blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2015-02-24

u siebie

Budzę się, kiedy ZB mnie całuje "na do widzenia". Udaję, że się wcale nie obudziłam; nawet mi powieka nie drgnie, kiedy najwspanialszy z mężów opatula mnie wszystkimi kołderkami i kocykami. Tak, jest luty, już po święcie wiosny, ale noce i poranki bywają dramatycznie zimne, a okna, jak przystało na stary kunmiński dom, nieszczelne. Stąd kocyki. Niektóre pamiętają moje studenckie czasy, gdy spałam na prawie-więziennej akademikowej pryczy.
Powieka mi nie drgnęła, ale ZB jakoś się domyśla, że tylko udaję i szepce mi na ucho: "małe zgniłe jajo" 小坏蛋 czyli że niby jestem łobuzem. Zaczynam się śmiać, misterny plan, by zaraz po jego wyjściu jeszcze kimnąć właśnie legł w gruzach. Skoro już się obudziłam i nawet zaczęłam dzień od śmiechu, nie wolno tego zmarnować. Wstaję.
Dzień zaczynam od zrobienia kolejnej fotki moim cudownym kwiatom. Mamy azalie, kamelię i kwitnący właśnie kumkwat. Kumkwat to zdeaktualizowane drzewko bożonarodzeniowe. W pierwszą wspólną Wigilię kazałam bowiem mężowi przynieść do domu drzewko bożonarodzeniowe, a on, nieobeznany z polską tradycją, zamiast kupić małego iglaczka, wrócił z kumkwatem. Gdy zapytałam, skąd mu kumkwat wpadł do głowy, powiedział, że małe owocki, którymi drzewko było wówczas obsypane, wyglądają zupełnie jak bombki. W sumie - miał rację. Można było przyoszczędzić na dekoracjach. A zdeaktualizował się kumkwat w roli drzewka, bo się na nas wypiął i już w żadne następne Święta nie urodził owoców. Teraz jest luty, a wredny kumkwat dopiero zaczął straszyć białymi pączkami kwietnymi. Widzieliście kiedyś, jak kwitnie kumkwat? Ma takie subtelne, drobniutkie białe kwiatki. Gdybym nie wiedziała na sto procent, że to kumkwat, tobym powiedziała, że tak wygląda jaśmin...
Patrzę więc rankiem na kwiaty. Stoją one na zewnętrznym parapecie, wystawione bezpośrednio na słońce i wiatr. To na pewno dlatego tak pięknie kwitną. Robię zdjęcie i wstawiam je na weixina. WeChat znaczy. Ekhm... Ekspaci wiedzą, o co chodzi. To taka aplikacja telefoniczna, która Chińczykom zastępuje fejsbuka, gadu-gadu, pocztę elektroniczną, skajpa i wszystko inne. Można tam podzielić się ciekawym artykułem, poczatować, wysłać zdjęcie do grupy osób albo tylko do wybranej, zrobić film i go pokazać znajomym, porozmawiać w trybie wideo z mężem... To znaczy, tego ostatniego przeciętne Chinki nie robią, robię to za to namiętnie ja. ZB pracuje naprzeciwko domu, dosłownie pięć minut drogi. Oczywiście okropnie za sobą tęsknimy, więc kiedy tylko ma przerwę w nauczaniu, zaczynamy weixinować. WeChatować. Rozmawiać przez tę aplikację znaczy.
Kiedy już wstawię zdjęcia kwiatków i się trochę ponacieszam yunnańskim słońcem, ogarniam się i idę zrobić sobie śniadanie. Po drodze wstawiam kafeterkę; kiedy skończę robić śniadanie, będzie na mnie czekać aromatyczna wietnamska kawa. Mam przyjaciółkę, która sarka, że wietnamska kawa najsmaczniejsza jest wtedy, kiedy jest zaparzona w wietnamskiej zaparzarce i w ogóle jak ja mogę, ale - cóż, uwielbiam kawę z kafeterki. Obojętnie czy włoską czy wietnamską, choć oczywiście wietnamska jest milion razy lepsza.
Śniadanie czasem jest polskie, czasem chińske, czasem kunmińskie. Przykład polskiego: własnoręcznie upieczony chleb tatarczano-pszenny, doprawiony kuminem, posmarowany nowozelandzkim masłem i obłożony yunnańskim kozim serem. Że nie bardzo tradycyjnie? Co tam! Jeśli jest zimno, wybieram śniadanie chińskie - bułeczkę na parze, makaron z mięsnym sosem albo przesmażony z jajkiem i pomidorem wczorajszy ryż. Jeśli zaś mam ochotę na słodkości, to poza chlebem z własnoręcznie zrobionym dżemem z psianek melonowych albo bananów mam jeszcze alternatywę w postaci kunmińskiego śniadania; może to być pampuch posmarowany masłem i posypany cukrem albo tutejsza wersja zupy mlecznej: mahua zalana gorącym mlekiem. Do tego kawa, komputer, pełnia szczęścia.
Kiedy o dziesiątej wychodzę z domu, słonko już mocno przygrzewa. Na targ jadę więc rowerem, ciesząc się wiatrem we włosach i promieniami całującymi twarz.
Na targu zawsze zdarzy się przynajmniej jedno nowe stoisko, z kimś nerwowo reagującym na obcokrajowca. Dziś pan od sałacianego bambusa i selerów naciowych pytał językiem migowym, które warzywo mi podać i jak dużo. Odpowiedziałam czystym mandaryńskim, pan najpierw nie uwierzył, że mówię po chińsku, później się spłonił jak panienka, a jeszcze później zdał sobie sprawę, że już zapomniał, co powiedziałam i musiałam powtarzać jeszcze raz.
W domu rozmraża się mielona wołowina; dokupuję więc dwadzieścia deko świeżej mięty, garść równie świeżej kolendry i dwa pomidory - będzie tajska wołowina z miętą, sosem rybnym i cebulą. Do tego warzywa: poza groszkiem cukrowym i marchewką kupiłam jeszcze wyjątkowo apetyczne kłącza lotosu, wspomniany już sałaciany bambus i troszkę świeżych uszaków bzowych - będzie sałatka. Przeciskam się w stronę wyjścia, kiwając z sympatią do zaprzyjaźnionych sprzedawców. Nie, dziś nie kupię ani sera koziego, ani suszonej wołowiny, ani nawet pieczonej i chrupiącej skóry wieprzowej. Te przyjemności zostawię sobie na jutro. Przecież jutro trzeba będzie kupić świeże warzywa. Świeże, czyli prosto z targu. Te, które spędziły noc w koszyczku albo w lodówce, są już nieświeże. Wyjątkiem mogą być ziemniaki, imbir czy inny czosnek; nawet kapusta pekińska na drugi dzień jest już inna. Może nie w smaku, ale na pewno w konsystencji.
Drogę powrotną obieram przez kampus Uniwersytetu Yunnańskiego. Piękne alejki; studentów niewielu, bo przecież pojechali na chiński Nowy Rok do domów. Ze zdziwieniem zobaczyłam przy mapie kampusu dwie dziewczyny, jedna wygląda na Chinkę, ale druga jest naturalną blondynką, więc zapewne jednak jest przyjezdna. Zagajam, bo słyszę, że nie orientują się w terenie. Też kiedyś nie wiedziałam, która brama kampusu jest bramą północną; z największą przyjemnością mogę im wskazać drogę. Ale po co im brama północna? Bo chciałyby dotrzeć do Szmaragdowozielonego Jeziora. W tym momencie wiedziałam już na sto procent, że ledwo co przyjechały do Kunmingu. Przecież ktokolwiek był tu dłużej niż tydzień, wie, gdzie jest to jezioro!
Pytam blondynkę, skąd jest. Ze Stanów. Pytam Azjatkę, skąd jest. Też ze Stanów. Są koleżankami z klasy i przyjechały razem na jeden semestr nauki chińskiego. Tak naprawdę to poziom chińskiego blondynki jest wyższy od poziomu chińskiego Azjatki - choć jej rodzice są z chińskich rodzin, w domu od zawsze mówiło się tylko po angielsku, a w ogóle to właśnie ta blondynka się zawsze interesowała Azją, jej samej tam nigdy za bardzo nie ciągnęło...
Bardzo mi dziękują za odprowadzenie. Nie wiedzą, że są doskonałą wymówką, żeby przejść znów tymi alejkami, zobaczyć taflę jeziora, nacieszyć się najpiękniejszą częścią Kunmingu. Obym sczezła w dniu, w którym przestanę na piękno tych miejsc zwracać uwagę! Ale jeśli nie mam dobrej wymówki, to mam tysiąc ważniejszych spraw na głowie: trzeba zrobić kolację dla ciężko pracującego w weekendy męża, trzeba mu zacerować gacie (co on, na żelaznym tronie z mieczy zasiada? Który już raz je ceruję?...) i wyprasować koszulki. Dobrze, że dziewczyny się zgubiły - przecież nie mogłam ich zostawić na pastwę losu pięćset metrów od Jeziora. Nie trafiłyby, na pewno by nie trafiły bez mojej nieocenionej pomocy. Kolacja będzie pół godziny później, trudno.
Wiecie, dlaczego opisałam akurat ten dzień? Bo właśnie w takie dni czuję się w Kunmingu najwspanialej. Pokazuję komuś drogę, wymieniam pozdrowienia z przelotnie znajomymi, wykonuję czynności domowe. Jem posiłki kuchni "confusion". Całe moje życie to właśnie taka confusion - zupełnie zaskakująca i nieprawdopodobna mieszanka różnych kultur, zwyczajów, sposobów myślenia, smaków, zapachów...
I to właśnie w tej mieszance jestem u siebie.

7 komentarzy:

  1. Właśnie zatęskniłam za moim takim życiem. Cóż, trzeba zarobić na kolejny rok tajwańskiego byczenia się , ekh, chłonięcia kultury. Swoją drogą - szybko mnie dopadło, zazwyczaj proces zapominania upojnego zapachu śmierdzącego tofu oraz innych "mniej katalogowych" aspektówTajwanu trwa ciut dłużej, i dopiero po miesiącu odczuwam lekkie ssanie w żołądku/duszy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, u mnie tęsknota pojawia się zdecydowanie szybciej, niż po miesiącu ;)

      Usuń
  2. Wstałam rano, dostałam kubek herbaty do łóżka i postanowiłam, jak codzień, zajrzeć tu i ówdzie. U mnie twój komentarz, więc od razu mi sie przypomniało, że dawno do ciebie nie zaglądałam. Za moim oknem lekka mgiełka i bardziej wiosna, niż - teoretycznie - najbardziej mroźny miesiąc w roku ;)
    Cudownie mi się czytało :) To taka interesująca opowieść - o codziennym zyciu, ale dla mnie egzotycznym. Zawsze kochałam dalekowschodnie klimaty :)
    W kwietniu znów lecę na Tajwan, więc się nasycę na jakiś czas. Przypomniałaś mi bułeczki na parze, które wprost uwielbiam! I chińskie pierozki - najlepsze na swiecie. Już nie mogę się doczekać :)))))
    Poproszę o przepis na tę wołowinę, bo akurat kupilam fajny kawałek wołowiny i ślinka mi pociekła po twoim opisie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodałam link do twojego bloga do moich ulubionych. Teraz jest szansa, że będę pamiętać o tobie częściej niż wtedy, kiedy sama mi o sobie przypomnisz wpisem na moim blogu :D

      Usuń
    2. Wołowina na pewno kiedyś się pojawi, ale - mam setki przepisów do umieszczenia i tak mało czasu... :( Mała podpowiedź - jest to wołowa modyfikacja przepisu z książki "Łatwa kuchnia tajska" Kena Hom :)

      Usuń
    3. Ja też wspomagam pamięć różnymi "ulubionymi" itd.; tylko dzięki temu w ogóle kogoś odwiedzam ;)

      Usuń
    4. Za późno... Zrobiłam wołowinę pod kiszoną kapustą :) Pozdrawiam

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.