blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-09-28

związek

Pamiętacie jeszcze Ślicznotkę? Faktycznie, podjęli decyzję. I to mimo, że w międzyczasie facet został przeniesiony do oddziału w Wenshan, czyli na drugim końcu Yunnanu i widują się raz w miesiącu.
Zamieszkali razem. To znaczy - ona mieszka u niego, w Kunmingu, a on tu raz w miesiącu dojeżdża.
Pytam - a jak będzie wyglądać Wasze życie po ślubie?
Ona patrzy na mnie z niezrozumieniem - tak samo. Co ma się niby zmienić?
W sumie nie powinnam się dziwić. Dwa lata temu obserwowałam Lisę, która wyszła za mąż za Chińczyka z Chuxiongu. Trochę bliżej niż Wenshan, więc oni się widują raz na tydzień. W jej życiu też się po ślubie nic nie zmieniło.

W Chinach wiele jest kobiet, które uważają, że widywanie męża raz na miesiąc/raz na tydzień jest akurat. Tyle, że większość z nich wyszła za mąż nie z miłości, a z przekonania, że już czas. A Ślicznotka przecież podobno jest zakochana?...

Byłam już po ślubie. Teoretycznie - mniej zakochana, w praktyce - jestem zakochana coraz bardziej. Dostałam propozycję pracy - bardzo dobrą propozycję. Intratną, u ludzi, do których można mieć zaufanie itd. Jedyny szkopuł - życie w drodze. Ciągłe kursowanie między paroma wielkimi chińskimi miastami, komórka włączona 24 godziny na dobę.
Parę lat wcześniej rzuciłabym się na tę propozycję z pocałowaniem ręki. Teraz - ucieszyłam się, że dawni klienci o mnie nie zapomnieli, ale...
Usiadłam z ZB, pokazałam mu mejla, przetłumaczyłam, wyjaśniłam, o co chodzi. Powiedział, że jeśli ta praca miałaby mi sprawiać radość, on nie będzie stał mi na drodze, ale - mówiąc szczerze - wolałby mieć mnie przy sobie niż cały czas tylko na telefonie.
Wyobraziłam sobie te wszystkie samotne wieczory. Jego i moje. Ciągły ból uszu od samolotów. Jedzenie w knajpach, bo nigdy nie ma mnie w domu. Życie pod telefonem i na walizkach.
Już mniejsza o tę samotność i te kolacje. Ale - dla mnie to jak zniknięcie z czyjegoś życia. Nie będziemy się starzeć razem, tylko obok siebie, ale całkiem osobno. On nie będzie uczestniczyć w moim życiu, ja nie będę uczestniczyć w jego życiu. Nie będzie żadnych "czy pamiętasz?", bo jego nie było przy mnie ani mnie przy nim. Im mniej wspólnych wspomnień, tym bardziej nie ma do czego wracać.
To dlatego za psie pieniądze uczę angielskiego w beznadziejnej szkółce, wyciągającej obficie kasę z kieszeni dobrych rodziców, a nie wbijam się w garsonkę i latam z teczką po Chinach. "Robienie kariery" jest mi do życia mniej potrzebne niż obecność Najlepszego z Mężów. Żadne pieniądze nie mogłyby mi dać tego, co daje pocałunek na dobranoc.   

Nie wiem, na ile jest to różnica kulturowa, a na ile charakterologiczna. W Polsce też znam związki, które tak funkcjonują - cały czas osobno, spotykają się w przelocie. Kontrakty, studia podyplomowe, inne pasje - cała masa powodów, a efekt jeden - bycie niby razem, a jednak osobno.
Powiedziałam, że znam takie związki?
Ja ich nie postrzegam jak prawdziwe związki. Związek do dla mnie tu i teraz. Spojrzenie. Dotyk. Tak, tak - jest internet, wideorozmowy, czaty itd. Mnie by to nie wystarczyło. Znam jednak szczęśliwych ludzi, którym wystarcza to właśnie.
Dziwię się.

Chyba nie jestem w stanie nie oceniać.

Może oceniam przez pryzmat tego, jak wiele takich "związków" doszło do wniosku, że już nie są związane? Czasem stwierdzała tak tylko połowa tego związku, ale jednak.
Może oceniam dlatego, że wiem, jak to się skończyło dla ludzi, którzy parę lat przeżyli osobno i już nigdy się nie nauczyli być znowu razem? I tak trwają obok siebie, ale nie z sobą, nie potrafiąc rozmawiać ani się wspólnie cieszyć.
Nie powinnam oceniać. Ale bardzo, bardzo się cieszę, że ja tak nie muszę żyć. No i - oczywiście - cieszę się, że znalazłam kogoś, dla kogo codzienne bycie jest tak samo ważne jak dla mnie. Więc to chyba nie całkiem różnica kulturowa...

8 komentarzy:

  1. Karolina (DE)28/9/15 19:53

    A moze jest to prostu kwestia przypadku? Bo ja znam tylko dwa zwiazki na odleglosc (pary mieszane "europejskie") i obie sa nadal razem, a jedna dopiero teraz, po dobrych kilku latach zamieszkala razem.

    Ile jest zwiazkow, gdzie ludzie nie rozstawali sie ze soba prawie nigdy, a ktore rozpadly sie po dwudziestu czy nawet trzydziestu latach? (albo jak to mawia pewien moj znajomy prawnik "nic tak nie trzyma ludzi razem jak wspolny kredyt")

    A od siebie dodam, ze nie kazdy pracuje dla kariery i pieniedzy (nawet w dzisiejszych skomercjalizowanych czasach). Choc Azjaci maja pewnie inne podejscie do pracy. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że to bardziej skomplikowane niż proste stwierdzenie "różnice kulturowe"; ten wpis to tylko takich kilka moich luźnych przemyśleń - niekoniecznie trafnych w każdym wypadku. Przecież patrzę ze swojej perspektywy, różnej od innych. Nie wątpię, że inni czują inaczej - po prostu ja nie bardzo jestem w stanie to zrozumieć.
      A co do pracy - dla mnie przyjemność z pracy kończy się w momencie, w którym ingeruje ona w moje życie osobiste :)

      Usuń
  2. Dobrze zrobiłaś. Mówię to z najwłaśniejszego doświadczenia. Życie na odległość było OKROPNE. Oczywiście,że niektórzy tak mogą. Ale inni-nie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Na dłuższą metę bym tak nie mogla, ale żyłam tak z 1,5 roku, widując Niemałża raz na tydzień i to miało swoje dobre strony, bo spędzaliśmy ten czas razem, a nie obok siebie, jak ludzie mający siebie na wyciągnięcie ręki. Zresztą ten czas nam wyrobił dobre nawyki. We wspólnym domu, jeszcze z małym dzieckiem, wiadomo, rutyna. Ale weekendy, kiedy dziecię jedzie gdzieś z babcią - są nasze. Jesteśmy z natury samotnikami, widywanie się z rzadka nie jest dla nas obciążeniem, ale jednak widywanie raz na miesiąc zrobiłoby z nas obcych ludzi. Jednak ludzie są różni. W końcu czasem nawet te przytuaste związki się rozpadają. Bo czegoś zabrakło. Może właśnie odrobiny samotności? Przestrzeni dla siebie? Nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My spędzamy czas razem nawet jeśli 24/7 ;) Ale oczywiście masz rację - to kwestia człowieka, niektórzy mają inaczej. A czas na samotność zazwyczaj też mamy, całe szczęście.
      Dobrze, że nauczyliście się, że należy Wam się czas tylko dla Was. Mam nadzieję, że kiedy przyjdzie czas, my też damy temu radę ;)

      Usuń
  4. Ja właśnie niedługo będę w podobnej sytuacji. Wybór między świetnymi studiami i pracą, a byciem z mężem. Będziemy się w przyszłym roku przeprowadzać ze względu na jego pracę i mam z tego powodu ogromne rozterki...Z jednej strony jestem wychowana przez samotną, niezależną i radzącą sobie we wszystkim matkę, i taka też jestem i chcę być; z drugiej jest miłość, bliskość, przyjaźń i niezastąpione emocje. Przeprowadzka jest faktem i nie ma innego wyjścia. Rezygnując ze swoich ambicji czuję, że może trochę się zdradzam, ale z drugiej strony jak żyć osobno? Nawet jeśli niby miałoby to trwać rok, czy rok rozłąki, oboje w obcym dla siebie kraju, czy nie zwariujemy? Przygotowuję się do tego psychicznie. Taki wpis jak Twój pomaga zrozumieć, że może jednak wbrew trendom na "egoizm" i "rozwój siebie" czasem trzeba walczyć bardziej o "nas". Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie walka o "nas" to najczystsza forma egoizmu ;)

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.