blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-05-31

Jaskinia Przypływu Dźwięku 潮音洞

Kunmińczycy w średnim wieku nie zapomnieli może jeszcze urwiska u stóp Góry Yuantong, od południowej strony, za Świątynią Yuantong - tam, gdzie jest Jaskinia Przypływu Dźwięku.
Nikt nie wie, jak głęboka jest ta jaskinia, ale dorośli zawsze wmawiali dzieciom, że drugi koniec jest już w Syczuanie.
Za dziecięctwa chadzaliśmy się bawić na Górę Yuantong, a naszym celem była właśnie ta jaskinia. Było tam kilka czarnych jak noc otworów, otoczonych wysokimi urwiskami, zarośniętych różnorakimi pnączami. Można było się wysoko wspinać, a także szukać przygody w głębokich tunelach - to dopiero była zabawa!
W tamtych czasach eksplorowaliśmy tunele, a przecież nie było nas stać nawet na małe latarki. Umawiało się kilka dzieciaków, że przyniesiemy gumę, sosnowe żagwie itd. Po ich zaświeceniu wchodziliśmy gęsiego, trzymając się siebie wzajemnie. Jaskinia była ciemna i zimna, im dalej wgłąb, tym zimniejsza, a nasze małe dłonie oblewał zimny pot. Przy najmniejszym dźwięku czy poruszeniu serce waliło jak szalone. Koniec końców nasze źródła światła nie były niewyczerpane, korzystając z tego, że jeszcze nie do końca pogasły, biegiem wracaliśmy, bojąc się zostać z tyłu. Potykaliśmy się w popłochu, nie dbając zupełnie o stłuczenia i drobne rany. Niebo nigdy nie było tak niebieskie, a chmury tak cudowne, jak tuż po wydostaniu się z jaskini. Nigdy nie zbadaliśmy, jak głęboko sięga jaskinia. Przy każdym podejściu do jaskini byliśmy trochę starsi, czuliśmy się nieco pewniej; w innym wypadku moglibyśmy samych siebie wystraszyć na śmierć. Właśnie dlatego jaskinia wydawała nam się tak tajemnicza i wspaniała.
W sercach dzieciaków "pójść do Jaskini Przypływu Dźwięku" było aktem niezwykłej odwagi. Po wyjściu z niej zaczynaliśmy się wspinać po skarpach; chwytaliśmy pnącza i śmiało wdrapywaliśmy się na górę. Niejeden raz pnącze urwało się z trzaskiem, a dla nas kończyło się to rozbitym nosem i siniakami. Oczywiście i tak się wspinaliśmy.
Wśród różnych pnącz było i takie, które przełamane ukazywało wąziutką szparę, jak rurka. Gdy się je zapaliło, można się było "zaciągnąć". Dzieci nazywały je wówczas "pnączowymi papierosami". Po każdej wycieczce przynosiliśmy takie z sobą, ukrywaliśmy się w ustronnym miejscu i paliliśmy "papierosy".
W latach '60 XX wieku, pod wpływem szeroko zakrojonej akcji społecznej "kopać głębokie jaskinie, by przechowywać zboże", jaskinię zmieniono w schron przeciwlotniczy. Gdyby to przetrwała, to przy dzisiejszym rozwoju turystyki można by z niej zrobić atrakcję turystyczną. Dla miastowych byłaby wygodna, bo blisko, a już najlepsza dla seniorów czy osób słabszych - zamiast się tłuc setki kilometrów, mogliby pochodzić po jaskini na miejscu. Poza tym zapewne przyciągnęłaby rzeszę turystów jako punkt wycieczkowy - zwłaszcza dla dzieci. Niestety, jest ona cały czas zamknięta - dlaczego nie możemy z niej korzystać?

/Zhao Zhengwan, Kunmińskie wspomnienia 赵正万, 昆明忆旧/

Mój mąż nie jest w średnim wieku, jest młodzieńcem - bo nie pamięta jaskiń. Inna rzecz, że kiedy był całkiem mały, mieszkał na Końskiej Ulicy, daleeeeeeko od centrum, więc nawet gdyby jaskinie były wówczas dostępne, i tak by się tam nie bawił.
Dziś do jaskiń czy innych pawilonów na Górze Yuantong, za Świątynią, nie można się dostać. Wszystkie drogi są pozamykane, a my możemy tylko czekać na remont. Inna rzecz, że lwią - nomen omen - część góry oddano miastu, które stworzyło tam miejskie ZOO. Obawiam się, że o dawnych grotach, jaskiniach i urwiskach można już spokojnie zapomnieć...

2015-05-30

prażone orzechy nerkowca z kokosem

Dziś przekąska, o jakiej śniłam, a jaka nie była mi dana, dopóki nie ujrzałam przepisu na blogu Smak Azji pod kołem podbiegunowym. Za pierwszym razem zrobiłam dokładnie według przepisu. Za drugim zaczęłam modyfikować - zamiast masła tłuszcz kokosowy, ominięcie w przepisie soli, dodanie innych orzechów... Dla mnie wszystko się sprawdza. Dziś jednak wersja podstawowa, za blogiem Smak Azji...:

Składniki:
*orzechy nerkowca - ile się da
*łyżka masła
*łyżka soli morskiej w płatkach albo szczypta zwykłej
*łyżka płatków chili
*wiórki kokosowe
*ewentualnie trochę cukru [moja innowacja]

Wykonanie:
1) Rozgrzać piekarnik do 180 stopni C. Wysypać orzechy na blaszkę do pieczenia i rozłożyć je równomiernie w jednej warstwie. Piec ok. 10 min., aż orzechy się przyrumienią.
2) W międzyczasie rozpuścić masło i połączyć je w średniej misce z przyprawami. Dobrze wymieszać.
3) Wrzucić uprażone orzeszki i mieszać, aż wszystkie będą pokryte masłem.
4) Wsypać wiórki kokosowe i znów wymieszać. W przeciwieństwie do soli i płatków chili, wiórki nie przykleją się do orzeszków, dlatego najlepiej jeść tę przekąskę łyżeczką, aby w jednym kęsie mieć zawsze porcję kokosa.
Jest słodko-słono-ostro, a przede wszystkim szalenie aromatycznie. Zakochałam się w tej przekąsce na amen. Czy i Wy polubicie nerkowce na pikantnie? :)

2015-05-29

herbata w sałatce

Nie dowierzałam własnym oczom, gdy ją ujrzałam w menu pewnej dajskiej knajpy. Przecież herbata służy do picia! To znaczy, do parzenia i do picia naparu. Ewentualnie do zmielenia na proszek i przyprawiania nią słodyczy (chleb bananowy z matchą to poezja). Ale w sałatce?
Okazało się, że jest pyszna. Wszystko jednak zależy od liści - nadają się tylko bardzo świeże, niełykowate, oczywiście z herbaty zielonej.

Składniki:
*garstka liści herbaty
*posiekany pomidor
*miseczka posiekanej kapusty pekińskiej
*mała cebula pokrojona w wiórki bądź paseczki
*garsteczka prażonej soi/prażonych orzeszków ziemnych/innych orzechów
*na sos: chilli, trochę cukru, sok z limonki, kapka sosu rybnego, dwa zmiażdżone ząbki czosnku

Wykonanie:
Wymieszać składniki. Zrobić sos. Sałatkę polać sosem. Podać :)

2015-05-27

pomyje 泔水

Uwielbiam się uczyć chińskiego. Ten język to mój konik, ale, szczerze powiedziawszy, interesujące wyrazy w innych językach też mnie kręcą, tylko rzadziej mam je okazję poznawać. Wyrazy takie jak, bo ja wiem, koromysła, pompon czy racica - na co dzień nieprzydatne, są czasem nagle bardzo potrzebne, a przede wszystkim - piękne. Jak wspaniale zamiast "ten patyk, dzięki któremu niesie się wiadra wody na plecach" powiedzieć "koromysło", nie uważacie? Albo móc powiedzieć "racica", zamiast radzić sobie opisem "stopy świni"...
Takim odkryciem były dla mnie pomyje. Po chińsku nazywają się ganshui 泔水, co pierwotnie oznaczało... wodę po płukaniu ryżu. Później zaczęto tak mówić również na wodę po myciu warzyw a nawet po myciu garów (przy czym należy pamiętać, że w tamtych czasach gary szorowano bez użycia detergentów).
W czasach, gdy w Kunmingu* nie było jeszcze kanalizacji i wodę przynosiło się wiadrami, również z jej odprowadzeniem był problem. Można było wylać na ulicę, pewnie. Można jednak było... zarobić. W owych czasach chadzali bowiem ulicami wieśniacy z wielkimi wiadrami na pomyje i kupowali je, płacąc po kilka fenów**. Na bazie takiej wody można było przygotować karmę dla świń albo doskonały nawóz, a była tańsza od wody studziennej. Z drugiej strony - miasto pozostawało czyste. W tamtych czasach nikomu nie wpadało do głowy, żeby pomyje wylewać do kanału czy rzeki. Dwie pieczenie na jednym ogniu, nieprawdaż?
Teraz tego typu "czystych" pomyj nie kupują już uliczni sprzedawcy. Zrobił się z tego cały biznes: firmy podstawiają w knajpach i hotelach wielkie beczki, w których lądują wszystkie resztki ze stołów. Kiedyś nawet nie wpadłabym na to, że ktoś te resztki kupuje. Przecież te pomyje są czerwone od chilli! Niepodobna, by je przeznaczyć na pokarm dla świń!
Myliłam się. Można z nich robić i nawóz, i świńskie żarcie. I... olej "z drugiego obiegu".
O tym jednak pisać nie będę. Mam nadzieję, że nie nawet jeśli już spożyłam takie paskudztwo, to nigdy się o tym nie dowiem.
Wróćmy do pomyj w znaczeniu polskim - pokarm dla świń.
W jakiej to niesamowitej opozycji stoi do samego znaku pomyj! Spójrzmy: klucz wody 氵czyli wiemy, że mamy do czynienia z płynem plus 甘 czyli coś słodkiego i pysznego... Po takim znaku spodziewałabym się, że będzie rosą albo sokiem, a nie pomyjami...

*sądzę, że w innych miastach działało to tak samo, ale pewności nie mam :)
**fen - chiński grosz.

2015-05-26

radosne cukierki VIII

Tym razem dostaliśmy radosne cukierki nie w pudełeczku, a w bardziej tradycyjnej czerwonej saszetce, upstrzonej znakami podwójnego szczęścia.
Poza standardowymi orzeszkami ziemnymi (żeby szybko powić dziecię) i słonecznikiem (żeby dziecięciem był syn - 子), a także typowymi cukierkami weselnymi znalazł się także słodycz dający nadzieję na szczęście nie tylko rodzinne, ale i materialne:
Facai tang - cukierki na bogacenie :)
Bogaćcie się!

2015-05-25

5 yunnańskich ciekawostek

I znów łamałam sobie głowę nad wpisem różnym od moich zwykłych wpisów. Akcja "W 80 blogów dookoła świata" to zawsze fajna okazja, żeby inaczej ugryźć ten mój ukochany Yunnan. Oczywiście, sama się niejednego dowiem o innych krajach (ciekawskich zachęcam do klikania na linki na końcu wpisu). No właśnie, wprawdzie w akcji była mowa o ciekawostkach danego KRAJU, ale ja ten temat zawęziłam. Ciekawostki chińskie? Ależ tego masa!! A Yunnan jest przecież większy od niejednego państwa i równie różnorodny.
I tak łamałam sobie tę biedną głowę, aż przypomniałam sobie, że przecież... ja te ciekawostki opisuję od kiedy pierwszy raz tu przyjechałam! Zapomniałam o nich, bo mi spowszedniały. Gdy się z czymś stykasz na co dzień, przestajesz pamiętać, że to ciekawostka, a nawet dziwactwo.
Tak, tak. Mówię o 18 dziwactwach Yunnanu, których ilość znacznie przekracza 18. Dlaczego przekracza? Yunnan jest za duży. Te, które występują w jednym kawałku prowincji, są kompletnie nieznane w innym. Lokalne powody do dumy trafiają na listę, ale 200 km dalej już nie są znane, więc trzeba znaleźć inne. Ponoć łącznie jest ich raczej 180 niż 18...
Dziś przed Wami pięć wybranych przeze mnie ciekawostek.

1) Pierwsza chińska trasa kolejowa powstała w Yunnanie.

Zdziwieni? Nie w tych wszystkich Pekinach, Szanghajach i innych Kantonach, a właśnie na końcu świata, w Yunnanie. W dodatku była to trasa międzynarodowa. To znaczy: połączyła Yunnan z Wietnamem. Konkretnie: Kunming z Hajfongiem. Powstała na początku XX wieku (inauguracja miała miejsce 1 kwietnia 1910 roku) i zupełnie nagle wrzuciła zacofany dotąd Yunnan w XX wiek. W dodatku trasa ta została zbudowana nie przez Chińczyków, a Francuzów i na samym początku to przez nich była eksploatowana.
O historii tego projektu można więcej poczytać tutaj.

2) Jadamy kwiaty.

Od paru lat na szeroko pojętym Zachodzie trwa moda na jedzenie kwiatów. Są wydawane na ten temat książki, w internecie sporo jest przepisów itd. Nowoczesne panie domu dekorują kwiatami ciasta, konfitury robią nie tylko z róży, a jeśli mają własne ogródki, smażą kwiaty cukinii czy dyni w cieście i mają wrażenie, że są bardzo na topie.
W Yunnanie kwiaty jada się "od zawsze". Nie tylko te, które postępowe kucharki włączyły do jadłospisów, ale też kwiaty uważane dość powszechnie za trujące. Ja sama miałam do tej pory przyjemność z kwiatami dyni, cukinii, granatu, robinii akacjowej, jaśminu, liliowca i... azalii. Odpowiednio spreparowane są pyszne i zdrowe. W Yunnanie rzadko dodawane do słodyczy (z wyjątkiem płatków róży w cukrze, dodawanych do tradycyjnych yunnańskich ciasteczek z różą); najczęściej smażone w omletach, dodawane do zup, a także po prostu smażone jak zwykłe warzywo, z dodatkiem czosnku i chilli.

3) Jadamy owady.

I znów: w ostatnich latach mamy wysyp podręczników "jak przeżyć w dżungli" itd., a także świetny "Podręcznik Robakożercy" na naszym rodzimym podwórku. Przeciętny Yunnańczyk spojrzy na takie "nowości" z lekkim politowaniem - bo w Yunnanie jada się tak wielką ilość owadów, przyrządzonych na rozmaite sposoby, że mało co może nas zaskoczyć. Tak, siebie też zaliczam do grupy Yunnańczyków - przynajmniej pod względem kulinarnym się od nich nie bardzo różnię. Jemy więc larwy szerszeni, koniki polne i szarańczę, robaki bambusowe, larwy jedwabników, mrówcze jaja, ważki i wiele innych delicji. Od razu mówię: nie jem ich dlatego, że to takie cool, a dlatego, że są po prostu przepyszne...

4) Uprawiamy kamienny hazard.

Nie tylko karty, zakłady, walki świerszczy, madżong itd., ale nawet zwykłe kamienie mogą być sprawcami utraty rodzinnej fortuny. To znaczy - nie takie zwykłe te kamienie, oczywiście. Są to kamienie, które pochodzą z nefrytodajnych gór, a ich kupcy liczą na to, że wewnątrz kamulca znajdą cenny nefryt/jadeit albo przynajmniej inny kamień szlachetny. W każdym yunnańskim mieście znajdziemy sklepy z takimi kamieniami i ludzi, którzy mają nadzieję, że specjalnymi latarkami prześwietlą kamień na wylot i kupią dobrą przyszłość... Więcej tutaj.

5) Wszystko na zewnątrz.

Nie mówię tu o emocjach i uczuciach, bo te akurat są wyjątkowo mocno schowane. Mówię o infrastrukturze technicznej, czyli sposobie, w jaki Yunnańczycy zaopatrują się w wodę czy prąd. Otóż: miliony kabli i rur umieszczone są na zewnątrz budynku. Kable elektryczne wiszą na drzewach, rury z wodą biegną po zewnętrznych ścianach. Na zewnątrz są kurki z wodą; spora część kunmińczyków myje np. głowy w umywalkach na zewnątrz. Wszystko dlatego, że w sporej części Yunnanu klimat jest łagodny, a temperatura prawie nigdy nie spada poniżej zera. Z tego samego powodu w mieszkaniach nie ma ogrzewania, ściany nie są ocieplone, okna niekoniecznie są szczelne.
Oczywiście, w paru miastach północnego Yunnanu sytuacja jest trochę inna, ale zdecydowana większość Yunnanu nie ma nic do ukrycia - nawet rur i kabli...

Ech... Mogłabym tak pisać do końca świata. Yunnan jest wspaniały, piękny, aromatyczny, smaczny, ciekawy, zaskakujący... Najlepiej przyjedźcie i zobaczcie sami :) A jeśli macie czas tylko na czytanie - zapraszam na inne blogi, biorące udział w naszej akcji:

Francja:
Francuskie i inne notatki Niki : Piec ciekawostek o Francji
Madou en France: Pięć rzeczy, które zaskoczyły mnie we Francji
Français-mon-amour: Pięć ciekawostek o Lotaryngii
Blog o Francji, Francuzach i języku francuskim : 5 rzeczy, których nie wiesz o Bretanii
Love For France : Francuska uprzejmość w 5 krokach
Gruzja:
Gruzja okiem nieobiektywnym: Tata to mama, czyli pięć ciekawostek o języku gruzińskim
Holandia:
Język holenderski - pół żartem, pół serio: 9 holenderskich ciekawostek
Kirgistan:
O języku kirgiskim po polsku: 5 ciekawostek o Kirgistanie i Kirgizach
Niemcy:
Niemiecki po ludzku: 5 ciekawostek o Niemczech
Językowy Precel: 5 niemieckich ciekawostek językowych
Willkommen in Polschland: 5 niemieckich ciekawostek
Norwegia:
Pat i Norway: Norwegia jest naj
Rosja:
Rosyjskie Śniadanie: 5 ciekawostek z Rosji
Szwecja:
Szwecjoblog: 5 ciekawostek ze Szwecji
Tanzania:
Suahili online: 5 ciekawostek o Tanzanii
Turcja:
Turcja okiem nieobiektywnym: Wiedzieliście, że... czyli pięć ciekawostek o Turcji
Wielka Brytania:
Learn English Śpiewająco: 5 ciekawostek o Wielkiej Brytanii
English with Ann: Do you know...? czyli kilka ciekawostek o Wielkiej Brytanii
Head Full of Ideas - Czy wiedzieliście, że...? Czyli 5 ciekawostek o Wielkiej Brytanii
English my way: 5 ciekawostek o angielskim
Włochy:
CiekawAOSTA: 5 najwyższych ciekawostek z Doliny Aosty
Studia, parla, ama: 5 ciekawostek o językach we Włoszech

Jeśli zaś sądzicie, że moglibyście dodać cegiełkę do naszych wielopaństwowych i wielojęzycznych akcji, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

2015-05-24

Między ustami a brzegiem pucharu

Jakiś czas temu odkryłam serwis internetowy Wolne Lektury. To taka biblioteka internetowa, w której znajdują się klasyki, głównie te, które znajdują się na listach lektur szkolnych, ale nie tylko. Stwierdziłam, że będę nadrabiać zaległości, a także przypominać sobie te dzieła, których już nie pamiętam. Wiele radości dostarczył mi Balzac, którego obserwacje dotyczące ludzi jemu współczesnych mnie zachwyciły (a w liceum uważałam, że jest nudny!). Na ucztę językową z kolei zaprosił mnie Reymont. Czytam, czytam, czytam...
I nagle w oczy wpadła mi Rodziewiczówna. Nigdy nie splamiłam się przeczytaniem żadnej z jej książek. Czytywała je namiętnie moja Babcia - pamiętam ją w łóżku, okrytą szczelnie puchową kołdrą, czytającą z przejęciem. Gdy pytałam, o czym to jest, odpowiadała, że o miłości, a ja robiłam "bueee" i uciekałam. Cóż - miałam wtedy dziesięć-jedenaście lat i taka reakcja była całkowicie zrozumiała. Ja w ogóle patrzyłam długi czas z politowaniem na tzw. literaturę dziewczęcą/kobiecą; nawet Anię z Zielonego Wzgórza przeczytałam po raz pierwszy już jako osiemnastolatka.
Ponieważ od czasów dziecięctwa trochę jednak zmądrzałam, stwierdziłam, że zanim wyśmieję Rodziewiczównę, najpierw coś przeczytam. I... wciągnęłam się. Na pierwszy ogień poszło bowiem Między ustami a brzegiem pucharu. A z mojej dzisiejszej perspektywy jest to książka o związku międzykulturowym. Czyli - plus minus - o mnie.

On ci pierwszy z ludzi, i choć ci ani swój mową ani życiem, choć on ciebie nie rozumie — ty go kochasz i kochać będziesz do śmierci.

Ten fragment ukłuł mnie w samo serce: ten, który nie był swój ani mową, ani życiem, stał się całym moim światem. Czy słowa te są mniej prawdziwe, jeśli znam jego mowę i nauczyłam się jego życia? Czy mogę z ręką na sercu powiedzieć, że on mnie rozumie?
Kiedy to się stało? Kiedy nauczyłam się mówić o rzeczach ważnych językiem, który był obcy? BYŁ. Bo przecież teraz jest już mój, nawet jeśli nie tak samo jak polski. Śnię po chińsku, wiecie? Zdarza mi się przez sen mówić rzeczy, które ZB rozumie.
Żyjemy w międzyświecie. Ani całkiem po chińsku, ani całkiem po polsku. To nieprawda, że trzeba się dostosować do ogółu. To jest - prawda, trzeba, ale nie tak, żeby stracić siebie.
A zrozumienie... Tak, tak. Są rzeczy, których ZB nie pojmuje. Ale akceptacja i miłość nie wynika ze stuprocentowego zrozumienia, a ze zgody w kwestiach ważnych, z pobłażania, ciekawości drugiego człowieka. Nie wszystko rozumiem i ja. Tłumaczymy więc sobie nawzajem nasze światy, by stały się one pełniejsze i piękniejsze. A jednak... gdyby On mnie nie rozumiał, tak całkiem nie pojmował - nie mogłabym Go kochać.
Jak to się stało, że nie znalazłam w ojczyźnie człowieka, który by czuł tak podobnie do mnie, który by miał podobne zasady i podobne widzenie rzeczywistości, a znalazłam go na drugim końcu świata?
Czasem mam wrażenie, że to dlatego, że widząc człowieka podobnego do siebie samego, z tego samego kręgu kulturowego, wiele rzeczy przyjmujemy bez dogłębnego zastanowienia. Tymczasem nasz język, nasze życie wydaje się podobne tylko pozornie. Każdy ma swoją definicję dobra, zła, piękna i tylko częściowo jest ona oparta o wzorce dominujące w danej kulturze.
Mój mąż nie rozumie mnie na poziomie powierzchownym - czyli np. nie wie, dlaczego nawet w zimie kanapki wydają mi się sensownym śniadaniem. Rozumie za to i popiera całym sercem to, jak chcę żyć, jakie życie uważam za dobre i pełne.

Kochanie przemogło żal i trwogę przed obczyzną, jak samobójcę ciągnie wir rzeczny — i poszła!

Och, we mnie nie ma żalu ani trwogi. Wcale nie uważam życia na obczyźnie za trudniejsze od tego w Polsce. Każde życie jest trudne. Trudne jest przyjmowanie z dobrodziejstwem inwentarza wszystkiego, co los nam niesie. Tak samo jak trudna jest walka z tym losem. Jeszcze trudniejsze jest zrozumienie, kiedy przyjmować los z otwartymi ramionami, a kiedy walczyć o swoją wizję. Trudne jest zaczynanie każdego dnia z czystą kartą i staranie się, by ta karta każdego wieczoru była piękna. Zapomnienie jest tak samo trudne, jak pamiętanie. Bez względu na to, czy u siebie, czy u obcych.

Więc sam się dla niej wyrzeczesz ojczyzny, narodowości, mowy, obyczajów, wszystkiego!

Błogosławię fakt, że nie musiałam się niczego wyrzekać. Mogę mówić po polsku, choć żyję po chińsku. Mogę ustawiać drzewko bożonarodzeniowe i zamiatać w wigilię chińskiego Nowego Roku. Co znaczy "wyrzec się ojczyzny"? Czym jest dla mnie ojczyzna?
Czytam u Rodziewiczówny o nienawiści Polaków do Prusaków i o pogardzie Prusaków względem Polaków. Czytam o tym, jak trudno pokochać "wroga", zaufać mu. Czytam o tym, jak ktoś musi oddać połowę swojej duszy w imię miłości; jak zaczyna nienawidzić rzeczy, które dawniej kochał, bo tylko jedna strona jest słuszna.
O, jak dobrze, że ja nie muszę wybierać! Są ludzie wyrzucający mi, że wybrałam łatwiejszą drogę, zamiast "budować mój kraj". Ale czy ten kraj jest mój? Co mnie z nim łączy poza tym, że się w nim urodziłam?
Dla mnie nie jest to takie proste. Uważam, że nie ma obowiązku miłości. Nie ma też miłości, która obejmuje wszystko. Kocham polską kuchnię, ale kocham też włoską, chińską, japońską. Kocham polską literaturę, ale kocham też inne. Kocham różne polskie tradycje, ale niektórych nie znoszę. Sam pomysł oddania życia za jakikolwiek kraj jest dla mnie idiotyczny. Życie można oddać za własne dziecko albo za przyjaciela, a nie dla polityki. Męczeństwo? Lepiej starać się dobrze żyć. Większym bohaterem jest ktoś, kto całe życie opiekuje się swoją żoną niż ktoś, kto umiera w imię idei i zostawia swą rodzinę w żałobie. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby wszyscy tak myśleli, nie dałoby się stworzyć wojska i siłą rzeczy konflikty trzeba by było rozwiązywać pokojowo.
Tak, wiem, jestem naiwną idealistką. Cóż. Wolę to niż patriotyczne zaślepienie.
Co by się stało, gdyby Chiny wypowiedziały Polsce wojnę albo odwrotnie? Pojechalibyśmy do Szwajcarii i zachowali neutralność. Nikt nie ma racji.
Każdego dnia dziękuję Bogu, że nie muszę wybierać, że nikt mi nie strzeli w głowę za to, że zamiast rodzić małych patriotów, wybrałam obcego. Tu ciekawostka: polskie ugrupowania nacjonalistyczne na początku XXI wieku tłuką dziewczyny, które mają chłopaków innych ras. Tak, to się nadal zdarza.
A przecież nie zamierzam się wyrzec Polski, kraju, który mnie wiele nauczył. W którym odkryłam piękno morza, wydm, Mazur z krystalicznie czystymi jeziorami, polskich ślicznych gór. Polskiego, absolutnie przewspaniałego języka....

Rodziewiczówna i jej nachalny patriotyzm związane są oczywiście z czasami, w których żyła. Zabory, wojna o niepodległość, te rzeczy. Prusak jest dobry pod warunkiem, że przejdzie na "naszą" stronę, bo nasza jest słuszna. Bo my jesteśmy dobrzy, a Szwaby są złe. Ech, życie tego typu patrioty jest łatwiejsze, bo nie przyjmuje do wiadomości, że może nie mieć racji.
Pokażcie mi kraj, który nie ma w swej historii niechlubnych kart, a zostanę jego patriotką. Razem z moim obcym mężem zresztą.

2015-05-23

szorstki ryż 糙米

Czy słyszeliście kiedyś o szorstkim ryżu? Pewnie nie, tak samo jak ja. Ale za to znacie pewnie synonimy: ryż pełnoziarnisty względnie ryż brązowy. Wszystko to dokładnie to samo: ryż niełuskany, a dokładniej: obrany tylko z niejadalnych plew, niepozbawiony za to to jadalnej, brązowobeżowej łupinki. Jest zdrowszy od ryżu białego na takiej samej zasadzie, na jakiej pieczywo pełnoziarniste jest zdrowsze od białego. Większość Chińczyków jednak tego ryżu nie jada, bo smak nie ten, bo trzeba dłużej gotować, a przede wszystkim dlatego, że ryż z łupkami jest dla biednych - bo kto niby jadłby łupinki, skoro można samo wnętrze?
Ponieważ kończyły nam się zapasy ukochanego ryżu jaśminowego, poszłam do sklepu zbożowego, w którym kupuję mąkę tatarczaną, owies i inne takie cuda. Jest tam zawsze z sześć-siedem worów z różnego typu ryżem. Postanowiłam spróbować czegoś nowego i kupiłam dwa rodzaje ryżu razowego: brązowy i czerwony. O czerwonym jeszcze opowiem, dziś się skupmy na brązowym.
Po pierwsze: nie był tani. Najtańszy kosztował sześć yuanów za kilogram, podczas gdy najtańszy biały kosztuje około 2-3 yuany.
Po drugie: to nieprawda, że smak ustępuje w czymkolwiek ryżowi białemu. Ba! Moim zdaniem jest dużo od białego smaczniejszy! No, może nie jest aż tak aromatyczny, jak jaśminowy, ale zdecydowanie wygrywa ze zwykłymi białymi ryżami. Powiedziałabym, że jest czymś w połowie drogi między białym ryżem a kaszą gryczaną.
Po trzecie: tak, trzeba dłużej gotować; niektóre chińskie garnki do gotowania ryżu sobie z nim ponoć nie radzą. Ale wystarczy dodać trochę więcej wody, namoczyć ryż przez noc albo - tak jak my - gotować ryż w szybkowarze. Jest mięciutki, aromatyczny i pyszny, a przy tym zdrowy i sycący. Trzeba jednak uważać, żeby z nim nie przesadzić - ze względu na dużą zawartość kwasu fitowego utrudnia przyswajanie niektórych minerałów. Cóż. Będziemy go jeść na zmianę z jaśminowym...
A, i jeszcze jedno - nie klei się, więc jest jak znalazł do potraw wymagających ryżu na sypko, a za to ZB klnie w żywy kamień, że się go nie da jeść pałeczkami...

2015-05-22

Lotosowy Staw 莲花池

Cieszył oczy władców Yunnanu już za czasów dynastii Tang. Wpisywany na kolejne listy "8 cudownych widoków", "3 wspaniałych źródeł" i innych cudów Yunnanu. Dziś znajduje się w parku swego imienia, otwartym dla zwiedzających (i to za darmo!). Park jest maleńki; zabytki są odrestaurowywane tyleż z rozmachem, co trochę nieudolnie - kiedyż wreszcie Chińczycy przestaną wszędzie wciskać ten beton? W dodatku wielu kunmińczyków nie wie nawet, że można go odwiedzać. Nie tylko bowiem w czasach cesarskich zwykły śmiertelnik nie miał tu wstępu: za czasów galopującej komuny w starych pawilonach i budynkach uwili sobie gniazdko oficjele. Z czasem zamknięta dla "pospólstwa" była coraz mniejsza część parku, by parę miesięcy temu otworzyć park na oścież. Jest jeszcze zaledwie kilka budyneczków z wyraźnym zakazem wstępu, ale i one pewnie z czasem zostaną oddane mieszczuchom.
Najciekawsza historia rozegrała się jednak ani nie za Tangów, ani tym bardziej tuż po "Wyzwoleniu", a w czasie, gdy Yunnanem rządził mój ulubiony watażka, Wu Sangui, który przy tym niepozornym stawiku pogrzebał swego największego wroga i swą największą miłość, by w końcu zostać pobitym. Tę opowieść zostawię sobie na później, dobrze? Dziś chciałabym się z Wami podzielić pięknem tego miejsca.
Za dużo tych zdjęć, stanowczo za dużo. Wiem. Nie umiałam zdecydować, które wrzucić. I tak wybrałam niewiele, bo mam ich sporo ponad setkę...
Pierwszy raz byłam tam podczas pierwszego pobytu w Kunmingu; woda śmierdziała, powietrze było gęste, a ludzi zdecydowanie za dużo. Później za daleko mieszkałam. Teraz - mam niewiele dalej niż nad Szmaragdowozielone Jezioro. Nieczęsto jednak tam chadzam - parczek jest mi nie po drodze. Dlatego mi on nie spowszedniał i za każdym razem tak samo mnie zachwyca. Tak, można się przyczepić do betonu, do tego, że mały, że woda ma nie ten kolor itd., ale - czerwonozłote liście klonu, piękno kamiennych ścieżek ogrodzonych gałęziami i wywinięte dachy są warte kilku chwil...

2015-05-20

Za co dzisiaj kocham ZB

Właściwie to miałam założyć takiego twittera, ale za dużo mi już tych różnych mediów społecznościowych w życiu, więc powstała taka kategoria wpisów. Można szukać na samym dnie blogu.
Bo oczywiście, tak ogólnie to Go kocham po prostu za niego samego, ale zdarzają się momenty, kiedy to wielkie uczucie nagle eksploduje, zazwyczaj razem z beczką śmiechu.
Za co więc dzisiaj?
Od marca pracuję w szkółce językowo-artystycznej. Tak, jako nauczycielka angielskiego. Tak, nienawidzę uczyć angielskiego. Coś jeszcze?
Dostałam wypłatę i postanowiłam zaszaleć - zaprosiłam męża na kolację "na mieście". Był zachwycony samą ideą, bo zdarza się to nieczęsto. Nie chciałam brać portfela, więc pytam, czy 200 yuanów wystarczy.
ZB: to zależy.
ja: ??
ZB: czy oprócz kolacji zabierzesz mnie też na dziwki?
Tu dygresja: moja własna, osobista rodzicielka razu pewnego snuła podejrzenia, po co mój mąż wychodzi wieczorami z domu. Wracając do historii:
ja, nie tracąc rezonu: rozumiem, że jeśli idziemy na dziwki, to nie muszę brać kasy, bo zarobisz?

Nie, nie jesteśmy normalni, ani jako małżeństwo, ani osobno :D

2015-05-19

Bullet in the Head 喋血街頭

Dziś kolejna kongkongijska strzelanka - Kula w łeb. Tym razem ładną buźkę pokazywał Simon Yam (on nawet teraz jest jeszcze niezłym ciachem),
a sam film to klasyk Johna Woo, tego od Better Tomorrow.
Po pierwsze: niby zwykła strzelanka, a prawdziwy dramat. Trochę miłości, trochę fałszywych przyjaciół, zemsta i tak dalej. Może trochę absurdalne, ale pierwsze skojarzenie dotyczyło westernów, więc dla mnie od dziś azjatyckie filmy z tej kategorii wabić się będą easternami.
Po drugie: znam parę amerykańskich filmów osadzonych w wojennym Wietnamie; ciekawie zobaczyć, jak inaczej widzieli ten Wietnam Chińczycy. Jeszcze ciekawiej byłoby zobaczyć na koniec wersję wietnamską, ale to będzie musiało poczekać.
Po trzecie: nie znam dokładnie historii Hong Kongu. Dlatego musiałam doczytać o lewicowych zamieszkach w 1967.
Po czwarte: wzruszyłam się. Wystarczająco często miałam wbity nóż w plecy (na szczęście tylko przenośnie), żeby współczuć jednemu z głównych bohaterów. I żeby z prawdziwą rozkoszą oglądać zemstę.
Po piąte: czy już wspominałam, że facet, który w imię Wielkiej Przyjaźni najpierw porzuca żonę w dniu ślubu, a potem, gdy wraca, idzie się dać zastrzelić, nie jest żadnym bohaterem, tylko tchórzem i egoistą? Ech...

2015-05-18

ech, te chłopy...

Uwielbiam mojego męża pasjami. Jest wspaniały, świetnie się dogadujemy na milionie płaszczyzn, nie zamieniłabym go na żadnego innego, ale jak czasami coś strzeli, to naprawdę dziwię się, że jakiekolwiek stworzenie posiadające mózg może wpaść na taką głupotę.
Co śmieszniejszymi wpadkami dzielę się ze... świekrą. Odkąd na pytanie "co powinnam zrobić, kiedy Twój syn mnie wkurza?" odpowiedziała "lej przez łeb. Pałką", wiem, że jest ok, więc się z nią dzielę śmiesznostkami z naszego życia. No i ostatnio, kiedy znów coś tam opowiadałam, zamyśliła się i mówi - cóż, geny.
Strzygę uszami i czekam na opowieść.
Pamiętasz, jak Ci opowiadałam, jak to studenci zostali powysyłani na wieś, żeby krzewić wiedzę o cudzie socjalizmu wśród prostego ludu? Ja wylądowałam w małej wioseczce niedaleko Dali. Żeby zwołać wszystkich mieszkańców okolicznych chat, trzeba było wędrować kozimi ścieżkami pół dnia; nie było zwykłych dróg. Spałyśmy na stryszku, który robił za spichlerz - mościłyśmy sobie posłania w pastewnej kukurydzy. Która zresztą była nam głównym posiłkiem - w tamtych stronach w owych czasach prawie nie uprawiano ryżu.
Byłam już wtedy zaręczona; gdy napisałam do mojego starego, że głodujemy, on przysłał mi paczkę. Wiesz, był już dawno po studiach i dobrze zarabiał, więc było go stać. Rok po studiach miał pensję wyższą niż robotnik z dwudziestoletnim stażem. Zarabiał prawie pięćdziesiąt yuanów miesięcznie, a w tamtych czasach było to sporo pieniędzy - jajko kosztowało zaledwie 3 grosze, wyobrażasz sobie? W dodatku często jeździł w podróże służbowe, a w delegacji zarabiał jeszcze więcej. Właśnie z Szanghaju przysłał mi paczkę na wieść, że głoduję.
Przysłał pudełko czekoladek...
Uśmiechnęła się do wspomnień i spojrzała na świekra takim samym, wyrażającym bezradność spojrzeniem, jakim ja patrzę czasem na Jej syna...

2015-05-17

Kulisi

Znów Sieroszewski; tym razem mało, bo i opowiadanie króciutkie.

Już w roku zeszłym zbiór pszenicy był marny. Troska zajrzała nawet do zasobnych gospodarstw i niewielu wieśniaków miało pewność, że do przednówka starczy im własnego chleba.
Ja mam przekonanie graniczące z pewnością, że na Wyżynie Lessowej chleba to w żadnym domu nie było ;)
*
Ja akurat jestem noga z tkanin, włóczek i innych haftów, ale przyznajcie się: ilu z Was wiedziało o istnieniu tkaniny zwanej nankinem?
*
[...] nade wszystko wystrzegajcie się rudych diabłów zamorskich. Nie są to ludzie, lecz owoc występnego związku małpy z gęsią, czego ślady zachowali w swych długich nosach i włosach rosnących na twarzy. Są to barbarzyńcy nie uznający Niebios, odrzucający rodzinę i przodków, co zrozumiałym jest ze względu na haniebne ich pochodzenie. [...] celują przede wszystkim w wyrobie narzędzi służących do wszelkiego rodzaju zabójstwa. Łatwo zrozumiecie przyczynę tego, gdy powiem wam, że tajemnie żywią się ludzkim mózgiem i krwią pomordowanych. [...] byli tacy, co z bliska znali rudych cudzoziemców. Wszyscy powiadali zgodnie, że biali są grubianie, brzydko pachną, że mają oczy złe, przenikliwe, drapieżne... że nie znają się wcale na grzeczności i nie umieją obcować z ludźmi.
Jak to dobrze, że sąd ów dotyczy jeno rudych. Inaczej musiałabym się oburzyć :D
/Wacław Sieroszewski - Kulisi/

Dawno nie czytałam tak przygnębiającej prozy. Chociaż bohaterowie są Chińczykami, można by ich przenieść w dowolną część świata. Biednemu zawsze wiatr w oczy wieje, obojętnie, gdzie się uda. Nie zawsze dobre chęci i takiż charakter wystarczają. Czasem potrzebny jest jeszcze łut szczęścia...

2015-05-16

Dzika soja 马豆

Dziś na obiad dzika soja. Tak, wiem, znów coś nie z Polski i gdzie niby mamy znaleźć składniki... Ale - może z racji wielkiej urody posialiście Glycine soja w ogródku? A może przypadkiem zobaczycie gdzieś te małe fioletowe kwiatuszki? A może po prostu przyjedziecie do Yunnanu, pójdziecie do knajpy z "chłopskim żarciem", wskażecie jakieś zielsko palcem i pędy dzikiej soi same wskoczą Wam do miseczki?
U mnie właśnie tak to wyglądało. Pokazałam na zielsko, a pani z uporem maniaka twierdziła, że to fasolka. Fasolka to wszystko, co obłe, od soi, grochu i fasoli po "fasolę ziemną" czyli ziemniaka. Nasza soja lubi miejsca wilgotne; mogłaby być uprawiana, ale ponieważ rodzi cztery razy mniej ziarenek niż ta prawdziwa, udomowiona soja, więc się jej na wielką skalę nie uprawia. Na małą skalę to co innego - jeśli pojawi się w ogródku, każdy szanujący się Yunnańczyk chętnie wykorzysta kulinarnie... jej pędy i liście. Będzie ją nazywał soją górską, opadającą, pochyloną do ziemi, dziką, czarną, ptasią albo końską fasolką - ale na myśli będzie miał właśnie soję dziką. Jak zwał, tak zwał. Najważniejsze jest to, jak aromatyczna jest dzika soja na talerzu.

Składniki:
*olej
*solidna garść pędów soi - tylko młode, niewłókniste
*czosnek, suszone chilli - po uważaniu
*sól
*ewentualnie trochę wody (zależy, jak wilgotne będą nasze pędy)

Wykonanie:
1) na gorący tłuszcz wrzucić czosnek i obsmażyć.
2) dorzucić pędy soi, smażyć do zniesurowienia. Pod koniec smażenie dodać sól. Jeśli pędy były zbyt suche i nie puściły soku, dodać odrobinę wody.
3) poddusić i podać.

I to jest właśnie to, co różni Europejczyków i Chińczyków. I jedni, i drudzy wierzą, że soja jest zdrowa. Ale Europejczycy robią z Glycine soja kosmetyki, a Chińczycy żarcie...

PS. A teraz Wam na ucho powiem, że pędy grochu czy pędy dyni tak samo się nadadzą. :)

2015-05-15

Herbata wg Verne'a

Z Przypadków pewnego Chińczyka parę akapitów herbacianych.

Na drugim stole każdy znalazł małą czarkę z przykrywką, zdobną portretem sławnego mnicha buddyjskiego Bodhidharmy, stojącego na legendarnej tratwie. Każdy też otrzymał szczyptę herbaty, zaparzył ją bez cukru w swej czarce napełnionej wrzątkiem, po czym jął pić.
Co za herbata! Nie zachodziła najmniejsza obawa, że dostawca - firma Gibb-Gibb & Co - sfałszował ją nieuczciwą domieszką obcych liści, ani by już raz ją zaparzono, bo wówczas nadawałaby się jedynie do czyszczenia dywanów, ani że nieumiejętny preparator pomalował ją na żółto kurkuminą lub na zielono błękitem pruskim! Była to nieskazitelnie czysta herbata cesarska. Cenne, podobne do płatków kwiatu listki z pierwszego marcowego zbioru, rzadko przeprowadzanego, bo krzew po nim więdnie, listki, które wolno zbierać jedynie małym dzieciom dłońmi ubranymi w rękawiczki.
Europejczykowi brakłoby słów uznania dla tego napoju, który nasi biesiadnicy popijali małymi łyczkami, nie zachwycając się nadmiernie, jako przyzwyczajeni do niego znawcy.

1) Co do dostawcy - z firmą Gibb-Gibb się nie spotkałam, ale za to słyszałam o firmie Gibb, Livingston & Co, która faktycznie zajmowała się handlem herbatą. Dziwnym byłoby, gdyby Chińczycy kupowali herbatę od firmy europejskiej, ale tu muszę dodać, że chińscy dostawcy herbaty również starają się oszukać każdego, kto się nie zna.
2) Herbata zaparzona po raz drugi nadaje się tylko do czyszczenia dywanów? Oj, te idiotyczne stereotypy... Każdą herbatę, w tym czarną, można parzyć wielokrotnie. W wypadku dobrych herbat i przy właściwym parzeniu kolejne napary będą smaczniejsze niż to pierwsze. Serio!
3) Nie bardzo sobie wyobrażam cel barwienia herbaty na żółto czy niebiesko. Farbowania na zielono błękitem pruskim też sobie nie wyobrażam :D
4) Nigdy nie słyszałam o więdnięciu krzewów po pierwszym zbiorze.
5) Chińskie wiejskie dzieci zbierające herbatę w rękawiczkach :D:D:D Wyobraźnia mi umarła :D
6) Większość Europejczyków i dziś nie umie herbaty ani ocenić, ani się nią delektować. Ba! Większość Chińczyków jeśli w ogóle się zna na jakiejś herbacie, to zazwyczaj na jednej, dostępnej i popularnej w danym rejonie. Jeszcze większa ilość Chińczyków nie zna się na herbacie wcale. Fakt, Chińczycy przynajmniej jej nie psują cukrem i cytrynką ;)

2015-05-13

Ty Szekspirze!

Tym oto hasłem zwyzywałam męża. Tak, zwyzywałam, nie skomplementowałam. Spojrzał na mnie zaskoczony, a potem zaczął się śmiać. Wyć. Płakać ze śmiechu. Tarzać się po łóżku. Trzymać za brzuch, bo go przepona rozbolała. Nie wiecie, dlaczego?
Najpierw mała powtórka: Szekspir został oczywiście przetłumaczony na chiński, a jego nazwisko zostało zsinizowane na Shā​shì​bǐ​yà 莎士比亚. Tu ciekawostka: pierwszy raz usłyszałam to nazwisko w piosence JJ Lina, w której przyznaje on, że nie dysponuje talentem Szekspira. To było podczas pobytu na Tajwanie, właśnie się zaczęłam uczyć chińskiego i zrozumienie tekstów piosenek było dla mnie wyczynem olimpijskim. Dopiero z perspektywy czasu mogę potwierdzić: JJ Lin faktycznie nie dysponuje talentem Szekspira, jego teksty są bezdennie głupie, ale on sam jest słodziutki i pisze przyzwoite piosenki pop. Koniec dygresji.
Razu pewnego mówię do ZB, że Houston, mamy problem. "Problem" i "pytanie" po chińsku brzmią tak samo: wenti 问题. Problem dotyczył tego, kto pozmywa po kolacji. Nie miałam być to ja. Więc ZB odparł, że to żaden problem i że być albo nie być, to dopiero jest problem/pytanie.
I wtedy mu powiedziałam, że jest Szekspirem.
Tyle, że... wiecie, w języku chińskim bardzo ważne są tony. Ja je trochę zmieniłam. Zamiast 莎士比亚 rzekłam 傻士屄亚. I w dodatku silnie zaakcentowałam pierwszą i trzecią sylabę. Tak, że z całego shashibiya słychać było tylko 傻屄 shǎ​bī. Sha to głupi. Bi to wagina*...
W ten właśnie sposób nasz domowy słownik wzbogacił się o kolejne słowo, które nie będąc przekleństwem służy do obrażania ludzi. Bo przecież ktoś nazwany Szekspirem nie będzie wiedział, że powinien się obrazić...

*swoją drogą, ciekawy jest znak waginy: dziura 穴 w trupie 尸. Może ze względu na brak właściwej higieny intymnej Chinek w dawnych czasach?...

2015-05-12

Szmaragdowozielone Jezioro 翠湖

Ja wiem, że jestem nudna. Ale co ja mogę poradzić na to, że każdy spacer nad Jeziorem sprawia, że pokochiwuję* to miejsce jeszcze bardziej? Wiosną jest mocno zielone; w ostrym słońcu mój kiepski aparat ma problem z wychwyceniem żywych barw. Idę z zakupami, kładę torby na ziemi, wyciągam aparat i robię zdjęcia, a przechodnie przystają zdziwieni: przecież turyści nie robią zakupów warzywnomisienowych na targu, a już zwłaszcza, gdy są biali!
Każdy spacer nad Cuihu się tak kończy. Tyle, że rzadko mam przy sobie aparat...

*to JEST słowo. A przynajmniej powinno być.

2015-05-11

targowisko próżności

Urodzona w 82 roku, 163 cm wzrostu, pracuje w Kunmingu, poszukuje pana powyżej 170 cm wzrostu, w wieku 33-36 lat, z własnym mieszkaniem. I przeznaczeniem. Przeznaczenie jest bardzo ważne, choć trochę mniej ważne niż wzrost, wiek i mieszkanie.
Pan Li, 1985, wykształcenie zawodowe, sensowne zarobki, samochód i mieszkanie to oczywista oczywistość, wymaga, by dziewczyna była miła, posłuszna i żeby dobrze opiekowała się domem.
Jedynak '81, całkiem wysoki (175 cm), pochodzi z rodziny medyków, a sam pracuje i uczy się również na medyka. Członek partii, bez nałogów, nie tyka papierosów ani alkoholu. Lubi koszykówkę, psy i gitarę. Był krótko żonaty; już rozwiedziony, bez potomstwa. Ma samochód i mieszkanie. Szuka dziewczyny powyżej 160 cm. Wzrostu znaczy. Innych wymagań nie ma. Tylko ręczny dopisek - tylko poważne propozycje. Czyli - nie szuka dziewczyny, tylko żony.
Przez jeden weekend w miesiącu Szmaragdowozielone Jezioro zmienia się w targ bydła matrymonialny. Ogłoszenia są wszędzie - odbijane na murach, przyklejane, dzierżone przez zaniepokojone matki i ojców. Pojawiają się też liczne reklamy biur matrymonialnych. Czasem ważniejsze od ogłoszenia na murze jest poznanie się osobiste przyszłych kumów. Ech, bo ta moja córka... Ładna, mądra, pracowita, ale szczęścia w życiu nie ma... Co też pani mówi?! To zupełnie jak mój syn - taki dobry chłopiec, nie pali, nie pije, ale nieśmiałe to-to i samotne w tym swoim wielkim, nowym mieszkaniu...
Odpowiadając na pytania - nie uczestniczyłam czynnie. Ale zdarzyło mi się raz, dawno, dawno temu, umówić się nad Jeziorem z chłopcem, którego podówczas lubiłam. Przyszłam wcześniej; dziwiłam się wprawdzie, co tu nagle tak tłoczno, ale nie bardzo wiedziałam, o co chodzi i też nie bardzo mnie to w ogóle interesowało. Wyciągnęłam książkę i powtarzałam krzaczki do testu; po pięciu minutach byłam otoczona przez panie w kwiecie wieku, zachwalające swój towar. Bardzo były zdesperowane, żeby się handryczyć o barbarzyńską białaskę...
Uratowało mnie tylko pojawienie się Onego; panie prychały pół minuty, a potem otoczyły jak sępy kolejną ofiarę...