blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-03-23

Christian-Pierre

Do Kunmingu przyjechał kolejny znakomity artysta. Christian-Pierre La Marca to młody, utalentowany wiolonczelista - a przy tym... bardzo miły. Ale od początku.
Kunmińska orkiestra symfoniczna to dno i trzy metry mułu. Wewnętrznie przekonani są jednak o własnej doskonałości i nie wstyd im zapraszać wirtuozów. Jedyny powód, dla którego wirtuozi zgadzają się współpracować (z zaciśniętymi zębami) to pieniądze. No, może chęć "pracy u podstaw" z biednymi Chińczykami. Ech...
Tym razem artysta, przyjechawszy trochę wcześniej, został poproszony o poprowadzenie klasy mistrzowskiej w tutejszej prywatnej szkółce muzycznej. Dobry chłopak, nie zepsuło mu humoru nawet to, że ani orkiestra, ani szefostwo szkoły muzycznej nie wiedziało nawet jak się nazywa. Wszędzie opisany był jako Christian-Pierre, ale o tym, żeby wspomnieć nazwisko gościa to już nikt nie pomyślał. Jeszcze raz: ech...
Pomyśleli za to o tym, żeby zaprosić go na kolację, a także w czasie klasy mistrzowskiej zapewnić tłumacza. To było moje małe moi.
Kolacja upłynęła w miłej atmosferze, zwłaszcza gdy gość machnął już ręką nad bolesnym faktem, że orkiestra nie tylko gra nieczysto, ale w dodatku nie do rytmu. Pośmialiśmy się, pogadaliśmy o jazzie (och, mam całą wieeeelką listę francuskich jazzmanów do powolnego odkrywania!) i poszliśmy do szkółki muzycznej.
Przed obliczem naprawdę niezłego muzyka stanęła "orkiestra smyczkowa" złożona z dzieci, które niespecjalnie dobrze czytały nuty. On zaś z absolutnie uroczym uśmiechem bił im brawo, a nawet zagrał z nimi jeden kawałek. Po czym zaczął "mistrzować". Do obróbki nie dostał nieoszlifowanych diamentów, tylko dość pewnych siebie młodzieńców, którzy uczyli się gry na wiolonczeli już dość długo, by umieć zagrać z pamięci parę kawałków Bacha, ale nie wiedzieli nawet, jak się poprawnie trzyma wiolonczelę.
Tym sposobem tzw. lekcja mistrzowska zamiast dotyczyć frazowania czy poprawienia barwy dźwięku, polegała na poprawianiu chwytu smyczka, ciągłym upominaniu, by smyczek dotykał strun na poprawnej wysokości, by grać na ucho, a nie ciągle patrzyć na palce i na próbach rozluźnienia dłoni grających.
Tak naprawdę to nie to, że te dzieci sobie nie radziły mnie przeraziło. Straszne jest to, że ich nauczyciele wyglądali na zaskoczonych, że tym dzieciom można w ogóle coś zarzucić, skoro tak ładnie grają...
Zapytałam "mistrza", jakie ma odczucia. Odparł: dotychczas dawałem lekcje na uniwersytetach, bardzo zdolnym i wcale niezłym muzykom. Dopiero teraz zrozumiałem, jak ważne jest, by dobrzy nauczyciele byli z Tobą od początku.
My, Europejczycy, nie zdajemy sobie nawet sprawy z tego, że nauczycielami muzyki mogą być ludzie, którzy o muzyce tak naprawdę nie mają pojęcia. Przekazują oni brak pojęcia i brak wrażliwości następnym pokoleniom uczniów, którzy, nawet jeśli początkowo mieli talent i słuch, wkrótce je stracą. Dopiero mieszkając tutaj zdałam sobie sprawę, jak uprzywilejowana byłam, mogąc uczęszczać do szkoły muzycznej, która, choć nie była szczególnie dobrą szkołą w skali Polski ani nawet Śląska, dała mi podstawy, pozwoliła się rozwijać i nie zabiła mojej miłości do muzyki. W Yunnanie takich szkół nie ma.
Na deser ładny Fauré:

A ja skorzystam z okazji i się pochwalę: choć rozmawialiśmy po angielsku i z tego też języka tłumaczyłam na chiński, gdy gościowi zabrakło kilku słów i pytał, byłam w stanie rzucić paroma francuskimi słowami, które rozjaśniły sytuację. Co nie tylko ułatwiło rozmowę z gościem, ale również wywołało zachwyt na twarzach towarzyszących nam Chińczyków. Od razu dostałam propozycję nauczania francuskiego. Umarłam ze śmiechu. Teraz jeszcze brakuje, bym nauczała łaciny, włoskiego i niemieckiego - w każdym z tych języków znam parę kompletnie nieprzydatnych słów...

5 komentarzy:

  1. Christian-Pierre to wg Chińczyka Christian jest nazwiskiem, Pierre imieniem, a te kolejne imiona to już nie są takie ważne :-)
    Chyba większość z nas tak ma, że jeśli od podstawówki mieliśmy dobrych nauczycieli, to przedmiot stawał się łatwym i przyjemnym. No a jeśli pedagodzy nie lubili ani uczni, ani swego zawodu, ani swojego przedmiotu, to wołami trzeba było nas ciągnąć na lekcje, nawet jeśli się miało z początku predyspozycje, które definitywnie zniszczono.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja wiem, że Chińczycy mają problem z europejskimi imionami i nazwiskami, ale przecież mają mnie pod ręką, prawda?...
      Co do pedagogów - tu nie chodzi o to, że nie lubią, tylko o to, że tak naprawdę - nie nadają się, bo nie rozumieją muzyki. Sami są złymi muzykami i przekazują to dalej, będąc wewnętrznie przekonanymi, że się znają...

      Usuń
  2. Czy wiesz może co to za jedzenie wymowa polska:Gon tau gnau ho z czego składa się to coś? Pozdrawiam Noneczka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, nie brzmi to jak żadna wersja chińskiego, jaką znam. Brzmieniowo przypomina trochę kantoński, ale - łatwiej byłoby, gdyby nazwa była podana przez kogoś, kto zna chiński, a nie podaje polską pisownię ze słuchu :)

      Usuń
  3. Czy wiesz może co to za jedzenie wymowa polska:Gon tau gnau ho z czego składa się to coś? Pozdrawiam Noneczka

    OdpowiedzUsuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.