blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-02-04

Yijki 彝族

Wyszłam z targu zbyt obładowana, żeby wracać do domu na piechotę; wsiadłam w autobus i cieszyłam się jak dziecko z siedzącego miejsca naprzeciwko dwóch niewiast w średnim wieku, z głowami przykrytymi chustami. Chusty były mniejszościowe, zawsze przyglądam się takim nakryciom głowy z dużym zainteresowaniem, bo coraz rzadziej widać je na ulicach miast. Ale krótki rzut oka na pas i obuwie utwierdził mnie w przekonaniu, że to Yijki. Jeszcze tylko twarze - winny być ciemne, z pięknymi, surowymi rysami twarzy i bielusieńkimi zębami. Jedna jest taka faktycznie. A druga jest... biała. Kaukaska znaczy. No, nasza. Zamieniam się w słuch, bo widać, że panie nad czymś zawzięcie deliberują. Słucham, słucham... i prawie umieram z zaskoczenia: gadają po yijsku! Rozumiem pojedyncze słowa, kojarzę melodię języka, ale - to nie zyijszczony dialekt oparty na mandaryńskim, a najprawdziwszy yijski! Patrzę wielkimi oczami na ubraną po yijsku białą kobietę lat 40-50, gadającą po yijsku do swej yijskiej towarzyszki i... stwierdzam, że jednak będę próbowała się podszkolić w dialekcie kunmińskim. Albo w dajskim. Głupio mi, że znam tylko jeden tutejszy język. Chyba jestem zbyt leniwa...
Białą Yijkę sparzyło moje spojrzenie; zerknęła na mnie i uśmiechnęła się. Gdybym nie musiała wówczas wysiąść z autobusu, mógłby to być początek zupełnie niezwykłej znajomości.
Mam nadzieję, że ją kiedyś jeszcze spotkam.

4 komentarze:

  1. A może w takim przypadku lepiej pomóc losowi i pojechać dalej. Taka znajomość może być ważniejsza niż późniejszy powrót do domu :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym była w ów dzień panią własnego czasu, tak bym pewnie postąpiła :)

      Usuń
  2. Ja w drugim dniu pobytu na Tajwanie przezyłam lekki szok. Bo ogarnęłam, że tutaj wszyscy "tacy sami" (wiem, że się róznią, ale wtedy widziałam tylko armię skośnookich klonów). Bo w knajpie przy kuchni stał facet z kręconymi włosami, dosyć dużym nosem i okrągłymi oczami. Taki Włochowato- Turkowaty, ale nie nażelowany. Co najciekawsze, facet ten mówił po chińsku, a nawet po tajwańsku.
    Długo się zastanawiałam - czy może to jaki przybysz z zachodu, schińszczony? Na Aborygena nie wyglądał (wtedy żyłam w naiwnym przekaniu, że Aborygeni tajwańscy nadal są wytatuowani, długowłosi i odziani w przepaski biodrowe). Ki pieron. Zagadać się nie dało, bo przy próbie gadki po chińsku do obcego kamieniałam na amen.
    W końcu po dwóch latach uczęszczania do jego pierogarni zostałam oświecona - rodzina pana od pierogów pochodziła z Xinjiangu, a pan po prosty był Ujgurem lub pół Ujgurem, wychowanym od dziecka na Tajwanie.

    Zazdroszczę ci że masz szansę spotkać jeszcze osoby noszące stroje ludowe... Bo na Tajwanie to ze strojów ludowych mamy szeroki wybór: Net, Zara i inne Prady (albo prawie jak Prady)... Nawet Aborygeni biegają w dżinsach i klapkach-japonkach...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak, u nas Ujgurzy uważają, że na pewno jestem krewną :) Stroje ludowe widać już bardzo rzadko, dlatego kiedy się zdarzają, jestem taka podekscytowana :)

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.