blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-12-28

Podróbki

Była więc polska tradycyjna Wigilia w samym sercu Kunmingu. I Święta też były dość tradycyjne - znaczy obżarstwo i lenistwo.
Całkiem po polsku, ale pełne podróbek.
Były uszka. Wprawdzie z chińskim ciastem, ale za to farsz polski, grzybowy.
No, prawie polski - bo zamiast prawdziwków wykorzystałam jedyne dostępne w tym czasie suszone borowiki żółte - boletus auripes. Od prawdziwków różnią się głównie tym, że mają żółte nóżki. Smak wystarczająco podobny, żeby było ok.Wsadzone do prawdziwego barszczu.
Buraki kupiłam przez internet, bo w Kunmingu nie ma. Uprawia się je za to pod Szanghajem i za bardzo niewielkie pieniądze dystrybuuje po całych Chinach.
I pierogi były. Dwa rodzaje. Z kapustą, cebulą i grzybami oraz ruskie.
Właściwie całkiem tradycyjne. Tyle, że kapustę sama ukisiłam w moim cudownym tanzi,
cebula była czerwona (zwykłej nie ma u nas w sprzedaży), a grzyby - jak już wspominałam. Z ruskimi nie lepiej. Jedyna zachowana bez zmian część to ziemniaki. Bowiem ani cebula (czerwona, jak już wspominałam), ani ser (oczywiście nasz kozi, yunnański - rubing) nie były ani trochę podobne. No ale przyprawiłam tak, że robiły za niezłą podróbkę. Oczywiście, ciasto też chińskie, gotowiec kupiony na targu. Duże ułatwienie życia, bo smak przecież podobny. Co ciekawe, w Chinach inne ciasto jest do uszek - 餛飩皮, a inne do pierogów - 餃子皮. Wydaje mi się, że różnica polega na jajku i gorącej/zimnej wodzie w cieście, ale pewna nie jestem.
Oczywiście były ryby. Od karpia zachowaj, ościste to-to i niedobre. Zwłaszcza w porównaniu z sajrą, moją ukochaną morską rybą. Która upieczona nadaje się do jedzenia w całości, wraz z ośćmi i łbem (rarytas dla ZB). Była też ryba w galarecie - ale nie w naszej, a w takiej, która się zrobiła z czerwonego sosu na bazie imbiru, czosnku, cebuli i sosu sojowego.
Zamiast trzeciej ryby - meduza. W sałatce, na zimno.
W cieście drożdżowym zamiast kandyzowanej skórki pomarańczy kandyzowany cytron. Akurat miałam pod ręką. Ciasto drożdżowe, tak samo jak chleb, rosło w lodówce, w nocy. Podczas kunmińskiej zimy nie ma absolutnie żadnej możliwości, żeby wyrosło w cieple, bo ciepła nie ma, ani tyci-tyci. Dobrze, że się nauczyłam, że można robić ciasto wieczór wcześniej i dać mu dojrzeć w lodówce... Była najprawdziwsza masa makowa - mak błyskawiczny, do zalania gorącym mlekiem, ale smakował makiem.
Zresztą prawdziwego i tak bym nie mogła zrobić, bo nie mam maszynki, żeby przemielić. W drugim cieście nadzienie z dżemu morwowego. Z trzeciego kawałka ciasta zrobiłam rogaliki nadziewane konfiturą z róży.
Dalijską, nie polską.
Był chleb pszenno-żytni z pachnotką (to te czarne ziarenka).
Purree ziemniaczane, buraczki (kuchnia z resztek - bo niby co miałam zrobić z resztą buraków po barszczu?).
Na koniec pierniczki ze świeżym imbirem, świeżo zmielonym cynamonem i takimiż goździkami.
No i kompot z suszu. Poza śliwkami, jabłkami i gruszkami suszony ananas, suszone mango i suszone pomidorki koktajlowe. Pycha.
Sztuczna choinka, maleńka, żaden prezent się pod nią nie zmieścił; została zasłonięta kompletnie.
Muzykowanie z ZB - parę amerykańskich i "światowych" kolęd.
Na kolacji - moje tajtaje. Chyba się dobrze bawiły, chociaż polskie smaki nadal traktują z dystansem.  Zdumiało je, że Wigilia to nie tylko żarcie, ale też rozmowy, tradycje, opłatek z życzeniami, prezenty również dla dorosłych, kolędy. Zgodnie powiedziały, że z wielką przyjemnością wprowadziłyby takie zwyczaje we własnych domach - by można było odetchnąć od codziennego pośpiechu.
Po kolacji spacer nad Szmaragdowozielonym Jeziorem. Cisza, spokój, gra świateł na wodzie.
W pierwszy dzień Świąt przyszli na kolację świekrowie. Bigos, barszcz i buraczki podbiły ich serca. Zwłaszcza buraki w obu wydaniach. Nigdy wcześniej nie jedli takiego cudactwa; delikatny smak i wspaniały kolor ich zachwyciły. Wiecie, Chińczycy traktują czerwień jak najlepszą wróżbę świata. Świekra z wielkim apetytem wypiła dwie szklanki kompotu z suszu, świekr pałaszował bigos z chlebem przy akompaniamencie mruku rozkoszy.
 
Może i cokolwiek podrobione, ale te Święta były naprawdę dobre.

10 komentarzy:

  1. Wspaniale i wcale to nie były podróbki bo wszystko dzielnie przygotowane przez Ciebie. Niektórzy mają wszystko pod nosem a nic nie zrobi a u Ciebie taka uczta. Brawo. Szczęśliwego Nowego Roku ☺

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdzie zdobyłaś mak w Chinach? I dlaczego nie ma zdjęć wigilijnej uczty?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mama przysłała prosto z Polski :) A zdjęć nie ma, bo... zapomniałam zrobić...

      Usuń
  3. Postarałaś się bardziej niż niejedna polska gospodyni, co wszystko ma niemal pod nosem. Ja sobie obiecałam, że każdego roku będzie się u mnie na wigilijnym stole pojawiać jakaś nowa potrawa, znana w innej części Polski lub pojawiająca się na stołach przed wojną. Ty w pewnym sensie masz lepiej, bo możesz odkrywać każdą z potraw dla osób z innego kręgu kulturowego.
    W przyszłym roku zrób koniecznie zdjęcie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas też się trochę zmienia - w zeszłym roku nie było buraczków i meduz, ale za to było sushi i torcik czekoladowy, w przyszłym roku też się pewnie coś zmieni :) Mam nadzieję, że w przyszłym roku nie zapomnę zrobić zdjęć...

      Usuń
  4. Podziwiam Cię i gratuluję sukcesu :)) U nas za to bardzo chińsko było, bo przyjechali goście i chcieli próbować miejscowych przysmaków, a i my chcieliśmy spędzić więcej czasu na mieście, a nie przy garach. Był więc hot pot na kolację wigilijną i kaczka po pekińsku następnego dnia. Goście wyjechali zachwyceni, my też ciepło wspominamy. To chyba najważniejsze :))
    Miłego poświątecznego lenistwa i wspaniałego Nowego Roku!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, gdybym miała gości z Europy tobym też pewnie zabrała ich na jakąś chińską kolację :D Ale dla chińskich gości ta polska była szalenie egzotyczna!

      Usuń
    2. Już Ci to mówiłam, ale powtórzę: uwielbiam Twój blog. Jak się dorwę,nie mogę skończyć. Aktualnie chciałam tylko sprawdzić, czy pisałaś coś o snow fungus, ale z rozpędu czytam wszystko o grzybach. Chińskie grzyby są niesamowite. Odkryłam stoisko na fajnym targu i teraz ze 3 razy w tygodniu robię coś grzybowego. Tylko muszę się doszkolić. A propos: snow fungus czy jak to tam zwał jest przeeepyszny. Nie wiem, czy jest jakiś limit bezpieczeństwa, ale właśnie zjadłam prawie cały w zupie :)) Mam nadzieję, że przeżyję. A te żółtonogie borowiki to u nas numer jeden ostatnio!!Dzięki jeszcze raz, co ja bym zrobiła bez Ciebie i Twojego bloga :)

      Usuń
    3. Srebrny trzęsak czyli snow fungus jest świetny dla krwioobiogu, przeciwdziała starzeniu i jeszcze leczy z kaszlu. W Chinach jada się go na słodko, w zupach czy kleikach, a także na słono - smażony z mięsem. Z tego co wiem, nie da się nim zatruć, więc wcinaj śmiało :)

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.