blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-04-30

graffiti III

Jesienne chryzantemy.

2015-04-29

wizyta(cja)

Jem w spokoju śniadanie, popijam cudowną wietnamską kawą czekając na pierwsze promienie słońca wyłaniające się zza drzew. Przygotowuję lekcję dla moich tajtajów. Po wczorajszym tajskim gorącym kociołku posprzątam później, kiedy już będzie ciepło.
Telefon. Świekra. "Wyjrzyj przez okno!" - stoi i do mnie macha. Wybrali się do ZOO razem ze świekrem i czwórką jego rodzeństwa, a przecież ZOO jest tuż za moimi oknami. Zamiast wykrzykiwać skomplikowane pozdrowienia, zaprosiłam wszystkich do naszego mieszkania.
Schowałam pogorącokociołkowe pobojowisko w kuchni, wytarłam stół... Zresztą, co będę opisywać. Wyobraźcie sobie, że macie 10 minut (jak dobrze, że staruszkowie powoli chodzą!) na odpiżamkowanie, doprowadzenie mieszkania do standardów unijnych i przygotowanie poczęstunku.
Kiedy przyszli, miałam ciepłą przegotowaną wodę do herbaty, umyte czereśnie na stole i sześć krzeseł wokół stołu. Byłam nawet sensownie ubrana :)
I wtedy się zaczęło. Świekr przedstawiał: to jest Twój stryjek (叔叔) - a ja grzecznie powtarzałam: shushu hao! (dzień dobry, Stryjku!). To jest Twoja ciocia (姑媽) - a ja grzecznie: guma hao. A to Twoja młodsza ciocia (小娘娘) - xiao niangniang hao! A to piąty stryjek (五叔) - wushu hao. Uff! To już wszyscy. Jak się spotykamy z rodzeństwem świekry, jest jeszcze gorzej, bo u nich rodzeństwa było ośmioro, a nie skromna piątka.
Zauważyliście, że ciocia cioci nierówna a stryjek stryjkowi?
Guma to zamężna, zazwyczaj najstarsza siostra ojca/świekra. Xiao niangniang to "mała mama" czyli młodsza siostra ojca. Ze stryjkami jest łatwiej, bo shu 叔 zawsze znaczy stryja i tylko, jeśli jest ich więcej, to się dodaje liczebniki: drugi, trzeci, czwarty... Ale nie liczy się tylko podług samych stryjów, a wlicza całe rodzeństwo od najstarszego (大) do najmłodszego. Ponieważ świekr jest najstarszy, to on jest 大叔 - wielkim stryjem, ale oczywiście nie dla mnie, bo dla mnie jest świekrem :) Więc mam tylko stryjka, dwie łatwo rozróżnialne ciocie i piątego, najmłodszego stryjka.
Zjedli po kilka czereśni, odmówili spożycia czegokolwiek innego i... poszli.
Mam wrażenie, że powitanie trwało dłużej niż wizyta. Może tym razem już zdołam zapamiętać te nieszczęsne powinowactwa. Może nawet zdołam je podopasowywać do twarzy...

2015-04-28

radosne cukierki VII

Dawno już nie było żadnych, jakoś mi się ludziska już powyhajtywali i nie mam regularnych dostaw radosnych cukierków. Buuu. Ale dziś kolejne romantyczne pudełeczko z kruchą zawartością:
Cukierek jest mordoklejący i chrupiący, z orzeszków ziemnych. To taka mała gra słowna: ponieważ fistaszek to huasheng 花生 a to samo sheng jest odpowiedzialne za rodzenie dzieci 生孩子, to tego typu cukierki są związane z nadzieją na to, że panna młoda szybko powije potomka.

2015-04-27

Niebieska mgła 蓝雾树

Jacaranda brzmi jak egzotyczne imię, prawda? Tymczasem to rodzaj drzew należący do rodziny bignoniowatych. Brzmi przerażająco. W życiu bym się nie zachwyciła rośliną, która się zwie bignonia, podczas gdy jacaranda budzi we mnie jak najlepsze skojarzenia. Zwłaszcza odkąd wiem, jak wygląda. A wiem dlatego, że jacarandami obsadzono wiele miejsc w Kunmingu, od okolic Szmaragdowego Jeziora począwszy, poprzez brzegi Rzeki-Matki Panlong, aż po aleje w centrum miasta. Drzewa te pochodzą wprawdzie z Ameryk Środkowej i Południowej, ale zakochało się w nich pół świata, od RPA począwszy, na Nepalu kończąc. Właściwie wszędzie, gdzie klimat pozwala, sadzi się jacarandy. Dlaczego? Przede wszystkim z powodu zapachu - kwiecie mogłoby być narkotykiem dla pszczół (ponoć nazwa jacaranda oznacza właśnie "pachnący" w języku guarani).
Po drugie - dla przecudownego widoku.
Widzicie, Kunming bywa nazywany Miastem Wiecznej Wiosny. Cały rok coś tu kwitnie. Pogoda też się zgadza - na przemian jest pięknie i słonecznie oraz leje jak z cebra, a temperatura spada do 10 stopni, zupełnie jak w Polsce w marcu-kwietniu. Szkopuł w tym, że ta prawdziwa Wiosna w Kunmingu, czyli czas, kiedy miasto się zieleni, budzi do życia - to okolice lutego. Ewentualnie marca. W lutym kwitną maki, na początku marca - wiśnie i jabłonie. Pod koniec marca wszystko już dawno jest zielone i nudne. Dlatego kunmińczycy potrzebowali takiej jacarandy, by kwitła w połowie kwietnia. Żeby ta sława Wiecznej Wiosny nie była gołosłowna. A jacaranda kwitnie tak późno, bo potrzebuje stosunkowo wysokich temperatur - w końcu pochodzi z tropików.
No i wreszcie - kolor. Bo wiecie, w sumie tropikalnych czy subtropikalnych roślin kwitnących w kwietniu jest u nas całkiem dużo - weźmy choćby bugenwille, które w Polsce trzymane są w oranżeriach, a które tutaj zachwaszczają większość wolnej przestrzeni. U nas kwitną prawie cały rok! Są przyjemne dla oka, przyznaję. Ale jacaranda, ze swymi niebieskofioletowymi kwiatami, bije je na głowę.
Do Kunmingu sprowadzono je w pierwszej połowie lat '80 XX wieku. Najpierw posadzono dwie sztuki na próbę; gdy okazało się, że dają sobie doskonale radę, sprowadzono więcej. Kunmińczycy się w nich zakochali. Właściwie zawsze, gdy daje się im wybór w czasie sadzenia drzew, wybierają "niebieską mgłę", jak poetycko nazywają jacarandę. Zupełnie niezgodnie z kolorem, przecież każdy widzi, że niebieska mgła jest tak naprawdę fioletowa. Nazwę musiał wymyślić jakiś facet...
Tak właśnie powstała aleja, której pierwotna nazwa to "targowisko nauki" 教场中路, a która dla mnie będzie już zawsze Jacarandową Aleją. To prawie 2 km gęsto obsadzone jacarandami; tak gęsto, że prawie zakrywają brzydotę tej ulicy.
Część kwiatów już opadła; za parę dni na drzewach pojawią się młode listki i niebieska mgła zmieni się w zupełnie zwykłe drzewa. Cieszę się, że zdążyłam ją sfotografować. Do zobaczenia za rok!

2015-04-26

手抓饭 posiłek ręką łapany

Zawsze myślałam, że na takie cuda to mogę trafić co najwyżej w Indiach i Malezji, a nie w moich poczciwych Chinach. Chińczycy gardzą przecież spożywaniem posiłków bez użycia odpowiednich narzędzi. Odpowiednie są tylko pałeczki. No, ewentualnie łyżki. Już widelec i nóż są barbarzyńskie, a wkładanie czegokolwiek do buzi prosto z ręki jest absolutnie niedozwolone. Zapewne w chińskiej wyobraźni pojawia się wtedy idea Chińczyka grzebiącego w półmisku z kurczakiem gongbao albo wieprzowiną w sosie słodko-kwaśnym, który następnie oblizuje palce, by jeszcze później znów do tego półmiska sięgnąć. Gdyby posiłek faktycznie miał tak wyglądać, to i ja bym zrezygnowała.
Czymś zupełnie jednak innym jest posiłek ręką łapany w wersji dajskiej. Na wielgachnych bambusowych tacach układa się dokładnie wymyte liście bananowca, które służą za podkładkę. Na tej podkładce układa się ryż kleisty - ten lekko słodkawy gatunek ryżu tak popularny w Tajlandii i u naszych Dajów. Na nim z kolei ląduje szeroko pojęta reszta. Są to rozmaite mięsa - na przykład pieczony boczek, ugotowany i wymieszany z ziołami kurczak na zimno, rozbita w moździerzu ganba. Są i warzywa: sałatka z pędów bambusa na ostro, rozmaite "chwasty", świeże i po obróbce termicznej, pikle itd. Są też przegryzki w stylu "chipsów" z prażonej wieprzowej skóry czy smażone fistaszki. Danie to widziałam wiele razy w trakcie wesel i różnych uroczystości dajskich, ale sama nie miałam okazji spróbować. Przecież nie zamówię tych wszystkich frykasów dla mnie jednej!
Właśnie dlatego tak się ucieszyłam, gdy niedaleko nas, przy ulicy Kultury 文化巷, powstała knajpa specjalizująca się w 1-, 2- i 4-osobowych shouzhuafanach.
Poszliśmy.
Dostaliśmy śliczne mięska i warzywa na przepysznym ryżu, a na deser - owoce. Dostaliśmy także - uwaga, uwaga! - po jednorazowej rękawiczce, przy pomocy której mogliśmy spożyć posiłek bez używania sztućców.
Zasada jest taka: chwytasz ryż z czymś, ugniatasz w kulkę, która się nie rozpada (jest łatwo, bo ryż jest kleisty) i wsadzasz ją do dzioba, starając się, by nic Ci nie wypadło. Proporcje dobierasz samodzielnie, ale wiadomo - trzeba pozwolić innym biesiadnikom skosztowania każdego delikatesu, więc przynajmniej na początku lepiej trochę opanować łakomstwo. Akurat tak się złożyło, że ZB i ja kulinarnie się doskonale uzupełniamy, więc wmłóciliśmy dwuosobową porcję bez problemów, zostawiając niemal czyściusieńkie liście bananowca. Było pysznie i stosunkowo niedrogo. Ale przede wszystkim - warto spróbować tego sposobu jedzenia, bo można poznać ciekawe dajskie smaki w niewielkiej ilości. A spożycie tradycyjnego, dwunastoosobowego posiłku ręką łapanego to okazja nadarzająca się niestety nader rzadko...

2015-04-25

kunmińskie przesądy i zabobony

O chińskich przesądach można by książkę napisać. Z podziałem na grupy etniczne, miejsce zamieszkania, próg wykształcenia, wyznawaną religię itd. Inny podział mógłby dotyczyć przesądów pseudomedycznych, stricte językowych i wszelkich innych. Czyli, tłumacząc na język polski, byłyby to przesądy związane z głębokim wewnętrznym przekonaniem, co może człowiekowi pomóc i zaszkodzić (oczywiście te przekonania są niczym niepoparte), przy czym spora część z nich ma podłoże językowe.
Książki jednak nie napiszę - dziś tylko artykuł do akcji "W 80 blogów dookoła świata". Dzięki niej mam nadzieję dowiedzieć się wielu ciekawostek o przesądach związanych z innymi krajami i językami. Jeśli i Was to interesuje, zapraszam do klikania w linki na dole postu. Jeśli zaś chcielibyście się włączyć do naszej akcji, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com.

W związku z postem przypomniałam sobie, że już parę razy o przesądach pisałam. Razu pewnego z pełną powagą opowiadał mi o nich reprezentant grupy etnicznej Tujia, zamieszkały w Hubei. Nie pozwalał on żonie spożywać kilku produktów spożywczych, bo była w ciąży. I nie, nie były to produkty typu tatar albo sushi, przed którymi my przestrzegamy ciężarne ze względu na zawartość surowego mięsa.
Innym razem od świeżo upieczonej chińskiej matki dowiedziałam się o milionie zakazów i nakazów, obowiązujących Chinki w połogu. Tak, również one nie mają żadnego sensu z naukowego punktu widzenia. Była też historia Juan, której życie było przegrane od początku, bo się niedobrze urodziła.
O innych nie pisałam, bo wie o nich każdy początkujący sinolog i większość zainteresowanych Chinami osób. Że cyfra 4 jest pechowa, bo jest homofonem śmierci 死. Że na pokładzie statku nie wymawia się nazwiska Chen, bo jest homofonem zatonięcia 沉. Że parasol, gruszka i zegar są bardzo niewłaściwymi prezentami - bo kojarzą się z rozstaniem w wypadku dwóch pierwszych i wiecznym rozstaniem w wypadku zegara. Nasłuchałam się o tych przesądach, naczytałam, a jak przyszło co do czego - okazało się, że każdy wierzy w coś innego.
Dziś, specjalnie dla Was, wypisałam zabobony i nawyczki kunmińczyków. Pewnie nawet dla wielu Chińczyków byłyby one zabawne i dziwaczne, jednak tutaj, zwłaszcza dla ludzi starszych, są oczywistą oczywistością.
Znalazłam je w książce "Kunmińskie wspomnienia", która swoją drogą jest cudownym źródłem wiedzy o Kunmingu.

kulinarne:
*mięso kaczki sprowadza do organizmu wiatr; żeby się go pozbyć i nie zachorować, trzeba jeść z kaczką cebulkę, bo zielona cebulka oddala wiatr.
*kogucie mięso jest niezdrowe w przeciwieństwie do kurzego. Jedynym wyjątkiem są koguty bardzo młode oraz kapłony - te można spożywać bez ograniczeń.
*z kolei w przypadku trzody chlewnej unika się mięsa macior, które jest niewskazane zwłaszcza dla epileptyków.
*osoby po operacjach i z widocznymi ranami nie powinny spożywać sosu sojowego, ponieważ ich blizny zrobią się ciemne.
*po selerze naciowym chce się spać.
*od czosnku słabnie wzrok.
*jeśli dzieci jedzą kurze łapki, bazgrzą jak kura pazurem.
domowe:
*w domu nie można gwizdać wieczorami, bo to przynosi nieszczęście.
*jeśli wieczorem sąsiadka przyjdzie się wypłakać, nie może wejść do domu, bo przyniesie nieszczęście.
*nie można we własnym domu urządzać innym ludziom wesela; można za to przechować cudzą trumnę.
*jeśli dziecię ma spokojnie i zdrowo rosnąć, nie może przejść pod kobiecymi spodniami (na przykład suszącymi się na sznurze), z tego względu nie można przechodzić kobietom między nogami.
*trzeba również z daleka omijać sprzedawców noszących swe dobra na koromysłach - przejście pod koromysłami również przynosi pecha.
*czapka, na której ktoś nieopatrznie usiadł nadaje się tylko do wyrzucenia - ponowne jej założenie to niemal zbrodnia.
świąteczne:
*w wigilię chińskiego Nowego Roku nie wolno chodzić w gości.
*w Nowy Rok nie wolno nawet dotknąć noży i innych narzędzi.
*parę dni po Nowym Roku nie wolno zamiatać ani wyrzucać śmieci - żeby nie wynieść szczęścia.
*w tym samym okresie trzeba bardzo uważać, żeby nie popełnić błędu, niczego nie stłuc itd. - to bardzo niepomyślna wróżba.

Niektóre z tych nawyczków do tego stopnia weszły kunmińczykom w krew, że nikt już nawet nie pamięta, o co chodzi. Na przykład w każdym porządnym sklepie z kaczkami z rusztu zawsze dodaje się do niej cebulkę. Kiedy jednak zapytać kucharzy czy sprzedawców, dlaczego dodają cebulkę, mało który potrafi odpowiedzieć. Inne - zniknęły z czasem i nikt już o nich nie wspomina.
Na koniec chcę Wam jednak podać jeden całkiem nowy przesąd, który panuje w moim własnym domu.
Mąż nie lubi, kiedy się ubieram na zielono, woli czerwień. Myślałam, że to dlatego, że Chińczycy w ogóle wierzą w cudowną moc czerwieni - że chroni od złego i przynosi szczęście (tak, to dlatego moja suknia ślubna była czerwona). Tak. Poniekąd. Ale przede wszystkim dlatego, że hossę na chińskiej giełdzie wyrysowuje się na czerwono, a bessę na zielono...

A jakim zabobonom Wy hołdujecie? :)

Poniżej znajdziecie linki do "zabobonnych" wpisów dotyczących innych krajów i języków:
Francja:
Français-mon-amour: Pechowa trzynastka, Francuskie i inne notatki Niki - Przesądy teatralne
Hiszpania: Hiszpański na luzie: Hiszpańskie przesądy. Mal de ojo
Irlandia: W Krainie Deszczowców: Przesądy i zabobony w Irlandii
Kirgistan: O języku kirgiskim po polsku: Kirgiskie przesądy
Niemcy: Niemiecki po ludzku: Znane mi przesądy i zabobony, Blog o języku niemieckim: Niemieckie przesądy
Stany Zjednoczone: Specyfika języka: Od przesądu do idiomu, Papuga z USA: 7 amerykańskich przesądów, o których pewnie nie słyszeliście
Szwecja: Szwecjoblog: Szwedzkie przesądy i zabobony
Tanzania/Kenia: Suahili online: Przesądy i zabobony po afrykańsku, czyli magia i czarownicy
Turcja: Turcja okiem nieobiektywnym: W świecie przesądów i amuletów
Wielka Brytania: Angielski C2: Przesądy w rymowankach, English with Ann: Superstitions one more time
Włochy: Primo Cappuccino: 3 proste sposoby, które zagwarantują Ci szczęście we Włoszech, Studia, parla, ama: To tylko przesąd, Wloskielove: Magia w południowych Włoszech
Wietnam: Wietnam info Kto pierwszy umrze, czyli co nieco o przesądach
Miłego czytania!

2015-04-24

Juan

W Metro - wysepce importowanych produktów na mojej kunmińskiej pustyni - jest największe zagęszczenie obcokrajowców na metr kwadratowy w całym mieście poza uniwerkami i knajpami dla ekspatów. Czasem można się natknąć na znajomych. Ostatnio to była koleżanka z pracy F, śliczna Chinka około trzydziestki czy czterdziestki, w towarzystwie wysokiego blondyna. Lakoniczne powitanie, wszyscy się spieszyli, rozeszliśmy się.
-Nie mówiłeś mi, że masz wśród znajomych jakąś mieszaną parę!
-Nie wiedziałem, ale, szczerze mówiąc, spodziewałem się.
-O, dlaczego? Przecież jest piękna?
-Juan urodziła się w siódmym miesiącu księżycowym.
Powiedział to takim tonem, jakby żadne dalsze pytania nie były potrzebne. Były.
-Wiesz, że siódmy miesiąc jest miesiącem duchów, prawda? Dzieci urodzone w tym miesiącu są ciężko obciążone pechem. Mało który facet wybierze taką kobietę, zwłaszcza, że jej życie ukazało obciążenie w pełnej krasie.
-?
-Juan wyszła za mąż tuż po studiach. Byli nieprawdopodobnie zakochani i bardzo szczęśliwi. Jej mąż był niezależnym, inteligentnym facetem, drwiącym z zabobonów. Kiedyś odwiózł teściową do szpitala i wracał spokojnie do domu, kiedy nagle z Zachodnich Gór stoczył się głaz i przygniótł samochód, zabijając go na miejscu. W wieku 25 lat, parę dni po urodzinach, Juan została wdową. Nawet ci, którzy nie wierzyli wcześniej w jej pecha, zaczęli jej unikać. Wszelkie swaty kończyły się, gdy wyjawiała swą przeszłość. Dlatego jeśli w ogóle miała sobie kogoś znaleźć - musiał to być obcokrajowiec, który będzie sobie drwił ze złych znaków albo nawet nie będzie o nich wiedział. Mam nadzieję, że związek ten nie skończy się dla niego źle.

Nawet ci Chińczycy, którzy na co dzień nie pamiętają o rozlicznych tradycyjnych wierzeniach, gdzieś wewnątrz trzewi obawiają się ingerencji czegoś, czego nie rozumieją. To tak jak Polacy, którzy tłuką lustro i obawiają się siedmiu lat nieszczęścia, choć gdyby ktoś im powiedział, że są zabobonni, poczuliby się urażeni. Takie właśnie "na zimne dmuchanie" i "Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek" jest szalenie interesującym elementem badania kultury, tak obcej, jak i swojej...

2015-04-23

Suanpan 算盘

Czy wiecie, co to jest?
Jeśli odpowiedzieliście, że liczydło, to prawie mieliście rację. Prawie, bo chiński suanpan nie służy tylko do prostego dodawania i odejmowania, a jest skomplikowanym urządzeniem matematycznym, na którym można wykonywać również mnożenie, dzielenie, pierwiastkowanie kwadratowe i sześcienne. Niestety, nie opiszę Wam, jak. Mało kto takie rzeczy jeszcze wie. Kultura obsługi suanpanu zaczęła obumierać wraz z wejściem w powszechny użytek kalkulatorów. Dziś już mało kto ich używa - choć są urządzane konkursy na szybkość i dokładność liczenia przy pomocy suanpanu. W dzisiejszych sklepach taki przyrząd jest rzadkością - dlatego tak się ucieszyłam, gdy ujrzałam suanpan w ulubionej cukierni. Specjalnie kupiłam kilka produktów więcej, by przyjrzeć się, jak starszej ekspedientce palce śmigają po kamieniach. Gdy chciałam zrobić zdjęcie, onieśmielona sprzedawczyni odsunęła ręce. Zawstydziła się strasznie i mówi: za moich czasów trzeba było zdać egzamin ze suanpanu, żeby dostać posadę ekspedientki. Teraz przychodzą młode dziewczęta i bez kalkulatorów nie dają rady. A ja z kolei nie mogę się jakoś do kalkulatorów przemóc...

2015-04-22

pod kolor

Uwielbiam oczoj..ne kolory. Całe liceum i całe studia licencjackie ubierałam się głównie na czarno, najchętniej w wyciągnięte swetry i dżinsy. A potem pojechałam na Tajwan i zauroczyła mnie tęczowość społeczeństwa. Różowe męskie koszule, bardzo zresztą eleganckie, cekiny i falbanki na wieczorowych sukniach w ciapki i tak dalej. Zakochałam się w tym. Mogłeś się ubrać dowolnie, a na ulicy nikt nie zwracał Ci uwagi i nie czynił ordynarnych komentarzy. Niebo!
Po powrocie do Polski potrzebowałam kolorów, bo wszyscy byli stonowani i szarzy. Kupowałam kilogramy szmat, im bardziej kolorowe, tym lepiej. I tak mi zostało. Skutek jest taki, że mój ulubiony strój sportowy to geterki, krzykliwa krótka, przewiewna spódniczka (mam cztery: zielona, błękitna, pomarańczowa i czerwonoróżowa) i top pod kolor spódniczki bądź getrów.
Ubrana właśnie w taki sposób pojechałam rowerem na badminton. Kiedy wieczorem wracaliśmy do domu, pomarańczowa spódniczka robiła za światła odblaskowe; nie dało się mnie nie zauważyć. I wtedy właśnie ujrzałam najpiękniejsze auto świata: Porsche, bodaj Boxster, ale byłam tak oszołomiona, że nie zarejestrowałam szczegółów. Piękny kabriolet... dokładnie koloru mojej spódniczki.
Patrzę z błyskiem w oku na ZB.
-Kochanie, widziałeś to autko?
-Tak, widziałem.
-Widziałeś, jakiego było koloru?
-Pomarańczowo-czarne.
-Nie uważasz, że pasowałoby mi do spódniczki? - tu trzepoczę zawzięcie rzęsami.
-Pasowałoby.
-No to wiesz, może jakieś drobne zakupy?
ZB milczy chwilę, patrzy na mnie silnie się nad czymś zastanawiając i mówi:
-To ja jutro Ci kupię szarą spódniczkę. Będzie pasowała i do naszego samochodu, i jeszcze do skutera...

2015-04-21

różnice kulturowe

Mam kolegę, Europejczyka. Kolega przemiły, ale jego Chiny są tak dramatycznie różne od moich, że aż się nadziwić nie mogę.
Do Kunmingu przyjechał po raz pierwszy zaledwie rok później niż ja, na studia. Studiów dotąd nie skończył, a jego znajomość chińskiego pozwala wprawdzie na wytłumaczenie adresu taksówkarzowi albo na zrobienie zakupów w pobliskim w sklepie, ale w razie problemów natury komunikacyjnej nadal do mnie dzwoni, żebym potłumaczyła. Tak, studia były w języku chińskim.
Uwielbia szaszłyczki. Mimo, że są takie brudne. Przecież to oczywiste, że szaszłyczki równają się biegunce. To nic, on i tak je kocha. Kiedy mówię, zgodnie z prawdą, że mnie po szaszłyczkach nic nie jest, twierdzi, że to z powodu mojego mocnego żołądka. Sugestia, że może jednak nie wszystkie szaszłykarnie są brudne i może warto by je było pod tym kątem obadać, zbywa śmiechem niedowierzania.
Kiedy odchorowuje poszaszłyczkową biegunkę, żywi się w Burger Kingu i KFC. One jedne w tych strasznych Chinach trzymają normy higieniczne.
Kupuje importowane mleko, bo w to chińskie to oni nie wiadomo co wsadzają. Straszliwie tęskni za tym polskim. To mnie straszliwie zafascynowało, bo ja na przykład dopiero w Chinach odkryłam na nowo smak nieodtłuszczonego mleka pasteryzowanego w niskiej temperaturze, takiego, które się zsiada i z którego można twaróg zrobić. Żadna chemia, wspaniałe mleko. Owszem, drogie. Ale pyszne!
Żyjemy obok siebie, w tym samym mieście, ale w zupełnie różnych światach...
Cieszę się, że mam go obok siebie. Wspaniale pokazuje, że czasem większe różnice kulturowe są między dwojgiem inaczej wychowanych ludzi z jednego kraju niż między dwojgiem podobnie wychowanych ludzi z dwóch krańców świata :)


2015-04-20

Dzika pszczoła 野蜂

To taki bar w Kundu, rozrywkowym kwartale Kunmingu. Bar jest dość typowy: drogi, zadymiony, snobujący się na wyjątkowe miejsce, a otoczony bardzo podobnymi. Tego typu barów faktycznie jest kilka: w środku keyboard albo gitara, czasem jakieś bębny, mała scena, ze dwa mikrofony, śpiewniki. Jeśli chcesz, możesz zagrać, zaśpiewać. Jeśli zaśpiewać, to wybierasz ze śpiewnika repertuar, a pracownik baru będzie Ci podgrywał. Miła alternatywa dla mechanicznego podkładu karaoke, lepsza atmosfera, możliwość posłuchania muzyki na żywo i jej uprawiania. Tyle, że ludzie idą do baru głównie jednak po to, żeby się napić, a z każdym kielonem gorzej im idzie muzykowanie. I dym papierosowy. A niektórym to w ogóle słoń na ucho... Cóż jednak zrobić? Bar zarabiać musi, nie może gości wyrzucać, jeśli nie spełniają standardów unijnych.
I tu właśnie wychodzi różnica między Tymi Wszystkimi Barami, a Dziką Pszczołą. Tutaj z gitarą towarzyszy Ci właściciel baru, niezły gitarzysta zresztą. Jeśli jednak fałszujesz, pod byle pretekstem zejdzie on ze sceny, zostawiając Cię na pastwę Twego wybujałego ego. Prędzej czy później każdy się orientuje, czy jest mile widziany, czy nie.
Tak właśnie narodził się projekt "Dzika Pszczoła i przyjaciele" - przyjaciele to ci, którym właściciel lubi akompaniować. Od dawna planowany był wspólny koncert. Jednak bar jest malutki - po wepchnięciu wszystkich przyjaciół zostałoby niewiele miejsca dla słuchaczy. Dlatego wspólnie wynajęli Scenę nr. 88 przy ulicy Południowomocnej 南强街巷88号剧场 - ładnie odrestaurowany stary kunmiński dom, zaopatrzony w scenę, zaplecze i dużą ilość krzeseł po wszystkich stronach - i zrobili koncert.
A że ZB to najukochańszy muzyczny kolega właściciela Dzikiej Pszczoły (lata całe chałturzyli po ekskluzywnych kunmińskich hotelach) - poszliśmy.
Dla mnie to były trzy godziny (miało być półtorej, ale nie wyszło. Nigdy nie wychodzi) czystej przyjemności - ludzie, którzy lubią siebie nawzajem i lubią muzykę, zazwyczaj nawet trochę utalentowani. Było trochę lekkiego rocka, trochę rozmaitych coverów, parę ballad... Nie żeby wszystko było w moim guście, absolutnie! Ale z przyjemnością słuchałam, po prostu bawiąc się razem z nimi w tej cudnej atmosferze.
Oczywiście, były również klocki, które zabuliły 140 złotych za bilet (wszystkie bilety w tej samej cenie) i cały wieczór bawiły się komórką, nawet nie kiwając stopą do rytmu. Cóż, można i tak.
A ja... gapiłam się bezwstydnie na mojego wspaniałego męża. I oczywiście go słuchałam:

Mogłabym ich słuchać godzinami :)

2015-04-19

Wiatr 风

Dziś przed Wami wiersz Li Jiao (Śliwy Najwyższego Szczytu) 李嶠, tangowskiego poety.

解落三秋叶,
Późną jesienią strąca liście,
能开二月花。
rozkwita kwiaty wczesną wiosną.
过江千尺浪,
Przechodząc przez rzekę tworzy tysiącstopowe fale,
入竹万竿斜。
A wszedłszy w las potrafi naraz przygiąć dziesięć tysięcy bambusów.

Taki to ci z wiatru mocarz nad mocarze :) A jednocześnie wspaniała zagadka - jeśli nie znasz tytułu, z łatwością zgadniesz, o kim wiersz opowiada. Tak, wiem, że o czym, nie o kim, ale w tym wierszu wiatr został tak ślicznie zantropomorfizowany, że aż mi szkoda mówić o nim "coś".
Co najbardziej zaskakuje, to fakt, że wiersz napisał ktoś w rodzaju pierwszego ministra, ważna figura politycznej sceny owych czasów. Autor pochodził z terenów dzisiejszego Hebei, wywodził się ze znaczącej rodziny o sięgającej wiele lat wstecz historii okołopolitycznej. Ojciec odumarł go młodo, zaś późniejszy poeta opiekował się matką z wielkim oddaniem. Nie zaniedbał jednak nauki: już w wieku lat 14 opanował pięcioksiąg konfucjański, a mając lat 19 zdał egzaminy urzędnicze. Sprawdziwszy się w Gansu na odpowiedzialnym stanowisku, przybył do stolicy, gdzie nie tylko robił karierę, ale również wszedł w krąg młodych, zdolnych poetów.
Szybko piął się w górę, pełniąc rozmaite funkcje. A to cenzurował pisaninę innych, a to przekonywał rebeliantów o konieczności bezkrwawego poddania się, a to podpadał cesarzowej Wu Zetian za to, że ośmielił się stanąć w obronie niewinnie oskarżonych, a to tworzył cesarskie edykty, a to szefował ówczesnemu uniwerkowi. Raz w łaskach, raz oddalony - przetrzymał cztery koronowane głowy, zanim zmarł na wygnaniu. To musiał być łebski gość. Czytałam z niekłamanym zainteresowaniem, jak lawirował, by ocalić stanowisko, fortunę i życie, a kolejni władcy jakimś cudem dawali mu spokój, choć inne głowy sypały się gęsto. Li Jiao pisał o wietrze jak o mocarzu; on sam jednak bardziej pasuje mi do bambusa, który jest mocny i lekki i który można wygiąć, ale trudno złamać...

2015-04-18

Krupnik

Lubicie?
Ja szczerze nie znosiłam. A potem wyjechałam do Chin i okazało się, że uwielbiam kasze, kiedy tylko ich nie mogę kupić. I tak tęskniłam za kaszami i tęskniłam, aż znalazłam na targu łzawnicę ogrodową. Która nie jest niby kaszą, ale pasuje doskonale jako zamiennik. I tak powstał krupnik ze łzawnicą.
Początkowo to miała być po prostu zupa i za pierwszym razem ją tak przyrządziłam. Była pyszna, ale cały gar musiałam wmłócić sama. ZB powiedział, że na zupę za gęste, a na danie za rzadkie i chociaż smak jest dobry, to on nie przepada za konsystencją. I tak na naszym stole pojawiło się drugie danie, które jest krupnikiem :)
Składniki:
*sporo mięsa, najlepiej z kością. U normalnych ludzi po ugotowaniu idzie na pierogi czy krokiety, u nas zostaje zjedzone w całości przez ZB
*warzywa po uważaniu, z koniecznymi ziemniakami, cebulą i ukochaną marchewką
*przyprawy po uważaniu, u mnie rzadko liść laurowy i ziele angielskie, bo ZB narzeka, że przez nie wszystkie polskie zupy smakują zawsze tak samo. Dlatego: czasem kmin, czasem sam pieprz, czasem czarny kardamon - zależy od typu mięsa. Oczywiście sól.
*szklanka łzawnicy
Wykonanie:
1)ugotować mięso, starannie zdjąć szumowiny.
2)dodać przyprawy i łzawnicę. Gotować na małym ogniu, aż łzawnica będzie prawie miękka.
3)dodać warzywa; gdy będą miękkie, potrawa nadaje się do spożycia.
Ilość wody zależy od upragnionej przez Was konsystencji. My dodajemy tylko tyle, żeby zakryła mięso, łzawnicę i warzywa, bo dzięki temu po zakończeniu gotowania można w niej postawić łyżkę, a nawet jeść pałeczkami - tak jak ZB lubi ;) Jeśli jednak wolicie zupę, dodajcie tej wody po prostu o litr więcej...

2015-04-17

ubrania dla seniorów

Nie od dziś mi wiadomo, że w Chinach istnieją (i są popularne!) specjalne sklepy z ubraniami dla osób starszych i w wieku średnim. Tak na wszelki wypadek, żeby osoba w poważnym wieku nie ubierała się jak nastolatka, bo to by było OKROPNE. A ponieważ nie każda starsza pani zdaje sobie sprawę z tego, jakie ubranie jest stosowne dla jej wieku, takie sklepy są odpowiedzią na wszelkie wątpliwości.
A jednak, gdy ujrzałam ten konkretny sklep, umarłam ze śmiechu. Kocham Chinglish!

2015-04-16

pewne przekleństwo

Uwielbiam przekleństwa. W ogóle uwielbiam język, a dobre przekleństwo jest dla mnie wspaniałą językową zabawą. Nie mówię tu o wyprzecinkowaniu paniami lekkich obyczajów każdego zdania, tylko o soczystym i krzepkim wytłumaczeniu własnego światopoglądu bez owijania w bawełnę. Niezastąpioną nauczycielką była mi zawsze Mama, która klęła jak szewc podczas jazdy samochodem. Nie, nie jak szewc. Jak bardzo ekspresyjna osoba z mocno rozbudowanym słownictwem i nietypowymi skojarzeniami.
W zależności od humoru, sytuacji na drodze, ilości słońca i tego, czy akurat jestem na diecie - też klnę. W chwili obecnej wyszukuję mięsne przekleństwa kunmińskie. Poszukiwania nie są trudne: wystarczy wsiąść do samochodu prowadzonego przez ZB. W ciągu piętnastu minut mogłabym pewnie zapisać notatnik. To ciekawe, że znalazłam męża podobnego do Mamy, nie uważacie? :D
Wracając do przekleństw: jeśli jesteście na takowe uczuleni, nie czytajcie dalej. No chyba, że koniecznie chcecie poznać różnicę między słowem "oczoje..y" po polsku i chińsku...
Nigdy nie zapomnę, jak w szmateksie kupiłam sobie wściekle różowe spodnie we wzorki. Mama mnie w nich zobaczyła, powiedziała, że są oczoje..e i zabroniła noszenia. Serio.
Faktycznie, kolorek był... no, niedelikatny dla oczu.
Ostatnio ze śmiechem opowiadałam ZB tę anegdotkę, starając się przetłumaczyć bardzo dosłownie ten wulgaryzm. Opowiadałam dlatego, że zobaczyłam odzianą w taki kolorek dziewczynę, siedzącą na takimże, błyszczącym w dodatku skuterze. ZB najpierw powiedział, że to słowo, o które mi chodzi to 刺眼 - kłujący w oczy. Ale to nie kłucie, tylko całkiem nieparlamentarna czynność ma być przecież! I tak dowiedziaam się o słowie 日眼.
Yan 眼 to oko. Ri 日 to, zgodnie ze wszystkimi słownikami świata, oznaczenie słońca, dnia i Japonii. Jednak tutaj nie jest rzeczownikiem, tylko czasownikiem. I... naprawdę trudno znaleźć lepsze tłumaczenie od naszego swojskiego "j..ać".
Częstą zbitką jest na przykład 狗日 gouri, gdzie gou to pies, więc opisując nieudany dzień możemy go określić cokolwiek dosadnie "zj..anym (i to w dodatku przez psa!). Mamy też 日龙包 czyli idiotę (jest tak głupi, że chciałby wyj..ać smoka). No i mamy właśnie to riyan 日眼, czyli je..ące oczy. Z tym, że w yunnańskim dialekcie nie mówi się tak na kolory, o nie! Mówi się tak o kimś, kto cię mocno irytuje. Taki gość, któremu na dzień dobry masz ochotę dać w mordę, to właśnie ktoś, kto jest strasznie riyan. Czytasz sobie właśnie książkę albo oglądasz film, a ktoś ci z premedytacją włącza techno nad uchem - to jest właśnie ktoś bardzo riyan. Kumacie?
I właśnie dlatego ciężko polski "oczoj..ny" przetłumaczyć na kunmiński "oczoj..ny", chociaż w obu językach takie słowo istnieje. Ku mojemu ogromnemu rozczarowaniu musiałam się zgodzić na kolor po prostu kłujący w oczy... Ale przekleństwo zapamiętam :)

2015-04-15

Sierp księżyca 弯弯的月亮

Na początku lat '90tych była sobie chińska liryczna piosenka, zaśpiewana z uczuciem przez Davida Lui (呂方):

遙遠的夜空有一個彎彎的月亮
Na dalekim nocnym niebie lśni wygięty księżyc
彎彎的月亮下面是那彎彎的小橋
Pod wygiętym księżycem wygięty mostek tkwi
小橋的旁邊有一條彎彎的小船
Koło mostku jest wygięta łódeczka
彎彎的小船悠悠是那童年的你我
A w tej łódeczce - my z czasów dzieciństwa

你我搖著船
Kołyszemy łódką
唱著那古老的歌謠
Śpiewając tę starą pieśń.
歌聲隨風飄 飄到我的臉上
Jej dźwięk szybuje z wiatrem i ląduje na mej twarzy
臉上淌著淚
Na twarzy zaś - łzy
像那條彎彎的河水嗚
Jak ten wygięty strumień...
彎彎的河水流啊 流進我的心上嗚……
Wygięty strumień wpłynął w me serce
我的心充滿惆悵 不為那彎彎的月亮
Wypełnione melancholią. Nie z racji sierpa księżyca
只為那今天的村莊 還唱著過去的歌謠
A z powodu tej dzisiejszej wioski, w której nadal śpiewają stare pieśni
故鄉的月亮 你那彎彎的憂傷穿透了我的胸膛
Księżycu z ojczystych stron, twa wygięta rozpacz przebiła mą pierś...
嗚……
Wzięły się za nią barbarzyńskie białasy i zrobili hit:

ZB mi to puścił, nie pokazując. Po pierwszych paru dźwiękach wiedziałam, że to nie mogą być Chińczycy; dlatego trochę mnie skonfundowało, gdy usłyszałam chiński. Utrzymywałam jednak, że to nie mogą być Chińczycy, bo oni i za sto lat nie zrobią takiej aranżacji starej piosenki. ZB spojrzał na mnie ze smutkiem i rzekł "albo i za tysiąc"...

2015-04-14

etniczne tańce

Spacery nad Szmaragdowozielonym Jeziorem uwielbiam nie tylko dlatego, że jest ono po prostu piękne, ale też dlatego, że zawsze się tam coś ciekawego dzieje. Tym razem już z drugiej strony parku słychać było śpiewy akompaniowane trójstunną gitarą.
Ach, te kolory! Musiałam tam podejść.
Uwielbiam stroje ludowe. Uwielbiam kolory. Uwielbiam ludowe tańce. Nie tylko chińskie, żeby nie było! Polskie też lubię bardzo. Jednak w Polsce nie widziałam nigdy ludzi ubranych w stroje ludowe tak ot - dla siebie. Nie dla turystów na Krupówkach czy krakowskim Rynku, nie w skansenie, nie z okazji festiwalu pieśni ludowej, a po prostu dlatego, że spotykamy się w swoim gronie, aby potańczyć i pośpiewać. Przedstawiciele rozmaitych yunnańskich grup etnicznych spotykają się zaś nad Cuihu dla podtrzymania tradycji, z nudów, żeby dzieci zobaczyły i usłyszały, żeby nie stracić korzeni. Wstęp jest wolny; każdy może się dołączyć, pod warunkiem, że respektuje tradycję danej grupy. Ileż to razy tańczyłam z nimi!
A dla Czytelników zagadka: reprezentanci której grupy etnicznej się tak dobrze bawili? :)

2015-04-13

Święto Lania Wody 潑水節

Dziś zaczynają się obchody dajskiego Nowego Roku. Jak zwykle - to właśnie teraz najbardziej tęsknię za Xishuangbanna, za Mekongiem, za moimi ukochanymi tropikami. Też bym chciała uczestniczyć w tych obchodach noworocznych. Wiecie, za polskim Śmigusem-Dyngusem nie przepadałam, ale ten dajski jest zupełnie inny. Wszyscy wszystkich oblewają, a ponieważ jest ciepło, to nikomu nie grozi przeziębienie. Dużo, dużo wody i tyleż radości.
Pamiętacie jeszcze, dlaczego Dajowie się nawzajem oblewają wodą? Przytoczyłam tę legendę tutaj.

2015-04-12

odszczepieńcy

Poprzednim razem obśmiałam zdrowo "Zamorskiego diabła" Sieroszewskiego. Dziś te fragmenty, które kłują mi serce, gdy staram się zasnąć.

Gdy zaczniesz inaczej pisać swe rodzinne nazwisko, umrze w tobie cząstka czegoś wielkiego [...]. Myśl twoja, okuta obcymi dźwiękami, utraci skrzydła. Umrą uczucia oniemiałe, gdyż żyją one jedynie w wyrazach słyszanych w kolebce. Będziesz miał chwile strasznej tęsknoty albo gorzej jeszcze: staniesz się chodzącym grobem człowieka.
*
Dziecię moje, jakże strasznej nabawiasz mnie trwogi! Trzymaj się z dala od tych cudzoziemek. Nie ma cięższych łańcuchów nad takie związki. Kopią przepaście pomiędzy najbliższymi sobie osobami. Szerzą wokoło cierpienia i lekkomyślność rodziców opłacają nieszczęściem dzieci.
/Zamorski diabeł, Wacław Sieroszewski/

Jestem Białym Małym Tajfunem. Mój mąż ma mnie w telefonie jako "Małą Białą". Nie zmieniłam nazwiska po ślubie, ale reaguję i na polskie imię, i na chińskie, i jeszcze na "panią Belka" - 梁太太. Najczęściej zaś reaguję na "kochanie", "skarbie" i inne takie. Podpisuję się krzaczkami na pocztówkach i listach. Czy jestem mniej Natalią dlatego, że również Tajfunem? Nie, nie umarła we mnie żadna cząstka. Może nawet wręcz przeciwnie: narodziła się we mnie całkiem nowa cząstka - ta żartująca chińskimi homofonami, śpiewająca chiński pop zamiast barokowych pieśni chóralnych, jedząca kurze łapki i wątrobę wieprzową... Jestem sobą. Bardziej i pełniej niż kiedykolwiek, śmiem powiedzieć. Bo kiedyś, kiedy byłam tylko polska, nie rozumiałam "jak można" i uważałam, że "przecież każdy kulturalny człowiek"... Jeśli granicą poznania jest znajomość języka i sposobu myślenia w danym języku, to we mnie nic nie umarło. Kolejne odsłony mnie rozmnażają się przez pączkowanie, kiedy tę samą wiadomość czytam w prasie polskiej, angielskiej i chińskiej. Myśl moja w obce dźwięki okuta nie tylko nie straciła skrzydeł, ale i stała się pełniejszą. Znacie tę tezę, że jeśli ktoś czegoś nie potrafi wytłumaczyć w prostych słowach, to znaczy, że sam tego nie rozumie? Posługiwanie się na co dzień językiem innym niż ojczysty zmusiło mnie do jasnego formułowania własnego zdania. Na początku z konieczności, bo inaczej po prostu nie potrafiłam, teraz - z wygody. Świat stał się dla mnie znacznie przyjemniejszym miejscem, gdy nauczyłam się go postrzegać z paru różnych perspektyw. Zawsze przecież mogę wybrać perspektywę, która mi bardziej odpowiada. Była kiedyś książeczka dla dzieci o dziewczynce, która, jeśli przestawał jej się podobać świat, zdejmowała okulary. Wszystko stawało się zamglone jak w marzeniu. Ja mam kilka par okularów, związanych z różnymi językami; zakładam je i zdejmuję po uważaniu. Myśli moje błądzą, czasem po bezdrożach niewartych straty czasu "wykształconego człowieka", ale na pewno nie mogę stwierdzić, że straciły skrzydła dlatego, że ubieram je w obce słowa.
Ha, obce słowa! Już nie obce. Mówię nimi o bólu głowy, o miłości, o dobru. Skoro mogę nimi walczyć o piękno, dobro i miłość, to znaczy, że we mnie wrosły i "zmojały". Tak, żałuję, że ZB nie zrozumie nigdy piosenek z Kabaretu Starszych Panów. Żałuję, że nie dzieli ze mną wspomnień najwspanialszych książek czy filmów z dzieciństwa. Ale wiecie co? Przez ponad dekadę szukałam we własnym kręgu kulturowym faceta, który by ze mną dzielił te uczucia, te wyrazy słyszane w kolebce. Nie znalazłam. Mogę się zgodzić na to, żeby obcokrajowiec nie znał Hemara czy Gałczyńskiego, tak jak oni wybaczają mi fakt, że nie chwytam w lot aluzji do Podróży na Zachód czy tangowskiej poezji. Polakom tego darować nie mogłam. Szukałam więc bezskutecznie, aż poznałam kogoś, kto innymi walorami przyćmił te wątpliwe braki. Znalazłam kogoś, kto podobnymi słowy - bez względu na użyty język - mówi o dobru, miłości i szczęściu. ZB nie wykopał przepaści między mną a... rodziną? przyjaciółmi? Jeśli się zmieniam - nie on to sprawił. Zmieniam się, jeśli sądzę, że znalazłam drogę jeszcze właściwszą niż dotąd. Mam nadzieję z każdym krokiem stąpać we właściwszym kierunku. Cieszę się, że jest komu kroczyć obok mnie i że kierunek ogólny nam się zgadza. Mam nadzieję, że nasze przyszłe dziecię nie będzie cierpieć z powodu naszych pięknych różnic, a zamiast tego skorzysta z wciąż wypracowywanych wspólnych wytycznych.

2015-04-11

zupa mleczna po kunmińsku II

Poprzednim razem pisałam o tradycyjnym kunmińskim śniadaniu "na odwal się" czyli o zupie mlecznej z mahua. Dziś kolejne śniadanie z tej serii: zupa mleczna z erkuajami 牛奶饵丝, może nawet bardziej popularna niż ta pierwsza.

Składniki:
*szklanka mleka
*kawałek erkuaja, pokrojony w paseczki - czyli tzw. ersi 饵丝
*łyżeczka cukru
Wykonanie:
Ugotować ersi w osłodzonym mleku.

Oczywiście ersi są przepyszne, bardziej klejące niż polskie makarony; wspaniale się z mlekiem komponują. W czasie gotowania trzeba uważać, żeby nie przywarły - niestety, erkuaje lubią przywierać.
Co ciekawe, akurat ta przekąska występowała dawniej rzadko. Erkuaje wyrabiało się bowiem tylko raz do roku - na chiński Nowy Rok (może jeszcze pamiętacie mówiący o tym esej). ZB pamięta, że gdy był jeszcze dziecięciem, na śniadanie noworoczne cała rodzina jadała taką zupę mleczną. Była ona bowiem szybka w przyrządzeniu, a wszyscy spieszyli się "do miasta". Świekrów zakład pracy i mieszkanie mieściły się bowiem w dzielnicy zwanej Końską Ulicą 马街, która nawet dzisiaj położona jest dość daleko od centrum Kunmingu. W onych czasach nie kursowała tam komunikacja miejska; do miasta trzeba było się dostać rowerem, na piechotę albo autostopem. Na piechotę z małymi dziećmi trzeba było pewnie maszerować ze trzy-cztery godziny, czyli trzeba było wyruszyć wystarczająco wcześnie, by zdążyć się zabawić w mieście, a potem wrócić przed zmierzchem do domu. Stąd popularna była ta szybka przekąska na bazie noworocznych erkuajów.

2015-04-09

reklama społeczna

Znów o tym, żeby nie marnować jedzenia. To w Chinach ogromny problem, bo zastaw się a postaw się, a w ogóle, to stać mnie, choćbym miał zjeść jedną miseczkę, a drugą cisnąć o ziemię... Tym razem tabliczka z "szwedzkostołowej" wegetariańskiej knajpy, o tym, by nakładać sobie tylko tyle, ile jest się w stanie zjeść, żeby nie zostawiać na talerzu:
Niezostawianie jedzenia, niezostawianie ryżu - zaczyna się ode mnie.

2015-04-08

Tamto lato 一樣的夏天

Dzisiaj błahostka Stefanie Sun; przyjemna na leniwe popołudnie, gdy gorąco i duszno.


窗外的雨剛剛停 
Właśnie ustał deszcz za oknem
午後氣息 濃濃地才散去
Popołudniowa duchota ledwo się rozeszła
迷迷糊糊張開眼 
Otwieram zamglone oczy
剛剛的夢 我似乎 在瞬間看見你
Chyba mignąłeś mi w tym śnie, który właśnie śniłam
Oh my god 已經 不知多久沒想起 Oh~ Oh~
Oh my god Sama nie wiem, jak długo już o tym nie myślałam

我淡淡地想著你 
Beznamiętnie wspominam
那年夏天 最後的那一天
Jakim byłeś ostatniego dnia tamtego lata
你輕輕地唱著歌 
Cichutko nuciłeś
未曾感受的溫柔 模糊我的雙眼
Nieznane wcześniej uczucie zamgliło mi oczy
終於也可以 開始一個人看明天
W końcu i ja mogę samotnie patrzeć w przyszłość
Oh~ Oh~yeah 你放下我 走向前
Zostawiłeś mnie i poszedłeś przed siebie
Oh~ 不見 不見了你給的回憶
I nie widzę Cię nawet we wspomnieniach.

為什麼 曾經深刻的 消失了 沒有原因
Dlaczego głębokie uczucie znika? Bez powodu.
我的心 已經沒有 想起你的空隙
W sercu nie mam już ani szczeliny na Ciebie
Oh I 沒想起不是忘記
Nie wspominać nie znaczy "zapomnieć"
OH I 沒想起你是平靜
Nie wspominać Ciebie to znaczy "spokój"
想起了你 是想起那樣一個夏天
A wspomnienie o Tobie stało się wspomnieniem tamtego lata

2015-04-07

wiewiórki

Mieszkanie w centrum Kunmingu ma swoje zalety. Bliskość wszystkich ważnych miejsc, od Szmaragdowozielonego Jeziora poczynając, przez piękny kampus Uniwersytetu Yunnańskiego, względną bliskość Miasta Herbaty itd. aż po... wiewiórki, które bezczelnie przyłażą na nasz balkon i obgryzają nasz "ogródek".
Tłuste świnie, a nie żadne wiewiórki...

2015-04-06

Późna Jesień 晚秋 만추

To taki koreański film romantyczny, remake innego koreańskiego romantycznego filmu. Włączyłam głównie z ciekawości, bo obsada była międzynarodowa, a sam film wsadzony w filmy amerykańskie - pewnie dlatego, że bohaterowie mówią głównie po angielsku.
Sam film, idea ekspresowej miłości w wykonaniu dość dziwacznie dobranych bohaterów, trochę mnie rozbawił, raczej nie wzruszył. Doceniam za to fakt, że bohaterowie faktycznie mówią swoim własnym językiem i głosem. Do dziś nie mogę przeboleć faktu, że w Potopie Szwedzi mówią do siebie nawzajem po polsku. Już wolę, kiedy Koreańczyk i Chinka, choć mieszkający w Stanach, dogadują się azjatyckim angielskim, bo inaczej nie potrafią. Za to duże brawa. O samym filmie więcej tutaj.
Oglądam tak sobie, zajadając się słonecznikiem, jak każdy porządny Chińczyk w trakcie oglądania filmu, a tu nagle pojawia się mój mąż. I gdy na ekranie pojawia się główna bohaterka, grana przez Tang Wei, ostentacyjnie wychodzi z pokoju, mówiąc sam do siebie: "jak taka krowa z mordą jak kafel mogła w ogóle zostać aktorką".
Miano aktorki może Wam nic nie mówić, więc przypomnę - to ta sama dziewczyna, która zadebiutowała w Ostrożnie, pożądanie, a wybrał ją Ang Lee spośród tysięcy! Dziewczyna, którą nawet niechorująca na Żółtą Gorączkę moja Mama uznała za piękność!
O, ta:
Ponieważ ZB ma już swoje lata i nie może się denerwować, postanowiłam poszukać w internecie, czy faktycznie Chińczykom niekoniecznie się to dziewczę podoba, czy tylko mój małżonek jest skrzywiony na bardziej kaukaskie rysy.
I okazało się, że bardzo często mówi się o niej, że ma "aurę" - 气质, że raczej nie jest pięknością, że jest taka zwyczajna, ale że ma w sobie "to coś". Trochę rzadziej, ale nadal dość często pojawiają się za o komentarze, że ma ona twarz jak naleśnik i że teraz wszystkie inne dziewczyny z twarzami jak naleśniki są do niej porównywane i się puszą, bo to przecież sławna aktorka, a przecież przyrównanie kogokolwiek do Tang Wei powinno być traktowane jak zniewaga, a nie jak komplement, bo to takie przeciętne brzydactwo...
I tak właśnie Tang Wei, na Zachodzie bywa nazywana jedną z najpiękniejszych Chinek w telewizji, a w Chinach jej twarz przyrównuje się do naleśnika...

2015-04-05

Święto Zmarłych

Tak się złożyło, że na Święta Wielkanocne nałożyło się w tym roku ważne chińskie święto. Dziś Qingmingjie, czyli Święto Czyste i Jasne względnie Święto Jasnej Czystości. Czyli chińskie Święto Zmarłych. Pisałam już o nim parę razy; tutaj o dziełach sztuki z nim związanych, tutaj opisywałam anegdotkę rodzinną z nim związaną, tutaj zaś tłumaczyłam wiersz o tym święcie.
Dziś nie mam wiele do dodania; wieczorem spotkamy się z rodziną, będziemy się cieszyć tym, że dużo osób jeszcze zostało na ziemi, zamiast się spieszyć do bogów. Spożyjemy na kolację tradycyjne śniadanie wielkanocne, cokolwiek zmodyfikowane przez okoliczności. Będzie pasztet przyprawiony pikantną pastą fasolkową douban (już spróbowałam, jest pyszny!), będzie żur, będą jajka na twardo, będą ciasta.
Dobrze, że mamy siebie nawzajem.
Życzę Wam wszystkim dużo radości!

2015-04-04

łzawnica ogrodowa 薏米

Choć uwielbiam kuchnię yunnańską najbardziej na świecie, czasem tęsknię za europejskimi smakami. Im bardziej smak prozaiczny, tym bardziej tęsknię. Żur, barszcz, kiełbasa...
Co zaskoczyło mnie bodaj najbardziej to tęsknota za... kaszą. W Polsce bowiem za kaszami nie przepadałam - wolałam swojskie kartofle i jakiś ryżyk. Teraz ryżyku mam już po dziurki aż nadto, ziemniaków też sporo, więc z najwyższą przyjemnością sięgnęłabym czasem po kaszę. Cóż, kiedy jej nie ma! W żadnym sklepie, nawet takim z towarami importowanymi!
Dlatego razu pewnego na targu oczy przetarłam ze zdumienia: przecież to nie może być pęczak!
Miałam rację. To nie mógł być i nie był pęczak. Były to łzy Hioba czyli nasza łzawnica ogrodowa, która bynajmniej nie jest tu uprawiana wyłącznie w celach ozdobnych. Jest - uwaga, uwaga! - składnikiem deserów. Nie pomyliliście się: to kaszopodobne coś jest jadane na słodko.
Zarówno w Korei, jak i w Chinach są składnikiem podanej na słodko "herbatki" czy "mleka", zrobionego z ugotowanych ziaren łzawnicy, zmielonych lub całych. Bardzo podobne jest wykorzystanie łzawnicy przez Wietnamczyków - robi się na jej bazie słodką zupę. Nie Wietnamczycy jednak wymyślili takie wykorzystanie tych ziaren - pomysł przyszedł do nich z Kantonu; kantońskie "słodkie zupy" są zresztą bardzo sławne. Również w Tajlandii łzawnica spożywana jest na słodko, choć rzadko jest głównym składnikiem; najczęściej po ugotowaniu dodawana jest do herbat, mleka sojowego i innych napojów jako "słodycz".
Poza słodyczami można ze łzawnicy przygotować również coś dla dorosłych: mowa o wódeczce (Korea) i occie (Japonia). Obie wersje muszą być pyszne :) Już nie mówiąc o tym, że ze względu na właściwości prozdrowotne (panaceum!) taka wódeczka musi człowiekowi bardzo pomagać...
Wróćmy do zastosowań kuchennych. Jak już wspomniałam, moje pierwsze skojarzenie dotyczyło pęczaku i właśnie zamiast kaszy postanowiłam łzawnicy użyć. Gotować trzeba ją było dwa razy dłużej niż ryż i w większej ilości wody - powiedzmy 3:1 a nie 2:1. Po ugotowaniu okazało się, że jest leciutko słodkawa acz nieco mdła i wtedy właśnie wpadłam na pomysł, by po wstępnym ugotowaniu dodawać łzawnicę do rozmaitych curry: wchłaniają nadprogramowy sos, nabierają cudownego smaku i jest to jedno z najwspanialszych dań jednogarnkowych świata.
I potem już poszło. Pasuje i do sosu grzybowego do bitek wołowych, i do rzadszego leczo, i do gulaszu. A czasem, jeśli akurat mi garstka po ugotowaniu zostaje, dodaję do domowej faludy.
Jeśli na nią kiedyś traficie - nie wahajcie się. Łzawnica jest pyszna!

2015-04-03

Zamorski diabeł

Uwielbiam książki. Nawet największe czytadła. Zawsze mogę znaleźć coś dla siebie - nowe słowo, ciekawą myśl, albo czystą rozrywkę. Od jakiegoś czasu przeszukuję trącące myszką pisaniny pod kątem "chińskości", albo szerzej - "azjatyckości". Ciekawi mnie odbicie tamtych czasów, innego sposobu myślenia, bawi mnie szukanie błędów albo niepoprawnych kulturoznawczo spostrzeżeń. Jeśli ktoś chce mi sprawić prezent - najlepiej dać mi po prostu książkę o Chinach; albo się z niej czegoś dowiem, albo się z niej pośmieję, albo jedno i drugie.
Tym razem zaczytałam się w Zamorskim diable Jan-guj-tzy (czyli tak naprawdę Yang guizi 洋鬼子) Wacława Sieroszewskiego. Jako powieść przygodowa - zdaje egzamin, choć do Tomków się nie umywa. Oczywiście rzuciły mi się w oczy różne śmiesznostki, którymi się chętnie z Wami dzielę:

Naszej firmie potrzebny jest młody, nauczony człowiek, który by znał po chińsku. Gotowa ona zapłacić za naukę. Naznacza na to rok czasu i tysiąc rubli złotem.
Chiński w rok. Taaa...
*
-Mamo, Chiny nie są krajem dzikim! Cywilizacja ich jest starsza od naszej...
-Słyszałam, ale już ja tam nie mam do nich zaufania. Ubierają się Bóg wie jak, mężczyźni noszą warkocze, witają się na czworakach, jedzą psy, koty, robaki...
No jakbym słyszała moją Mamę :D Może i bez ubierania i warkoczy, ale ten brak zaufania i jedzenie robaków... :D
*
Z początku te płaskie, brzydkie twarze [...] raziły go, ale z wolna przyzwyczaił się do nich.
Co nie znaczy, broń Boże, by stwierdził, że są ładne. Nadal są brzydkie, tylko on przestał zwracać uwagę. Grrr...
*
[...] z niebieskiego namiotu wyszli oficerowie i zaprosili podróżników na posiłek. We wnętrzu namiotu, na czarnych lakierowanych stołach czekały gości dziesiątki mniejszych i większych waz oraz miseczek z konfiturami, ciastami i owocami.
O, tak. Konfitury to typowa chińska potrawa, spożywana często przez chińskich wojskowych.
*
O, pojawili się hunhuzi! W tej wersji wabią się chun-chu-tza, ale chodzi właśnie o tzw. rudobrodych 紅鬍子. Pierwszy raz spotkałam się z nimi oczywiście przez Tomki Szklarskiego :D
*
Autor nazywa Chiny "Państwem Kwiatów", bo mu się 华 z 花 pomyliło :) Oba się wprawdzie czyta hua, ale jedno jest kwiatami, a drugie Chinami ;)
*
piękne słowo na skośnego - kosooki.
*
i jeszcze dragoman - niby tłumacz i pośrednik, a dla mnie - znający mowę smoków, oczywiście...
*
Studenci wciąż urządzają rozmaite zabawy [...]. Po chińsku umieją tyle co ja. Ojciec Paolo [...] powiedział mi, że się nigdy więcej nie nauczą, że aby poznać do gruntu Chińczyków, trzeba żyć z nimi i tak jak oni.
Patrzcie państwo, książka opisuje Chiny jeszcze za czasów cesarskich, a studenciaki się nic nie zmieniły...
*
bohatera naszej książki woła na kolację mały Chińczyk słowem "kasza". Och, jak bym chciała, żeby jakiś Chińczyk podał mi na kolację kaszę!!!
*
Pręciki do jedzenia, którymi nie władał jeszcze dość wprawnie, odmówiły mu ostatecznie posłuszeństwa; ziarenka ryżu uparcie umykały od nich i rozsypywały się po całym stole. [...] Brzeski położył pałeczki, wstał głodny i zły od stołu, życzył dobrej nocy gospodarzowi i opuścił jego mieszkanie.
Z rozrzewnieniem wspominam czasy, gdy pałeczkami operowałam bez wprawy i z bólem zupełnie niespodziewanych mięśni. Głód jest jednak najlepszym nauczycielem, a ja jem teraz pałeczkami nie tylko ryż - łatwizna! - ale też zupę i spaghetti...
*
-Niech mój doświadczony uczeń zobaczy: czy pozna, jaka to litera?!
-Wszystko to bardzo podobne do umaczanej w atramencie rozklapanej muchy! - mruczał po polsku Brzeski.
Sama oczywiście nazywam znaki chińskie krzaczorami, a jednak porównanie do rozklapanej muchy umaczanej w atramencie mnie wprost uwiodło :D
*
Podkrada się to jak złodziej. Z początku czujemy wstręt do obcych obyczajów, potem nam wszystko jedno, a wreszcie sami ich nabywamy.
Do niektórych zaś nie czujemy wcale wstrętu i ich nabycie bardzo sobie chwalimy :D
*
bengalskie ognie - już zapomniałam, że po polsku tak się mówiło na sztuczne ognie...
*
Nawet czytanie trącącej myszką beletrystyki jest pouczające: wreszcie poznałam etymologię słowa bonza :D
*
Miasto Inkou. Czyli Yingkou, otwarte dla obcokrajowców po wojnie opiumowej. A może Hankou? Tam były fabryki herbaciane. Ale miasta Chu-czen rozszyfrować nie umiem.
*
Europa naturalnym rozwojem swej cywilizacji jest powołana do rozerwania błędnego koła nieszczęśliwego ludu. Przecież nie podobna dozwolić, żeby tu nie było nigdy telegrafistów i żelaznych kolei! Lud dobry i wart zachodu, gdyż nie ma lepszych robotników niż Chińczycy. Zręczni, sumiennie, niewymagający, traktują pracę jak modlitwę. Tylko trzeba trzymać ich w ryzach: żadnych ustępstw, żadnych czułości! Lud rdzennie wschodni musi wciąż czuć nad sobą przewagę siły, inaczej... demoralizuje się.
Ech...
*
[...] nowe pojęcia zwolna przesiąkały do głębi prostego nawet ludu, który cały, jak nigdzie na świecie, miał wielką ogładę, wielką ciekawość wiedzy i umiał cały czytać i pisać.
Cały naród chiński potrafił czytać i pisać? Seeeeerio? O.o
*
Dusza Chińczyka to taka, panie, otchłań łgarstwa, okrucieństwa, zdrady i łotrostwa, że kto by z europejską miarą chciał się tam zagłębić, zginąłby w labiryncie sprzeczności. Nie ma wyboru: należy albo wyrzec się z nimi stosunków, albo nie folgować im ani na jotę, ani na włos!
No tak, w przeciwieństwie do dusz Europejczyków, czystych jak kryształ :D


Szkoda, że Sieroszewski napisał tę powieść zanim w ogóle do Chin pojechał. Trafniejsze są jego spostrzeżenia dotyczące kolonializmu i sposobu postrzegania innych kultur przez białego człowieka niż pozyskane z drugiej ręki informacje o Państwie Środka. W trakcie czytania trochę mnie irytował nachalny patriotyzm, ale w sumie - czytadło całkiem miłe :)

2015-04-01

Prima aprilis

Jakiś czas temu odezwała się do mnie, przez setki pośredników, firma, szukająca nauczyciela angielskiego. To taki nowy trend w Chinach: pracownicy zarabiają niewiele, a czynić muszą cokolwiek wpadnie do głowy szefostwu, w dodatku rzadko mają sensowny/jakikolwiek pakiet socjalny. Dlatego co lepsze firmy dbają o pracowników w inny sposób, kolektywnie: organizują im wyżywienie albo wycieczki firmowe albo bony do supermarketów czy kin, albo różne zajęcia dodatkowe, na które uczęszcza się kolektywnie, bez względu na zainteresowania.
Firma, z którą skontaktował mnie kolega kolegi, to bodaj firma reklamowa czy inna tego typu. Nie żadna mała firemka z trzyoosobowym biurem, a całkiem spore przedsiębiorstwo, wynajmujące trzy piętra w wieżowcu, z biurami wyposażonymi w skórzane kanapy i wysyłająca pracowników w delegacje do Korei, Japonii i innych państw ościennych. Stałych pracowników niższego szczebla jest około trzydziestu i to właśnie dla nich firma organizuje zajęcia dodatkowe. Jak do tej pory mają raz w tygodniu dwie godziny jogi, raz w tygodniu basen i raz w tygodniu badminton. Oczywiście nie zawsze wszyscy uczestniczą, ale wszyscy mają zapłacone - tylko iść i korzystać. Szefostwo na to stać - widziałam, jakie bryki były zaparkowane pod budynkiem.
Biorąc pod uwagę wielkość firmy, ich warunki materialne i wielkość grupy, z którą miałabym pracować, a także odległość siedziby firmy od mojego miejsca zamieszkania (prawie godzina drogi metrem), ale jednocześnie pamiętając, że to znajomi znajomych, rzuciłam niewygórowaną stawką dwustu yuanów za godzinę zegarową. Dwieście yuanów to około stu złotych polskich. Bywa, że zarabiam mniej, bo dla rodziny i przyjaciół zajęcia są tańsze; bywa też, że zarabiam o połowę więcej, więc nie miałam wrażenia, że chcę ich wykorzystać finansowo.
Okazało się, że firmy ze skórzanymi kanapami na trzech piętrach, z jogą, basenem itd. nie stać na nauczyciela angielskiego, który by nie daj buddo nauczył pracowników choćby podstaw, co pozwoliłoby w przyszłości zaoszczędzić na tłumaczach, którzy na razie są konieczni przy każdym głupstwie.
Dla mnie to brzmi jak primaaprilisowy żart, ale to niestety prawda.