blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2016-11-29

Świąteczny jarmark

W pierwszy weekend grudnia (w tym roku w najbliższy piątek i sobotę) Cafe Nordica organizuje świąteczny jarmark. Wstęp jest płatny, ale niewiele - tych parę yuanów jest tego wartych. W zeszłym roku po raz pierwszy wzięłam w tej całej szopce czynny udział. Po wejściu zobaczyłam tłum. A potem stragany: wielgachna choinka, drewniane szopki, różnorakie rękodzieło (to tam zaopatrzyłam się w ręcznie wycinane kartki świąteczne) - uwiodły mnie zwłaszcza filcowe butki :D Były także rozmaite przekąski, a scenę okupowała pałająca żądzą sławy dzieciarnia. Ta część dzieciarni, która się nie zmieściła na scenie, miała okazję dekorować pierniczki:
I muszę Wam na ucho powiedzieć, że choć wybitnie nie lubię tłumów i zwykle unikam takich zgromadzeń, to w kompletnie pozbawionym świątecznej atmosfery Kunmingu było to jak powiew starej, dobrej Europy...
Jeśli jesteście w Kunmingu zimą i tęskno Wam za domem, wybierzcie się koniecznie do Nordiki.

2016-11-27

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 X


Trysnęło źródło, wyskoczyły karpie 湧泉躍鯉

Jiang Shi był dobrym synem, żyjącym za czasów dynastii Han. Razem z żoną usługiwał posłusznie matce. Ta zaś miała parę dziwactw, m.in. nie lubiła pić studziennej wody, bo ta była znacznie mniej czysta i smaczna niż woda źródlana. Najbliższe źródełko znajdowało się wprawdzie sześć li od domu, ale żona Jiang Shi codziennie kursowała z wiadrem, by przynieść źródlanej wody dla świekry. Nigdy na ten trud nie narzekała; z radością usługiwała matce męża. Ta zaś miała również zachcianki kulinarne: codziennie chciała się raczyć świeżymi rybami. Całe szczęście te dwa życzenia dało się pogodzić bez problemu: podczas brania wody z rzeki trzeba było również złowić ryby. By sprostać kolejnemu życzeniu staruszki, na kolację zapraszano wszystkie okoliczne staruszki, by matka miała towarzystwo.
Tak minęło wiele lat i nikt nigdy się nie uskarżał na trudy związane ze spełnianiem życzeń staruszki. Pewnego dnia stał się cud: tuż za domem trysnęło źródło, którego wody smakowały równie dobrze jak te z oddalonej rzeki. Nie koniec to cudowności: każdego dnia ze źródełka wyskakiwały dwa karpie wprost do rąk żony Jiang Shi, by mogła z nich przyrządzić posiłek. Odtąd małżeństwo mogło spełniać życzenia matki nie musząc wędrować wiele li do odległego źródła.

Cóż. Biorąc pod uwagę to, jak świekry traktują przeważnie synowe, wcale się nie dziwię, że żona Jiang Shi wolała iść na spacer, choćby i z wiaderkiem, niż siedzieć w domu ;)


2016-11-26

najprostsza zupa koperkowa

Kunmińczycy nie bawią się w jakieś wywary drobiowe i pęczki jarzyn. Kunmińczycy kupują wielgachne pęki młodego koperku za dwa złote i gotują najprostszą zupę koperkową.

Składniki:
  • spory pęk młodego koperku
  • trochę posiekanego czosnku
  • odrobina soli
Wykonanie:
  1. Koperek płuczemy i dość drobno siekamy.
  2. Wrzucamy koperek do garnka, dodajemy po uważaniu wody i zagotowujemy.
  3. Dodajemy czosnek i sól, jeszcze chwilę podgrzewamy i gotowe!

2016-11-25

Sędzia Di

W 80 blogów dookoła świata zmrozi Wam dzisiaj krew. Takie przynajmniej jest założenie, skoro tym razem piszemy o kryminałach z danego kraju. Zgodnie z tradycją wysyłam Was na koniec wpisów do linków innych blogerów. Sama ostrzę zęby - dopiero całkiem niedawno polubiłam kryminały i chętnie zdobędę parę nowych tytułów ;) 

Dawno, dawno temu, w średniowieczu, albo i jeszcze dawniej, każdy dzień targowy był okazją nie tylko do zrobienia zakupów i osiągania zysków materialnych; był również pożywką dla ducha. To w czasie targów występowali akrobaci, muzycy, a także gawędziarze, którzy wędrowali od miasteczka do miasteczka z szerokim asortymentem opowiastek. Jednym z częstych bohaterów takich opowiastek był sędzia Di. Żeby było śmieszniej, w przeciwieństwie do Sherlocka Holmesa czy innego księdza Browna, akurat sędzia Di istniał naprawdę. 
źródło
Di Renjie żył za czasów dynastii Tang, złotego okresu historii Chin. Był to znany z nieposzlakowanej opinii urzędnik państwowy - a u chińskich urzędników nieposzlakowana opinia była i jest rzadsza od jednorożców. Nic więc dziwnego, że z czasem postać Di zaczęła żyć własnym życiem. Di mógł trafić do każdej opowieści, w której potrzebna była taka kryształowa postać, wspaniale rozwiązująca zawikłane problemy różnej natury i iście salomonowymi wyrokami łagodząca spory. Czegóż ten Di nie potrafił! Zawsze odkrywał, co się tak naprawdę zdarzyło i kto jest winny, a kto nie; czasem dzięki własnemu rozumowi, czasem dzięki pomocy rozbudowanego chińskiego panteonu. Potem zaś wymierzał karę - nie było tu miejsca na łagodność i danie szansy poprawy; ofiara otrzymywała zadośćuczynienie, a przestępca był karany. Surowość była przez Chińczyków traktowana jako jeszcze jedna zaleta, druga twarz bezstronności i nieprzekupności.  W tych klasycznych opowieściach, najpierw przekazywanych ustnie, a później zapisywanych, nasz sędzia był zawsze idealny, a czarne charaktery - na wskroś złe. W zależności od czasów i miejsca, w których opowieść powstawała, czarny charakter pochodził z różnych klas społecznych, był Tatarem albo Mongołem, taoistą bądź buddystą - pełen przekrój.
I tak sobie żył nasz surowy i dość nieludzki sędzia w ustach ludu przez wieki całe, aż tu nagle odkrył go Robert van Gulik.
źródło
Van Gulik, syn lekarza pracującego na Dalekim Wschodzie, od dziecka interesował się szeroko pojętą kulturą Wschodu. W dodatku był tytanem pracy. Poza pracą sinologiczną oraz służbą dyplomatyczną zawsze znajdował czas na coś jeszcze - czy była to gra w go, czy nauka gry na guqinie, czy... tłumaczenie XVIII-wiecznej chińskiej powieści kryminalnej o sędzim Di.
Później już nie tylko tłumaczył. Znając dogłębnie tajniki starej chińskiej kultury, pisał piękne powieści, wykorzystujące tę wiedzę do ostatniej kropelki. Choć autor był Europejczykiem, dla mnie te powieści są kwintesencją chińskości. W czasach van Gulika chińscy intelektualiści podniecali się głównie "myślą zachodnią"; na opowieści ludowe - w których przecież zawsze mieszka duch narodu! - patrzyli raczej z rozbawieniem, albo i z pogardą. Van Gulik zaś wziął ze starej popkultury chińskiej wszystko, co najlepsze, wzbogacił o trochę europejskości (nasz sędzia Di zmienił się u tego autora w postać bardziej ludzką, popełniającą błędy i "normalną". Całe szczęście przestał być również ksenofobem ;) ) i... to był strzał w dziesiątkę. Tło jest realistyczne, postacie żywe, chińskie tradycje i chińska literatura, z której czerpał pełnymi garściami, przybliżone laikom.
Z punktu widzenia sinologa można się w tych książkach przyczepić do wielu rzeczy. Przede wszystkim - van Gulik jest jednak tylko obcokrajowcem; pewnych realiów po prostu nie znał. Po drugie - pisał o tangowskim urzędniku, ale jego wiedza o Chinach to była głównie wiedza o Chinach ostatnich paru wieków, a nie zamierzchłej przeszłości. Ale dla laika, albo po prostu pasjonata szeroko pojętej "chińszczyzny" te książki w łatwy i przystępny sposób otwierają nowy świat.
Oczywiście - sędzia Di zainspirował nie tylko naszego Holendra. Sami Chińczycy też w końcu poszli po rozum do głowy i zaczęli korzystać z tej kopalni wspaniałych opowieści. Jeden z moich najukochańszych hongkońskich reżyserów, Hark Tsui, wziął sędziego Di na warsztat już dwa razy. W 2010 roku w roli tytułowej obsadził zresztą najprzystojniejszego Chińczyka wszech czasów, mojego pięknego Andy'ego Lau!
Wracając do książek: jest ich kilkanaście, więc starczą Wam na kilka przyjemnych zimowych wieczorów. Ja jeszcze nie zdołałam przeczytać wszystkich. Może po tym wpisie jakiś Święty Mikołaj zasponsoruje mi wszystkie brakujące tomy?...
Linkownia:
Austria: Viennese breakfast - 15 austriackich kryminałów
Francja: Francuskie i inne notatki Niki - Od Navarro do Renoir
Kirgistan/Uzbekistan: Kirgiski.pl - “Wschodnia spuścizna”, czyli uzbecki kryminał po rosyjsku; Enesaj.pl - “Wschodnia spuścizna” Andrieja Anisimowa - fragment powieści
Niemcy: Niemiecki w Domu - Niemiecki serial kryminalny
Szwecja: Szwecjoblog - Palcem po mapie szwedzkich kryminałów
Turcja: Turcja okiem nieobiektywnym - Filmowy Stambuł w trzech odsłonach
USA: Specyfika Języka - TOP 10 amerykańskich seriali kryminalnych do nauki angielskiego

Jeśli chcielibyście do nas dołączyć, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

2016-11-24

azalie

Wiem, że już Wam się pewnie nudzą te niezliczone fotki mojego ogródka. Ale dla mnie ogródek to dowód na to, że tu mieszkam. Nie studiuję, pracuję, jestem na kontrakcie itd. a MIESZKAM.

2016-11-20

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 IX


Chciał pochować syna, by ocalić matkę 爲母埋兒

Guo Ju żył w czasach dynastii Han. Miał żonę, trzyletniego synka oraz starzejącą się matkę. Żyli bardzo ubogo - pieniędzy nie starczało dla czterech osób. Nie było ubrań, niedojadali... Babka, uwielbiająca wnuka, często oddawała mu swoje porcje żywności. Mówiąc wprost - głodowała, żeby wnuka nakarmić. Im zaś wnuk był starszy i im więcej żywności potrzebował, tym bardziej babka podupadała na zdrowiu. W końcu ciężko zachorowała, a Guo Ju znalazł się w kropce. Nie stać go było ani na więcej pożywienia, ani, tym bardziej, na drogie lekarstwa. Poszedł więc naradzić się z żoną. Stwierdzili, że są niedobrymi dziećmi, bo nie potrafią się dobrze zająć matką, ani nawet zadbać o jej pełny brzuch, ale wyjścia z sytuacji nie znaleźli.
W końcu zdesperowany rzekł do żony, że trzeba im się rozstać na zawsze z synkiem, by móc odpowiednio zaopiekować się matką. Przecież w przyszłości mogą mieć jeszcze wiele dzieci, a matce w ostatnich latach życia należy się najlepsza możliwa opieka, prawda?
Żona Guo Ju, choć kochała synka, była jednakowoż oddaną synową. Pochlipując z żałości pokiwała głową i zgodziła się, by właśnie w ten sposób rozwiązać problem. Zaprowadzili więc synka do ogrodu i Guo Ju zaczął motyką wykopywać grób, myśląc by zakopać synka żywcem. Zanim jednak wykopał dół odpowiedniej głębokości, motyka stuknęła o coś twardego. Ostrożnie odkopał znalezisko: była to metalowa skrzynka, w której znaleźli kupkę złotych monet i sztabki srebra. Prawdziwy skarb! Na wierzchu skrzynki widniała inskrypcja: "Dar dla wspaniałego syna, Guo Ju".
Małżeństwo zaniosło skarb do urzędu, jednak urzędnicy ujrzawszy napis i niecodzienne okoliczności znalezienia skarbu, oddali skrzynkę parze. Guo Ju natychmiast poszedł po lekarza i lekarstwa dla matki. No i - mógł zachować syna przy życiu. Już nigdy niczego im nie brakowało - a wszystko dzięki temu, że Guo Ju był tak dobrym synem.

Ci starożytni Chińczycy byli chorzy na głowę, zdecydowanie. Chcieć zabić własne dziecko, żeby matka miała co jeść? Do kaduka!...

2016-11-19

chropiatka yunnańska 干巴菌

Jest deszczowo. A po paru gorących i słonecznych dniach na targu znów pojawiły się chropiatki:
Przepis już kiedyś podawałam, więc nie będę się powtarzać; pokażę Wam tylko efekt:
Efekt na tyle smakowity, że ZB umarł ze śmiechu. Ale od początku.
ZB smaży miskę chropiatek na kolację. Ponieważ smak jest bardzo intensywny, oczywiście nie dajemy rady wmłócić aż tyle; niecała połowa miski poczeka na następny posiłek.
Po kolacji ZB ma jeszcze lekcję. Jedną wprawdzie tylko, ale nie ma go trzy godziny, bo skoro już jest w ćwiczeniówce, to jeszcze poćwiczy - odkąd Joasia zaczęła zasypiać tuż po wieczornej kąpieli i karmieniu, ćwiczenie w domu stało się problematyczne.
Wraca.
Zgłodniał, więc przynosi sobie miseczkę ryżu i pałeczki, na stole stoją pikle i miska chropiatki... Wróć. Na stole stoją pikle i pustawa miska z resztkami czosnku i szynki oraz bladym wspomnieniem chropiatki.
ZB - a co się stało z chropiatką?
ja - what?
ZB powtarza głośniej - a co się stało z chropiatką?
ja również powtarzam głośniej, wyrazem kompletnego niezrozumienia na twarzy - what?
ZB - patrzy na mnie z boleścią i mówi, powoli i wyraźnie: - gdy wychodziłem z domu, na stole była miska z dużą ilością usmażonej chropiatki. Co się z nią stało?
ja, równie powoli i wyraźnie: - What? I don't understand... chro-piat-ka? - i patrzę nań z bezbrzeżnym zdumieniem i świętą niewinnością.
Odtąd, gdy ZB idzie na targ, pyta zawsze, czy kupić dla mnie "what"...

2016-11-13

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 VIII


Sprzedał samego siebie, by opłacić pogrzeb ojca 賣身葬父

Dong Yong żył w czasach Dynastii Han. Matka odumarła go młodo, a on wiódł nędzny żywot z chorowitym ojcem. Utrzymywał ojca i siebie z pracy na farmie; pensyjka jednak ledwo starczała na leki dla ojca. Jako, że ten był niepełnosprawny, syn układał ojca w cieniu drzew okalających pole, na którym Dong Yong pracował. Jedynie w ten sposób mógł jednocześnie pracować i opiekować się ojcem. Przeżyli tak we dwójkę wiele lat, ale pewnego dnia kostucha przyszła po seniora. Dong Yong, który wydał ostatniego miedziaka na ojcowskie lekarstwa, nie mógł zapłacić za porządny pogrzeb. By móc nabyć trumnę i opłacić płaczki, musiał się sprzedać w niewolę z mlistą obietnicą, że jak już odpracuje koszty, zostanie uwolniony.
Po pogrzebie udał się do domu swego nowego pana, jednak po drodze spotkał piękną dziewczynę; stała pod drzewem i wyglądała na zagubioną. Ona również była sierotą, nie mogącą odnaleźć żadnych krewnych. Poprosiła Dong Yonga, by się nią zajął; zaraz więc młodzi przed Niebem i Ziemią przysięgli, że odtąd są parą. Razem więc wkroczyli do domu pana, okropnie skąpego tkacza. Ów tkacz przeczytał młodej parze kontrakt: żeby odpracować pogrzebowe pieniądze, musiał Dong Yong wypracować trzysta bel idealnego materiału. Młodzieniec był przerażony. Choć nie bał się ciężkiej pracy, wyliczył sobie, że jeśli wraz z żoną będą razem tkać, zajmie im to co najmniej trzy lata. Ku jego wielkiemu zdziwieniu, żona zdołała utkać całość... w miesiąc! Jeszcze bardziej zdziwiony był tkacz, gdy wręczyli mu materiał wraz z kontraktem i z radością odeszli w poszukiwaniu szczęścia.
Gdy doszli do drzewa, przy którym się po raz pierwszy spotkali, żona zamilkła, a jej twarz rozjaśniło nieziemskie światło. Łzy pociekły po jej obliczu, gdy wyznała: "Jestem Nieśmiertelną przybyłą z niebios. Tak bardzo wzruszył mnie Twój synowski szacunek dla ojca i Twa szlachetność, że postanowiłam zstąpić na ziemię i pomóc Ci w spłaceniu długu. Teraz jednak muszę wracać, nie jest mi dane zostać z Tobą. Bywaj zdrów!". Serce Dong Yonga krajało się, gdy piękność powoli wstąpiła na niebiosa i odpłynęła w dal; kimże jednak on był, by móc zatrzymać Nieśmiertelną?...

Syn dobry. Ale mąż chyba niezazbytni, skoro Nieśmiertelna tak szybko zdecydowała, że woli jednak wrócić do domu ;)

2016-11-12

Makaron w sosie grzybowym

W tym roku kunmińska jesień mnie rozczarowała. Zwykle jest złota, ciepła i pogodna, a w tym roku na przemian leje, siąpi, mży i znowu leje. Jedynym pocieszeniem jest to, że sezon grzybowy, zwykle kończący się u nas w połowie września, trwa i trwa w najlepsze. Dziś danie najprostsze z możliwych; jeśli nie macie dostępu do wspaniałych gołąbków zielonawych, pieczarki czy inne łatwe w obsłudze grzyby bardzo dobrze je zastąpią. Ja podałam do sosu grzybowego farfalle (o ileż dźwięczniej ta nazwa brzmi od naszych kokardek!), w dodatku różnokolorowe, ale to tylko dlatego, że żadnego innego makaronu nie miałam na stanie...

Składniki:
  • farfalle
  • gołąbki zielonawe
  • mała cebula
  • parę ząbków czosnku
  • kilka łyżek mascarpone
Wykonanie:
  1. Gołąbki umyć i wyszorować szczoteczką, a następnie dość drobno pokroić.
  2. Czosnek obrać i zmiażdżyć, cebulę drobno poszatkować; całość obsmażyć.
  3. Gdy cebula się zeszkli i będzie pięknie pachnieć, dodać gołąbki. Powinny puścić wystarczająco dużo wody, żeby się dusiły, a nie smażyły.
  4. Wstawić wodę i ugotować farfalle.
  5. Gdy makaron będzie gotowy, do gołąbków dodać mascarpone, solidnie wymieszać, a w gotowym sosie utopić farfalle.
Najlepsze jest prosto z patelni :)

2016-11-10

jesiennie - Budynek Wielkiego Widoku

Dawno tu nie byłam. Wstyd się przyznać, ale rozleniwiło mnie mieszkanie parę minut od Góry Yuantong, od Szmaragdowozielonego Jeziora i od kampusu Uniwersytetu Yunnańskiego. Jak by na to nie patrzeć, łatwiej zanieść dziecię gdzieś blisko, skąd łatwo w razie awarii wrócić do domu niż tłuc się autobusem na drugi koniec miasta, by pochodzić pół godzinki i już musieć wracać. Zwłaszcza, że zimno i wiszą ołowiane chmury. Kto wie, kiedy lunie?
Za namową świekry pojechałam. I w sumie cieszę się, że to zrobiłam, bo dowiedziałam się w ten sposób, że tak dalekie wycieczki na razie naprawdę są bez sensu. Joasia zgłodniała trochę zbyt szybko i musiałam karmić w autobusie. Każdy, kto kiedykolwiek jechał chińskim autobusem, potrafi sobie wyobrazić, że było to raczej mało komfortowe. Poczekam, aż Joasia zacznie jeść cokolwiek poza mlekiem i wtedy zaczniemy łazikować :)
A tymczasem, specjalnie dla Was, jesień w Parku Wielkiego Widoku, z widokiem na Budynek Wielkiego Widoku :)