blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-05-24

Między ustami a brzegiem pucharu

Jakiś czas temu odkryłam serwis internetowy Wolne Lektury. To taka biblioteka internetowa, w której znajdują się klasyki, głównie te, które znajdują się na listach lektur szkolnych, ale nie tylko. Stwierdziłam, że będę nadrabiać zaległości, a także przypominać sobie te dzieła, których już nie pamiętam. Wiele radości dostarczył mi Balzac, którego obserwacje dotyczące ludzi jemu współczesnych mnie zachwyciły (a w liceum uważałam, że jest nudny!). Na ucztę językową z kolei zaprosił mnie Reymont. Czytam, czytam, czytam...
I nagle w oczy wpadła mi Rodziewiczówna. Nigdy nie splamiłam się przeczytaniem żadnej z jej książek. Czytywała je namiętnie moja Babcia - pamiętam ją w łóżku, okrytą szczelnie puchową kołdrą, czytającą z przejęciem. Gdy pytałam, o czym to jest, odpowiadała, że o miłości, a ja robiłam "bueee" i uciekałam. Cóż - miałam wtedy dziesięć-jedenaście lat i taka reakcja była całkowicie zrozumiała. Ja w ogóle patrzyłam długi czas z politowaniem na tzw. literaturę dziewczęcą/kobiecą; nawet Anię z Zielonego Wzgórza przeczytałam po raz pierwszy już jako osiemnastolatka.
Ponieważ od czasów dziecięctwa trochę jednak zmądrzałam, stwierdziłam, że zanim wyśmieję Rodziewiczównę, najpierw coś przeczytam. I... wciągnęłam się. Na pierwszy ogień poszło bowiem Między ustami a brzegiem pucharu. A z mojej dzisiejszej perspektywy jest to książka o związku międzykulturowym. Czyli - plus minus - o mnie.

On ci pierwszy z ludzi, i choć ci ani swój mową ani życiem, choć on ciebie nie rozumie — ty go kochasz i kochać będziesz do śmierci.

Ten fragment ukłuł mnie w samo serce: ten, który nie był swój ani mową, ani życiem, stał się całym moim światem. Czy słowa te są mniej prawdziwe, jeśli znam jego mowę i nauczyłam się jego życia? Czy mogę z ręką na sercu powiedzieć, że on mnie rozumie?
Kiedy to się stało? Kiedy nauczyłam się mówić o rzeczach ważnych językiem, który był obcy? BYŁ. Bo przecież teraz jest już mój, nawet jeśli nie tak samo jak polski. Śnię po chińsku, wiecie? Zdarza mi się przez sen mówić rzeczy, które ZB rozumie.
Żyjemy w międzyświecie. Ani całkiem po chińsku, ani całkiem po polsku. To nieprawda, że trzeba się dostosować do ogółu. To jest - prawda, trzeba, ale nie tak, żeby stracić siebie.
A zrozumienie... Tak, tak. Są rzeczy, których ZB nie pojmuje. Ale akceptacja i miłość nie wynika ze stuprocentowego zrozumienia, a ze zgody w kwestiach ważnych, z pobłażania, ciekawości drugiego człowieka. Nie wszystko rozumiem i ja. Tłumaczymy więc sobie nawzajem nasze światy, by stały się one pełniejsze i piękniejsze. A jednak... gdyby On mnie nie rozumiał, tak całkiem nie pojmował - nie mogłabym Go kochać.
Jak to się stało, że nie znalazłam w ojczyźnie człowieka, który by czuł tak podobnie do mnie, który by miał podobne zasady i podobne widzenie rzeczywistości, a znalazłam go na drugim końcu świata?
Czasem mam wrażenie, że to dlatego, że widząc człowieka podobnego do siebie samego, z tego samego kręgu kulturowego, wiele rzeczy przyjmujemy bez dogłębnego zastanowienia. Tymczasem nasz język, nasze życie wydaje się podobne tylko pozornie. Każdy ma swoją definicję dobra, zła, piękna i tylko częściowo jest ona oparta o wzorce dominujące w danej kulturze.
Mój mąż nie rozumie mnie na poziomie powierzchownym - czyli np. nie wie, dlaczego nawet w zimie kanapki wydają mi się sensownym śniadaniem. Rozumie za to i popiera całym sercem to, jak chcę żyć, jakie życie uważam za dobre i pełne.

Kochanie przemogło żal i trwogę przed obczyzną, jak samobójcę ciągnie wir rzeczny — i poszła!

Och, we mnie nie ma żalu ani trwogi. Wcale nie uważam życia na obczyźnie za trudniejsze od tego w Polsce. Każde życie jest trudne. Trudne jest przyjmowanie z dobrodziejstwem inwentarza wszystkiego, co los nam niesie. Tak samo jak trudna jest walka z tym losem. Jeszcze trudniejsze jest zrozumienie, kiedy przyjmować los z otwartymi ramionami, a kiedy walczyć o swoją wizję. Trudne jest zaczynanie każdego dnia z czystą kartą i staranie się, by ta karta każdego wieczoru była piękna. Zapomnienie jest tak samo trudne, jak pamiętanie. Bez względu na to, czy u siebie, czy u obcych.

Więc sam się dla niej wyrzeczesz ojczyzny, narodowości, mowy, obyczajów, wszystkiego!

Błogosławię fakt, że nie musiałam się niczego wyrzekać. Mogę mówić po polsku, choć żyję po chińsku. Mogę ustawiać drzewko bożonarodzeniowe i zamiatać w wigilię chińskiego Nowego Roku. Co znaczy "wyrzec się ojczyzny"? Czym jest dla mnie ojczyzna?
Czytam u Rodziewiczówny o nienawiści Polaków do Prusaków i o pogardzie Prusaków względem Polaków. Czytam o tym, jak trudno pokochać "wroga", zaufać mu. Czytam o tym, jak ktoś musi oddać połowę swojej duszy w imię miłości; jak zaczyna nienawidzić rzeczy, które dawniej kochał, bo tylko jedna strona jest słuszna.
O, jak dobrze, że ja nie muszę wybierać! Są ludzie wyrzucający mi, że wybrałam łatwiejszą drogę, zamiast "budować mój kraj". Ale czy ten kraj jest mój? Co mnie z nim łączy poza tym, że się w nim urodziłam?
Dla mnie nie jest to takie proste. Uważam, że nie ma obowiązku miłości. Nie ma też miłości, która obejmuje wszystko. Kocham polską kuchnię, ale kocham też włoską, chińską, japońską. Kocham polską literaturę, ale kocham też inne. Kocham różne polskie tradycje, ale niektórych nie znoszę. Sam pomysł oddania życia za jakikolwiek kraj jest dla mnie idiotyczny. Życie można oddać za własne dziecko albo za przyjaciela, a nie dla polityki. Męczeństwo? Lepiej starać się dobrze żyć. Większym bohaterem jest ktoś, kto całe życie opiekuje się swoją żoną niż ktoś, kto umiera w imię idei i zostawia swą rodzinę w żałobie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby wszyscy tak myśleli, nie dałoby się stworzyć wojska i siłą rzeczy konflikty trzeba by było rozwiązywać pokojowo.
Tak, wiem, jestem naiwną idealistką. Cóż. Wolę to niż patriotyczne zaślepienie.
Co by się stało, gdyby Chiny wypowiedziały Polsce wojnę albo odwrotnie? Pojechalibyśmy do Szwajcarii i zachowali neutralność. Nikt nie ma racji.
Każdego dnia dziękuję Bogu, że nie muszę wybierać, że nikt mi nie strzeli w głowę za to, że zamiast rodzić małych patriotów, wybrałam obcego. Tu ciekawostka: polskie ugrupowania nacjonalistyczne na początku XXI wieku tłuką dziewczyny, które mają chłopaków innych ras. Tak, to się nadal zdarza.
A przecież nie zamierzam się wyrzec Polski, kraju, który mnie wiele nauczył. W którym odkryłam piękno morza, wydm, Mazur z krystalicznie czystymi jeziorami, polskich ślicznych gór. Polskiego, absolutnie przewspaniałego języka....

Rodziewiczówna i jej nachalny patriotyzm związane są oczywiście z czasami, w których żyła. Zabory, wojna o niepodległość, te rzeczy. Prusak jest dobry pod warunkiem, że przejdzie na "naszą" stronę, bo nasza jest słuszna. Bo my jesteśmy dobrzy, a Szwaby są złe. Ech, życie tego typu patrioty jest łatwiejsze, bo nie przyjmuje do wiadomości, że może nie mieć racji.
Pokażcie mi kraj, który nie ma w swej historii niechlubnych kart, a zostanę jego patriotką. Razem z moim obcym mężem zresztą.

6 komentarzy:

  1. Piekne!!!!! Po prostu piekne!!!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Bardzo się bałam, że ten post ściągnie na moją głowę gromy...

      Usuń
  2. Wspaniały wpis, trafiłaś w samo sedno - i prosto w serce :-) Aż mi łzy w oczach stanęły, bo doskonale rozumiem Twoje przemyślenia i przekonania! Udało Ci się to przepięknie ubrać w słowa, dzięki :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa. Przed upublicznieniem tego wpisu długo się wahałam - ale jeśli trafiłam w sedno, to znaczy, że było warto :)

      Usuń
  3. Nienawidzę stwierdzeń typu: "Taka dziewczyna i co ty z tym Chińczykiem robisz?" "Ty tak na poważnie? Chińczyk?" Tak, mój narzeczony jest Chińczykiem a ja Polką. Rozmawiamy w większości po angielsku, ale ponieważ on uczy się polskiego, a ja chińskiego pomagamy sobie wzajemnie. Przez to też ja mogę rozmawiać z jego rodziną on może z moją, oboje tego chcemy. Pomagamy sobie bo chcemy się zrozumieć ale używamy trzech różnych języków... Dlatego one w ogóle moim zdaniem nie są ważne. To co dla mnie istotne wyrażam w inny sposób i znam wiele Polaków, którzy nawet gdybym cały esej napisała na jakiś temat, nie zrozumieliby mnie tak jak On rozumie jeden gest. Różnice są ogromne, myślę tu o kulturowych, ale tak jak powiedziałaś i dziękuję Ci, że ujęłaś to w tak proste słowa, tak jak powiedziałaś, on rozumie co jest w głębi mnie, nie to co na zewnątrz. A to jest moim zdaniem najważniejsze. Kocham Polskę, to moja Ojczyzna i to z kim chcę spędzić życie i jak to zrobię tej miłości nie zmieni. Pozdrawiam i życzę wszystkiego co najlepsze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam za Was kciuki - żebyście byli tak szczęśliwi, jak my :)

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.