blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2016-06-30

Yunnańczyk z Epoki Trzech Królestw

Mówiłam, że na krużgankach Wuhouci znalazłam posągi ciekawych ludzi. A to urzędas, który najbardziej wsławił się znajdowaniem konkubin, a to syn jakiejś szyszki, który tak naprawdę się do niczego nie nadawał... Byli też Yunnańczycy. Najbardziej rzucił mi się w oczy Lv Kai 呂凱 pochodzący z Yongchang - czyli okolic dzisiejszego Baoshan. Jest to region Yunnanu na styku z Birmą - przy czym w tamtych czasach ta granica była znacznie mniej oczywista.
Dlaczego jego popiersie trafiło do galerii? Otóż dlatego, że był zdrajcą, który dla własnej korzyści sprzedał swój kraj!
No bo jak inaczej opisać to, jak Lv Kai opuścił Yunnan i przystał do Zhuge Lianga, ofiarował mu mapy Nanzhongu (czyli terenów obecnego Yunnanu, Guizhou i południowego kawałka Syczuanu) i służył jako przewodnik po tych terenach, dzięki czemu Zhuge udało się podbić region, rządzony dotąd przez Meng Huo. W podzięce za pomoc, Zhuge zrobił Lv Kaia namiestnikiem Yunnanu. Jego szczęście nie trwało jednak długo - został ogłoszony zdrajcą i zabity przez rebeliantów. Dobrze mu tak (odezwała się we mnie yunnańska patriotka lokalna).

2016-06-28

Wuhouci 武侯祠

Wyobraźcie sobie, że w wielu miastach w Polsce... ba, w Europie! stoją świątynki ku czci Zawiszy Czarnego. Tak, tego słynnego rycerza, zaufanego doradcy Jagiełły, o którym głośno było w całej Europie.
Ciężko, co?
A tymczasem w wielu chińskich miastach stoją świątynie ku czci Wojowniczego Markiza - czyli Zhuge Lianga, doradcy Liu Beia, mądrego i cwanego przywódcy z Epoki Trzech Królestw, który konceptami swemi wyprowadzał wrogów w pole niczym Zagłoba, a jego imię do dziś żyje w przysłowiach, anegdotach i na kartach ksiąg.
Oczywiście, jedna z najbardziej znanych jego świątyń mieści się w stolicy dawnego Państwa Shu, czyli w Chengdu. Nie jednego Zhuge Lianga się tam czci; nie mniej ważne jest mauzoleum Liu Beia, czyli założyciela Państwa Shu. Zresztą - właśnie mauzoleum jest najstarszym budynkiem tego kompleksu świątynnego - zaczęło powstawać już w 223 roku, tuż po śmierci władcy. Część poświęcona Zhuge Liangowi powstała natomiast zapewne przed początkiem panowania dynastii Tang, naprzeciwko świątyni czczącej Liu Beia. Oczywiście, od tamtego czasu wszystkie trzy budynki były wielokrotnie przebudowywane i odbudowywane - niestety, w wojennym zapale świątynie zostały zmiecione z powierzchni ziemi już za Mingów. Dopiero Kangxi w drugiej połowie XVII wieku odbudował to jakże ważne miejsce. Miejmy nadzieję, że przemienienie Wuhouci w muzeum i wpisanie na listę ważnych syczuańskich zabytków ustrzeże to miejsce przed dalszymi przeróbkami i zniszczeniami.
Jest ona ciekawa z paru powodów. Po pierwsze - to jedyna w Chinach świątynia, w której czci się i władcę, i podwładnego - czyli znajdziemy tu ołtarze i z wizerunkiem Liu Beia, i z podobizną Zhuge Lianga. Po drugie - jest stara. Po trzecie - jest tu fantastyczne muzeum. Oprócz samych budynków świątynnych i muzeum, na terenie dzisiejszej Wuhouci znajduje się i park, którym można dojść aż do ulicy Jinli, z którą tak bardzo kontrastuje - Wuhouci jest bowiem cichym i spokojnym miejscem, odpowiednim do przyswajania solidnej lekcji historii.
Gdybym miała powiedzieć, co w Wuhouci sprawiło mi największą przyjemność, bez zastanowienia odparłabym - muzeum. Jest interesujące i wystarczająco dobrze opisane. Tutaj znajduje się strona internetowa tego przybytku; niestety, wersja angielska jest mało interesująca w porównaniu z chińską. Na chińskiej możemy bowiem znaleźć zdjęcia i opisy wielu posągów i zabytków, które się w Wuhouci znalazły.
Drugim wspaniałym miejscem jest oczywiście park, po którym się przyjemnie spaceruje nawet w deszczu.
Na trzecim miejscu postawiłabym krużganki, w których poustawiano posągi ważnych historycznych postaci z czasów Zhuge Lianga i Liu Beia. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu odkryłam wśród nich... Yunnańczyków :) Ale o tym kiedy indziej.
Dla mnie - obcokrajowca - stosunkowo najmniej ciekawe są same miejsca kultu. Poza tym, że na miejscu Boga Pieniędzy i jemu podobnych znajdują się wojskowi, dla mnie nie ma w nich nic interesującego.

2016-06-26

kartofle w pomidorach

Lubicie gotowane kartofle? Ja bardzo, ale ileż można jeść kartofle z wody, kartofle babci, placki ziemniaczane po yunnańsku czy kartoflany jedwab? Czasem trzeba się trochę wysilić i urozmaicić menu... A kartofle w pomidorach nadają się do tego idealnie: mogą być zarówno podstawą obiadu, samodzielnym daniem, jak i jedną z paru miseczek na yunnańskim stole.

Składniki:
  • duży kartofel - albo i kilogram, w zależności od tego, czy mają być dodatkiem dla dwóch osób, czy podstawą obiadu dla pułku
  • ze dwa pomidory - albo kilogram, w zależności od ilości ziemniaków
  • odrobina soli
  • woda
  • tłuszcz
  • ewentualnie trochę drobno posiekanej zielonej cebulki

Wykonanie:
  1. Ziemniaki pokroić w cieniutkie plastry.
  2. Pomidory obrać ze skórki i drobno posiekać.
  3. W woku rozgrzać trochę tłuszczu i obsmażyć ziemniaki. Dodać wody - tyle, by ledwo co przykryć ziemniaki.
  4. Gdy woda prawie wyparuje, dodać pomidory, cebulkę i ewentualnie jeszcze trochę wody.
  5. Dusić na małym ogniu, aż sos pomidorowy osiągnie upragnioną konsystencję, a ziemniaki będą całkiem ugotowane.

2016-06-25

kawa Hani 哈尼咖啡

25 dzień w miesiącu = W 80 blogów dookoła świata, czyli blogerzy zafascynowani różnymi krajami i językami produkują się na mniej więcej wspólny temat. Dziś tematem jest "kawa czy herbata", a ja postanowiłam podejść do sprawy cokolwiek przekornie. To znaczy: Yunnan słynie (i słusznie!) z herbaty, przede wszystkim pu-er, zielonej i czarnej, a dla wszystkich normalnych Chińczyków herbata jest podstawowym napojem i jednym z siedmiu produktów niezbędnych do życia. Ja jednak o herbacie piszę tak często i dużo (mam nawet zakładkę herbata), że postanowiłam napisać o yunnańskiej kawie.
Dawno, dawno temu - bo w roku 1892 - francuscy misjonarze, którzy Yunnańczyków bardzo namiętnie nawracali, postanowili sprawdzić, czy uda im się szczęśliwie posadzić kawę. Udało im się, choć nikt by za to nie dał złamanego grosza, bo przecież spróbowali w stosunkowo mało zachęcającym pod względem pogody kawałku Yunnanu - między Chuxiongiem, Dali i Lijiangiem, czyli na znacznej wysokości i w dość surowym klimacie. Rejon tamten zamieszkują Yi, którzy tradycyjnie byli raczej myśliwymi względnie łupieżcami, a uprawą parali się dość sporadycznie i tylko z musu, dlatego dziwi mnie sukces Francuzów... Ale odbiegłam od tematu. Po co Francuskim misjonarzom uprawa kawy? Na własne potrzeby, oczywiście, bo w Yunnanie tego paskudztwa wtedy jeszcze nikt nie pijał. Stopniowo cała wioska zaczęła się zajmować uprawą i obróbką kawy; co więcej, zaczęli też ją pijać! Francuscy misjonarze byli, byli i zniknęli, a drzewka kawowe zostały. Zamiast je zmarnować, zaczęli miejscowi z nich korzystać - ponoć w wiosce Zhukula 朱苦拉 mieszkańcy od maleńkości uczą się pić kawę.
Takie były początki. Później bywało różnie - trudno podejrzewać, by za czasów rozmaitych wojen i innych rewolucji Yunnańczycy z wielkim przekonaniem próbowali uprawiać kawę. Jednak na przełomie XX i XXI wieku nie tylko jedna malutka wioseczka zajmowała się kawą. Introdukowano ją również w bardziej sprzyjających klimatycznie regionach Yunnanu - Xishuangbanna, Dehong, Simao, Baoshan i Lincangu. Sadzi się tam kawę arabską. Jak to w Chinach - od razu w hurtowych ilościach. Podobno w ciągu roku produkuje się w Yunnanie około sześćdziesięciu ton kawy. Jak na region słynący z herbaty to wcale nieźle, prawda?
Przykro mi jednak powiedzieć, że w mało którym sklepie znajdziemy ziarnistą bądź mieloną yunnańską kawę. Kawa owszem, jest, ale głównie rozpuszczalna, zazwyczaj w znienawidzonych przeze mnie opakowaniach typu 3 w 1, czyli z dodatkiem cukru i mleka... wróć! Czyli mleko w proszku i cukier z maleńkim dodatkiem rozpuszczalnej kawy. Czasem jest to nawet kawa smakowa - o smaku np... herbaty! :) Co jakiś czas można jednak znaleźć perełkę.
Czas jakiś temu trafiłam na produkt regionalny, który kocham. Ja w ogóle zazwyczaj kocham produkty regionalne, ale ten jest naprawdę wyjątkowy. Jest to yunnańska kawa produkowana przez firmę Hani Coffee. Hani to jedna z yunnańskich mniejszości etnicznych. Żyją sobie w górach i nie są zbytnio zainteresowani robieniem interesów, co zazwyczaj skrupulatnie wykorzystują napływowi Hanowie, czyli Prawdziwi Chińczycy. Działa to tak, że Hani pracują, a Hanowie zarabiają. Tym wspanialsza wydaje mi się firma Hani Coffee, która produkując wspaniałą kawę przy okazji zmienia życie Hani na lepsze. W wioskach, w które zainwestowali, oprócz kolejnych pól kawowych pojawiają się stopniowo szkoły, szpitale i ujęcia wody pitnej. Wozi się tam turystów - ale nie miliony, tylko małe grupki, żeby jeszcze dało się zobaczyć prawdziwie yunnańskie życie. Firma prowadzi blog, na którym informują inwestorów i sponsorów, jak spożytkowane zostały pieniądze. Wioski zmieniają się w dobrze prosperujące manufaktury kawowe, w których tubylcy są prawdziwymi kawowymi specjalistami.
I wiecie? Chociaż ta kawa jest cokolwiek droższa niż inne yunnańskie kawy, pijąc ją cieszę się nie tylko jej niepowtarzalnym aromatem, ale i tym, że część moich pieniędzy zostanie wydana na poprawę losu wspaniałych Hani.
Od jakiegoś czasu można się tej kawy napić w Salwadorze, jednej z najpopularniejszych "zachodnich" knajpek w Kunmingu.
Przyjeżdżając do Yunnanu pamiętajcie, że nie samą herbatą Yunnan stoi :)
Poniżej linki, pod którymi czekają na Was wpisy innych blogerów językowo-kulturowych:
Austria: Herbata po austriacku
Finlandia
: Suomika - Kahvia vai teetä? Czyli ciekawostki i słownictwo związane z kawą i herbatą
Francja: Madou en France - Kawa czy herbata, czyli zwyczaje śniadaniowe (i nie tylko) Francuzów; Moja Alzacja - Francuzi robią dobrą kawę, czyli Oh My Goodness café w Strasbourgu; Francuskie i inne notatki Niki - Francuska kawa, czyli kawa we Francji
Gruzja: Gruzja okiem nieobiektywnym - Kawa czy herbata, czyli co pić w Gruzji
Hiszpania: Hiszpański na luzie - Trzy kawowe napoje z Walencji
Kazachstan: Enesaj.pl - Historia herbaty w Kazachstanie
Kirgistan: Kirgiski.pl - Kirgiskie picie herbaty
Niemcy: Nauka Niemieckiego w Domu : Kawa czy herbata w Niemczech; Niemiecka Sofa - Kawa czy herbata? - garść ciekawych idiomów
Rosja: Blog o tłumaczeniach i języku rosyjskim - Herbata w literaturze rosyjskiej
Turcja: Turcja okiem nieobiektywnym - Kawa prawdę Ci powie
Tanzania/Kenia: Suahili online - Chai masala
Wielka Brytania: Angielska Herbata - Angielska herbata: historia obsesji i instrukcja picia; Angielski C2 - Wynalazek polskiego chemika a rozpustne five o’clock; English with Ann - Wariacje na temat kawy; English tea time
Jeśli też piszecie blogi kulturowe bądź językowe i chcielibyście dołączyć do naszej akcji, piszcie: blogi.jezykowe1@gmail.com

2016-06-23

Srebro ludu Miao 苗銀

Z dawien dawna lud Miao słynie z czterech rzeczy: klanowości, szamanów, flirciarskiego rytuału noworocznego pov pob oraz ze srebra. Pamiętacie słynną krasnoludzką piosenkę o złocie? Miao zaśpiewaliby taką samą, ale o srebrze. Wszystkie tradycyjne ozdoby Miao wykonywane były z tego materiału; dziś niestety często nie czystego, a zmieszanego z brązem. Nadal są piękne - bo też ręcznie zdobiona biżuteria zawsze cieszy oko - ale uczciwy jubiler by tych ozdób nie nazwał srebrnymi... Mamy więc piękne diademy, naszyjniki, spinki do włosów, pierścienie, kolczyki itd., ale oprócz tego i zwykłe przedmioty użytkowe - np. srebrne komplety zastawy stołowej. Miao, jak zresztą wiele innych ludów, wierzyli, że srebro strzeże od zła - ponoć pierwsze srebrne artefakty tego ludu powstały jako szamańskie narzędzia; drugie w kolejności były bogate i ciężkie naszyjniki, które, noszone przez panią domu, miały zapewnić domostwu spokój.
Jeśli chodzi o biżuterię, u kobiet Miao istnieją trzy zasady:
1)im większa, tym lepsza - żadnych skromnych, cieniuśkich łańcuszków! Ma być duża!
2)im cięższa, tym lepsza - gdy dziewczę Miao przebija sobie uszy, powinno to robić pogrzebaczem, a nie igiełką, żeby olbrzymie kolczyki się zmieściły. Najcięższe z ichnich kolczyków potrafią ważyć nawet dwadzieścia deko! Wyobraźcie więc sobie, ile potrafi ważyć cały strój... Nie potraficie sobie wyobrazić? Ja też nie umiałam. Bo może ważyć nawet dziesięć kilo. Biorąc to pod uwagę, nie dziwię się masowości aluminiowych podróbek...
3)im więcej, tym lepiej - nie jedna bogata ozdoba, która przysporzy Ci piękna, ale nie porazi oczu. Dziesięć kilo srebra - po trzy grubaśne naszyjniki, wielgachne diademy, pierścienie, kolczyki, pasy... Kiedy już wszystko na sobie uniesiesz, będziesz się skrzyć jak komplet garnków Zeptera.
Nosiłybyście, drogie Czytelniczki? Mnie chyba jednak trochę za bardzo przeszkadza ciężar...

2016-06-21

撒尼族刺绣 sanijskie ręczne hafty

O ludzie Sani już wspominałam. Przede wszystkim przy okazji legendy o Ashimie, bodaj najsłynniejszej sanijskiej piękności, ale też opisując Sani zamieszkałych w Puzhehei. Pokazałam Wam wówczas trochę ich strojów, dziś jednak będzie o tradycyjnym sanijskim hafcie.
Wróćmy do Ashimy. Pamiętacie może, że pochodziła z wioski Azhudi, położonej niedaleko Kamiennego Lasu. Wioska o takiej nazwie istnieje i na współczesnej mapie Yunnanu (choć ile ma wspólnego z tą legendarną, trudno dociekać). Mieszkają tu Sani, uważający się za spadkobierców Ashimy. Pędzą yijską wódkę, robią yijskie placki gryczane, jadają tutejszy rubing i zawzięcie haftują. Do tradycyjnych zajęć sanijskich kobiet należy bowiem uprawa lnu, jego przędzenie i tkanie, a później właściwe ozdobienie. A właściwe znaczy - tak jak to robiły i babki i babki ich babek. Haftowały ubrania, turbany, pasy, apaszki, buty, ubranka dziecięce, obrusy, zasłony, portfele, sakiewki, a nawet parasole! Haft skrzy kolorami i zadziwia wzorami, bardziej zbliżonymi do buddyjskich mandali czy planów kanalizacji miejskiej niż do wizerunków flory i fauny, tak popularnych u innych Yi.
Piękne sanijskie hafty trafiły na listę chińskiego dziedzictwa niematerialnego w 2008 roku.

2016-06-18

srebrne uszy 銀耳

Jedliście kiedyś srebrne uszy? Nie pytajcie czyje. Srebrne uszy (銀耳), śnieżne uszy (雪耳) albo po prostu białe uszaki bzowe (白木耳) to grzyby zwane po łacinie Tremella fuciformis, a po polsku trzęsakami morszczynowatymi. Wolę nazwę tremella niż jakiegoś trzęsaka, a Wy? Ma otóż tremella zdumiewające zastosowanie kulinarne. Dlaczego zdumiewające? Ponieważ te biało-przezroczyste grzyby, które przed spożyciem trzeba solidnie namoczyć, przyrządza się tradycyjnie... na słodko. Fakt, one same są lekko słodkawe, a konsystencję mają lekko galaretowatą, ale gdy pierwszy raz podano mi słodką zupę z tych właśnie srebrnych uszu, byłam w ciężkim szoku.
Chińczycy cenią sobie tremellę, bo jest zdrowa - poprawia krążenie, wzmacnia organizm, leczy płuca i układ oddechowy, a dzięki galaretowatości ponoć pomaga na stawy i ścięgna. W dodatku jest świetna na cerę i dlatego znajduje się w menu wszystkich ślicznotek; jest zresztą dodawana do wielu kosmetyków azjatyckich. Mawia się, że bogacze jadają jaskółcze gniazda, a biedacy - srebrne uszy. Właściwości podobne, a różnica w cenie porażająca. Po to, żeby spotęgować działanie, często się łączy wersję dla bogatych z wersją dla biednych - napój powstały z wymieszania gniazd z uszami można znaleźć w sprzedaży w większości państw azjatyckich.
Do najsłynniejszych dań srebrnousznych należą dania kantońskie: kleikozupa ze srebrnych uszu z nasionami lotosu (銀耳蓮子羹), słodka zupa ze srebrnych uszu ze śnieżnymi gruszkami (銀耳雪梨糖水), słodka zupa "sześciu smaków" 六味糖 oraz (!niesłodka!) zupa z chudej wieprzowiny i srebrnych uszu (銀耳煲瘦肉湯).
Kiedy ja przyrządzam srebrne uszy, robię kleikozupę geng 羹, ale co wkładam do środka, poza grzybami oczywista, zależy w stu procentach od przypadku - to znaczy od aktualnej zawartości moich kuchennych szafek. Najczęściej jednak wygląda tak:

Składniki:
  • garść srebrnych uszu
  • garść suszonych głożyn, odpestkowanych
  • garsteczka suszonych jagód goji
  • parę kostek kamiennego cukru
  • woda

Wykonanie:
  1. Srebrne uszy oczyścić i odciąć twarde "korzenie".
  2. Wszystkie składniki wsadzić do garnka i zalać wodą. Ja wolę, gdy konsystencja kleiku jest bardziej zwarta, więc wody wlewam tylko tyle, by przykryła wszystkie składniki, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by zrobić bardziej zupę i dodać więcej wody.
  3. Zagotować, a później gotować na małym ogniu około kwadrans.
  4. Można spożywać i na ciepło, i na zimno - ja wolę na zimno :)

Kleik jest pyszny! Zdjęcia dwa - przed i po ugotowaniu :)

A teraz dwie ciekawostki. Pierwsza - z polskiej wikipedii, na temat trzęsaków ogólnie, nie akurat na temat naszego trzęsaka morszczynowatego, ale i tak... "Trzęsaki są nieszkodliwe, jednak uważane są za niejadalne. Nie odznaczają się żadnym smakiem ani zapachem, poza tym ich galaretowata konsystencja nie zachęca do konsumpcji". A przecież Chińczycy właśnie przez tę konsystencję najbardziej trzęsaki kochają!

Druga ciekawostka jest chyba jeszcze lepsza. Otóż - jak wspominałam, po chińsku srebrne uszy nazywają się również "białymi uszakami bzowymi". Uszaki bzowe to też grzyby jadalne - te takie lekko gumowate, brązowe bądź czarne grzyby, które w polskich sklepach występują raczej w postaci suszonej. Faktycznie, i sposób uprawy, i konsystencja jest podobna, ale jednak - są to całkiem różne gatunki...

2016-06-16

Nefrytowy Feniks

Za czasów, gdy już właściwie się przeprowadziłam do Zwykłej Belki, w moim pokoju w akademiku zamieszkała nielegalnie Nefrytowy Feniks. Rozpoczęła już pracę na uniwerku w Anningu, ale nie dostała zakwaterowania, więc trochę jej się paliło pod nogami. Z kolei ja miałam akademik zagwarantowany do połowy lipca i nic mi nie szkodziło się nim podzielić, zwłaszcza, że w zasadzie już tam nie mieszkałam. Zapamiętałam Nefrytowy Feniks jako jedną z najpogodniejszych Wietnamek, z jakimi się w ogóle w życiu zetknęłam; wbrew wszystkiemu i wszystkim poszła na studia, przyjechała do Chin, a żeby nie wracać na wieś do ojca i brata, z którymi niedobrze żyła, znalazła tu pracę i była bardzo zdeterminowana, żeby sobie poradzić.
Gdy wyprowadziła się z akademika, miałyśmy sporadyczny kontakt, ale jakiś czas później jej telefon przestał być aktualny. Pewnie zgubiła albo zmieniła numer - i nasz kontakt umarł śmiercią naturalną.
Ostatnio jednak okazało się, że Trawiasta Odwaga ma namiary na nas obie. Spotkałyśmy się więc po paru latach, by odkryć, że sporo się w naszych życiach pozmieniało. U mnie - sami wiecie. Nefrytowy Feniks - nadal pracuje w Anningu. W dodatku - poznała tam swojego męża. Mąż to Chińczyk z Shandongu. Gdy tylko usłyszałam, skąd jest, zrozumiałam, dlaczego wesoła dawniej dziewczyna zmieniła się w wyciszoną i raczej sarkastyczną Żonę. Opowieść Feniksa tylko mnie utwierdziła w tym przekonaniu.
Poznaliśmy się na uniwersytecie. Nauczyciel akademicki - wiesz, potrafił się zachować. Pojechał raz ze mną do Wietnamu, podobało mu się nawet. Ja też pojechałam z nim do Jego rodziców. I wiesz co - już tam nigdy nie pojadę. Oni we trójkę rozmawiali cały czas w swoim dialekcie, nic nie rozumiałam. W ogóle nie jedli ryżu - jak nie makaron, to pierożki, jak nie pierożki, to mantou. Raz przyrządziłam kolację po mojemu, to świekra powiedziała, że powinnam przestać pracować, zostać w domu i nauczyć się gotować. Ta, pewnie! Powinnam być całodobową służbą dla jej syna, co? Oczywiście gdy jesteśmy w Kunmingu, gotuję po wietnamsku. On zje wszystko - zresztą, nie ma wyboru. Sam gotować nie umie, więc je, co dostaje do miski. Zresztą - mogę gotować, lubię gotować. On dużo pracuje, późno wraca, a ja mam lekcje tylko wieczorami. Całymi dniami jestem wolna i chętnie wszystko robię. Ale - nie będę tak żyć zawsze! Zamierzam zostać w Yunnanie jeszcze jakieś trzy czy cztery lata, a później - wracam do Wietnamu.
Pytam, czy mąż zna wietnamski i czy pojedzie za nią, czy go rodzice puszczą. Nefrytowy Feniks patrzy na mnie z nieobecnym uśmiechem i mówi:
on Wietnam nawet polubił, więc może przyjedzie. Zresztą - on wie, że będę chciała wrócić do kraju. Albo pojedzie ze mną, albo...
Dawno nie widziałam jej taką stanowczą. Ciekawam, jak się dalej potoczą losy tego małżeństwa, w którym różnice kulturowe biją po oczach dużo bardziej niż w wypadku ZB i moim...

2016-06-14

Biała ceramika z Yiliang 宜良白陶

Yiliang to miasteczko niedaleko Kunmingu (niecałe 60 kilometrów). Wspominałam o nim przy okazji wizyty w pobliskich jaskiniach Dziewięćwsi, a także przy okazji pieczonych tadorn, które zakwalifikowałam do tuzina najciekawszych potraw Yunnanu. Jednak Yiliang pochwalić się może nie tylko pysznym żarciem, ładnymi jaskiniami i wspaniałą pogodą. Dla tubylców w podstawowych skojarzeniach związanych z Yiliang mieścić się będą i dzieła sztuki - drewnianej (pięknie tu rzeźbią), bambusowej (śliczne plecionki), a także ceramicznej, której choć mały fragment Wam dziś pokażę.
W części powiatu Yiliang zwanej Końska Ulica (马街) znajduje się wioska Na Piecu (窑上). Już sama nazwa kojarzy nam się bezbłędnie z fachem, który tu kwitnie od wieków. Parędziesiąt lat temu wydawało się, że artyści wymrą, nie zostawiwszy następców (wszyscy znamy brak poszanowania komunistów dla rękodzieła i sztuki wysokiej); całe szczęście w nowym pokoleniu znaleźli się wielbiciele i kontynuatorzy - bracia Liu Minghong i Liu Mingfu, którzy zamiast zrobić z dawnych zakładów ceramicznych wielkie przedsiębiorstwa, śladami przodków tworzą ręcznie małe arcydzieła: wazony, talerze, donice, ceramiczne opakowania na herbatę, oprawy pędzli, maski, drobną biżuterię, a nawet popielniczki. Wszystko powstaje z tutejszej gliny - to właśnie ona zapewnia ceramice piękny kolor, wahający się między bielą a ecru; z daleka łatwo pomylić tę ceramikę z porcelaną, choć oczywiście przy pierwszym dotknięciu łatwo poznać różnicę. To głównie dzięki naszym braciom udało się w 2005 roku przeforsować umieszczenie ceramiki z Yiliang na liście niematerialnego dziedzictwa Kunmingu.

2016-06-11

Oliwnik wijący 羊奶果

Na kunmińskich targach można na wiosnę spotkać owocki, które wyglądają trochę podobnie do podłużnych pomidorków koktajlowych. Nazywają się "owocami owczego mleka" 羊奶果, są kwaśne jak sto pięćdziesiąt i je kocham.
Można je jeść ze skórką, na surowo. Można zalać chłodną wodą i zrobić oliwnikiadę, można zrobić sok, konfiturę, kandyzować, albo, yunnańskim zwyczajem, podać w sałatce, doprawione solą i chilli. Na targ nie trafiają za to inne części rośliny, takie jak korzenie czy liście, które od wieków stanowią cenny surowiec zielarski - pomagają na przeziębienia, ból gardła, kaszel a nawet zapalenie oskrzeli i astmę, a także łagodzą swędzenie ran. Najnowsze badania pokazują, że w oliwniku masa również antyoksydantów i innych zdrowych rzeczy, o witaminie C nawet nie wspominając.
Niestety, w Polsce z oliwników zdecydowanie popularniejszy jest oliwnik wąskolistny, którego owoce nie są ponoć szczególnie smakowite. U nas jest uprawiany głównie jako drzewko ozdobne i nikt go nie traktuje jak źródła pożywienia. Mamy za to dość bliskiego kuzyna oliwników, czyli rokitnik zwyczajny. Można założyć, że z medyczno-kulinarnego punktu widzenia te dwa owoce są dość podobne - a naprawdę ciężko znaleźć lepsze źródło witamin i nienasyconych kwasów tłuszczowych. Jeśli więc traficie kiedyś na drzewka oliwnika bądź rokitnika - nie wahajcie się kupić. Nie dość, że ładny, to jeszcze owocki zdrowe!

2016-06-09

spacer po targu

Będzie trochę długi. Jak wszystkie moje po targu spacery ;)
Zaczynamy od słodyczy. Na pierwszym planie, od lewej: biszkopt, ciasteczka nadziewane różą i krakersy. Z tyłu warkocze mahua.
Później stragan z owocami, a konkretnie - z moją ukochaną smaczeliną. Właśnie trwa sezon!
Zaczął się też sezon na grzyby. Niestety, na razie okropnie drogie - sprzedają na liangi czyli na dekagramy, a nie na kilogramy...
Dochodzimy do sklepu z wyrobami mięsnymi. Ugotowane w marynacie ozorki, łapki, jelita i inne wątróbki. Żadnego "prawdziwego" mięsa.
Dalej dzongdzyki mniejszości Buyi - no tak, dziś przecież Święto Smoczych Łodzi! Wszystkiego najlepszego!
Czas na przyprawy i inne dodatki. W wielkich misach znajdziemy pasty chilli, marynowane cebulki, lufu/sufu...
A naprzeciwko - nowopostawiony stragan z pekińskim pieczywem - chrupiące i pachnące drożdżowe placuszki, na słodko (z sezamem) albo słono (z cebulką). Niestety, słowa "pieczywo" użyłam cokolwiek na wyrost; jest to raczej "smażywo", ociekające tłuszczem...
Dalej stragan z papajową wodą. Uff, w sam raz na te upały...
O, wróciła pani ze słodkim bambusem! Znów będzie można zjeść.... hmmm... surówkę po japońsku ;)
Lubicie cukier w kostkach? Ja - uwielbiam. Zwłaszcza jeśli kostki są wielkości średniej cegły, a cukier jest trzcinowy, brązowy.
Jak najlepiej zareklamować drożdżowe bułeczki mantou? Oczywiście tym, że są z Shandongu, słynącego z produktów mącznych.
Tuż obok - ryż "ośmiu skarbów". Czyli ryż kleisty, najlepiej pół na pół biały z fioletowym, z rozmaitymi słodkimi dodatkami.
Stragan z drobiem. Pani już wybrała, chwyciła apetyczną tuszkę za kurzą stopkę i podała straganiarzowi. Straganiarz ją zważy, umyje, a potem zapyta, czy posiekać i na jakie kawałki. Zazwyczaj wszyscy proszą o posiekanie, bo straganiarze mają wielgachne tasaki i sporo krzepy, potrzebnej do posiekania kurczaka wraz z kośćmi... Kolejne pytanie będzie dotyczyło przyprawienia - można poprosić o natarcie kurczaka solą i dodanie paru kawałków imbiru.
W kolejnym sklepiku można kupić makarony, świeże i suszone, a także "skórki" do pierogów - czyli ciasto, już rozwałkowane, poszklankowane i gotowe do załadowania farszu. A obok - stragan z tofu. Miękkie, twarde, świeże, sfermentowane, do wyboru, do koloru.

Znów kurczak. Tym razem poporcjowany. Można kupić same piersi albo same nóżki, nie zawsze trzeba całego, siekanego razem z budą...

Na kolejnym straganie - szarłat. To, co u nas uchodzi za chwast, jest pysznym warzywem.

Kolejna buda wyładowana jest korzeniem 3-7.
Następny stragan składa się nie tylko z tacy, ale i z kuchni polowej. Sprzedaje się tu świeżo smażone jelita wieprzowe.

Mój ulubiony straganik czosnkowo-imbirowy! Parę gatunków czosnku, w tym ten jednoząbkowy, parę gatunków imbiru, starego i świeżego, doskonałego do przyrządzenia imbiru w zalewie octowej.
Świeżuteńki korzeń złamanego ucha:
I buda z towarem sypkim. Czego tu nie ma! Orzechy, fistaszki, różne fasolowato-grochowate, ryże, pestki dyni i moja ukochana łzawnica ogrodowa...
I znów przekąska na szybko - kurczak w panierce. Oczywiście nie tylko piersi czy nóżki, ale rozmaite inne kawałki, smażone w głębokim tłuszczu.
Kukurydza. Nie ta nudna, żółta, a yunnańska, biała i w smaku oraz konsystencji zupełnie inna.
Znów owoce. Liczi i czereśnie, te drugie za jedyne 30 złotych za kilogram! Wiem, że drogo, ale zdarzało mi się widzieć takie po ponad stówę za kilogram. I ludzie to kupowali...
Kolejne towary sypkie, tym razem oprócz fasolek i słonecznika możemy dostać różne mąki.
No i łosoś. Nie wygląda na zdeformowanego, jak w europejskich hodowlach. Pod łososiami wiadra na żółwie i kraby.
To oczywiście mały wycinek, ale pokazuje dość dobrze, czym się zachwycam. Jak Wam się podoba?