blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-04-12

odszczepieńcy

Poprzednim razem obśmiałam zdrowo "Zamorskiego diabła" Sieroszewskiego. Dziś te fragmenty, które kłują mi serce, gdy staram się zasnąć.

Gdy zaczniesz inaczej pisać swe rodzinne nazwisko, umrze w tobie cząstka czegoś wielkiego [...]. Myśl twoja, okuta obcymi dźwiękami, utraci skrzydła. Umrą uczucia oniemiałe, gdyż żyją one jedynie w wyrazach słyszanych w kolebce. Będziesz miał chwile strasznej tęsknoty albo gorzej jeszcze: staniesz się chodzącym grobem człowieka.
*
Dziecię moje, jakże strasznej nabawiasz mnie trwogi! Trzymaj się z dala od tych cudzoziemek. Nie ma cięższych łańcuchów nad takie związki. Kopią przepaście pomiędzy najbliższymi sobie osobami. Szerzą wokoło cierpienia i lekkomyślność rodziców opłacają nieszczęściem dzieci.
/Zamorski diabeł, Wacław Sieroszewski/

Jestem Białym Małym Tajfunem. Mój mąż ma mnie w telefonie jako "Małą Białą". Nie zmieniłam nazwiska po ślubie, ale reaguję i na polskie imię, i na chińskie, i jeszcze na "panią Belka" - 梁太太. Najczęściej zaś reaguję na "kochanie", "skarbie" i inne takie. Podpisuję się krzaczkami na pocztówkach i listach. Czy jestem mniej Natalią dlatego, że również Tajfunem? Nie, nie umarła we mnie żadna cząstka. Może nawet wręcz przeciwnie: narodziła się we mnie całkiem nowa cząstka - ta żartująca chińskimi homofonami, śpiewająca chiński pop zamiast barokowych pieśni chóralnych, jedząca kurze łapki i wątrobę wieprzową... Jestem sobą. Bardziej i pełniej niż kiedykolwiek, śmiem powiedzieć. Bo kiedyś, kiedy byłam tylko polska, nie rozumiałam "jak można" i uważałam, że "przecież każdy kulturalny człowiek"... Jeśli granicą poznania jest znajomość języka i sposobu myślenia w danym języku, to we mnie nic nie umarło. Kolejne odsłony mnie rozmnażają się przez pączkowanie, kiedy tę samą wiadomość czytam w prasie polskiej, angielskiej i chińskiej. Myśl moja w obce dźwięki okuta nie tylko nie straciła skrzydeł, ale i stała się pełniejszą. Znacie tę tezę, że jeśli ktoś czegoś nie potrafi wytłumaczyć w prostych słowach, to znaczy, że sam tego nie rozumie? Posługiwanie się na co dzień językiem innym niż ojczysty zmusiło mnie do jasnego formułowania własnego zdania. Na początku z konieczności, bo inaczej po prostu nie potrafiłam, teraz - z wygody. Świat stał się dla mnie znacznie przyjemniejszym miejscem, gdy nauczyłam się go postrzegać z paru różnych perspektyw. Zawsze przecież mogę wybrać perspektywę, która mi bardziej odpowiada. Była kiedyś książeczka dla dzieci o dziewczynce, która, jeśli przestawał jej się podobać świat, zdejmowała okulary. Wszystko stawało się zamglone jak w marzeniu. Ja mam kilka par okularów, związanych z różnymi językami; zakładam je i zdejmuję po uważaniu. Myśli moje błądzą, czasem po bezdrożach niewartych straty czasu "wykształconego człowieka", ale na pewno nie mogę stwierdzić, że straciły skrzydła dlatego, że ubieram je w obce słowa.
Ha, obce słowa! Już nie obce. Mówię nimi o bólu głowy, o miłości, o dobru. Skoro mogę nimi walczyć o piękno, dobro i miłość, to znaczy, że we mnie wrosły i "zmojały". Tak, żałuję, że ZB nie zrozumie nigdy piosenek z Kabaretu Starszych Panów. Żałuję, że nie dzieli ze mną wspomnień najwspanialszych książek czy filmów z dzieciństwa. Ale wiecie co? Przez ponad dekadę szukałam we własnym kręgu kulturowym faceta, który by ze mną dzielił te uczucia, te wyrazy słyszane w kolebce. Nie znalazłam. Mogę się zgodzić na to, żeby obcokrajowiec nie znał Hemara czy Gałczyńskiego, tak jak oni wybaczają mi fakt, że nie chwytam w lot aluzji do Podróży na Zachód czy tangowskiej poezji. Polakom tego darować nie mogłam. Szukałam więc bezskutecznie, aż poznałam kogoś, kto innymi walorami przyćmił te wątpliwe braki. Znalazłam kogoś, kto podobnymi słowy - bez względu na użyty język - mówi o dobru, miłości i szczęściu. ZB nie wykopał przepaści między mną a... rodziną? przyjaciółmi? Jeśli się zmieniam - nie on to sprawił. Zmieniam się, jeśli sądzę, że znalazłam drogę jeszcze właściwszą niż dotąd. Mam nadzieję z każdym krokiem stąpać we właściwszym kierunku. Cieszę się, że jest komu kroczyć obok mnie i że kierunek ogólny nam się zgadza. Mam nadzieję, że nasze przyszłe dziecię nie będzie cierpieć z powodu naszych pięknych różnic, a zamiast tego skorzysta z wciąż wypracowywanych wspólnych wytycznych.

10 komentarzy:

  1. Wspaniały ,głęboki,mądry wpis pozwalający zrozumieć życie w innej kulturze i to jak bardzo ono wzbogaca.Natalio to wszystko, co napisałaś jest tak piękne, przede wszystkiem dlatego,że Twoja inteligencja potrafi tak wspaniale analizować rzeczywistość,że dostrzegasz niuanse życia i czerpiesz z tego wszystkiego co najlepsze.Dziekuję Ci za to.Pozdrawiam Noneczka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech, też bym chciała mieć tyle zaufania do własnej inteligencji :D Dziękuję za miłe słowa.

      Usuń
    2. Zgadzam się z Noneczką. Do mnie ten tekst bardzo przemawia, ale to chyba żadne zaskoczenie. :-)

      Usuń
    3. Cieszę się :) Zwłaszcza z Twoich - osoby również żyjącej na styku kultur - ust taki komplement jest cenną nagrodą :)

      Usuń
  2. Anonimowy12/4/15 18:15

    Tak wlasnie jest jak piszesz. Mam chyba cos podobnego w moim zyciu. Zgadzam sie rowniez z tym, ze samo to iz "starajacy sie" bylby Polakiem nie gwarantowalo by mi wcale "jednosci duszy" czy lepszego porozumienia sie. Powiedziala bym, na podstawie wlasnych doswiadczen, ze nie mialam szczescia kogos takiego spotkac wsrod Polakow. Nie znaczy to oczywiscier ze takich Polakow nie ma ale po prostu w moim zyciu nie bylo takich wsrod "kandydatow" na partnera. Duzo lepiej dogaduje sie ze znanymi mi ...Niemcami. Oczywiscie uwielbianego przeze mnie Kabaretu Starszych Panow i oni nie zrozumieja ale jesli chodzi o poglady na zycie i jego wartosci i jakas taka bliskosc jest mi latwiej tu gdzie mieszkam niz bylo w Polsce. Zapewne to ja wypadam z ramki jakiegos "typowego" zachowania, akceptacji, pogladu w stosunku do srodowiska ktore otaczalo mnie w Polsce. Co wcale nie jest ocena w stylu co jest lepsze bo kazde w sobie jest dobre. Tylko mi jest lepiej tu gdzie jestem. Polska fantazja i lekkosc to cos co wzbogaciloby niemiecka solidnosc i odebraloby jej troche ciezkosci. Niemieckie "podporzadkowywanie sie przepisom" pewnie nieraz ulatwilo by zycie w Polsce. Dlatego ja na przyklad uwazam, ze polska i niemiecka kultura wspaniale mogly by sie uzupelniac. :D i nie znam Niemca ktorego pewne pozytywne "typowo polskie" cechy nie zaskoczyly i w pewnym sensie zauroczyly. Sami staja sie wtedy "luzniejsi" ;.)

    Byc moze taki strach przed nowym jak w zacytowanym przez Ciebie fragmencie jest typowy, niezaleznie od narodowosci, u tradycjonalistow nie otwartych na nowe a raczej najpewniej czujacych sie w tym co zasiedziale i znane. Ja zas zawsze bylam ciekawa swiata i ludzi tradycja dla tradycji mi nie lezy. Chyba ze odkryje w niej jakis glebszy sens a nie tylko powierzchowna poprawnosc i podporzadkowanie sie czemus. Czuje sie podobne jak Ty: uwazam, swoj swiat za bogatszy niz swiat idac sztampowo "typowego" Polaka czy Niemca. Poniewaz znam oba srodowiska i ich mentalnosc mam inne, sadze ze szersze, spojrzenie na wiele spraw. i chyba wiecej dystansu do swiata. Jestem tez ostrozniejsza w osadach i uznawaniu czegos za "jedynie wlasciwe i sluszne". Dlatego tak lubie Twego bloga bo przyblizasz mi w sposob dla mnie zrozumialy cos tak egzotycznego jak "kulture chinska" celowo napisana w cudzyslowiu bo jak wiadomo Chiny maja tyle regionow i narodowosci, ze o jakiejs "jedynie chinskiej" mowic nie mozna.

    Kiara

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie: najcudowniejszą sprawą na świecie jest zamieszkać gdzieś, gdzie człowiek czuje się dobrze nie musząc się na siłę dostosowywać do ogółu. Jeszcze cudowniej, jeśli trafia tam na ludzi, którzy przyjmują go z otwartymi ramionami i obie strony mogą czerpać pełnymi garściami z różnic osobniczych i kulturowych. Niektórym udało się tak, że to ich wymarzone miejsce jest 200 metrów od ich domu rodzinnego. Inni musieli wyjechać na drugi koniec świata. Ale to nie znaczy przecież, że któraś opcja jest gorsza...

      Usuń
  3. No, niesamowicie pięknie to napisałaś, z wielka pasją, wnikliwością, autentycznością. Myślę, że jesteś bardzo ciekawą osobą, a życie na styku tak różnych kultur jeszcze bardziej cię ubogaca! czytam z tym większą przyjemnością, że ta część świata, która jest twoja ojczyzną z wyboru jest dla mnie zupełnie obca i9 niepoznana :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ja jestem okropnie nudna! Ale mam szczęście do ludzi, mam szczęście mieszkać w pięknym miejscu, które serdecznie pokochałam i - całe szczęście - mam ochotę i możliwość wciąż się tego miejsca i tych ludzi uczyć.

      Usuń
  4. Pięknie o tej naszej emigracyjnej dwoistości napisałaś. I nie dzielić a mnożyć, to tak jak z miłością, dobrem i szczęściem!

    OdpowiedzUsuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.