowincji. Nie istnieje na poziomie ogólnochińskim, na poziomie poszczególnych miast, ani w głowie przeciętnego Chińczyka. Plastykowe butelki i reklamówki. Cholera mnie bierze, gdy dorodną sałatę sprzedawca wkłada do plastykowej reklamówki i jeszcze szczelnie zawiązuje. Albo gdy jabłka są pakowane po sztuce. Oczywiście w plastik. Ale czym ja się przejmuję? Przecież ta sałata i te jabłka i tak nigdy nie widziały niebieskiego nieba, ani nie wyrosły na zdrowym, zadbanym i ekologicznym kawałku ziemi. Pewnie w plastiku czują się jak u siebie w domu.
Nie. Nie mogę na ten temat pisać. Jeszcze karmię piersią i nie mogę się denerwować, bo stres matki to podwyższony poziom kortyzolu również u dziecka. Zamiast więc się wywnętrzać, zostawiam Was z jednym z najlepszych dokumentów na temat ekologii w Chinach, jakie kiedykolwiek powstały. W dodatku stworzony przez Chinkę! 
Można oglądać z napisami w kilku językach (trzeba wybrać z listy w ustawieniach filmu); niestety, polskiego się nie doszperałam. Ale - wierzcie mi! - warto obejrzeć choćby i dla samych obrazów. Dopiero wówczas zrozumiecie, jak żyje przeciętny mieszkaniec Chin.


Oto, jak do tematu podeszli pozostali blogerzy:
FRANCJA: Demain, viens avec tes parents! - Ochrona środowiska
GRUZJA: Gruzja okiem nieobiektywnym - Gruzińska ekologia-idzie nowe?
KIRGISTAN: Kirgiski.pl - Obszary chronione Kirgistanu

NORWEGIA: Norwegolożka - Jak Norwegowie zarabiają na ekologii?

ROSJA: Dagatlumaczy.pl - blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim -

SZWECJA: Szwecjoblog - 5 ciekawostek o ekologii w Szwecji

TANZANIA/KENIA: Suahili online - Parki narodowe Kenii i Tanzanii

Jeśli również chcecie brać udział w naszych akcjach, piszcie na mejl: blogi.jezykowe1@gmail.com

2017-04-23

Yu Hua - Chiny w dziesięciu słowach

Ja nawet nie zwróciłam uwagi na to, że już czytałam jedną książkę Yu Hua - Żyć! To na jej podstawie Zhang Yimou nakręcił jeden ze swoich najlepszych filmów. Tyle, że tę książkę przeczytałam po chińsku, a nazwisko autora jawiło mi się tylko w znakach. Tak, wiem, jak się te znaki czyta, ale nie zawsze trafiają do tej samej przegródki, co łacińska transkrypcja.
Czytam więc sobie. O tym, jak dzieci z pełnym przekonaniem zostawały hunwejbinami, a ich rodzice starali się nie okazywać, że im się to nie podoba, żeby nie wyjść na kontrrewolucjonistów. O tym, jak nauczyciel dawał uczniom papierosy, żeby jego też skrytykowali, bo jak jest jedynym nieskrytykowanym, to podejrzanie to wygląda. O tym, jak hasłem "Mao naucza" czy "Lu Xun powiedział" można było wygrać każdą kłótnię.
Książka jest wspaniała, bo bardzo subiektywna, a jednak nie do końca tylko autobiograficzna. Ech, nie będę recenzować - doskonale zrobiła to już za mnie dziennikarka Kultury Liberalnej. Wracam więc do czytania i małych chińskich smaczków.

2017-04-22

smażone cynaderki

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego większość Polaków nie lubi podrobów. Ba! Nawet nie to, że nie lubią. Nawet nie próbują, czy smaczne, brzydzi ich sama idea. Ja za to uwielbiam móżdżek - nawet taki zwykły, gotowany w rosole! Kocham chrupiące jelita i takąż skórę, ślinię się na widok flaczków. No i - kupuję nerki wieprzowe za każdym razem, gdy wypatrzę świeże na targu.
We właściwym przyrządzeniu tutejszej wersji cynaderek ważne są trzy rzeczy: właściwe oczyszczenie nerek, właściwe ich pokrojenie oraz ilość tłuszczu do smażenia - niestety musi go być dużo.
Właściwe oczyszczenie oznacza, że wykrawamy z nerki cały moczowód (wszystko, co jest białe) i zostawiamy samo "mięso", czyli to, co jest ciemnoczerwone. Jest to robota tyleż prosta, co czasochłonna.
Trudniejsze jest właściwe pokrojenie nerki. Trzeba ją ponacinać w bardzo drobną kratkę, w dodatku pod kątem, a nie prosto, tak, by "farfocle" trzymały się "skórki" nerki.
Dobrze obrazuje to poniższy filmik:

Dopiero, gdy nerka jest już odpowiednio ponacinana, możemy ją pokroić w niezbyt grube paski.
Oleju musi być sporo i to bardzo mocno rozgrzanego, bo nerka puści sok i jeśli tłuszczu będzie za mało i/lub będzie za zimny, to całość zacznie się nam dusić, a nie smażyć. Niestety, nie będzie to specjalnie smaczne. Pamiętajmy więc - dokładne usunięcie moczowodu, krojenie i tłuszcz.

Składniki:
  • dwie nerki wieprzowe
  • cebulka zielona/por
  • parę ząbków czosnku
  • kawałek imbiru
  • ewentualnie suszone chilli
  • pieprz syczuański
  • mąka ziemniaczana
  • sól
  • Na sos: sos sojowy, kapka alkoholu, woda lub bulion, łyżeczka mąki ziemniaczanej dobrze wymieszane.
Wykonanie:
  1. Dokładnie odkroić moczowód i porządnie opłukać nerki, odsączyć.
  2. Ponacinać w krateczkę, a później pokroić na niezbyt duże kawałki.
  3. Posypać nerki łyżeczką mąki ziemniaczanej i dokładnie wymieszać.
  4. Przygotować przyprawy: niedbale posiekać imbir, czosnek i cebulkę. Cebulka może być nawet pokrojona w całkiem spore kawałki. Wszystkie przyprawy wsadzić do jednej miseczki, w czasie smażenia nie będzie czasu na szukanie.
  5. Solidnie rozgrzać olej i obsmażyć nerki, cały czas potrząsając patelnią, by nic nie przywarło.
  6. Zmniejszyć ogień i łyżką cedzakową wyjąć nerki, odsączając większość oleju.
  7. Zwiększyć ogień, wrzucić przyprawy i je obsmażyć, a gdy zapachną, dodać nerki i sos.
  8. Dokładnie obtoczyć nerki i przyprawy w sosie.
  9. Można podawać!

2017-04-20

东义小粒咖啡 Yunnańska kawa Wschodnie Znaczenie

Niejednokrotnie wspominałam, że Yunnan słynie nie tylko z herbaty, ale i z kawy. Moja ukochana kawa Hani jest oczywiście najpyszniejsza, ale inne też bywają niezłe. Dlatego tak się ucieszyłam, gdy w sklepie ujrzałam pięknie opakowane yunnańskie kawy. Tekturowe pudełka ozdobione są etnicznymi rysunkami yunnańskich grup etnicznych.



Uroczy pomysł, ładne wykonanie. Już miałam kupić, bo zauważyłam, że mają m.in. kawę do espresso. Natchnęło mnie jednak, że powinnam mimo wszystko zerknąć na skład.
Wszystkie kawy w asortymencie: tzw. espresso, cappuccino, mocca (zapisana "mocha") i "cafe original" mają ten sam skład, tylko nieco różne proporcje. Dużo cukru, tłuszcz roślinny, trochę chemii i odrobinę kawy rozpuszczalnej...

2017-04-18

kolacja

Choć już dawno nie pracuję w żadnej chińskiej firmie, i mnie zdarzają się kolacje, na które pójść muszę i podczas których powinnam się ładnie uśmiechać, niewiele mówić i na koniec uiścić. Taka specyfika kraju; zawsze jeśli chce się coś bezproblemowo załatwić, najlepiej to obgadać w ekskluzywnej knajpie. Nawet jeśli teoretycznie łączą Cię z tą osobą miłe, codzienne kontakty, biznesy załatwia się przy posiłku i alkoholu. Ja i tak mam dobrze, bo karmię piersią i nikt na mnie nie wymusza toastów. Nie znaczy to, że dałabym w siebie wmusić alkohol. Po prostu nie ubiłabym interesu i wyszła nie oglądając się za siebie. To, że w Chinach panuje inna "kultura" biznesu nie znaczy, że muszę się podporządkować. Nie muszę. Pod warunkiem, że jestem w stanie znieść konsekwencje - to znaczy ograniczenie sobie pola działania do wąskiej grupki dobrze wychowanych Chińczyków.
Ad rem.
Wybrałam knajpę urządzoną w jeszcze jednym budynku w stylu zachodnim (stąd jego nazwa: "Zachodni Budynek" 一栋洋楼), który przetrwał zawirowania lokalnej historii. Knajpa z tych lepszych, kelnerki w garsonkach, kelnerzy pod krawatem i wszyscy usłużni i mili. Parkiet miło trzeszczący pod stopami, lekko odkształcone, zabytkowe okna, a na dziedzińcu pergola z pięknie rosnącymi tykwami. Marzenie!









Pani Zhang oczywiście się spóźniła. Przyjechała z córką, Ellen, którą właśnie odebrała z ekskluzywnej siłowni. Córka właśnie ma wolne; dobrze się składa, że w Nowej Zelandii, dokąd matka wysłała ją na studia, wakacje pokrywają się z obchodami chińskiego nowego roku - może wówczas wrócić na ojczyzny łono i nadgonić wszystkie seriale na youku. Youku poza granicami Chin ma niestety bardzo ubogą ofertę, a jeszcze trzeba godzinami czekać na zbuforowanie seriali. Kto by pomyślał, że VPN w odwrotną stronę też by się przydał!
Ellen studiuje w Nowej Zelandii już dwa lata, co zupełnie nie przekłada się na jej znajomość angielskiego. W klasie ma samych Chińczyków, a poza rodziną, która się nią opiekowała przez pierwsze pół roku, właściwie nie poznała żadnych lokalsów. Po co? Na spotkanie przyszła bez szemrania, dosłownie! Bo gdy się najadła, wetknęła słuchawki w uszy i oglądała coś na komórce. Degrengolada dzisiejszej młodzieży? Cóż. Jej matka również nie wypuściła komórki z dłoni na dłużej niż minutę.
W międzyczasie jadła. O, z zamawianiem był problem! Powinien zamówić gospodarz imprezy, czyli fundator. Z drugiej strony - grzecznie jest zaproponować gościom, by sami coś wybrali z listy. Ponieważ słyszałam, że pani Zhang bardzo tę restaurację lubi, sądziłam, że wybierze jakieś smaczne potrawy. Nie zależało jej jednak aż tak, by choćby zerknąć w menu, dlatego na stole zjawiły się takie dziwolągi, jak bakłażan smażony ze śmierdzącym tofu. Połączenie awangardowe... i smakowało tak, jak brzmi.
Nic to. Można się najeść ryżem i zupą. Zupę zamówiłam ja, podejrzewając, że dania wybrane przez panią Zhang będą niejadalne. Mając ryż i zupę, nie bałam się niczego - bo mogłam karmić uszczęśliwione Tajfuniątko, zachwycone tym, że siedzi w "dorosłym" krzesełku i je "dorosłe" jedzenie. Chyba też tylko dzięki Tajfuniątku przetrwałam rozmowę pani Zhang z naszą towarzyszką, panią Liang.
-Ależ masz piękną fryzurę!
-Och, nic specjalnego... Choć muszę przyznać, że ten fryzjer wydaje się w porządku.
-Powiedz, gdzie ma siedzibę, to go też odwiedzę.
-O, to nie takie proste, musimy pójść razem. Młody Li nie przyjmuje nowych klientek inaczej niż z polecenia. Po prostu kiedyś Cię zaprowadzę, dobrze? Przy okazji będziesz mogła skorzystać z mojej karty rabatowej. Rabat zwiększa się z każdą wizytą.
-A ile wizyta kosztuje?
-Ścięcie i pasemka - niecałe dwa tysiące yuanów.
-No, to rozumiem, że karta rabatowa się przydaje!
-Och, ale to już po naliczeniu rabatu, moja droga! Przecież młody Li strzyże największe gwiazdy szołbiznesu! Regularnie przylatuje do niego ta koreańska piękność [niestety, nie powiem, która, bo na koreańskich pięknościach znam się średnio i nazwisko wpadło mi jednym uchem, a drugim wypadło] i wiele prezenterek telewizyjnych! Umawiać się trzeba z dwutygodniowym wyprzedzeniem!
-No, to koniecznie musimy się razem wybrać! Nie mogę się doczekać!
Siedziałam odwrócona do Tajfuniątka i byłam zajęta dokarmianiem; całe szczęście panie Zhang i Liang nie widziały mojego wyrazu twarzy. Cudem opanowałam się, by ich nie zabić śmiechem.
Kolacja zbliżała się ku końcowi - pani Zhang odebrała kolejny telefon i powiedziała do słuchawki, że już niedługo będzie w domu. Gdy skończyła rozmowę, dla formalności otwarłam menu po raz kolejny, chcąc domówić jakąś potrawę.
-Ach nie, nie trzeba, muszę się już zbierać.
Przeprosiłam za to, że potrawy takie niesmaczne [kij z tym, że ona zamawiała] i obiecałam, że następnym razem bardziej się postaram - czyli wybiorę droższą knajpę.
Trzymajcie kciuki, żeby następnego razu nie było ;)
 A swoją drogą, restaurację polecam z czystym sumieniem. Ich klopsiki w zupie koperkowej i prażone robaki bambusowe są przepyszne!

2017-04-13

摩登红人 Modern Lady

Gdy ujrzałam sklepik kosmetyczny z produktami utrzymanymi w estetyce szanghajskiego międzywojnia, byłam zachwycona. Kolejna marka, która przetrwała maoizm? A może chociaż próba rekonstrukcji takiej marki?
Nic z tego. Firma powstała dopiero w 1996 roku i choć powołują się na szanghajską tradycję, nic ich z historią nie wiąże. A szkoda - bo przecież to właśnie Szanghaj początku ubiegłego wieku słynął z pięknych, zadbanych kobiet. Jednak mimo rozczarowania postanowiłam spróbować - i nie zawiodłam się. Skład produktów zawiera na tyle mało pozycji, bym nie była uczulona; fajne mydła, kremy do twarzy i rąk, pomadki ochronne. Resztę wypróbuję na pewno w niedalekiej przyszłości.
Tutaj ich strona.

2017-04-11

The Rubaiyat of Dorothy Ashby

Kocham Azję. Kocham jazz. Kocham dziwaczne muzyczne pomysły, pod warunkiem, że dobrze brzmią. Poniższy album Dorothy Ashby dobrze brzmi, jest jazzowy, a artystka gra nie tylko na swojej ulubionej harfie, ale również na japońskim koto. Enjoy!

2017-04-09

W Azji - Tiziano Terzani

Dziś nie będzie cytatów. Przepisywanie całej książki jest łamaniem prawa :)
O mojej miłości do Terzaniego już wiecie - Zakazane wrota długo gościły w "czytelnictwie". No ale - Zakazane Wrota to Chiny, tylko moje Chiny. W Azji, zgodnie z tytułem, jest Azja. Indie, Pakistan, Birma, Japonia, Tajlandia, Filipiny, Kambodża... Aż się mieni w oczach. Terzani zawsze starał się być tam, gdzie działo się coś ciekawego - czy to był wojenny Wietnam, rewolucyjna Kambodża, czy "wracający do macierzy" Hongkong.
To dlatego tak długo tę książkę czytałam. Mimo ukończenia studiów dalekowschodnich i jednak jakiejś tam wiedzy na tematy okołoazjatyckie, mimo, że fakty prezentowane przez Terzaniego nie były dla mnie zaskakujące - czytałam i doczytywałam gdzieś indziej. A potem, po kolejnym zamachu, po kolejnym żywym opisie biedy, po kolejnym soczystym artykule - musiałam odłożyć książkę i odetchnąć.
I tak sobie czytałam.
Prawie miesiąc.
Ale za to obraz Azji w mojej głowie jest dużo, dużo pełniejszy; znikło też parę białych plam.
Polecam.

2017-04-08

Odsmażane taro 回鍋芋頭

Kiedy byłam mała, nie lubiłam gotowanych ziemniaków. Konsystencja fuj, smak takoż, no nic mi nie pasowało. Najchętniej od razu bym wszystkie zostawiła, żeby Mama odsmażyła mi je na patelni na kolację. Bo takie odsmażane to już uwielbiałam! Pokrojone w plasterki, doprawione smalczykiem, podane z kefirem... Och!
No ale w Polsce odsmażane produkty kojarzą się raczej z utylizacją resztek "żeby się nie zmarnowało" niż z pełnoprawnym daniem. Zupełnie inaczej jest w Chinach, w których istnieje cała gama potraw huiguo 回鍋 - dosłownie "powracających do gara", czyli właśnie odsmażanych, bo naszym garem jest w Chinach zazwyczaj wok opatrzony dawką oleju. Najbardziej znane są odsmażane potrawy syczuańskie: odsmażana wieprzowina, która najpierw była gotowana, a potem smażona z przyprawami, ale również odsmażana beninkaza szorstka czy odsmażane pędy bambusa.
W Kunmingu do najczęściej spotykanych w karcie dań odsmażanych należy odsmażane taro. Jest dużo, dużo smaczniejsze, niż podstawowa, gotowana wersja. A że ostatnio taro po 3 sztuki za 10 yuanów, czyli prawie za darmochę, to i na naszym stole się znalazło.
Składniki:
  • ugotowane i ostudzone taro
  • zielona cebulka niedbale posiekana
  • imbir w plasterkach
  • ewentualnie posiekany w plasterki czosnek
  • suszone chilli
  • sól
  • płatki chilli - do podania
Wykonanie:
  1. Taro pokroić w plastry; niezbyt cienkie, bo się porozpadają, ale też nie za grube, bo się nierównomiernie usmażą.
  2. Rozgrzać tłuszcz; musi być go sporo, żeby taro nie przywarło.
  3. Na tłuszcz wrzucić taro i wstępnie obsmażyć, a potem skręcić ogień, dodać przyprawy, solidnie wymieszać i czekać (mieszając!), aż wszystko się ładnie zarumieni.
  4. Podawać z płatkami chilli w charakterze dipu.

2017-04-06

apteczny asortyment

Jeśli wybierzecie się kiedyś do Chin, polecam wizytę w aptece. Nie takiej zwykłej, z aspiryną, antybiotykami i tabletkami poronnymi (wszystko bez recepty), a do apteki z tradycyjnymi chińskimi lekami. Ujrzycie nie tylko nalewki wężowe czy z żeńszenia, nie tylko rozmaitość kwiatów, korzeni i wysuszonych kamieni nerkowych czy sproszkowanych rogów, ale na przykład koniki morskie i węże.
Zawsze, gdy zerkam na koniki morskie, przypomina mi się, jak najlepszy przyjaciel Najlepszego z Mężów poczęstował nas nalewką "morską". Czyli właśnie na rozmaitych morskich stworzeniach. Ciężko właściwie powiedzieć, czy była smaczna, bo kolega nie wpadł na to, że te wszystkie żyjątka będą przede wszystkim okropnie słone i może przed macerowaniem warto byłoby te stworzenia mocno przepłukać. Przypomina mi się też Przyjaciółka, która na zachwyty nad nalewką wężową zawsze pytała, czy interlokutor nie chciałby zrobić nalewki na kawałku schabu. W końcu i to mięso, i to, więc można by taniej...

2017-04-05

Mój pierwszy dzień

Dzisiejszy wpis jest częścią wiosennego projektu Klubu Polki - opowiadamy o naszym pierwszym dniu w danym kraju. Ile emigrantek, tyle historii. Moja jest wieloetapowa.

Na początku był Tajwan. To znaczy: ja wiem, że na początku było Słowo, albo w ostateczności Polska, ale dla mnie początkiem Nowego była wizyta na Tajwanie. Tato, który wówczas tam pracował, ujął to tak: jak szybko skończysz licencjat, to możesz przyjechać na wakacje. W związku z tym obroniłam się pierwsza na roku. I pojechałam. Tata dużo opowiadał, przywoził prezenty, pokazywał zdjęcia. Ale to mi w ogóle nie dało wyobrażenia, jaka jest Azja.
Na początku - uderzenie lepkiego gorąca. Wakacje były na przełomie lipca i sierpnia, czyli chłodny wietrzyk zdarzał się tylko bezpośrednio przed tajfunem. Gdy tylko wyszłam z lotniska, włosy zakręciły mi się w maleńkie loczki i już tak zostały.
Później - zapach azjatyckiej ulicy. Wiecie - stragany z jedzeniem plus gorąco plus tłumy. Wydawałoby się, że musi być obrzydliwie. Nie było. Było fascynująco.
Dźwięki. Pierwszy raz zetknęłam się na żywo z językiem chińskim. Ni to śpiew, ni to krzyk. Nie potrafiłam podzielić zdań na wyrazy ani opanować niczego ze słuchu. Chodziłam zanurzona w dźwiękach - i zamarzyło mi się, by też tak śpiewać mówić.
Smaki. Wpadłam po uszy. Nocne targi z przekąskami, knajpki, w których za grosze można było się objeść pierożkami czy makaronami w pachnących sosach. Wystawne knajpy, do których trzeba było czekać półtorej godziny w kolejce. Żabie udka w panierce - prawie jak kurczak, wieprzowina w sosie słodko-kwaśnym zupełnie różna od tych pseudochińskich dań w polskich chińskich knajpach. Nowe owoce, warzywa, napoje.
Ludzie - serdeczność. Potem się miałam przekonać, że raczej powierzchowna, ale wtedy, za pierwszym razem, uderzyło mnie, że wszyscy się do mnie uśmiechają i chętnie ucinają sobie ze mną pogawędkę. Po szarej anonimowości Polski była to wspaniała odmiana.
Kolory. Mężczyźni w różowych koszulach (hetero!), panie pod pięćdziesiątkę w barwnych dresach, cekiny, kokardki, prążki, koronki. I nikt nie odwraca głowy z niesmakiem i nie twierdzi, że "nie wypada". To był mój pierwszy dzień na Tajwanie.
***
Udało się! Przyjechałam na pół roku na Tajwan, żeby nauczyć się szwargotać po mandaryńsku. Gdy wysiadałam z samolotu, było inaczej - bo luty, a nie lipiec. Reszta pozostała bez zmian, a ja każdego dnia tego półrocznego pobytu byłam szczęśliwa - bo byłam w swoim miejscu na ziemi. O łzach tęsknoty za przyjaciółmi i samotności w tłumie nie będę wspominać. Jak nie wspomnę, to znaczy, że się nie przydarzyły, prawda? To był drugi "pierwszy dzień" na Tajwanie.
***
Kiedy wysiadłam z samolotu w Kunmingu, poczułam rozczarowanie. Och, mózg wiedział, że to nie tropiki, że jestem daleko od morza i że wylądowałam w wysokich górach, ale serce nie mogło nic na to poradzić - nadal tęskniło za zapachem Azji, który miał być kubek w kubek taki, jak w Tajpej. Kunming jest suchy, spalony wysokogórskim słońcem, zapierający dech rozrzedzonym powietrzem. Odetchnęłam pełną piersią tym nowym zapachem Azji i poszłam szukać taksówki. Znalazłam. Nie zwróciłam uwagi na brak taksometru. Gdyby taksówkarz nie próbował mi kłaść ręki na kolanie, stwierdziłabym, że nawet dobrze trafiłam. Ale... okazało się, że nie tylko zapach i smak tutejszego powietrza różni się od tego tajpejskiego. Przyjechałam tu po kilku latach nauki mandaryńskiego, dość pewna siebie, by się w ogóle nie bać. Ja już umiałam nawet przez telefon i na skajpie godzinami gadać z azjatyckimi znajomymi, więc życie powinno być łatwe, prawda?
Nie zrozumiałam nic z tego, co powiedział do mnie taksówkarz. Zamiast ni xiang qu nali? wypowiedzianego miękkim głosem, z uśmiechem, do którego przywykłam na Tajwanie, usłyszałam ostre ke nadiar?!, które wprawiło mnie w nieliche osłupienie. Tak, czytałam, że mają tu własny dialekt, ale przewodniki twierdziły, że jest on bardzo zbliżony do mandaryńskiego. Tja. Dziś mieszkam w Kunmingu już osiem lat i nadal nie wszystko rozumiem.
Zapachy też nie te. Tutaj się zupełnie inaczej jada i człowiekowi prędzej zaczną łzawić oczy od zapachu wszechobecnego chilli niż go zemdli od tajwańskiego śmierdzącego tofu. Smrodku tofu mi akurat nie brakuje, ale - musiałam się nauczyć tych nowych zapachów. Zakurzonego, gorącego i suchego Kunmingu wypełnionego chilli i suszoną wołowiną. Kwiaty kwitnące o niespodziewanych porach roku, Szmaragdowozielone Jezioro w samym centrum - a wiecie, jak pachną jeziora w miastach. Zapach pieczonych batatów i ziemniaków. Pierwszego dnia jeszcze ich nie spróbowałam, ale chyba tak naprawdę powinnam zacząć od pierwszego prawdziwego dnia, a nie od tego, który spędziłam tylko w samolocie, taksówce i łóżku. Drugiego dnia zaczęłam eksplorację: piękne paifangi (coś między ozdobną bramą a łukiem triumfalnym) Złotego Konia i Szmaragdowego Koguta w centrum, ale poza tym zero tradycyjnej chińskiej zabudowy (szkoda!). Jedzenie uliczne z zupełnie innej niż w Tajpej bajki: wspomniane pieczone bulwy, placuszki kukurydziane, wszechobecne kluski ryżowe - misieny zamiast makaronu w wołowym rosole, pierożków i okonomiyaki na nocnym targu. A, właśnie. Od razu odkryłam, że nocą Kunming w zasadzie zamiera. W Tajpej wracałam do domu zazwyczaj grubo po północy, właśnie z nocnego targu. Tutaj zaczęłam wracać po północy dopiero, gdy zaczęłam pracować w herbaciarni, ale to już zupełnie inna historia.
Pierwszego dnia w Kunmingu udało mi się dojechać autobusem do Wallmartu, ale wrócić już nie dałam rady. Nie wiedziałam wówczas, że dużo ulic jest jednokierunkowych i że przystanek po drugiej stronie ulicy będzie obsługiwał zupełnie inne numery autobusów, bo ten mój tędy jedzie "do", ale już nie wraca...
Pierwszego dnia opanowałam drogę z hostelu na uniwerek i z powrotem nie wiedząc jeszcze, że właśnie przeszłam prawie całe centrum miasta. Wówczas jeszcze Kunming, trzy razy większy od Warszawy, wydawał mi się ogromny. Teraz sądzę, że jest malutki...
Tego dnia pierwszy raz ujrzałam staruszki odziane w stroje ludowe. Nie przebrane, a ubrane. Zaczęła się moja przygoda z 26 yunnańskimi grupami etnicznymi.
Zaczynałam przygodę życia, ale... przecież po roku miałam wrócić do Polski, względnie nadal knuć, jak tu wrócić na Tajwan. To miało być tylko roczne stypendium!
Taki był mój pierwszy dzień w Kunmingu.
***
Gdy po raz drugi lądowałam w Kunmingu, wiedziałam już, czego się spodziewać. Po pół roku pobytu w Polsce wiedziałam, że dłużej tego nie wytrzymam. Tęskniłam za Azją. Teraz już mi było obojętne, jak pachniał Kunming. Tęskniłam za miliardem rzeczy i za przynajmniej jedną szczególną osobą. W międzyczasie się okazało, że osoba jednak nieszczególna, a tęsknotę mogę o kant d... roztrzaść, ale pozostała tęsknota za Kunmingiem. I... strach. Trochę się bałam wybrać inne miejsce. Chciałam wrócić, a nie jechać w nieznane. A jednak - bałam się i tak. Czy sobie poradzę na studiach magisterskich prowadzonych w języku chińskim, czy serce puste jak orzeszek zapełni się jakąś miłą obecnością, czy... Tych "czy" było milion. Wielkim pocieszeniem dla strwożonego serca było wszystko to, co pozostało takie, jak pamiętałam. A pamiętałam dużo - przecież wyjechałam z Kunmingu ledwie rok wcześniej. Kolejne miejsca witałam z uśmiechem, jak starych znajomych. To nic, że nie chciano mi zapewnić akademika na ten pierwszy weekend, choć administracja uniwersytecka wiedziała, kiedy przyjadę (przysłali nawet szofera, do króćset!). To nic, że gdy w końcu weszłam do akademika, okazał się on być zapluskwioną i zakaraluszoną brudną ruderą pozbawioną ciepłej wody. To nic, że wszystko było inaczej, niż miało być. Znów byłam w Azji. Znów byłam u siebie.
Taki był drugi "pierwszy dzień" w Kunmingu.
***
Gdy po utracie stypendium przeniosłam się w yunnańskie tropiki za chlebem i po to, by po prostu przestać się dusić w Kunmingu, nie sądziłam, że do niego wrócę na stałe. Bardzo mnie to miasto bolało - wiele straconych nadziei, wiele przegranych przyjaźni i jeszcze złamane serce. Czy Wy chcielibyście wrócić do miasta, które tak Was potraktowało?
A jednak stałam teraz na dworcu PKS z trzydziestokilogramową walizką, opalenizną i kilkoma yuanami w kieszeni. Jeden z kolejnych swatanych mi facetów miał po mnie przyjechać. Jeszcze nie wiedziałam, że pół roku później ten facet zostanie moim mężem, ale już wiedziałam, że mogę na nim polegać - obojętnie, czy chodzi o podwózkę z dworca, znalezienie fajnej knajpy czy dotrzymanie towarzystwa na korcie badmintonowym. Wracałam - po raz pierwszy przyznaję to publicznie - głównie dla niego. Tak, praca w tropikach okazała się być niewypałem, bo szefostwo było nieuczciwe, ale gdyby nie on, pewnie pojechałabym gdzieś dalej, zamiast wracać wciąż i wciąż do tego nieszczęsnego Kunmingu. Gdy czekałam na dworcu, nie miałam motyli w brzuchu, ale i tak - z uśmiechem na twarzy i w sercu dawałam się porwać nowej przygodzie.
To był ostatni "pierwszy dzień" w Kunmingu. Bo później Kunming stał się moim domem i już zawsze tu wracam, a nie przyjeżdżam.