blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2016-10-30

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 VI

Przynosił sarnie mleko rodzicom 鹿乳奉親

W Okresie Wiosen i Jesieni żył w rodzinie Tan dobry syn, którego imię zatarło się w ludzkiej pamięci. Mówiono o nim po prostu jako o młodym paniczu Tan albo jeszcze prościej - Tanzi. Gdy był jeszcze bardzo młody, jego rodzice zapadli na dziwną chorobę oczu. Doktorzy powiedzieli, że można ją wyleczyć tylko pojąc rodziców sarnim mlekiem. Ponieważ rodzina była biedna, a sarnie mleko rzadko spotykane i bardzo drogie, młodzieniec bardzo się martwił, że nie może dostarczyć rodzicom potrzebnego lekarstwa. Razu pewnego, gdy włóczył się po górach rozmyślając bezskutecznie nad zaistniałą sytuacją, na łące przed sobą ujrzał stado pasących się saren, wśród których harcowały źrebięta, od czasu do czasu podbiegające do mam uzupełnić niedobór płynów.
Tanzi aż się rozjaśnił: Zdobędzie mleko dla rodziców! Następnego ranka, przebrany w jelenią skórę razem z głową, ogonem i sierścią, Tanzi zjawił się na polanie z wiadrem w dłoni. Gdy młode biegały, on biegał z nimi; gdy się pasły, i on spuszczał głowę ku trawie, a gdy szły się posilić, on również ściągał mleko - jednak nie do swego żołądka, a do wiaderka.
Pod koniec dnia, z wiaderkiem pełnym mleka, zadowolony młodzieniec wrócił do domu, a rodzice nachwalić się nie mogli jego sprytu i inteligencji. Odtąd każdy dzień przez wiele tygodni wyglądał tak samo, a rodzicom powoli wracał wzrok.
Pewnego dnia, gdy Tanzi jak zwykle bawił się z młodymi sarniątkami, przywódca stada dał hasło do odwrotu i stado w popłochu skryło się w lesie, zostawiając Tanzi samego na polanie. Przyczyną nagłej ucieczki było pojawienie się myśliwego, który w tejże chwili zaczął strzelać. Strzały brzęczały koło uszu Tanzi, postanowił więc się ujawnić: wstał, odrzucił przebranie i krzyknął do myśliwego, że nie jest zwierzyną, tylko człowiekiem. Zadziwiony myśliwy przestał strzelać i zaczął wypytywać chłopaka, po kiego diabła się on tak przebrał. Młodzieniec opowiedział myśliwemu całą historię, a ten, wzruszony, rzekł, że rzadko widuje się dziecko, które gotowe jest zaznać takich trudów dla rodziców. Przestrzegł go jednak, że przebierając się za dziką zwierzynę, łatwo może stać się celem myśliwych i powinien być na przyszłość ostrożniejszy.

No nareszcie jakaś opowieść, która naprawdę mi się spodobała! Przebranie za jelonka i dojenie saren - fantastyczna opowiastka dla dzieci! Prawie jak "Baśnie z dalekich wysp i lądów", które czytałam za dziecięctwa!

2016-10-29

kwiat fasolowy na słodko

Na pewno pamiętacie, jak mówiłam, że kwiat fasolowy to nie jest żaden kwiat, a miękkie tofu. Od czasu do czasu podczas wizyty na targu nagle zapachnie mi właśnie ta przekąska. Kupuję ćwierć albo i pół kilo za jakieś 2-3 yuany i zanoszę do domu, po drodze pozwalając obżarstwu walczyć z lenistwem. Jeśli wygra obżarstwo, to przyrządzam miękkie tofu na ostro - dodaję pastę chilli, cebulkę, imbir i podaję z makaronem albo ryżem. Jeśli wygra lenistwo, przygotowuję idiotycznie prosty deser.

Składniki:
  • miękkie tofu
  • cukier trzcinowy albo inne słodzidło
Wykonanie:
  1. Miękkie tofu ostrożnie przełożyć do garnka z grubym dnem. Podgrzewać na małym ogniu nie mieszając, aż oddzieli się woda, a z tofu zrobią się jędrne grudki.
  2. Tofu posypać cukrem i zajadać, aż się uszy trzęsą.


Są osoby, które wolą, gdy tofu nie zmienia konsystencji - by to osiągnąć, po prostu podgrzewamy krócej.

2016-10-27

李公樸 Li Gongpu

Kiedy po upadku ostatniej dynastii Chin do władzy doszła partia narodowa Guomindang, wydawało się, że nadejdą dobre czasy. Partia ta obiecywała przecież wolność prasy i głoszenia poglądów a także nietykalność polityków innych opcji. W praktyce policja Guomindangu robiła naloty na domy oponentów, ze szczególnym uwzględnieniem członków Chińskiej Ligi Demokratycznej. Początkowo ograniczali się do plądrowania domostw i zastraszania mieszkańców, im bardziej jednak bali się o własne tyłki - to znaczy im bardziej komuniści i inni oponenci rośli w siłę - tym bardziej drastycznych środków używali. Gdy wrzała wojna, narodowcy imali się już wszelkich sposobów.
W Kunmingu niechęć narodowców do demokratów zaczęła się od zamknięcia prodemokratycznych gazet. To pociągnęło za sobą falę protestów ze strony inteligencji i studentów. Protesty zostały spacyfikowane bardzo drastycznie, co najlepiej widać na przykładzie młodego Li Gongpu.
Li urodził się w 1902 roku w biednej rodzinie z Jiangsu. Ambitny i pracowity, zdołał pójść drogą edukacji - w 1925 roku wstąpił na uniwersytet. Tam zaraził się myślą Sun Yat-sena i "nową kulturą". Wstąpił do Guomindangu; niedługo w nim jednak wytrwał - już wtedy ideowo nie całkiem mu było z tą partią po drodze. Jeszcze bardziej oddalił się od nacjonalistów po dwóch latach studiów w Stanach - studiował oczywiście nauki polityczne. Gdy skończył studia, pojechał jeszcze zweryfikować nowo nabytą wiedzę w Nowym Jorku i Europie, by w 1930 roku wrócić do Chin. Praca redaktorska, której się wówczas podjął, pomagała mu krystalizować i głosić poglądy polityczne: "skończyć z wewnętrznymi wojnami!", "wypuścić więźniów politycznych!". Nie podobało się to narodowcom, oj nie. Li wraz z szóstką podobnych mu zapaleńców, chcących ocalić własny kraj, wpakowano po prostu w 1936 roku do więzienia. Mieli jednak narodowcy tyle przyzwoitości, żeby ich wypuścić, gdy zaczęła się wojna z Japonią (1937) i zająć poważniejszymi sprawami...
Nie koniec to jednak problemów Li. W 1938 zdarzyło mu się spotkać z komunistyczną śmietanką śmietanki z Mao na czele. Kolejne projekty edukacyjne zaczął realizować już pod egidą komunistów.
W 1941 roku Li trafia do Yunnanu i organizuje Młodzieżowe Towarzystwo Czytelnicze i wydaje "Młodzieżową Gazetę", a już rok później stwarza Księgarnię przy Północnej Bramie, by apostołować marksizm i leninizm. I ta ścieżka okazała się ślepa. Gdy w 1944 roku w Kunmingu powstaje yunnański oddział Chińskiej Ligi Demokratycznej, Li staje się jednym z jej najważniejszych członków. Jest pracowity, nie osiada na laurach: zaczyna wykładać na Uniwersytecie Yunnańskim, a później organizuje i w Chongqingu uniwersytet, który ma być kolebką nowego, wykształconego społeczeństwa (początek 1946 roku). Bulwersujące, prawda? Tak bezczelnie działać społecznie! Zostaje więc bardzo dotkliwie pobity i niedługo wraca do Kunmingu, zapewne w obawie o własne życie. Ucieczka ta nic nie daje. 11 lipca 1946 roku zostaje postrzelony w brzuch przez agentów Guomindangu, gdy wychodzi z żoną z teatru; dzień później umiera od rany w uniwersyteckim szpitalu. Miał wówczas zaledwie 44 lata.
Był to cios nie tylko dla Ligi, ale i dla wszystkich intelektualistów w Kunmingu. Bardzo tą śmiercią poruszony był przyjaciel Li i słynny poeta - Wen Yiduo. Wygłosił on nad grobem przyjaciela słynny "Ostatni wykład", zapewne nie podejrzewając nawet, że gorzkie słowa, jakimi opisze przyczyny nagłego odejścia Li, sprawią, że sam zostanie zamordowany przez tychże agentów jeszcze tego samego popołudnia. Pozostali członkowie Ligi Demokratycznej znaleźli schronienie w konsulacie USA w Kunmingu.
Dziś miejsce, w którym został zamordowany Li, zostało upamiętnione w ten sposób:
Kiedy jednak zapytałam kilku całkiem dobrze wykształconych Yunnańczyków, czy wiedzą, kto zacz - większość nie wiedziała. Części coś tam kołatało, że profesor i że zamordowany przez narodowców, ale dlaczego zamordowany i co to w ogóle za człowiek - tego już nikt nie wiedział. I tylko nie wiem, czy te kwiaty, które pojawiają się czasem przed pamiątkową tablicą, przynosi jakiś specjalnie wyznaczony członek partii, czy ktoś, kto naprawdę pamięta, dlaczego umarł Li Gongpu.

2016-10-25

Sto lat temu w Yunnanie

Dziś chodzę dumna jak paw. Temat dzisiejszej odsłony W 80 blogów dookoła świata wymyśliłam właśnie ja. Piszemy dzisiaj o tym, co się działo w poszczególnych miejscach mniej więcej 100 lat wcześniej. Tradycyjnie zapraszam do linkowni na dole wpisu. A teraz zerknijmy w okienko historii Yunnanu.
Yunnan to moja ukochana chińska prowincja. Jednak 100 lat temu ogłosił on niepodległość i przez jakiś czas chiński rząd nie miał nad nim żadnej władzy. Jak to się stało? Żeby to naprawdę dobrze opisać, przelecieć musiałabym w skrócie całą historię Chin końca XIX i początku XX wieku, ale - skupię się tylko na najważniejszych sprawach.
Cesarstwo, nieudolnie zarządzane przez Mandżurów, musiało upaść i w końcu upadło. W 1912 roku powstała Republika Chińska, która w założeniu miała być naprawdę zaczepistym państwem. Wyszło trochę inaczej - prezydentem został bowiem Yuan Shikai, kawał starego drania, wsioka i okrutnika, który nigdy nie był wierny żadnej idei poza robieniem sobie dobrze na każdej płaszczyźnie i w każdy dostępny sposób. Gdy w 1913 roku odbyły się pierwsze wybory i zwycięstwo odniosła Partia Narodowa, Yuan na wszelki wypadek zlecił zamordowanie niedoszłego premiera, reprezentanta tej partii. Później stwierdził, że nie będzie się dzielić władzą, więc zastraszył parlament i zmienił konstytucję, a w końcu ogłosił się nowym cesarzem. Tego było już za wiele. Cai E, wybitny wojskowy i wykładowca Yunnańskiej Akademii Wojskowej, w samo Boże Narodzenie 1915 roku ogłosił niepodległość Yunnanu i rozpoczął w ten sposób wojnę domową, która trwała wprawdzie zaledwie parę miesięcy, ale która doprowadziła Chiny do kompletnego chaosu. Za Cai E stanęli bowiem nie tylko jego koledzy z Yunnanu - Tang Jiyao i Li Liejun, którzy prowadzili wojnę z Yuanem. Podochoceni oczywistymi sukcesami buntowników, również gubernatorzy z innych prowincji zaczęli stawać okoniem. Yuan musiał być tymi protestami mocno zdumiony, bo przecież to właśnie on osobiście wybrał gubernatorów poszczególnych prowincji i spodziewał się pełnego poparcia...
Wróćmy jednak do Cai E. Z pomocą dawnych uczniów zorganizował naprędce Armię Obrony Kraju i wyruszyli bojować. Yuan wysłał do Yunnanu niemal 80 tysięcy żołnierzy, ale już w Syczuanie zostali oni sromotnie pobici przez liczącą czterokrotnie mniej ludzi armię Cai E. Jednocześnie do Yuana doszły inne niepokojące wieści - gubernatorzy innych prowincji też wypowiedzieli posłuszeństwo - od Guizhou przez Guangxi, Guangdong, Shandong, Hunan, Shanxi, Jiangxi aż po Jiangsu. W ciągu paru miesięcy poparcie dla Yuana spadło tak, że musiał się on poddać presji i już 22 marca 1916 roku oficjalnie porzucił marzenie o cesarskiej władzy. Parę miesięcy później Yuan zresztą umarł; to jednak nie przywróciło spokoju w Chinach - odtąd każdy co sprawniejszy wojskowy rządził jakimś kawałkiem Chin, a oficjalna władza rezydująca w Pekinie nie mogła nic na to poradzić.
A przecież i tak Wojna w Obronie Kraju - bo tak nazwano ten konflikt - została uznana za sukces: być może tylko dzięki niepokornemu i krewkiemu wojskowemu z Yunnanu w Chinach nie doszło do stworzenia nowej dynastii cesarskiej. Jednocześnie jednak ci ludzie wykrwawiali kraj. Każdy sobie rzepkę skrobał, całkiem świeża republika okazała się być zbyt dużym wyzwaniem. Gubernatorzy rządzący poszczególnymi kawałkami Chin nie chcieli oddać władzy i dopiero Czang Kaj-szekowi udało się po wielu latach, że tak kolokwialnie powiem, wziąć ich za mordę. Ale to już zupełnie inna historia...

Dziś po tych wydarzeniach pozostała w Kunmingu jedna pamiątka: Most Obrony Kraju (護國橋), znajdujący się w ścisłym centrum miasta, w środkowej części ulicy Obrony Kraju (護國路). Jest długi na 23 metry, a szeroki na 17,5. Stylistycznie jest mieszanką chińsko-europejską. Wraz z ulicą Obrony Kraju i Bramą Obrony Kraju został wybudowany już w 1919 roku, żeby uczcić miłościwie panujących wówczas w Yunnanie watażków, którzy w konflikcie tym byli stroną zwycięską. Most od 2003 roku znajduje się na liście zabytków i jest pod ochroną, ale droga do tego nie była łatwa. Przede wszystkim dlatego, że niedługo po dojściu komunistów do władzy most został... zakopany. Wraz z rzeką, nad którą był przerzucony, jeśli już przy tym jesteśmy*. Zakopywanie rzek i kanałów było w ówczesnym Kunmingu dość popularne i w sumie zrozumiałe. Miasto gwałtownie się rozrastało, nagle bardzo wzrosła liczba ludności, a o kanalizacji w domach nikt wtedy jeszcze nie marzył. Wszystkie nieczystości trafiały oczywiście albo na pola, albo do kanałów i rzek, w związku z czym w całym mieście unosił się mało apetyczny zapaszek. Wszystkie te "rzeki śmierdzącej wody", jak je tu nazywano, były po kolei zasypywane. Most dołączył do nich zapewne z innych powodów - ówczesne władze chętnie niszczyły każdy kawałek dawnej historii. Całe szczęście w 1999 roku przy okazji jakichś poważniejszych remontów elektryki miejskiej wykopano most i postanowiono przywrócić go Kunmingowi. Niestety - już bez rzeki. Stoi więc sobie w środku miasta most, ni przypiął ni przyłatał, a placyk pod przęsłami zazwyczaj okupują tańczące emerytki. Cóż. I tak miał więcej szczęścia niż brama, której już dawno nie ma...

Dla porównania - tu historyczne zdjęcie naszego mostu z czasów, gdy jeszcze pod nim płynęła rzeka:
Jeśli traficie kiedyś do Kunmingu, stańcie na tym moście i pomyślcie o buntownikach, którzy zmienili bieg historii. I zastanówcie się - jak i ja się czasem zastanawiam - czy faktycznie oburzył ich fakt, że prezydent Republiki Chińskiej rości sobie pretensje do cesarskiego tronu, czy też po prostu dostrzegli szansę uszczknięcia dla siebie władzy w moim wspaniałym Yunnanie...

Wpisy z innych krajów:
Austria: Viennese breakfast - 100 lat temu – ostatnia cesarzowa Austrii
Francja: Français mon amour - 100 lat temu czyli opowiadamy o przeszłości; Madou en France - Belle Époque, czyli piękne czasy Francji
Kirgistan: Kirgiski.pl - Kirgiskie powstanie 1916 r. i Ürkün – część I; Enesaj.pl - Ürkün: opowieść kirgiskiego repatrianta
Niemcy: Niemiecka Sofa - Historia BMW; Niemiecki w Domu - 100 lat temu w Niemczech; Niemiecki po ludzku - 1916 w Niemczech
Turcja: Turcja okiem nieobiektywnym - 100 lat temu w Turcji: zabawa czasem
Wielka Brytania: Angielski dla każdego - 100 lat temu w Anglii
Włochy: Studia, parla, ama - W 80 blogów dookoła świata - 100 lat temu
Jeśli chcecie do nas dołączyć, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

2016-10-23

24 przykłady nabożności synowskiej 二十四孝 V


Nosił ryż dla rodziców 爲親負米

Uczeń Konfucjusza, Zi Lu, urodził się za czasów dynastii Zhou. Był wspaniałym i oddanym synem. Rodzina jego była uboga, więc chłopcem będąc musiał zbierać chwasty i dzikie korzonki, by się wyżywić. Chciał jednak, by rodzice żywili się odpowiednio, więc za pracą wędrował bardzo daleko. Wstawał długo przed świtem i zostawiał stół rodziców obficie zastawiony korzonkami, jarzynami i suszonymi owocami - tyle, żeby wystarczyło do jego powrotu. Sam zaś udawał się do sąsiednich królestw, imając się każdej pracy, by móc kupić wystarczającą ilość ryżu dla rodziców. Po czym biegł objuczony ryżem z powrotem do domu, by zdążyć ugotować pożywny posiłek dla rodziców. Póki rodzice jego żyli, Zi Lu dokładał wszelkich starań, by rodzicom niczego nie brakowało.
Po ich śmierci udał się Zi Lu do Państwa Chu na południu. Król Chu był pod wielkim wrażeniem uczoności i prawości Zi Lu i zaproponował mu ciepłą posadkę, którą ten oczywiście przyjął. W krótkim czasie stał się bogaty i pławił się w luksusie. Nigdy jednak nie zapomniał lat młodości i często wzdychał: Całe to bogactwo nie ma dla mnie smaku. Tak chciałbym, by wróciły dawne dni, gdy jadłem chwasty i nosiłem na plecach ryż dla rodziców! Byłem wówczas tak szczęśliwy! Teraz, gdy oni już odeszli, nie mam dla kogo być posłusznym synem...

Przynajmniej do tego faceta się nie mogę przyczepić - faktycznie, wygląda na to, że troszczył się o rodziców w sensowny sposób :)

2016-10-22

klopsy w liliach 百合肉

Składniki:
*mielone mięso
*lilie Dawida
*sól
*pieprz

Wykonanie:
1) lilie podzielić na płatki, dokładnie umyć.
2) doprawić mięso.
3) mięso formować w niewielkie kulki i "ubrać" w płatki lilii. Układać na talerzu lub w miseczce.
4) miseczkę włożyć do parownika albo do garnka z wodą i gotować na parze, aż mięso zniesurowieje. Ciężko podać dokładny czas gotowania, bo zależy i od ognia, i od wielkości garnka, i od wielkości kulek - jakieś 10-15 minut powinno wystarczyć.
Smak potrawy łatwo jest wzbogacić, dodając posiekane drobniutko warzywa, choćby marchewkę i ogórek albo cebulkę i jagody kolcowoju - goji. Można też zamiast gotować na parze, poddusić nasze liliowe klopsiki w garnku o grubym dnie. Powstanie wtedy przepyszny, mięsno-liliowy, lekko słodkawy sos.

2016-10-20

圆通山螺峰阁 Góra Yuantong - Pawilon na Ślimaczym Szczycie

To, co dziś nazywamy Górą Yuantong, od świątyni buddyjskiej, która się tu znajduje, dawnymi czasy nazywano Ślimaczym Szczytem 螺峰. Ślimaczym z racji pięknego ukształtowania terenu. Za czasów, kiedy górę otaczało z jednej strony miasto, a z drugiej wspaniałe lasy, widok z naszego szczytu należał do Ośmiu Widoków Kunmingu. Dziś niestety z czubka góry można dostrzec raczej wieżowce, parkingi i trochę smogu... Jednak nasz pawilon powstał w 1936 roku, gdy ani smogu, ani obrzydliwej współczesnej zabudowy jeszcze tu nie było. Ufundowali go dwaj biznesmeni z zamożnego rodu Królów - Wang Hongtu i Wang Yaotu by upamiętnić Powstanie Dwóch Dziewiątek* oraz oficerów poległych podczas Obrony Kraju**. Rządzący ówcześnie Yunnanem Smocza Chmura przygotował tablicę pamiątkową, na której odpowiedni tekst miał napisać sam Yuan Jiagu. Niestety ów ostatni wkrótce zachorował i zszedł z tego świata. Niezapisana tablica do dziś znajduje się wewnątrz pawilonu.
Dziś pawilon ten służy przede wszystkim miłośnikom muzyki - spotykają się tu grupy ćwiczące operę yunnańską bądź pekińską, chóry, zespoły folklorystyczne. Tłok jak na dworcu :) Głównie dlatego trzymam się od tego miejsca z daleka, zwłaszcza podczas spacerów z uśpioną Joasią...

*Dziewiątego dnia dziewiątego miesiąca księżycowego 1911 roku tutejsi wojskowi podbili Kunming, odebrali władzę dotychczasowym kacykom i ogłosili niepodległość; rewolucja ta jest uważana za część Rewolucji Xinhai.
**przed cesarskimi zapędami Yuan Shikaia.

2016-10-16

菊花台 Chryzantemowy taras

W związku z minionym Świętem Chryzantem mam dla Was piosenkę bożyszcza azjatyckich nastolatek, Jaya Chou. Piosenka ta pojawiła się w filmie Zhanga Yimou Cesarzowa, który wręcz pęka w szwach od chryzantem...



你的泪光,柔弱中带伤,
Blask Twych łez, rana ukryta pod delikatnością
惨白的月弯弯,勾住过往。
Bielusieńki sierp księżyca zahacza o przeszłość.
夜太漫长,凝结成了霜 ,
Długa noc zmienia się w szron,
是谁在阁楼上冰冷地绝望。
Któż traci nadzieję, marznąc na poddaszu?

雨轻轻弹,朱红色的窗,
Deszcz bębni delikatnie o cynobrowe okno,
我一生在纸上被风吹乱。
Wiatr pomieszał karty mego życia.
梦在远方,化成一缕香,
Odległy sen zanikł, pozostawiając smugę aromatu,
随风飘散你的模样。
A portret Twój rozwiał wiatr.

菊花残,满地伤,
Zwiędłe chryzantemy jak rany zakryły podłogę
你的笑容已泛黄。
Twój uśmiech pożółkł.
花落人断肠,我心事静静淌,
Kwiaty opadają, ludzkie serca pękają, a moje troski cichutko się sączą.

北风乱,夜未央,
Północny wiatr przynosi chaos w tej nocy nieskończonej,
你的影子剪不断,
Nie da się odciąć od Twego cienia,
独留我孤单在湖面成双。
To on jest parą dla mej samotności na powierzchni jeziora.

花已向晚,飘落了灿烂,
Kwiaty opadając rozświetlają wieczór
凋谢的世道上,命运不堪。
Na obumarłych ścieżkach tego świata i mego nędznego losu.
愁莫渡江,秋心拆两半,
Nie przeprawiaj się przez rzekę w smutku, z przepołowionym sercem
怕你上不了岸,一辈子摇晃。
bo możesz zdryfować i nigdy nie dotrzeć do brzegu.
谁的江山,马蹄声狂乱。
Czyj to kraj? Słychać stukot podków.
我一身的戎装,呼啸沧桑。
Ma zbroja brzęczy w wietrze zmian.
天微微亮,你轻声地叹,
Brzask nadchodzi, a Ty leciutko wzdychasz,
一夜惆怅,如此委婉。
Jak słodki jest smutek tej nocy!

菊花残,满地伤,
Zwiędłe chryzantemy jak rany zakryły podłogę
你的笑容已泛黄。
Twój uśmiech pożółkł.
花落人断肠,我心事静静淌,
Kwiaty opadają, ludzkie serca pękają, a moje troski cichutko się sączą.

北风乱,夜未央,
Północny wiatr przynosi chaos w tej nocy nieskończonej,
你的影子剪不断,
Nie da się odciąć od Twego cienia,
独留我孤单在湖面成双。
To on jest parą dla mej samotności na powierzchni jeziora.

Dla tych, którzy wolą słuchać kogoś, kto naprawdę umie śpiewać, wersja mojego ulubionego Lin Zhixuana:

2016-10-15

trufle po japońsku

Dostaliśmy w prezencie paczuszkę trufli. Sami zazwyczaj poprzestajemy jednak na tańszych grzybach; dobrze mieć bogatych krewnych, którzy lubią nam umilać życie :)
Żeby nie zmarnować wspaniałego aromatu i smaku zbędną obróbką termiczną, spożyliśmy je "po japońsku".

Składniki:
  • trufle
  • dobry sos sojowy
  • wasabi
Wykonanie:
  1. Grzyby porządnie wyszczotkować i umyć. Posiekać na najcieńsze możliwe plasterki (nie bierzcie przykładu ze mnie...).
  2. Na talerzyk wycisnąć wasabi i zalać sosem sojowym.
  3. Maczać grzyby w sosie i odrobinie wasabi i spożywać z przyjemnością.

2016-10-14

Dzień Nauczyciela


Z okazji Dnia Nauczyciela blogerzy językowi i kulturowi, których już znacie z Miesiąca Języków czy akcji W 80 blogów dookoła świata, postanowili napisać o swoich nauczycielach języków. Cegiełkę dorzucam i ja.
Jak wszyscy wiedzą, uwielbiam chiński. Po tylu latach nadal fascynują mnie chińskie słowa, nadal kolekcjonuję ciekawe zwroty, nadal z lubością zanurzam się w słownikach. Pech chciał, że tylko raz trafiłam na naprawdę dobrego nauczyciela tego języka. Reszta nauczycieli... Cóż. Czasem mam wrażenie, że raczej próbowali mnie zniechęcić niż zachęcić do rzetelnej nauki.

1) Na Tajwanie wybrałam sobie kurs intensywny. Niestety, wybrali go poza mną sami Japończycy. Im jest jednocześnie najłatwiej - bo mają pojęcie o znakach - i najtrudniej - bo zabija ich wymowa, która z japońską nie ma zazwyczaj nic wspólnego. Oba te problemy przekładały się bez przerwy na MOJĄ naukę języka. Nauczycielka gnała z programem, nigdy nie wyjaśniając, jak pisać znak i z jakich części się składa, bo wszyscy poza mną te znaki znali i ich by te tłumaczenia nudziły. Z drugiej strony skupiała się mocno na tym, żeby poprawiać wymowę uczniów. Wszystkich poza mną, bo ja na tle Japończyków, którzy faktycznie z wymową chińskiego mają wielkie problemy, mówiłam idealnie. Wszystkie niekorygowalne już po latach błędy w wymowie pochodzą właśnie z tego okresu. Moja pierwsza nauczycielka chińskiego NIGDY nie poprawiła mojej wymowy. Przez bardzo, bardzo długi czas wydawało mi się, że mówię tak jak trzeba. Po prostu w mojej głowie brzmię jak trzeba, a że w uszach innych ludzi już nie... Cóż. Nie wiedziałam.

2) Nauczyciele w Polsce - w większości próbowali nam tłumaczyć chiński przez kulawy angielski i tłumaczyć, że "bo w chińskim jest inaczej niż w angielskim", co nijak się nie przekładało na polski. Spuśćmy na to zasłonę miłosierdzia.

3) Pani Król - na początku bardzo mi się podobała, bo do każdego chińskiego znaku podchodziła jak do zagadki. Problem w tym, że rozwiązania tych zagadek podsuwała nam najprostsze... i przy tym błędne. Ile razy podała wyssaną z palca etymologię danego słowa, zliczyć się nie da. Na nieszczęście na początku tych historyjek nie weryfikowałam (nauczycielka chińskiego powiedziała, to chyba raczej wie, prawda?). Kilka razy próbowałam zabłysnąć przed wykształconymi Chińczykami, a oni mnie po prostu wyśmiali. M.in. dlatego zaopatrzyłam się w parę książek z zakresu historii i ewolucji chińskich znaków :P Czyli w sumie wyszło, że faktycznie dzięki niej się dużo nauczyłam, ale tylko z racji jej niekompetencji...

4) Czerwony Blask - uwielbiałam lekcje z nim. Prowadził chiński mówiony i łatwo dawał się zbić z tropu, a potem zapętlał się w rozmowie i tak mijało pół lekcji. Uwielbiałam to, bo mogłam sobie pogadać z kimś z poczuciem humoru, ale nauczyć to się wiele nie nauczyłam. Poza tym - ja byłam na stypendium, więc było mi wszystko jedno, ale koledzy z klasy, którzy za te lekcje słono płacili, już tacy radośni nie byli...

5) Na studiach magisterskich z zakresu nauczania chińskiego dla obcokrajowców mieliśmy dziwaczną kadrę. Mnie osobiście najbardziej w tej kadrze zaskoczyli nauczyciele, którzy mieli nas, obcokrajowców, nauczyć jak uczyć mandaryńskiego, a sami nim płynnie nie władali. Tak! Prowadzili zajęcia, nie mogąc się wyzbyć naleciałości dialektalnych. Przypomniałam sobie z rozrzewnieniem podstawówkę, w której polskiego uczyła mnie pani zaciągająca w chwilach nieuwagi po śląsku... I znów - dla mnie, jako stypendystki, była to tylko strata czasu. Niektórzy jednak sami sobie te studia opłacali - a władzom uczelni nie było wstyd ich tak bezczelnie okradać.

6) Nauczycielka, która w trakcie zajęć ograniczała się do podania nam słownikowej definicji nowych słów. Po trzecich zajęciach znalazłam słownik, z którego korzystała i na następnej lekcji zaczęłam recytować definicję razem z nią. Dopiero po którymś haśle się zorientowała, że uczniowie są wkurzeni, bo dla wszystkich jest to cholerna strata czasu - słowniki są łatwo dostępne, a nauczyciel mógłby się jednak bardziej przyłożyć...

Jaki z tego wszystkiego wniosek?
Nigdy, ale to nigdy nie wierzcie, że tylko z dobrym nauczycielem opanujecie język obcy, nawet tak egzotyczny jak chiński. Nie miejcie złudzeń, że jak nejtiw, to na pewno szybko będziecie dobrze mówić - on niestety też niekoniecznie da radę. Przy dużym samozaparciu i miłości do języka dacie radę mimo wszystko, with a little help from your friends ;) I tu dochodzę do sedna. Tak. Moimi najlepszymi nauczycielami chińskiego stali się przyjaciele albo i przypadkowe osoby spotykane na ulicy. Każda okazja do nauki jest dobra, a jak to Konfucjusz powiedział: “三人行,必有我师焉。” ([wśród dowolnej] trójki spacerujących ludzi, na pewno znajdzie się mój nauczyciel [= ktoś, kto może mnie czegoś nauczyć]).

Wszystkiego dobrego z okazji Dnia Nauczyciela!
A tu linki do naszych innych blogerów:
Francja: Demain viens avec tes parents - Dzień Nauczyciela; Francuskie i inne notatki Niki - Wspomnień czar… w Dniu Nauczyciela; FRANG - 11 cech idealnego nauczyciela; Blog o Francji, Francuzach i języku francuskim - Jak zostałam panią od francuskiego
Hiszpania: Hiszpański na luzie - Nauczyciele języków, taki was zapamiętałam
Japonia: Japonia-info.pl - Nauczyciel, który zmienił moje podejście do nauki języków
Niemcy: Niemiecki w Domu - Cechy dobrego nauczyciela; Językowy Precel - Moje nauczycielki niemieckiego
Norwegia: Norwegolożla - Nauczyciel idealny - czy istnieje?
Rosja: Dagatlumaczy.pl - blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim - Dzień Nauczyciela - komu zawdzięczam znajomość rosyjskiego?
Wielka Brytania: English Tea Time - Jak nauczycielka angielskiego wpłynęła na moje życie; Lanuage Bay- One Way to learn English; Angielski dla każdego - Dzień Nauczyciela 2016; English with Ann - Jak być dobrym nauczycielem
Włochy: italia-nel-cuore - Dobry nauczyciel to skarb; Primo Cappuccino - Jakim nauczycielem języków obcych NIE być?
Wielojęzyczne: uLANGUAGES - Dzień Nauczyciela 2016 i najbardziej inspirujący nauczyciel w moim życiu; Lingwoholik - Jaki wpływ na językoholizm mają nauczyciele?

2016-10-13

嘉华 Joy Bakery

To się musiało udać. Przecież Wielkie Otwarcie nastąpiło 8.8.1988 - a takie nagromadzenie ósemek zwiastuje wielkie szczęście. Z roku na rok otwierają więcej przybytków (jest ich już ponad setka) i nie narzekają na brak klientów.
Pamiętam dokładnie, kiedy po raz pierwszy kupiłam coś w tej piekarni. Było to podczas mojego pierwszego pobytu w Kunmingu, pierwszego wieczoru w nowym mieszkaniu - bo jeden z oddziałów Jiahua mieścił się dokładnie naprzeciwko wejścia do tego mieszkania. Kupiłyśmy zjadliwie wyglądający chleb i jeszcze coś. Chleb okazał się zjadliwy tylko z pozoru, bo okazał się nieprzytomnie słodki i nadziewany jakimiś paskudztwami. Jak się potem okazało, większość chlebów pieczonych przez tę firmę jest ohydna i ma więcej składników niż bigos na obozie harcerskim. Jeszcze gorzej wygląda sprawa z ciastami i tortami. Wyobraźcie sobie tort, który po tygodniu w upale wygląda dokładnie tak samo, jak tydzień wcześniej. Czy smakuje identycznie - nie wiem. Nie odważyłam się spróbować.
Są jednak produkty, w których Joy Bakery jest niezła. Mają szeroki asortyment produktów z różą - od tradycyjnych ciasteczek nadziewanych różą poprzez marmoladę z róży i czerwonej fasolki azuki aż po, ostatnimi czasy, napój różany,

który jest zresztą przepyszny. Jako jedna z nielicznych kunmińskich piekarni wytwarzają tajwańskie ciasteczka ananasowe;

pieką też niezłe ciasto drożdżowe, smakujące tak jak średniej jakości drożdżowe w Polsce - a to bardzo wysoka nota, bo zazwyczaj chińskie ciasta drożdżowe są ohydne. Ich kokosowa panna cotta jest genialna. Około 30% ich asortymentu to tradycyjne yunnańskie przekąski typu powracające ciastka, kwiaty konopi czy yunnańskie ciasteczka księżycowe z szynką. Niektóre z nich też są pyszne.
A jednak nigdy nie miałam zwyczaju chodzenia tam po słodycze, zwłaszcza od momentu, gdy kupiliśmy piekarnik. Zostałam wychowana w przekonaniu, że kupne nigdy nie dorówna domowemu. Ani honor, ani zwykła przyjemność płynąca z tworzenia przysmaków nie pozwoliły mi nigdy nagminnie zaopatrywać się w Joy Bakery.
A potem miałam duży brzuch i mi się nie chciało piec.
A jeszcze później - ZB dostał w pracy kartę do Jiahua na 333 yuany.
I właśnie w ten sposób piekarnia ta wychowała sobie klientkę. Nie, nie będę tam kupować gumowo-papierowych chlebów. Zawsze jest jednak parę produktów, które będę chętnie podskubywać podczas czytania jakiejś pasjonującej lektury...

2016-10-11

chryzantemy II

Przy pięknej pogodzie odwiedziliśmy wystawę chryzantem w Parku Wielkiego Widoku. Tak naprawdę - nie tylko chryzantem, ale i wielu innych astrowatych, określanych w Chinach zbiorczą nazwą 菊. Mamy więc astry, jastruny, wrotycze, całą masę złocieni - no i oczywiście chryzantemy. Ja się niestety na kwiatach nie znam - umiem tylko na nie patrzeć i je wąchać, więc cieszę się, że na wzór Chińczyków mogę je wrzucić do jednego worka i nie zastanawiać się nad gatunkiem. ;)
Wracając do wystawy: olśniła mnie; spacerowałam cykając wciąż zdjęcia. Nawet po odrzuceniu tych najbardziej szkaradnych, zostało mi ich bardzo, bardzo dużo. Niech kunmińskie astrowate przyniosą Wam tej jesieni trochę słońca i piękna!

2016-10-09

Ciasto Podwójnego Słońca 重陽糕

Ponieważ dziś przypada święto Podwójnej Dziewiątki albo inaczej - Podwójnego Słońca czy też Podwójnego Yang, dziś wybieram się na targ, by kupić świeżutkie Ciasto Podwójnego Słońca - jest to tradycyjna przekąska spożywana właśnie z okazji naszego święta. Gotowane na parze ciasto z mączki z kleistego lub zwykłego ryżu i mączki sojowej, wzbogacone głożyną, migdałami, kasztanami itp, a osłodzone nie tylko cukrem, ale i drobniutkimi kwiatuszkami wończy i kandyzowanymi owocami nie jest może arcydziełem cukiernictwa na miarę czekoladowych trufli, ale jego lekkość i niezbyt słodki smak sprawia, że mam mniejsze wyrzuty sumienia, kiedy je spożywam będąc na diecie. No a przecież spożyć trzeba, bo podwójna dziewiątka i w ogóle...
No dobra, podwójna dziewiątka - czyli dziewiąty dzień dziewiątego miesiąca księżycowego - mnie nie tłumaczy, bo przecież tradycyjnie tego dnia okazuje się szacunek staruszkom i to z myślą o nich przygotowuje się łatwe do pogryzienia ciasto. Ale pięknie ozdobione owocami i kwiatami ciasto jest przysmakiem wszystkich Chińczyków, bez względu na wiek i miejsce pochodzenia, już od czasów Dynastii Południowych. Ozdabia się je często wizerunkiem dwóch owiec/kóz, bo słońce to yang i one też są yang, a Chińczycy uwielbiają takie gierki słowne.
Skąd jednak się w ogóle wzięło nasze ciasto?
Roku owego pochodzący z Shanxi Kang Hai przystąpił do egzaminów cesarskich. Zaraz po nich zaniemógł i gdy pod koniec ósmego miesiąca pojawiły się wyniki, radosną wieść mógł do jego domu zanieść tylko wynajęty posłaniec. A wieść była warta szybkiego przekazania rodzinie, bo Kang Hai zdał najwyższy stopień i został zhuangyuanem - czyli prymusem! Posłaniec wieść dostarczył... i nie mógł odjechać, bo jakoś rodzince nie spieszyło się, by mu zapłacić. Czekał więc biedny posłaniec na powrót Kang Haia do domu. A ten, wyzdrowiawszy na tyle, by ruszyć w drogę, przybył do domu dopiero dziewiątego dnia dziewiątego miesiąca, w Święto Podwójnej Dziewiątki! Zapłacił bezzwłocznie posłańcowi, a żeby wynagrodzić mu długie oczekiwanie, zaopatrzył go także w żarcie na drogę - ugotował na parze niepsujące się ciasto ryżowe. A ugotował go tak dużo, że gdy dobrze już zaopatrzono posłańca, zostały całe sterty. W ramach dobrosąsiedzkich układów rozdawał więc Kang Hai ciasto, gdy wstępował do sąsiadów by podzielić się wieścią o dobrze zdanych egzaminach. Odtąd gdy synowie jechali na egzaminy, ich rodzice zaopatrywali ich w ciasto, żeby poszło im tak dobrze, jak Kang Haiowi...
Oczywiście, nasze ciasto nie jest jedyną tradycyjną przekąską świąteczną - towarzyszą mu chryzantemy (przekąski chryzantemowe i takaż wódka), wończa oraz dereniówka. Ja jednak dziś poprzestanę na cieście zapijanym chryzantemową herbatką...

2016-10-08

5 ważnych dla mnie miejsc

Klub Polki zaatakował mnie znienacka; właściwie nie chciałam pisać tego postu. Każde miejsce jest jakoś tam ważne. Niestety, nie zawsze pozytywnie...
Nie. Nie będę opowiadać o miejscach, które wykształciły we mnie kompleksy, o miejscach, w których więcej cierpiałam niż się radowałam, o miejscach, które mnie powoli niszczyły...
Hmmm. Muszę o nich napisać, bo to właśnie w tych miejscach zdarzyły mi się też najwspanialsze przyjaźnie, najpiękniejsze dni i najintensywniejsza młodość. Ale - skupię się na dobru. Jak zawsze.


KRAKÓW

To musiał być Kraków. Nie wyobrażałam sobie w ogóle, że miałabym pójść gdzieś indziej na studia. Kierunek tych studiów był absolutnie drugorzędny :D Zapatrzona w brata, który szlifował krakowskie bruki, bujając się między Piwnicą pod Baranami, Zielonym Szkiełkiem i Lochem Camelot, zazwyczaj odziany we frak czy inny estradowy strój - ja po prostu MUSIAŁAM tu być. Oddychać poezją, Gałczyński, Poświatowska, a w ogóle to na Brackiej pada deszcz. Rozumiecie. Zostałabym tam na zawsze, gdyby nie

TAJPEJ

To miały być miesięczne wakacje. Po miesiącu na Tajwanie wiedziałam jednak, że MUSZĘ wrócić do Azji. Nic to, że do tej pory Azja mogła dla mnie nie istnieć, że nie odróżniałam barów wietnamskich od kuchni chińskiej i że piłam herbatę rozwodnioną z esencji zaparzonej rano. To było dawniej, w tym innym życiu, w którym myślałam, że będę muzykologiem. Może krytykiem muzycznym, może edytorką w wydawnictwie muzycznym, może organizatorką krakowskiego bujnego życia muzycznego. W obecnym życiu zachłysnęłam się Azją i nie chcę już nigdy wracać do tego, co było. Zapach Azji, jeszcze bardziej kolorowy niż widok. Choć tyle już lat mieszkam w Kunmingu, to właśnie parne i gwarne Tajpej sprawiło, że zamarzyła mi się WIELKA ZMIANA.


Miasteczko na południu Yunnanu, przy granicy z Laosem. Spędziłam tam jeden semestr. Ten, kiedy zawaliło mi się wszystko i musiałam sobie życie poukładać od nowa. Straciłam stypendium - miałam mieć je dwa lata, a po roku obcięli za choroby. Zostałam bez grosza przy duszy. Ale nie to było najgorsze. Facet, który mi się podobał, okazał się mnie kochać jednak raczej jak siostrę, brak penisa dyskwalifikował mnie w jego oczach. Przyjaźnie, wystawione na ciężką próbę - moją miesięczną chorobę - nie przetrwały. W dodatku cały Kunming krzyczał do mnie tymi miejscami, w których nie zobaczę już właściwych ludzi; każdy spacer powodował płacz. Wyruszyłam więc tam, gdzie 365 dni w roku jest słońce... i spędzałam w pracy czas od rana do wieczora (9-20 z przerwami na jedzenie i dostanie się z punktu A do punktu B) przez 6 dni w tygodniu. Słońce oglądałam, gdy przemieszczałam się na rowerze z jednego miejsca pracy do drugiego. Co ciekawe - właśnie to mi pomogło. Po weekendach pełnych oglądania seriali, bo na nic innego nie miałam siły, po tygodniach nieuleczalnie opuchniętego gardła, po zarzynaniu się za śmieszne pieniądze - zrozumiałam, że ja po prostu ZAWSZE DAM RADĘ. Muszę. I tego będziemy się trzymać :)

KUNMING

Gdy po raz pierwszy ubiegałam się o stypendium w Chinach i trzeba było wpisać miejsce, zerknęłam pobieżnie na mapę i wybrałam jedno z miejsc, które na tej mapie było najdalej od Pekinu, Szanghaju i innych Wielkich Miast. Nie wiedziałam wówczas, że Kunming, to prowincjonalne miasteczko, jest ze trzy razy większy od Warszawy, że przez rok nie uda mi się opanować szczątkowej wiedzy na temat tutejszych autobusów i... że przypadkiem odkryję moje miejsce na ziemi. Tu się pierwszy raz poważnie zakochałam. Za tym miastem tęskniłam po powrocie ze stypendium do Polski. Tu wróciłam na kolejne stypendium. Tu zrozumiałam, że wszyscy spotkani ludzie mają rolę do odegrania w moim życiu i że muszę nauczyć się brać to życie z uśmiechem. Tu poznałam miłość mojego życia. Wyszłam za tę miłość za mąż. Tu urodziłam wyczekaną i wyśnioną córeczkę. Kunming to jak dotąd najważniejsze miejsce w moim życiu.
Być może przemieszkam tu resztę życia. Nie obrażę się, ale... wątpię. Nie planuję intensywnie przeprowadzki, nie szukam okazji, by stąd wybyć, ale - jeśli to się zdarzy, to nowe miejsce powitam z ufnością. Co mi, Panie, dasz? Czego mnie będziesz chciał nauczyć? Przyjmę wyzwanie - postaram się nadal być szczęśliwa. A piąte najważniejsze miejsce oznaczę na razie znakiem zapytania.

2016-10-06

turlaj się II

ZB wychodzący z domu jest... powiem grzecznie: irytujący. Zapomina kluczy, zapomina komórki, zapomina drugich kluczy, zapomina portfela, trzy razy wraca do domu po pierwszym zatrzaśnięciu drzwi, prosi, żebym przyniosła, bo nie chce mu się już zdejmować butów, a w ogóle to szybciej, bo on już jest spóźniony. W którymś momencie mówię mu niezbyt parlamentarnie, żeby spie... się oddalił szybkim krokiem - gun! 滚! (zdecydowanie nadużywam tego słowa wobec ZB...)
ZB na to, że jestem strasznie niedelikatna.
Zmieniam więc barwę głosu i szalenie delikatnie powtarzam - gun!
ZB trochę zatkany, ale wykrztusza, że jestem okropnie nieuprzejma.
Kłaniam mu się więc formalnie i słodkim głosem mówię - 请滚! - proszę gun!
ZB zaczyna umierać ze śmiechu i jeszcze coś marudzi, otwierając wreszcie drzwi wyjściowe. Na co ja, tonem uprzejmego pożegnania: 请慢滚! - proszę, powoli (ostrożnie) gun!
To ostatnie to zresztą przeróbka typowego pożegnania gościa na progu domu - 慢走 - dosłownie "idź powoli", a przenośnie używane zamiast "uważaj na siebie"...

2016-10-04

chryzantemy 菊花

Dziewiąty miesiąc księżycowy to miesiąc chryzantem - są przecież symbolem jesieni. Zaczął się on cztery dni temu, a kunmińskie parki rozkwitają chryzantemami i innymi astrowatymi.
Nie tylko tymi żywymi, układanymi w żywopłoty o bardzo nieraz fantazyjnych kształtach (pawi ogon z kwitnących kwiatów? Dla mnie bomba!) czy po prostu wystawianymi w milionie donic. W pawiloniku na Górze Yuantong znajdziemy chryzantemy również w formie - niech się puryści nie obrażą - ikebany i zwojów jesiennej kaligrafii. Wystawa zwie się "Urok jesieni" 秋韵 i, choć niewielka, przyjemnie cieszy oko.
Kilka ciekawostek:
  • 菊 ju jest homonimem 居 ju czyli "przebywać", stąd chryzantema jest symbolem trwania.
  • najlepiej zrywać ją dziewiątego dnia dziewiątego miesiąca księżycowego.
  • ususzone kwiaty można traktować jak ziołową herbatę; poza tym, że jest pyszna, to jeszcze pomaga na ból gardła.
  • Świeżymi chryzantemami przyprawia się wino ryżowe.
/Wolfram Eberhard - Symbole chińskie. Słownik/