blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2016-01-21

tajtaje

Półtora roku temu koleżanka z badmintona zapytała, czy nie zechciałabym dawać jej lekcji angielskiego. Poziom zupełnie absolutnie podstawowy, angielski konwersacyjny, wystarczający do tego, żeby zrozumieć obsługę lotniska albo sprzedawcę w sklepie. Zgodziłam się. Zapytała o stawkę. Podałam dwa razy niższą niż zazwyczaj - w końcu koleżanka z badmintona - a ona się ucieszyła, że tak tanio.
Po trzech lekcjach okazało się, że jej koleżanka chciałaby do nas dołączyć. Dołączyła; nawet nie zapytały, czy przypadkiem stawka nie powinna wzrosnąć. Przyjęłam tę obcą, stwierdziłam, że parę yuanów w tę czy wewtę nie zrobi mi dużej różnicy, a zajęcia konwersacyjne będą przyjemniejsze we trójkę. Uczyłam więc już nie za połowę kwoty, a za jedną czwartą - bo po prostu podzieliły się tą moją niewygórowaną stawką. 
Niedawno okazało się, że kolejne dwie koleżanki tej pierwszej chciałyby się uczyć. O stawkę nie pytały, po prostu na pierwsze zajęcia przyniosły kwotę równą tej mojej pierwszej obniżonej po znajomości stawce. Czyli teraz za jedną czwartą ceny mam uczyć nie tylko znajomych, ale również zupełnie obcych ludzi?... 
OK, machnęłam ręką. Nie zależy mi aż tak; trochę mi tylko niekomfortowo, że nikt mnie nawet nie zapyta, jaka jest moja pierwotna stawka. 
Podczas ostatnich zajęć tej nowej dwójki weszła do sali nieznana mi kobieta. Usiadła, wyjęła podręcznik. Jedna z nowych uczennic zapytała, czy koleżanka mogłaby posłuchać. No pewnie, posłuchać może. Chyba jej się spodobało, bo po zajęciach spytały, czy mogłaby dołączyć do grupy. No pewnie, że by mogła, dla mnie to niewielka różnica czy dwie studentki, czy trzy. Powiedziałam, że z zapłatą się nie spieszy. Odpowiedzią były zszokowane oczęta: przyjęły za pewnik, że cena za godzinę zostanie ta sama, czyli że teraz będą płacić nie jedną czwartą mojej stawki od osoby, a jedną szóstą  - ta kwota nie starczyłaby nawet na porządną kawę z ciastkiem, a co dopiero na lekcję angielskiego.
Wiecie, co mnie drażni najbardziej? Nie to, że przyjmują, że nie muszę zarabiać, bo znajoma znajomej. Nie to, że nawet nie zapytają. Nie to, że je szokuje, jak się dopomnę o chociaż ułamek swojego. Najbardziej mnie wpiernicza, jak przyjeżdżają do mnie na lekcje ze swych luksusowych apartamentów/domków na przedmieściu wypaśnymi SUVami, w kieckach, które kosztują dwa razy więcej niż mój miesięczny zarobek, zaś po lekcji idą do knajpy, w której jednoosobowy posiłek kosztuje dwa razy więcej niż godzinna lekcja ze mną a uważają za naturalne, że ja je będę uczyć prawie za darmo.
Uff. Ponarzekałam sobie. Czasami muszę. Ale za chwilę o tym zapomnę i będę się cieszyć tym, że po półtora roku nauki doskonale rozumieją różnicę między "how are you?" a "how have you been?" i że lekcje mijają nam w miłej, bezstresowej, przyjaznej atmosferze. To też jest coś warte. Dlatego mimo wszystko nie tupię nóżką i nie żądam normalnej stawki.

PS. Ta ostatnia zdecydowała, że w takim razie ona jednak nie będzie przychodzić...

16 komentarzy:

  1. Niestety zupelnie nie moge sie z Toba zgodzic.
    Takie zachowanie obniza stawki dla wszystkich nauczycieli.
    Czy naprawde nie masz szacunku dla swojego czasu i tak nisko cenisz wlasna wiedze?
    Twoja decyzja, ale takim zachowaniem robisz niedzwiedzia przysluge tym, ktorzy traktuja nauczanie jezykow obcych jako profesje i ktorzy w ten sposob zarabiaja na zycie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgodziłabym się z Tobą w zupełności, gdyby nie to, że ja nie jestem nauczycielką angielskiego. Nie jestem po temu wykształcona, nie jestem nativem, a angielski znam wprawdzie na poziomie wystarczającym, by uczyć dzieci piosenek o kotkach, a dorosłych - porozumiewania się na najprostsze tematy, ale absolutnie nie jestem konkurencją dla żadnego człowieka, którego pochodzenie bądź wykształcenie predystynuje do kariery nauczyciela angielskiego. Ja się tym zajmuję z przypadku i hobbystycznie, mając świadomość własnych niedostatków.

      Usuń
    2. Alex to ze nie jestes zawodowcem nie ma tu najmniejszego znaczenia. Chodzi o zasade sama w sobie.

      Jesli sama nie cenisz swoich uslug, to inni tez nie beda. Tylko, ze w kwestiach nauczania angielskiego w Azji, ma to tez wplyw na innych. I w rezultacie zaniza stawki dla kazdego.

      Ale rob jak uwazasz. A te panie musza miec niezly ubaw, ze taka niekumata frajerke udalo im sie zlapac.

      Moge tez Ci powiedziec z wlasnego doswiadczenia, ze taka postawa nie wyjdzie Ci w przyszlosci na dobre, bo reputacje naiwnej frajerki juz sobie wyrabiasz.

      Tez kiedys bylam w takiej sytuacji i tez sie kiedys gorliwie usprawiedliwialam.

      Dopiero jak zdobylam kwalifikacje (ktore w Azji i tak malo znacza, bo to przeciez nasza cudzoziemskosc jest wyznacznikiem tego czy nadajemy sie do nauczania jezyka, a nie przygotowanie zawodowe), ze zrozumialam jak bardzo krzywdzace bylo moje poprzednie postepowanie.

      Usuń
    3. Jeśli ludzie dzielą się na wyzyskiwaczy i frajerów, to wolę być frajerką. Przynajmniej mam czyste sumienie. A jeśli dzięki mnie potanieją usługi niewykwalifikowanych i niekompetentnych nauczycieli, to tym lepiej. Bo jakoś sądzę, że tym wykwalifikowanym i kompetentnym nie bardzo zaszkodzę.

      Usuń
    4. Oj zaszkodza, zaszkodza. Sama zobaczysz za jakies 20 lat. Japonia juz to przerabiala i teraz wykwalifikowani nauczycieli cierpia, bo szkoly wola zatrudniac tych niewykwalifikowanych za grosze.

      Chiny sa dopiero na poczatku tej sciezki.
      Pozostaje wiec mi tylko zyczyc Tobie, abys nigdy nie znalazla sie w sytuacji, kiedy musisz polegac na nauczaniu angielskiego, aby utrzymac dom i rodzine.

      Usuń
    5. dobra szkoła zawsze zatrudni wykwalifikowanego nauczyciela i będzie mu płacić wystarczająco dobrze, żeby został. Zła szkoła będzie zawsze zatrudniać tych najtańszych i niekompetentnych. Sądzę, że ze mną personalnie ma to raczej mało wspólnego, ponieważ moja stawka dla szkół, obcych ludzi i kursów w małych szkółkach jest stała i wystarczająco wysoka. Tylko ze stawką dla znajomych mam problem, bo "przyjaciele przyjaciół są moimi przyjaciółmi", a skoro to i tak hobbystycznie...

      Usuń
  2. Anonimowy21/1/16 18:08

    Szanowna autorko, wygląda na to, że zostałaś kolejnym ,,laowaiem, który chciał dobrze, a dał sobie wejść na głowę".
    Podejrzewam, że gdyby to te panie miały się o coś upomnieć, to by nie spoczęły, wydzwaniały godzinami, przyłaziły czy molestowały na wechacie. Poza tym piszesz, że nie masz kwalifikacji: wielu nauczycieli angielskiego w ChRL, w tym native speakerów też ich nie ma, a mimo to koszą konkretne pieniądze za lekcje:P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, że inni nie mając kwalifikacji koszą bardzo konkretne pieniądze, nie wpływa na mnie motywująco; dziwię im się, bo mnie by nie do końca uczciwie zarobione pieniądze kością w gardle stanęły...

      Usuń
  3. Asertywność, odpowiedź na Twoje pytania. W ten sposób krzywdzisz samą siebie. Lec napisał: 'strzeżmy się pierwszych odruchów, przeważnie bywają szlachetne'

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :D Lec był geniuszem :D Ale o ile bardzo dobrze wychodzi mi asertywność wobec obcych, a całkiem dobrze wobec znajomych, jeśli tylko jestem w danym temacie pewna siebie, o tyle ciężko mi się zdobyć na stanowczość, kiedy stąpam po grząskim gruncie ;)

      Usuń
  4. Jesteś za dobra i robisz krecią robotę innym osobom, które udzielają lekcji, bo przyzwyczajasz rozpasanych bogatych uczniów, że mogą płacić głodowe stawki za ciężką pracę. Stawki ustaliłabym już na etapie pierwszej koleżanki Twojej znajomej, tym bardziej, że to nie są osoby ubogie a głodne wiedzy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko, że - jak wspomniałam parę komentarzy wcześniej - ja nie jestem zawodowcem. A pracy też nie uznaję za ciężką. Oczywiście, mam nauczkę, że stawki trzeba wyjaśniać od razu, tyle że... umiem walczyć o swoje tylko jeśli jestem głęboko wewnętrznie przekonana, że mi się należy. A że nie czuję się nauczycielem angielskiego, to mam mało przekonania do walki...

      Usuń
  5. Ech..., najważniejsze, żeby się dobrze czuć ze swoim sumieniem! Gdybyś podała wyższą stawkę, to wyrzuty sumienia by Cię pewnie zjadły! A teraz wiesz, że dajesz radę, oraz że trzeba jasno wyznaczać granice (mówiąc wyraźnie: dla Ciebie po znajomości / bo fajnie mi się z Tobą gra / bo dajesz mi wygrywać w badmingtona ;) tyle a tyle, ale jeżeli ktoś jeszcze chciałby się dołączyć, to stawka ulega zmianie).
    Uczymy się przez całe życie, a w tej jego dorosłej części najczęściej ponosząc konsekwencje własnych decyzji.
    Teraz już chyba nie dasz rady zmienić tego w swojej obecnej grupie, więc baw się wyciągając to, co najlepsze, czyli różne "smaczki", którymi potem tak rewelacyjnie dzielisz się na blogu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otóż to! Doskonale zrozumiałeś moje intencje i mój sposób myślenia. Mam nauczkę, oczywiście. I wiem, jak postąpić następnym razem. Ale jednocześnie mam uczennice, które po akcji z "tą nową" zrozumiały, że mają mi być za co wdzięczne. Więc jest do przodu :)

      Usuń
  6. Wiesz Tajfunie - ciekawie ten post wygląda w kontekscie tego sprzed kilku dni, gdzie żaliłaś się na zaniżanie stawk za tłumaczenia, przez studentów drugiego roku sinologii itp - którzy też przecież nie są zawodowcami, i robią to nieomal hobbystycznie.

    Wiadomo, Twój portfel, Twoje tajtaje, Twoja sprawa - i nie piszę tego żeby Cię krytykować, tylko tak mi się nasunęła analogia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, jest analogia! Chociaż nie ta, o której myślisz. Ja się w ogóle nie żalę na wysokość stawek. Ani jeśli student podaje niską, bo ma niskie kompetencje, ani jeśli anglista podaje wysoką, bo ma wysokie kompetencje. Ja się żalę na to, że bez względu na to, czy podaję (tym razem ze względu na swoje kompetencje) stawkę wysoką czy niską, to znajomi (i tylko oni, bo obcy jakoś rozumieją wyrażenie "moja stawka" i nie dyskutują) zazwyczaj i tak próbują się wycwanić, a mnie okiwać. Co zdumiewa mnie z trzech powodów. Po pierwsze jeśli kogoś stać na wszystko, a próbuje przyoszczędzić kwoty, które są dlań bez znaczenia. Po drugie: ponieważ nie uważają, że drugiej osobie należy się elementarny szacunek. Po trzecie: dlatego, że mnie po prostu nie wpada do głowy, że miałabym komuś na przykład zapłacić dwa razy mniej za wykonaną pracę.

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.