blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-11-08

Charles Lindbergh

Z Moich różnych światów Pearl S. Buck dowiedziałam się o istnieniu tego lotnika, który w 1927 roku samotnie, bez międzylądowań, przeleciał między lądami Ameryki Północnej i Europy. Nie ten jego wyczyn opisała Pearl, a wyczyn chiński. Jak mówi wikipedia:
13 miesięcy po urodzeniu syna [1931r. ] Lindberghowie oddali go pod opiekę mieszkających także w New Jersey rodziców Anny i wyruszyli na nową przygodę – lot nad Pacyfikiem do Chin, dokąd nigdy jeszcze nie doleciał żaden amerykański pilot. Lindbergh przebudował swego lockheeda na hydroplan i zamontował w nim nowy motor o mocy 575 KM. Trasa prowadziła do Ottawy, stamtąd nad Alaską na japońską wyspę Hokkaido, dalej do Tokio, gdzie parę witało 100 000 entuzjastów i na koniec do Nankinu, gdzie ich oczekiwał prezydent Chin Czang Kaj-szek, który nadał Lindberghowi wysokie odznaczenie Republiki Chińskiej, Order Wojskowy Niebieskiego Nieba i Białego Słońca. Dalsza podróż poprowadziła parę do Szanghaju, ale tam samolot został uszkodzony w czasie holowania na wodę. Jednocześnie nadszedł telegram o nagłej śmierci ojca Anny, tak że Lindberghowie polecili rozmontować i zapakować samolot i udali się do USA drogą morską.
Tyle. Pearl dodaje wrażenia osobiste:
Nad Jeziorem Lotosu w roku 1931 wylądowali Charles i Annę Lindberghowie, gdy przylecieli z Ameryki z misją humanitarną. Co to się działo! Jaki tłum wyległ na drogi i ulice, by patrzeć na tę młodą, odważną parę, przybyłą z tak daleka! Jak zwykle przyglądałam się temu z daleka i przyglądałam się nie tyle Lindberghowi górującemu nad wszystkimi wzrostem czy jego żonie, małej, dobrej i miłej, lecz twarzom chińskich gapiów. Wspominając tę scenę widzę jednak przede wszystkim małego, ośmio - czy dziesięcioletniego Amerykanina, który stał tuż obok mnie, pobladły z podniecenia, z tryskającym z niebieskich oczu rozgorączkowaniem. Widać było, że czci Lindbergha jak boga, że w jego świecie istniał przez tę chwilę tylko on i jego bóg. Czekał niecierpliwie, aż Lindbergh znajdzie się o krok od niego, i wtedy zawołał najgłośniej, jak mógł: „Cześć, Lindy!” Lindbergh spojrzał na niego obojętnie i poszedł dalej bez słowa, zapewne pogrążony we własnych myślach i spostrzeżeniach. Zapewne okrzyk chłopca nie dotarł w ogóle do jego świadomości, ale czy da się to wytłumaczyć dziecku? Nigdy nie zapomnę cierpienia, jakie odmalowało się na twarzy amerykańskiego dziecka w obcym kraju, któremu nie odpowiedział na tak gorące modły jego amerykański bóg. No cóż, przypuszczam, że każde z nas ma na sumieniu podobne krzywdy, zadane niewinnym!
Trzeba przyznać natomiast, że Lindberghowie wielce pomogli tym, którzy zajmowali się powodzianami. Dzięki ich powietrznym zwiadom udało się odnaleźć wiele odciętych od świata wiosek i uratować wiele istnień ludzkich. Pomocy tej omal nie przypłacili własnym życiem, bo przy starcie w drogę powrotną, który odbywał się nie na spokojnych wodach jeziora, lecz z wezbranej Jangtse, ich samolot - tak przynajmniej opowiadano - bliski był zatonięcia. Zadrżałam. Mało kto uszedł z życiem z tej rzeki.
Reszta moich wspomnień o Lindberghach pochodzi jednak z przyjęcia wydanego przez konsula amerykańskiego w dzień ich przybycia. Zaproszono również i mnie. Lindbergh był niespokojny i roztargniony, myślał wyłącznie o czekającym go zadaniu i więszość wieczoru spędził na studiowaniu map koryta Jangtse. Za to jego żona była czarująca, wyczulona na każdą myśl, każde słowo, które padało w sali. Nie mogłam napatrzyć się na jej ruchliwą twarz, tak zmienną i tak opanowaną zarazem. Twarz ta staje mi przed oczami, głos jej słyszę i teraz, gdy czytam jej tak rzadko wydawane książki, a choć wszystko to działo się na wiele lat przed tragedią, jaką potem przeżyła, już wtedy wydawało mi się, że i twarz jej, i całe zachowanie pełne jest jakiegoś tragizmu.

Nie wiedziałam nic o locie Ameryka-Chiny, ani o tym, że amerykańskie lotnicze małżeństwo pomagało chińskim powodzianom. Czasami właśnie takie informacje przywracają wiarę w ludzkość...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.