blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2016-05-14

marakuja 百香果

Choć od przeciętnego Chińczyka można się wiele nauczyć, jeśli chodzi o kupowanie owoców i warzyw, istnieją oczywiście takie produkty, które są dla nich kompletną tajemnicą. Zazwyczaj chodzi o towary importowane, z którymi stykają się rzadko, a prawie nigdy nie kupują ich po prostu po to, żeby spróbować. Postępują więc dokładnie odwrotnie niż moje małe moi, które jak widzi coś nietypowego, od razu musi to kupić, spróbować, wyszukać przepisy itd.
Marakuję poznałam dość dawno temu, bo już podczas pierwszego pobytu na Tajwanie. Był to jeden z owoców nagminnie pojawiających się w steakhouse'ach, więc wiedziałam i jak się nazywa, i jak się to je. A potem nastąpiło wiele lat tęsknoty, bo w Polsce podówczas marakui nie można było nigdzie kupić. Niestety, przyjazd do Kunmingu niewiele zmienił. Nie ta strefa klimatyczna po prostu. Marakui jak na lekarstwo. Jeśli już się sporadycznie pojawiała, to za kwoty, na widok których przecierałam oczy ze zdumienia. Od czasu do czasu pozwalam sobie na taki luksus, ale na co dzień na pewno nie.
Ostatnio stał się cud: pani sprzedająca tropikalne pyszności - od limonek i niedojrzałych mango na sałatkę poczynając, na marakujach kończąc - obok regularnych kontenerów postawiła płytę z trzema kupkami marakuj. Pytam, po ile, a ona, że pięć yuanów (ok. 3 zł) za kupkę. Jedna kupka liczyła sobie dziewięć owoców. Pytam, dlaczego tak tanio. Ona patrzy na mnie z porozumiewawczym uśmiechem i mówi - skórki są brzydkie, więc Chińczycy nie kupują...
No tak. Skąd mają wiedzieć, że te z pomarszczonymi skórkami są już doskonale dojrzałe i najpyszniejsze pod słońcem?...
Wylądowałam więc z siatką wspaniałych, słodko-kwaśnych marakuj. Parę zostawiłam na koktajle (łyżeczka miodu, połówka marakui i pół litra chłodnej wody, mniam!),
a z reszty postanowiłam przyrządzić całkiem niechiński deser - brazylijski mus marakujowy.

Składniki:
  • 6-7 marakuj
  • puszka mleka skondensowanego słodzonego
  • opakowanie śmietanki - do ubicia

Wykonanie:
  1. Marakuje poprzekrawać i wydrążyć; jeśli trzeba, opłukać odrobiną wody wnętrze, żeby wydobyć cały miąższ. Teoretycznie powinno się odcedzić pestki, ale ja pestki lubię, więc ten krok pominęłam.
  2. Domieszać skondensowane mleko.
  3. Ubić śmietanę; dodać 1/3 do mleka wymieszanego z pulpą marakujową, a później szybko domieszać resztę, aż do uzyskania jednolitej konsystencji i koloru.
  4. Schładzać przynajmniej godzinę.

A na deser - suchar:
W owocowym teatrze występują:
Owoc pierwszy:
- Jestem kiwi. Co każdego ożywi.
Owoc drugi:
- Jestem cytryna. Lubi mnie rodzina.
Owoc trzeci:
- Jestem marakuja. Nie wiem, co powiedzieć.

2 komentarze:

  1. Kupuję wyłącznie takie pomarszczone, bo wtedy są w tesco przecenione.

    OdpowiedzUsuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.