blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-08-30

扳罾 banzeng

Odkąd ZB pracuje siedem dni w tygodniu, rzadko dokądś wybywamy. Z drugiej strony, jeśli akurat wcześniej kończy pracę, właściwie nigdy nie zostajemy w domu (chyba, że pada rzęsisty deszcz). Po prostu wiemy, że trzeba korzystać, bo nie wiadomo, kiedy się znów trafi okazja. Unikamy miejsc przeludnionych, jak się tylko da. Cóż jednak zrobić, jeśli wolne popołudnie wypada akurat w niedzielę? W ten jedyny niepracujący dzień większości Chińczyków? Gdy wszyscy, ale to WSZYSCY wylegają na ulice?
Jeśli życie Ci miłe, nie idziesz wtedy do parku, do muzeum, do centrum handlowego ani na ulicę. Możesz za to pojechać nad Jezioro Dian tam, dokąd nie dochodzi żadna linia autobusowa z centrum Kunmingu. Tam, gdzie się kończy droga. Tam, gdzie już bliżej do kolejnego miasta niż dokądkolwiek w Kunmingu.
Tam znajdziesz miejsca, w których parki są jeszcze w budowie, miejsca, gdzie kończy się droga, a ludzi jest tak mało, że mogą spokojnie porozwieszać hamaki. Tam znajdziesz również stada wędkarzy i rybaków.
W trakcie tego bardzo przyjemnego spaceru trafiliśmy na takie cudo:
Łatwo się domyślić, że te bambusowe pręty to jakiś rybacki przyrząd. Siatka znajdująca się na dole prętów jest na zdjęciu niewidoczna; zazwyczaj jest zakopana w mule, niewidoczna również dla ryb - podczas wrzucania do wody obciąża się ją kamieniem bądź cegłą. Na niej umieszcza się przynętę - najczęściej była to uprażona mączka czy otręby, połączone z pięknie pachnącym olejem sezamowym, współcześnie jednak używa się "profesjonalnych" przynęt. Gdy ryba nieopatrznie podpłynie i znajdzie się nad siatką, rybak jednym zdecydowanym ruchem szarpie bambusową ramę i wyciąga rybę w siatce z wody. Pod ciężarem ryby siatka wygina bambusowe pręty, z płaskiej siatki robi się sakiewka, z której rybie ciężko uciec. Taka siatka nazywa się zeng 罾 a taki sposób łowienia - banzeng. Była to najbardziej tradycyjna metoda połowu w Kunmingu - nad Rzeką Wielkiego Widoku znajduje się nawet pomnik z brązu ukazujący banzengującego, mocno umięśnionego młodzieńca. Musiał być mocno umięśniony, żeby szybko wyciągnąć z wody duży ciężar.
Dziś ta metoda jest tutaj niemal niespotykana - w internecie znalazłam filmik z tajwańskiej wioski, w której używa się wprawdzie zengów, ale są one tak duże i ciężkie, że wyciąga się je maszynowo bądź kilkuosobowo. W Kunmingu metoda została zakazana, ponieważ w drobną siatkę łapie się nie tylko duże ryby, ale i całą drobnicę, a Chińczycy, zamiast ten drobiazg wypuścić, żeby zachować status quo fauny rzecznej, biorą wszystko. Poza granicami miasta proceder jednak, jak miałam się okazję przekonać, kwitnie. Ja takie połowy widziałam właśnie pierwszy raz w życiu, ale w tamtej wioseczce nikt poza mną nie był podekscytowany, czyli są one codziennością. Dzięki zengowi można łapać zarówno ryby, jak i krewetki; świeże ryby prosto z rzeki, mmmmm... Wcale się nie dziwię, że ludzie tak łowią. Dziwi mnie tylko, że robią to również w centrum Kunmingu, gdzie po parunastu minutach może się pojawić policja i wlepić mandat...

8 komentarzy:

  1. Na Tajwanie widuje się ten rodzaj połowu dość często. Nie tylko z olbrzymimi siatami, ale również małymi - na stawach.
    Ja też nie znoszę zwiedzać w tłumie i dlatego wszelkie wyjścia i wyjazdy mamy w ciągu tygodnia, a nie w weekend.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ciekawe! Moje guglanie nie przyniosło rezultatów - pewnie takie zwykłe połowy nie są dla nikogo aż tak interesujące, żeby je nagrać... :)

      Usuń
  2. W Cochin, w indyjskiej Kerali tradycyjnie się tak łowiło ryby, dzisiaj jest to atrakcja turystyczna. Nazywa się to "chińskie sieci" ��

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Jak zwykle - pisząc blog mam okazję dowiedzieć się więcej. Dziękuję!

      Usuń
  3. Zazdroszczę tej egzotyki. Ta rzeka, droga, roślinność - wszystko jakieś inne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Cieszę się, że nadal potrafię tę egzotykę dostrzegać :)

      Usuń
  4. Domeczek przy wodzie rewelacyjny.
    Raz w życiu we Włoszech jadłam świeżego łososia, smak czuję do dziś:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja świeże ryby od zawsze jadałam często. Jeszcze w Polsce dzięki Mamie-wędkarce, a teraz dzięki bardzo dobrze zaopatrzonemu targowisku :)

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.