blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2016-08-30

mango

Uwielbiam mango. Musi być oczywiście dojrzałe, doskonałe do mango float czy innego koktajlu. Albo całkiem surowe, zielone - do dajskiej sałatki na ostro. Tak czy owak - w sezonie w domu mango musi być. Howgh.
Idziemy na targ, weseli, słoneczni. Napomykam ZB, że musimy jeszcze kupić mango. On, świadomy, że w ciągu ostatniego miesiąca zjadłam tych owoców nieprzebrane ilości, mówi, że mango to oczywista oczywistość, że mango to przecież król owoców tak jak lew jest królem dżungli i że wszystkie owoce mu się kłaniają.
I w tym momencie nasz wzrok padł na banany.
To, że po tej salwie śmiechu Kunming nadal stoi, uważam za dowód łaskawości boskiej.
Tak więc, moi mili, gdyby kiedyś dzieci pytały Was, dlaczego banany są pogięte, wiedzcie, że to dlatego, że się pokłoniły mango i już im tak zostało :)

2016-08-27

花卷 kwietne zawijańce huajuan

Kiedyś już pisałam o moich ukochanych bułeczkach na parze mantou. Dziś o ich kuzynach - kwietnych zawijańcach huajuan (hładźłen). Z kwiatami mają wspólnego tyle co nic - tylko to, że nadziewa się je "kwiatami cebulki" 葱花, jak się w Chinach zwie drobno posiekaną zieloną cebulkę. Przy czym zaznaczyć muszę, że istnieją również wersje słodkie kwietnych zawijańców i te już z kwiatami nie mają naprawdę nic wspólnego. Można je robić na słodko, na mleku, albo na słono - na wodzie. Ja zakochałam się w hładźłenach (daje po oczach, prawda? ;) ) przyprawionych solą, pieprzem syczuańskim i właśnie cebulką - i takie też od czasu do czasu robię. Można je spożywać jako samodzielną potrawę (kiedyś to było moje podstawowe śniadanie) albo podawać do mięsa (wersja słona) czy do skondensowanego mleka (wersja słodka). Wbrew temu, co pisze anglojęzyczna wikipedia, w cieście nie powinno się znaleźć nic poza mąką, solą, odrobiną cukru, drożdżami, oliwą i wodą/mlekiem. Oni jednak wzięli skład zawijańców z opakowania kupnych, a to mniej więcej tak, jakbyśmy chcieli skład prawdziwego chleba definiować po tym, co jest napisane na opakowaniu pieczywa tostowego...

Składniki:
  • dwie szklanki mąki
  • szklanka ciepłej wody/mleka
  • łyżka suchych drożdży
  • sól
  • pieprz syczuański
  • kapka oliwy
  • garść posiekanej drobno cebulki

Wykonanie:
  1. Solidnie wymieszać drożdże z wodą/mlekiem, dodać do mąki, odrobinę posolić.
  2. Wyrobić ciasto i pozostawić, aż podwoi objętość.
  3. Krótko wyrobić i rozwałkować na niezbyt gruby (ok. pół centymetra) prostokąt.
  4. Posmarować ciasto oliwą, posolić, popieprzyć, rozprowadzić cebulkę tak, by krawędź ciasta została pusta.
  5. Zwinąć ciasto w rulonik, zaklejając w miejscu, które pozostawiliśmy bez cebulki.
  6. Pokroić rulon na kawałki grubości ok. 3 cm.
  7. Każdy kawałek po kolei brać w dwie ręce i delikatnie rozciągać, aż zrobi się zeń grubawy pasek.
  8. Każdy pasek skręcać obiema dłońmi w przeciwne strony aż do oporu, a całkowicie skręcone ciasto połączyć końcówkami.
  9. Pozostawić do wyrośnięcia na kwadrans; w międzyczasie zagotować wodę w garnku do gotowania na parze.
  10. Gotować na parze 10-15 minut na średnim ogniu pod przykryciem; po zgaszeniu ognia zostawić na pięć minut i dopiero wyjmować. Można zajadać od razu, albo zostawić na później. W drugim wypadku wystarczy podgrzać na parze parę minut.

2016-08-25

YMCA

Dzisiejszy wpis jest częścią comiesięcznego projektu blogów językowych i kulturowych W 80 blogów dookoła świata. W tym miesiącu piszemy o przeszłości schowanej w artefaktach, architekturze i ludziach, którzy przeminęli - robocza nazwa projektu to "Było-minęło" i, powiem szczerze, kreatywność, z jaką nasi blogerzy podeszli do tematu, jest bardzo inspirująca.
Od początku wiedziałam, że napiszę o którymś kawałku Starego Kunmingu. Zburzone mury miejskie? Stara zabudowa zastąpiona domami z metalu i szkła? Niestety, w Kunmingu rzeczy i miejsc, które już nie wrócą, jest aż za dużo.
W 1913 roku powstał kunmiński oddział YMCA, mający propagować europejskie nauki i zwyczaje wraz z intensywnym nauczaniem języka angielskiego. A potem... długo, długo nic.
15 września 1931 roku w Kunmingu zaczęto budowę budynku dla YMCA. Budowę skończono, bagatela, w 1933 roku... a już dwa lata później z ulicy Dziesięciu Tysięcy Dzwonów przeniesiono siedzibę na ulicę nowego Dingu. Siedziba ciekawa architektonicznie - chińskie okna i drzwi opatrzono europejskimi framugami; z zewnątrz budynek jest zresztą bardzo europejski. Wnętrze też było europejsko-chińskie - boazeria przeplatana chińskimi drewnianymi przepierzeniami. To pomieszanie wynika zapewne z faktu, że projekt stworzyli wspólnie architekci z Chin, Niemiec, Francji i Anglii. Budynek od samego początku zaopatrzono w czytelnię, bawialnię, stołówkę i sale wykładowe, a także - co w owych czasach było luksusem - w łazienki. Najwyższe piętro zmieniono w akademik dla członków YMCA. Co ciekawe - gdy Latające Tygrysy przybyły do Kunmingu, zanim zorganizowano dla nich baraki przy lotnisku, zamieszkali oni właśnie tutaj. W latach '30 i '40 XX wieku gmach ten tętnił życiem - codziennie odbywały się tu rozmaite lekcje, wykłady i inne potańcówki; dziennie przewijało się tu około 300 ludzi, zarówno Chińczyków, jak i obcokrajowców. Ba! Nawet ówczesny Najważniejszy Człowiek Yunnanu - rządzący prowincją Smocza Chmura przybył ze dwa razy wziąć udział w tutejszych "activities". Jednym z tych wydarzeń była... wystawa znaczków pocztowych. W przeciwieństwie do większości mieszkańców Kunmingu Smocza Chmura pewnie wiedział, co to znaczek pocztowy, więc i wystawa mogła być dlań ciekawa...
Bodaj najsłynniejsze były rozmaite kursy dla chińskiej młodzieży płci obojga. Wysoki poziom nauczania przy jednoczesnym stosunkowo niskim czesnym, fantastycznej stołówce i pomocy materialnej dla ubogich uczniów - ech, nawet nie ma co tego porównywać z ówczesnymi chińskimi szkołami. W dodatku tematyka kursów była wszechstronna: od hobbystycznych typu kurs kuchni europejskiej czy tańca towarzyskiego aż po kurs języka angielskiego czy kurs dla sekretarek. Wśród nauczycieli najbardziej znani byli ci uczący również na Zachodnio-Południowym Połączonym Uniwersytecie, czyli kadra profesorska z Tianjinu i Pekinu. Tu ciekawostka rodzinna - na jednym z kursów kunmińskiego YMCA poznali się dziadkowie ZB. Jego babcia tam właśnie nauczyła się gotować europejskie potrawy. :)
W latach '50-'60 XX wieku znajdował się tu kunmiński "dom kultury" - czyli miejsce, w którym organizowano zajęcia dla dzieci i młodzieży. Zajęcia teatralne, taneczne, śpiew - w każde niedzielne przedpołudnie pod okiem doświadczonych nauczycieli dzieci się uczyły rozmaitych sztuk. Oczywiście gdy tylko zaczęła się Rewolucja Kulturalna, uznano takie miejsce za przeżytek wart zniszczenia. Całe szczęście czerwonogwardziści nie rozebrali budynku; niemniej jednak zniszczyli całkiem sporo. Za tamtych czasów budynek zmieniono w... szpital. Zwykli śmiertelnicy stracili prawo wstępu.
W następnych latach przestano się budynkiem interesować. Ten brak zainteresowania przełożył się na zmianę gmachu w wielki squat - pomieszkiwało tu nawet 200 ludzi naraz! Wprowadzali się przede wszystkim ludzie pozbawieni domów, które wyburzano na drodze Kunmingu do nowoczesności - czyli podczas budowy nowych, wielkich ulic w centrum. Na początku tacy mieszkańcy dostawali coś w rodzaju kart meldunkowych; później zaczęła obowiązywać zasada "kto pierwszy wykopie drzwi, ten zamieszka w pokoju za nimi". Ba, ci, którzy wprowadzili się wcześniej, "wynajmowali" atrakcyjne miejscówki tym, którzy przyszli później. Mieszkała tu cała społeczność czyścicieli butów, sprzedawców z koromysłami i drobnych handlarzy. Brak sensownego wejścia do budynku skutkował tym, że pijane wieprze załatwiały się po bramach i na dziedzińcu.
Od 2002 roku budynek znajduje się na liście zabytków chronionych przez państwo. Cóż jednak z tego? Mieszkańcy nie mieli przecież gdzie pójść. Długo trwało, nim wypleniono stąd nielegalnych mieszkańców.
A dziś? Dziedziniec zastawiony jest parasolami, królują tu małe knajpki... które na nieszczęście bardzo szybko upadają z racji obłędnie wysokiego czynszu. Na zewnątrz jest trochę lepiej, ale studia fotograficzne i salony sukien ślubnych też nie są wymarzoną zawartością tego wspaniałego budynku. Okoliczne stare drewniano-gliniane kunmińskie domy są systematycznie wyburzane. Zresztą, biorąc pod uwagę tempo degradacji tych domostw i fakt, że nikomu nie zależy na ich utrzymaniu choćby w celach turystycznych - może to i lepiej? Te, które jeszcze przetrwały, straszą przechodniów dziurami z każdej strony i wyglądają, jakby się zaraz miały rozsypać.
Dziś w całych Chinach siedzib YMCA jest tylko 10. Biorąc pod uwagę to, że kiedyś ich było 169, jest to malutko. Nic dziwnego, że w Kunmingu takiego nie ma. Została tylko siedziba. Mam nadzieję, że kiedyś znów stanie się ośrodkiem kultury dla kunmińskiej młodzieży.

Więcej zdjęć tutaj.

A tutaj wpisy innych blogerów:
Austria: Viennese breakfast - Było minęło – czasy CK
Finlandia: Suomika - Opisywanie przeszłości po fińsku
Francja: Demain viens avec tes parents - Było minęło - Les Années folles; Francuskie i inne notatki Niki - Było, minęło... Minitel - 30 lat francuskiego protoplasty internetu; FRANG - Było, minęło - 4 najbardziej (nie)zapomniane francuskie wynalazki
Gruzja: Gruzja okiem nieobiektywnym - Była sobie fabryka…
Hiszpania: Hiszpański na luzie - Hiszpańska przeszłość ciągle żywa: pesetas
Japonia: Japonia-info.pl - O-haguro - zwyczaj czernienia zębów
Kirgistan: Enesaj.pl - Dawne nazwy miast Azji Środkowej
Litwa: Na Litwie - 10 miejsc na Litwie, które zmieniły się niemal nie do poznania
Niemcy: Nauka Niemieckiego w Domu - Było, minęło kiedyś w Niemczech; Niemiecka Sofa - Było, minęło…
Norwegia: Norwegolożka: Dawno temu w północnej Norwegii
Rosja: Dagatlumaczy.pl - Blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim - Dawne miary rosyjskie
Turcja: Turcja okiem nieobiektywnym - Było-minęło… tureckie miasta kiedyś i dziś
Wielka Brytania: Angielska Herbata - Jak język angielski wyglądał tysiąc lat temu?; Angielski C2 - Było minęło - służba (Downton Abbey); Angielski dla każdego - 10 historycznych filmów o Wielkiej Brytanii; english-at-tea - Zamki w Wielkiej Brytanii, które muszę zobaczyć
Włochy: Studia, parla, ama - W 80 blogów - był lir, nie ma lira; Italia nel cuore - Co Napoleon ma wspólnego z włoską flagą?
Wielojęzyczne: uLANGUAGES - Jak wyglądała nauka języka w przeszłości?

Jeśli Wam się podobają nasze akcje i chcielibyście dołączyć, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

2016-08-23

Stacja pomp - muzeum

O pierwszych kunmińskich wodociągach wspominałam już tutaj. Niedawno miałam okazję w końcu wejść do tego muzeum. Muzeum - dumna nazwa jak na dwie maleńkie salki, prawda? Salki obwieszone są zdjęciami ludzi, którzy tu pracowali, dokumentami z czasów, gdy wodociągi te jeszcze pracowały, a jedna z sal to ekspozycja:
Mnie w całym muzeum najbardziej - poza zdjęciami Starego Kunmingu - spodobał się publiczny kran z tamtych lat:
No i znów dołożyłam maleńki fragment do układanki "dlaczego kunmińczycy nienawidzą Japończyków?". W czasie II WŚ oczywiście zbombardowano miejsce, w którym uzdatniano wodę płynącą w wodociągach, niszcząc oczywiście nie tylko sam zakład, ale i domy zwykłych ludzi...

2016-08-21

Moich pierwszych siedem prac

Jestem ostatnio taka zajoasiowana, że nie wiem, co słychać w internetach. Sprawdzam znaczy się fejsa i pocztę, obejrzę przysypiając jakiś serial i tyle. Ale tej gratki nie mogłam przepuścić! Przypomnieć sobie moich pierwszych siedem sposobów zarabiania pieniędzy!!! Cudne ćwiczenie dla pamięci :D Dzięki, Skylar!

#myfirst7jobs

1) Moją pierwszą pracą było dawanie korków z polskiego i matematyki. Niestety, praca ta była zazwyczaj wolontariatem, choć znaleźli się i przyzwoici koledzy/koleżanki, którzy w zamian za wlewanie oleju do głów przynajmniej zaprosili mnie na jakieś ciacho czy coś. Większość uważała za mój psi obowiązek pomaganie im, a dobrego słowa o mnie za plecami nie rzekli. Ta praca nauczyła mnie, że za pracę należy wymagać opłat - nawet jeśli się ją lubi - ponieważ inaczej inni sobie jej nie szanują.

2) Pierwsze pieniądze zarobiłam pakując drożdże winne w proszku. Za wypłatę kupiłam sobie na targu w Kielcach dżinsowe wiązane sandałki na wysokim obcasie, które służyły mi prawie dwadzieścia lat. :)

3) Po maturze pojechałam na kilka dni ze znajomym gitarzystą na jakieś targi roślin doniczkowych czy czegoś takiego do Pszczyny. Robiłam za wokalistkę i konferansjerkę. Zarobiłam niewiele, ale za to dostałam gratis kilka kwiatków doniczkowych ;)

4) Na studiach śpiewałam za pieniądze od pierwszego roku. Bezpłatnie nie śpiewałam, bo potrzebowałam sobie dorobić - na pierwszym roku Rodzice nie śmierdzieli groszem, a mnie po opłaceniu miejsca w pokoju na stancji i biletu miesięcznego zostawało tak niewiele, że na cokolwiek poza tanim jedzeniem musiałam sobie dorobić.

5) Przez całe studia ciężko pracowałam, żeby mieć dobre oceny. Zapłatą było stypendium naukowe. Za nie kupiłam sobie rower, dzięki któremu mogłam później przyoszczędzić na bilecie miesięcznym :D

6) Jako wolontariuszka uwielbiałam pracować w bibliotekach. Przytrafiły mi się dwie: ta na muzykologii oraz parę lat później ta w Instytucie Konfucjusza. Na zawsze pozostanie to praca moich marzeń :)

7) Na Tajwanie zarobiłam raz jako... tańcząca modelka z Europy na otwarciu jakiegoś domu wczasowego czy innego hotelu :D

Podsumowując: miałam zakręconą młodość i rzucałam się na dziwaczne prace jak w największą przygodę - dzięki temu mam co wspominać. Będę kiedyś z rozrzewnieniem opowiadać o tym wszystkim Joasi :)

2016-08-20

Kurczak z garnka parowego 氣鍋雞

O yunnańskim garnku parowym już kiedyś wspominałam. Wtedy nie sądziłam jeszcze, że stanę się dumną posiadaczką takiego cuda. Najwspanialsza świekra świata stwierdziła jednak, że właśnie tego przyrządu w mojej kuchni brakuje - i mi taki garnek sprezentowała.
Dlatego dziś, specjalnie dla Was - yunnańska specjalność. Prostacy zwą to danie po prostu kurczaczym rosołem, ale przecież właśnie o to gotowanie na parze nam chodzi najbardziej! Już setki lat temu żywili się nim mieszkańcy Zbudowanej Wody. Ten sposób przygotowania kury wymyślił wielki kucharz Topolowa Strużka 杨沥. Ponoć sam Qianlong miał wizytować okolice; szukał on ciekawych potraw w całych Chinach. Najciekawsze dania miały zostać nagrodzone pięćdziesięcioma liangami srebra. A że Topolowa Strużka był biedny, a na domiar złego matka mu chorowała, postanowił połączyć ideę gorącego kociołka z gotowaniem na parze. Wymyślił specjalny garnek i nawet udał się do pobliskich Jaskółczych Jaskiń po jaskółcze gniazda - chciał je ugotować na parze wraz z kurczakiem. Kiedy wrócił, okazało się, że jego garnek został ukradziony przez szefa kuchni, w której pracował, a on sam oskarżony o zbrodnie przeciw swemu chlebodawcy, za które miał zapłacić głową. Całe szczęście sam cesarz go wysłuchał. Nie dość, że umorzył śledztwo, to jeszcze zmienił nazwę knajpy na "Kurczaka z Garnka Parowego Topolowej Strużki". Odtąd danie to stało się jedną z najsławniejszych yunnańskich potraw. Ponoć sam Smocza Chmura podejmował ważnych gości tą delicją.

Składniki:
  • kurczak - nie może być zbyt mięsisty, zbyt tłusty ani zbyt chudy. Najlepiej wolnobiegający, żeby mięso miało właściwą konsystencję. Najlepsze są młode kurki tuż przed zniesieniem jaj albo młode koguty tuż po tym, jak dorosły do wieku męskiego.
  • kilka plasterków imbiru
  • pokrojona niedbale i niezbyt drobno zielona cebulka - najlepiej w kawałki długości kciuka. Jeśli nie mamy dostępu do cebulki, możemy ją zastąpić kawałkiem pora.
  • pieprz, sól do smaku
To jest baza, którą możemy wzbogacić chińskimi ziołami - żeńszeniem, fałszywym żeńszeniem 3-7, grzybami robal zimą, ziele latem, gastrodią wysoką itp., by prócz cudnych właściwości smakowych miała ta zupa również właściwości lecznicze. Ja tych dodatków raczej nie stosuję; zastępuję je jagodami kolcowoju czy głożyną, które również wspaniale wpływają na smak zupy.

Wykonanie:
  1. Kurczaka posiekać wraz z kośćmi na nieduże kawałki. Umyć i wsadzić do garnka. Może zająć około 1/2 do 2/3 garnka.
  2. Dodać cebulkę i imbir, a także inne, lubiane przez nas dodatki.
  3. Do garnka o odpowiedniej wielkości nalać dużo wody. Teoretycznie tyle, ile mieści się w garnku z kurczakiem, ale w praktyce garnki te nigdy nie są tak szczelne, żeby część wody nam nie wyparowała, czyli nalewamy sporo więcej. Na garnku z wodą kładziemy garnek parowy z przykrywką. Jeśli jest to potrzebne, między dwa garnki dla uszczelnienia wsadzamy kawałek płótna. 
  4. Zagotowujemy wodę, a później zmniejszamy ogień - para będzie nam się skraplać do garnka jakieś 3-4 godziny. Co jakiś czas warto sprawdzić, czy aby cała woda się nie wygotowała.
Wiele yunnańskich knajp oszukuje: gotują rosół w wielkim garze, a potem przekładają do garnków parowych i udają, że to nasz kurczak. Jeśli jednak zna się dobrze smak i aromat prawdziwego rosołu parowego i takiegoż kurczaka, niełatwo dać się zwieść. Inna rzecz, że na potrzeby domowe zazwyczaj przygotowuję kurczaka identycznie wprawdzie doprawionego, ale jednak gotowanego w normalnym garnku...

2016-08-17

Święto Duchów 鬼節

Matka była skąpa i chciwa, dlatego odrodziła się jako Głodny Duch. Ojciec już dawno dołączył do bogów, a Matka jęczała i nie mogła się uwolnić. Budda poradził, by nałożyć dla Niej jedzenie na czyste talerze, a potem - by wielokrotnie recytować nad nimi sutry. Tak poświęcone jedzenie uwolni Matkę od głodu.
W następnym wcieleniu Matka stała się psem. To już trochę lepiej, ale - chcielibyście, żeby Wasza Matka odrodziła się jako pies? Mulian nie chciał. Za radą Buddy ofiarował szaty i żywność pięciu setkom bhikku. W ten sposób odkupił grzechy Matki i w następnym życiu odrodziła się ona jako człowiek.
Nie bądźcie chciwi. Chyba, że chcecie wrócić jako Głodne Duchy i straszyć Wasze dzieci i wnuki. Okazji będzie sporo - przecież każdy siódmy miesiąc księżycowy oznacza otwarte bramy piekieł i Was - rozpanoszonych wszędzie, powodujących wypadki, choroby i nieszczęścia. Wiemy, że to przez Was.
***
Całą noc nie mogłam zasnąć. Bez zaglądania w kalendarz wiem, że to pełnia. Tym razem to pełnia pełna duchów - znów nastał siódmy miesiąc księżycowy i duchy znów nam szkodzą.
Zasnęłam trochę przed świtem, a już o dziewiątej obudził mnie swąd spalenizny. No tak, Święto Duchów. Wiem, że nadejdzie, wiem, kiedy się go spodziewać, a i tak zawsze mnie zaskakuje jak zima drogowców.
Wychodzę z domu. Wszędzie kupki popiołu po spalonej piekielnej forsie, po papierowych domach i modlitwach. Trociczki. Kwiaty, żywe i sztuczne, obok porzuconych reklamówek. Wszędzie - na chodnikach, ścieżkach w parkach, nad brzegami rzek. Niby trzeba o południu albo o zmroku, ale przecież dom, dzieci, praca... Przy paleniskach nie tylko zażywne staruszki i mnisi, ale wszyscy, łącznie z dziećmi. No, nie wszyscy. Rzadziej zdarzają się panie na szpileczkach i panowie w garniturach, częściej - kolorowo odziani przybysze ze wsi, którzy mimo wielu lat w mieście wolą "na wszelki wypadek" odwrócić ewentualnego pecha i przypodobać się duchom.
***
Idę do szewca, ale ten, choć siedzi na stołeczku przy maszynie, nie uśmiecha się do mnie. - Czy mógłby mi Pan naprawić obcas? Tak, jutro. Dziś nie pracuję. I zamknij drzwi. Co ty, nie wiesz, że dziś po ulicach grasują duchy? - To dlaczego Pan nie zamknie drzwi warsztatu na klucz? Czekam na kolegę. Ma przynieść owoce i trociczki.
***
Ponieważ duchy i cierpiące dusze przybędą z wizytą podczas siódmego miesiąca księżycowego, trzeba zachować nadzwyczajne środki ostrożności.
Nie włóczyć się po nocach.
Nie pływać - utopce nie śpią!
Nie hajtać się, nie przeprowadzać, nie kupować domu czy samochodu, nie zaczynać biznesu. Najlepiej również nie rodzić, ale czasem nic się nie da na to poradzić. A przecież wszyscy wiedzą, że to pechowy miesiąc... Jeśli się w tym miesiącu urodziłeś, nie rób imprezy wieczorem - któż wie, z którego kręgu piekieł wpadnie nieproszony gość?...
Nie wieszać ubrań na zewnątrz po nocach. Nocą wychodzą duchy i można je w ubraniu wnieść niechcący do domu (dobrze, że ZB jest nieprzesądny, bo podczas kunmińskiej pory deszczowej wszystko schnie przynajmniej parę dni...).
Nie zbierać z ziemi pieniędzy. Nawet jeśli jakieś znajdziesz i podniesiesz, pod żadnym pozorem nie przynoś ich do domu. Ciekawe, czy jeśli się pohandluje z duchem jak w wietnamskiej tradycji, można ten punkt obejść...
Pod żadnym pozorem nie zakładać lubianej przez duchy czerwieni.
Nie śpiewać i nie gwizdać. Tak, to stąd nagłe rabaty w hotelach karaoke :) Kto by pomyślał, że Głodne Duchy to tacy melomani?...
Nie stać pod ścianą - duchy mogą się tam włóczyć.
Nie planuj żadnej operacji (a co z tymi, którzy nie planują, ale muszą?!)

To dlatego po południu nie ma tłoku na kortach badmintonowych - ludzie boją się nie tylko pecha i kontuzji wywołanej przez duchy, ale i samego wyjścia z domu. Przed domem palą trociczki i papierowe imponderabilia. My się cieszymy, że mamy korty dla siebie.
I śpiewamy, i gwiżdżemy. Nie jesteśmy przesądni. A ja - gdybym miała być przesądna, wierzyłabym, że śpiew odpędza zło. Obojętnie czy takie wywołane przez istoty piekielne, czy przez ludzi.

2016-08-15

sport

Jeszcze długo sobie nie pochodzę na badmintona i nie pobiegam. To, że samodzielnie opiekuję się Joasią mocno wpłynęło na mój tryb życia. Na razie, dopóki często karmię, a zabieranie z sobą Joasi wszędzie jest mało wygodne, dopóki rozmaite czynności sprawiają mi trudność, zrezygnowałam z bardziej wymagających sportów na rzecz tajfunowej podróbki jogi na macie w salonie, prostych pociążowych ćwiczeń na brzuch i oczywiście intensywnych spacerów z Joasią. Na czym polega intensywność tych spacerów? Ano na tym:
To znaczy Joasia zasypia, a ja zasuwam obok na "siłowni na świeżym powietrzu". Wymachy kończyn, ćwiczenia na równowagę, brzuszki... Wszystko w trakcie spaceru z Maleńką :)

2016-08-13

米浆粑粑 - omlet ryżowy mijiang

Jedną z niezwykle popularnych kunmińskich przekąsek śniadaniowych są mięciutkie placuszko-omlety ryżowe mijiang. Przy każdej większej ulicy co rano stają stragany z paroma palnikami, na których położono niewielkie żeliwne garnczki z pokrywką. To właśnie w tych garnczkach przygotowuje się nasze placki, po jednym na garnek. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by takie placuszki zrobić w domu. Przepis jest idiotycznie prosty, trzeba tylko pamiętać, żeby poprzedniego wieczoru zostawić ciasto z drożdżami - musi długo fermentować.

Składniki:
  • pół szklanki mąki ryżowej
  • pół szklanki wody
  • jajko
  • łyżka suchych drożdży
  • cukru po uważaniu
  • olej do posmarowania patelni/garnczka

Wykonanie:
  1. Mieszamy mąkę, drożdże i wodę, zostawiamy na noc do wyrośnięcia.
  2. Na drugi dzień rano dodajemy jajko i cukier i solidnie mieszamy.
  3. Smarujemy olejem patelnię, wylewamy ciasto, przykrywamy pokrywką i na minimalnym ogniu smażymy aż do zrumienienia spodu (około pięć minut).
  4. Następnie odwracamy placuszki na drugą stronę i znów smażymy do zrumienienia.
Uwaga! Placuszki łatwo się przypalają, dlatego większość kunmińczyków idzie na łatwiznę i smaży je przy pomocy... garnka do gotowania ryżu. Po prostu smarują olejem dno garnka, wlewają ciasto i nastawiają opcję "gotowanie ryżu". Po około trzech minutach klawisz sam odskakuje i przechodzi w tryb "podgrzewanie"; wówczas należy zaczekać jeszcze pięć minut, a następnie odwrócić placuszek i od nowa nastawić "gotowanie ryżu". Po trzech minutach klawisz znów odskoczy, a po kolejnych pięciu placuszek będzie gotowy do spożycia.

2016-08-09

宝相寺 Świątynia Drogocennych Wizerunków

Choć nazwa naszej świątyni jest czarująca, wolę ją nazywać Yunnańską Wiszącą Świątynią. Ta nazwa odzwierciedla bowiem to, co w niej najciekawsze - została wykuta w grotach na szczytach skał i faktycznie robi wrażenie zawieszonej w przestrzeni. Oczywiście, od prawdziwej Wiszącej Świątyni jest dużo, dużo mniejsza, ale nie czepiajmy się szczegółów ;) W dodatku, tak samo jak oryginalna Wisząca Świątynia z Shanxi, też jest ciekawym miksem taoistyczno-buddyjskim. Wybudowana została jako klasztor taoistyczny, do dziś zresztą znajduje się tu ołtarz Nefrytowego Cesarza. Obok niego znajdują się jednak posągi rozmaitych buddów i dziś kompleks jest postrzegany jako buddyjski.
Dla mnie buddyjskość czy taoistyczność tego miejsca jest absolutnie drugorzędna. Pierwszorzędny jest widok - zapierający dech w piersiach raz z racji samej wysokości - bo trzeba się dobrze ponawspinać, by tu dojść, a po drugie z racji wspaniałego widoku. W ładny dzień widać ponoć nawet pasma gór z wiecznym śniegiem, te z okolic Lijiangu. Nawet na mnie, dziewczęciu z okropnym lękiem wysokości, widok ten zrobił takie wrażenie, że uznałam, że było warto się tu wspiąć.
Lubię takie miejsca. Pod koniec zwiedzania zawsze mam wrażenie, że wypociłam niejedną modlitwę i że Bogu na pewno się ten wysiłek spodobał. Bez względu na to, jakiej religii świątynię zwiedzałam ;)

2016-08-06

牛扒呼 niupahu - najlepsza zupa wołowa

Ma być gorąca, mięso ma być mięciuchne, a zupa ma pachnieć wołowiną, a nie przyprawami - tradycyjnie podczas gotowania nie dodaje się żadnych przypraw; czasem pojawia się odstępstwo na rzecz odrobiny soli. Wywar musi być gotowany długo - pięć do sześciu godzin, a w zupie mają się znajdować najróżniejsze części wołu.

Składniki:
  • kości wołowe - najlepiej udowa, ale inne też dadzą radę.
  • wołowina - mięso zdarte z żeber, żołądek, ścięgna itd.
  • tłuszcz wołowy
  • świeże chilli i odrobina suszonego
  • posiekana zielona cebulka
  • drobno posiekany imbir
  • liście selera naciowego, drobno posiekane
  • świeża mięta - bez zdrewniałych łodyżek
  • świeże liście kolendry
  • limonka
  • sól, pieprz, pieprz syczuański, sos sojowy

Wykonanie:
  1. Wołowinę dokładnie umyć, pokroić w dużą kostkę i wsadzić na pięć minut do wrzątku. Wodę wylać, wołowinę umyć i pokroić w plasterki.
  2. Do wielkiego garnka nalać świeżej wody, dodać pokrojoną wołowinę, umyte kości i tłuszcz wołowy, zagotować, a później gotować na małym ogniu pod przykryciem 5-6 godzin.
  3. Gdy całość będzie prawie gotowa, przygotowujemy dip: sok z limonki mieszamy z solą, sosem sojowym, posiekanym chilli, imbirem, kolendrą, pieprzem syczuańskim i pieprzem.
  4. W osobnej misce przygotowujemy posiekaną cebulkę, imbir, kolendrę, miętę, suszone chilli i pieprze.
  5. Całość zalewamy gotową zupą z mięsem.
  6. Podajemy z dipem, do którego dolewamy chochelkę zupy.