blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-08-12

najważniejsza jest droga, nie cel

Myliłby się ten kto sądzi, że na reprezentantach różnych szczepów Yi, ze wskazaniem na Sani, kończy się puzhehejska ludność. Żyją tu również Miao, Zhuangowie i oczywiście etniczni Chińczycy Han - choć muszę powiedzieć, że jednak mniej niż Sani włażą w oczy. Dlatego gdy niedaleko Puzhehei znalazłam drogowskaz wskazujący drogę do wioski Miao, byłam uszczęśliwiona. Te ich wspaniałe stroje, te srebrne "uprzęże"... to znaczy ozdoby, noszone z dużym poświęceniem przez kobiety! Bardzo chciałam ich zobaczyć na żywo, w naturalnym środowisku, a nie w Kunmingu, wymieszanych z innymi.
Jakież wielkie było moje rozczarowanie, gdy doszliśmy do wioski i z trudem uwierzyłam, że to faktycznie to. Parę ceglanych chałup, w różnym stopniu rozebranych bądź zburzonych.
Do tego smętnie snujący się ludzie, ewidentnie nie mogący sobie znaleźć miejsca i... koparki. Tak. Wioska została właściwie zburzona. Nie martwmy się jednak - zaczęto już prace, gęsto okraszone betonem. Tam, gdzie kiedyś była wioska Miao, będzie "Autentyczna Wioska Miao", pewnie jeszcze z biletami wstępu.
Czy wioska jest warta zwiedzenia? Absolutnie nie.
Czy warto było tam pójść? Absolutnie tak!
Do wioski prowadzą tylko dwie drogi - jedna zwykła, asfaltowa, po której wygodnie może się przemieszczać nawet wypasione auto. Druga - kamienna. Wijąca się wokół jeziora, między polami, pagórkami, głazami i skalistymi poletkami kukurydzy; hasają po niej bez opieki dzieci i kozy, jest piękna i w sam raz na poobiedni spacer. Miejscowi wprawdzie pukali się w czoło - każdy normalny człowiek wybiera szeroką drogę i albo motocykl, albo bryczkę. Ja jednak zmusiłam ZB do odrobiny wysiłku (a marudził oczywiście, jak to on ma we zwyczaju, że się zgubimy, że nie znamy drogi i że on jest taaaaaaaaki zmęczony) i zrobiliśmy sobie wspaniały spacer w pięknych okolicznościach przyrody. Miejscowa młodzież, stroniąca od konstruktywnych zajęć, łowiła ryby, dobre żony robiły pranie w jeziorze, a młode dziewczęta szukały ustronnego miejsca na kąpiel. Szum wody, koniki polne i słońce - czyż to nie wakacje idealne?
Zrobiliśmy wielkie kółko; pewnie będzie jakieś dziesięć czy dwanaście kilometrów. Na drodze, poza dziećmi i kozami, nie spotkaliśmy żywcem nikogo.
Całe szczęście ZB potrafi się przyznać do błędu i kiedy wracaliśmy do naszej wioski z setką nowych zdjęć, podziękował mi za to, że go zmusiłam do spaceru :D

2 komentarze:

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.