blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2014-10-31

yunnańska herbata bambusowa 雲南竹筒茶

Czy wiecie, co to jest herbata bambusowa? Pisałam o niej już kiedyś, wspominając opowieść Pięknej Cnoty. Od kiedy o tajskiej herbacie bambusowej usłyszałam, marzyłam o tym, żeby jej spróbować.
Oczywiście, okazało się, że w Yunnanie też są grupy etniczne, które przyrządzają bambusową herbatę; oprócz tego okazało się, że można zrobić w bambusie moją ukochaną herbatę pu-er, która, przesiąkłszy bambusowym aromatem, staje się jeszcze pyszniejsza...
Trzeba zrobić tak: świeżo ścięty bambus należy wypełnić właśnie zerwanymi liśćmi herbaty, upchanymi do granic możliwości, po czym zacząć opiekać nad ogniem. W trakcie opiekania liście będą się kurczyć - należy wtedy uzupełniać świeżymi liśćmi. I tak właśnie opiekać - dopychać, opiekać - dopychać, aż liście będą całkiem suche, a bambus będzie napchany do granic możliwości. Wówczas można rozciąć bambus, wyjąć ubitą, upieczoną, pachnącą bambusem herbatę i ją zaparzyć. Albo - można bambusa nie rozcinać, tylko szczelnie zatkać i zostawić w spokoju na rok, dwa, albo i pięć - i stworzyć w ten sposób bambusowy pu'er... Tak czy owak - herbata będzie mocna i aromatyczna. Uwielbiają taką pić Dajowie. Pierwsze zapiski o tak przygotowanej herbacie pojawiły się jakieś 200 lat temu, ale pewnie tajskie plemiona z dżungli pijały taką "od zawsze", tylko nikt tego wcześniej nie opisywał... Kiedy parzą ją Dajowie, zalewają po prostu herbatę wrzątkiem i piją gorącą, gorzką i mocną. Można jednak zaparzyć taką herbatę zgodnie z regułami sztuki, czyli nie wrzątkiem, a w siedemdziesięciu stopniach, tak jak każdą inną zieloną herbatę. Albo, jeśli już się spuerowała, można ją w gaiwanie parzyć dziesiątki razy...
Z kolei Kaczinowie przyrządzają swoją wersję bambusowej herbaty w taki sposób, że herbatę najpierw podsuszają, potem ręcznie międlą względnie gotują na parze aż liście zmiękną i zżółkną, a dopiero potem wsadzają do bambusa. Następnie ubijają liście w bambusie drewnianym tłuczkiem; gdy bambus jest prawie pełny, zatykają wylot liśćmi bambusa bądź granatu. Później stawiają bambusową tyczkę do góry nogami; przez dwa-trzy dni będzie z niej uciekał nadmiar wody. Dopiero wtedy zatyka się bambus szczelnie gipsem i... zakopuje. Herbata spędza pod ziemią prawie kwartał; gdy się ją wyciągnie, liście już podfermentowały i zżółkły. Ta herbata jest mocniejsza niż dajska bambusowa; jednak po zaparzeniu nie jest tak gorzka, jak zwykła zielona, parzona wrzątkiem. Podobną herbatę pijają również Hani, Blang czy Lahu - czyli jest popularna prawie w całym południowym Yunnanie.
Przy ostatniej wizycie u Herbacianej Cioci zostaliśmy poczęstowani właśnie bambusową wersją sfermentowanej herbaty - czyli właśnie takim bambusowym pu'erem:
Była mocno aromatyczna, smakiem bardzo się różniła od zwykłych pu'erów, parzyć ją było można ze dwadzieścia razy... Kiedy już kupię sobie szafkę na herbatę, na pewno kupię i herbatę bambusową. Jest pyszna!

2014-10-30

reklama społeczna

Ponieważ zwykłe reklamy społeczne o dbaniu o czystość nie wystarczają i nie odnoszą skutku, poszło z grubej rury:
Na płaczącym koszu na śmieci widnieje napis: dbaj o higienę. Śmieją się zeń myszki, które wcale nie są takie niewinne. Cień śmietnika tworzy słowo 病害 czyli zarazę. Już wiecie, jakie są skutki brudactwa i braku higieny?

2014-10-29

红山本主庙 Świątynia bendżu Czerwona Góra

W północnowschodniej części wybrzeża Jeziora Erhai mieści się małe miasteczko Dwie Werandy 双廊. Miasteczko jest niepozorne; właściwie niczym by się nie wyróżniało, gdyby nie było miejscem opatrzonym bodaj najpiękniejszym widokiem na Erhai i Góry Błękitne.
Być może właśnie ze względu na wspaniały widok Bajowie (nawet dziś stanowiący ponad 4/5 ludności) wybudowali tu wioskę.
Jak wiadomo, gdzie Bajowie, tam bendżu. Stąd w Shuanglang piękna świątynia bendżu, o miłej dla ucha nazwie Czerwona Góra. Świątynia ta ma trzech bendżu: dziadka, ojca i syna: Wang Shenga 王盛, Wang Le 王乐 i Wang Lekuana 王乐宽. Wszyscy trzej są bajskimi bohaterami z czasów Królestwa Nanzhao - walczyli bowiem z chińskimi najeźdźcami czyli generałami z czasów dynastii Tang: Xianyu Zhongtongiem 鲜于仲通 i Li Mi 李宓. Ponoć pierwszy z nich, Wang Sheng, który poświęcił życie, by bronić swego ludu, zmienił się po śmierci w zielonego węża ze znakiem Wang 王 na głowie. Niestety, nie wiadomo, kiedy powstała pierwsza świątynia bendżu pod tym wezwaniem. Możemy jednak przypuszczać że przez wieki samo ułożenie architektoniczne nie bardzo się zmieniło. Mamy więc w świątyni scenę nad bramą, skrzydło zachodnie i wschodnie, salę główną i salę wschodnią.
Wszystkie najważniejsze święta rybackie i bajskie to właśnie tutaj są obchodzone najhuczniej. Najwspanialszą zaś i najdłuższą imprezą jest Zabawa z Morzem (bardzo swobodne tłumaczenie 耍海会). Zabawa trwa cały miesiąc, od 23 dnia siódmego miesiąca księżycowego do 23 dnia ósmego miesiąca, czyli na przykład w tym roku - od 18 sierpnia do 16 września. Tak się złożyło, że i my trafiliśmy do Dali i okolic, gdy święto jeszcze trwało w najlepsze, a okoliczna ludność zawzięcie składała co dzień ofiary. Szkoda jednak, że nie wylądowaliśmy w Dali wcześniej, ósmego dnia ósmego miesiąca, kiedy odbywa się największa feta, na którą przybywają tysiące ludzi z okolicznych wiosek (plus stada reporterów - na przykład tutaj można pooglądać fotorelację). Naoglądalibyśmy się wtedy tańców, hulanek i swawoli, setek Bajów w ludowych strojach; pewnie nawet moglibyśmy się upić lokalną wódką, która się naonczas leje strumieniami. Kibicowalibyśmy też podczas regat - już za czasów dynastii Qing pisał Shi Fan, że "23 dnia siódmego miesiąca nad Jeziorem Er odbywają się Smocze Wyścigi; dnia tego z odległych o setki li wiosek przybywają łodzie, małe i duże, by pomodlić się w erhajskiej świątyni [...]. Pływają wszyscy, bez względu na pozycję społeczną, stan posiadania, wiek czy płeć". Czemu jednak to wszystko miało służyć? Ależ "otwarciu morza" - czyli inaczej rozpoczęciu sezonu rybackiego. W lecie pozwalano się rybom rozmnożyć i podrosnąć; nie bez znaczenia było to, że latem trzeba się było opiekować ziemią. Tuż po zbiorach można było rozpocząć połowy. Właśnie dlatego, o czym już wspominałam, składa się ofiary i dla bendżu, i dla jeziora.
My odwiedziliśmy świątynię, gdy obchody "otwarcia morza" miały się już ku końcowi. Zaledwie kilka osób przyszło do świątyni i na brzeg złożyć ofiarę.
Ciekawostką było dla mnie, że ofiary składano również w świątynnej bramie:
A bodaj najbardziej wzruszającymi elementami wyposażenia świątyni były:
czyli ślubna lektyka i stary stół do chińskich szachów...
Ciekawe, jak się tu ładnie splatają tradycje chińskie - lampiony, dachy - z tybetańskimi - kolorowe chorągiewki i rdzennie bajskimi. Chętnie bym poobserwowała taką świątynię dłużej, notując zawzięcie wpływy buddyjskie i rdzennie chińskie na lokalną tradycję...

2014-10-28

Bendżu 本主

Dzisiaj opowiem Wam o bendżu*. Trzeba zwrócić uwagę na zapis w krzaczkach i wymowę: 本主 běnzhǔ, w żadnym wypadku nie 笨猪 bènzhū - to drugie samo wskakuje pod klawiaturę, ale oznacza głupią świnię, a nie rdzennego, lokalnego boga - bo tak należałoby przetłumaczyć to pierwsze. Nie jest to w dodatku byle jaki bóg, a bóg danej społeczności ludu Bai; społeczność ta to zazwyczaj mieszkańcy jednej lub kilku wiosek, przy czym na wioskę może przypadać jeden lub więcej bogów. Różna jest ich proweniencja: mogą to być dawni bajscy bohaterowie/królowie z czasów królestwa Nanzhao albo królestwa Dali; mogą to być bohaterowie legend, dobrzy synowie i wierne żony.
Dobry duch/dobre duchy, które mają przynosić szczęście i opiekować się daną wioską, "należą" do wszystkich - po dziś dzień modlą się do nich wszyscy mieszkańcy, bez względu na płeć, pozycję społeczną czy inne przekonania religijne (można być świetnym buddystą, a jednocześnie regularnie palić trociczki przed ołtarzykiem bendżu). Oczywiście w miastach te tradycje zanikają, ale wystarczy trochę zboczyć z utartego szlaku, by odkryć liczne świątynki lokalnych bóstw, rozsypane między wzgórzami.
Jednym z okołodalijskich bendżu jest na przykład Zhao Shanzheng 赵善政, twórca państwa Wzrost Wielkiego Nieba (大天兴). Państwo, powstałe trochę po Nanzhao i trochę przed Dali, przetrwało całe dwa lata (928-929), ale we wdzięcznej bajskiej pamięci jego twórca pozostał bohaterem. Zwłaszcza rejon dzisiejszego województwa Heqing umiłował sobie tego bohatera: aż cztery wioski obrały go sobie na opiekuńcze bóstwo. O tym, dlaczego w był czczony w paru miejscach, opowiada zabawna legenda. Wioska Południowe Dian 甸南 pyszniła się wspaniałą drewnianą rzeźbą Zhao Shanzhenga. Tak wielkim szacunkiem ją darzono, że nawet przybyli z daleka urzędnicy, mający objąć wysokie pozycje w Heqingu, przebywając pobliski Most Wielkiego Zielonego Drzewa 大青树桥, schodzili z koni i przechodzili most na piechotę. Kiedyś jednak niepokorny syn urzędniczy przegalopował most wte i wewte parę razy. Musiało się to bóstwu nie spodobać, bo synalkowy koń złamał nogę. Wzburzona urzędnicza rodzinka wrzuciła opiekuńcze bóstwo do rzeki. Ta zaś... zawróciła swój bieg i popłynęła na północ, wprost do wioski Północne Dian 甸北, gdzie stary rybak rzeźbę wyłowił i oddał pobliskiej świątyni, która tym samym zyskała nowego patrona.
Patronem innych dwóch okołodalijskich wiosek jest Mahakala - Wielki Czarny Bóg 大黑天神. Dlaczego? Otóż razu pewnego Nefrytowy Cesarz rozkazał mu zanieść na ziemię dżumę. Mahakala zlitował się nad ludźmi, rozkazu nie spełnił i sam połknął tę broń biologiczną. Gdy umarł w boleściach, wdzięczni ludzie wynieśli go na ołtarze i stał się lokalnym bendżu.
Nie tylko ludzie mogli stawać się bendżu. Jest też legenda o... pniaku. A było to tak: ze szczytów Gór Błękitnych spłynęła wielka woda. Ludzie zamieszkali w Słonecznej Wiosce u podnóża góry w panice zaczęli uciekać w górę, tam, gdzie woda nie mogła ich porwać i skrzywdzić. Nagle, ku ich najwyższemu zdumieniu, rwąca rzeka się cofnęła i do wioski nie dotarła. Okazało się, że ze szczytu góry spadł wielki pniak, a upadł tak szczęśliwie, że zatrzymał rzekę tworząc tamę. Ludzie wiedzieli, że to nie mógł być przypadek - na pewno pniak ów był dobrym opiekuńczym duchem - wznieśli więc dlań świątynię i uczynili go bendżu. To nie jest zresztą jedyny pniak, którego się czci w okolicy. Wieść gminna niesie, że w okolicy Eryuan 洱源, w wiosce Zbroja 铁甲村 pewna kobiecina chciała przytaskać z gór pniak, pewnie na opał. Nie mogąc dać mu rady, następnego dnia przyprowadziła męża z toporkiem. Po pierwszym uderzeniu z pniaka pociekła krew; przestraszone małżeństwo nie śmiało więc go więcej tknąć. Tej samej nocy pniak im się przyśnił, mówiąc, że jest bendżu wioski Zbroja - zamiast więc wsadzić go do pieca, wystawili mu świątynię.
Z czasem pierwotna religia związana z kultem bendżu wymieszała się z elementami buddyjskimi, kultem przodków i kij wie, czym jeszcze. Ku niepomiernemu zdziwieniu rdzennych Chińczyków, pewnego dnia wśród bajskich bendżu zjawił się chiński generał... Ale to już temat na osobną opowieść :)
Dlaczego jednak w ogóle postanowiłam Wam o bendżu opowiedzieć?
Dlatego, moi mili, że w trakcie ostatniej wycieczki do Dali, zdarzyło nam się do dwóch świątyń bendżu podejść. I o tym - już wkrótce!

PS. A szczegółowe informacje o bendżu wzięłam przede wszystkim z cudownego Słownika yunnańskiej kultury i sztuki 云南文化艺术词典. Ku mojemu zdumieniu, znalazłam również anglojęzyczną stronę w wiki, opisującą bendżuizm. Jednak przy wątpliwościach korzystałam raczej ze słownika niż z wiki...

*gdybym znała lepiej język bajski, opowiedziałabym Wam nie o bendżu, a o ngel zex, bo tak właśnie nazywają swych opiekunów/patronów Bajowie, ale jeszcze wiele wody w Mekongu upłynie, zanim zabiorę się za inne języki chińskie niż mandaryński...

2014-10-27

szofer Zhang

Akt I
Kupujemy nocne bilety do Dali. To znaczy ZB kupuje. Udaje się dostać twarde kuszetki w jednym przedziale (otwartym, bo otwartym, ale jednak), tylko jedna na górze (twarde kuszetki są trzypiętrowe) - poświęcam się i tam wędruję mimo okropnego lęku wysokości. Zasypiam przy książce, rano budzę się kompletnie wypoczęta. Niestety, większości naszej pięcioosobowej grupy nie udało się wyspać. Trudno, odpoczną w hostelu.
By z dworca w Xiaguan (Nowym Mieście Dali) dostać się do Starego Miasta, wystarczy wsiąść w autobus. Szkopuł w tym że z pociągu wylało się morze ludzi i brakuje miejsc siedzących. Ja bym postała w autobusie, ale nie będę na to narażać babć i dziadków. Są wprawdzie w całkiem dobrej kondycji, ale jednak trzeba uważać. Całe szczęście przed dworcem kolejowym stoją dziesiątki prywatnych "taksówek" - najczęściej minivanów do wynajęcia. Krzyczą, próbując zachęcić klientów. Na Chińczyków to działa. Na mnie też, ale odwrotnie - jak ktoś na mnie/do mnie krzyczy, mam ochotę zdzielić po gębie albo uciec. Męczy mnie ten tłum, krzyczą nieprawdopodobne ceny (100 yuanów za 15 kilometrów? No chyba się pomylili!), ja zgrywam twardziela i wtedy zjawia się osobnik, który nie krzyczy, ale się uśmiecha i jeszcze proponuje dwa razy niższą cenę. Oczywiście idziemy za nim.
Autko nowe, zadbane, o dziwo nie śmierdzi papierosami, choć widzę, że kierowca podpala. Wsiadamy, on nas zaczyna wieźć środkiem drogi, jednocześnie wysyłając smsa. Widzę jednak, że zwalnia, gdy zbliża się do dowolnego skrzyżowania i że jest ostrożny. Zaczynam go wypytywać o cenę ewentualnej podwózki do Shaxi. Niby można się do Shaxi dostać autobusami, ale jest z tym kłopot - najpierw powrót z Dali do Xiaguanu, potem trzy godziny w autobusie do Jianchuanu, a potem jeszcze bus do Shaxi - w sumie ponad pół dnia stracone, człowiek zmęczony, a ja mam na głowie czwórkę emerytów. Rozmowa zaczęła się od bardzo wysokiej ceny; w miarę pogawędki kierowca coraz bardziej mnie lubi i w końcu uzyskujemy cenę o 1/3 niższą od początkowej, a o 2/3 niższą od tej, jaką wyguglałam. Na razie nic kierowcy nie obiecuję; spróbuję znaleźć coś jeszcze tańszego w mieście (nie uda się niestety), a tymczasem biorę odeń wizytówkę. Podwozi nas pod same drzwi wejściowe hostelu i, co bardzo mi się spodobało, zanosi bagaże. Zazwyczaj tacy kierowcy zaraz po wysadzeniu pasażerów uciekają w poszukiwaniu następnego klienta.
Akt II
Jedziemy na jedną wycieczkę z innym kierowcą. W samochodzie jest klima. Kierowca miły i uczynny. Nawet za bardzo. Wiezie nas do centrum rękodzieła - manufaktury bajskiego batiku. Niby nie wymusza zakupów, ale właśnie tak się to kończy. I drogi jest - 60 yuanów za dwie godziny roboty, a szofer Zhang za cały dzień naokoło jeziora Erhai chce wziąć zaledwie 150! Decydujemy, że umówimy się z Zhangiem.
Akt III
Początek podróży nieszczególny. Szofer, przyzwyczajony do wożenia Chińczyków, pokazuje domy handlowe i proponuje wycieczki na drogie przedstawienia. W dwie godziny udaje mi się wytłumaczyć mu nasz cel: podjeżdżanie do ładnych widoczków, do małych, zapuszczonych świątynek, do wioseczek zbudowanych w bajskim stylu itd. Odtąd współpraca układa się doskonale - do końca dnia będzie przystawał przy każdej wartej zobaczenia pierdółce i będzie omijał z daleka nowe "zabytki" opatrzone nieprawdopodobnie drogimi biletami.
Koło południa zgłodnieliśmy. Nie znam okolic, więc proszę Zhanga, żeby się rozejrzał za jakimś "chłopskim jadłem". Wioski są upstrzone knajpami, ale ja nie chcę do knajpy dla turystów, tylko dla miejscowych. Przybytki zwane 农家乐 (radość wiejskiej rodziny) to właśnie takie domowe, niedrogie, lokalne żarcie, zazwyczaj podawane w dużych porcjach. Zhang, cokolwiek zdziwiony, że nie chcemy do drogiej knajpy, ani że nie jemy na wszystkie posiłki chleba i ciastek, wiezie nas do knajpy, w której prawie wszystkie stoliki są obsadzone robotnikami pracującymi na okolicznych budowach, całymi rodzinami z dziećmi i wieśniakami w podartych i brudnych koszulinach.
Ostatni stolik na nas jakby czekał; zamawiamy, nażeramy się po samo ucho, rachunek jest zaskakująco niski. Zaprosiliśmy Zhanga do wspólnego stołu; wzbraniał się tylko trochę, a potem biegał po dolewkę herbaty i nakładał nam ryżu. Z zaskoczeniem patrzył, jak dobrze moi Rodzice władają pałeczkami i śmiał się okropnie, gdy powiedziałam, że głód jest najlepszym nauczycielem.
Akt IV
Po wielu godzinach na krętych górskich dróżkach zapytałam wreszcie Zhanga, jakim cudem tak dobrze sobie na nich radzi - ja bym chyba zawału dostała, gdybym tam musiała prowadzić. Uśmiecha się i mówi, że prowadzenie tam vana to pikuś; kiedy był kierowcą TIRa i tak jeździł - to dopiero była przygoda! Faktycznie, wydaje się znać najlepsze drogi; prowadzi pewnie i bezpiecznie.
Dojeżdżamy i wylewa się zupa pomidorowa: w tym samym czasie przyjechało tu 300 (!) studentów ASP i pozajmowali wszystkie hostele i co tańsze pokoje. Pozostają zasławojkowane klitki bez prysznica a także okropnie drogie hotele. Po raz kolejny szofer okazuje się aniołem: idziemy do hotelu o takich cenach:
a kierowca stargowuje na ponad dwa razy mniej. Ja jestem w te klocki beznadziejna i cieszę się, że ktoś inny wziął na siebie ciężar negocjacji. Za chwilę pójdziemy na targ i to właśnie dzięki niemu kupiłam (tanio!) dla ZB kłącza karbieńca, zwane "ziemnym żeńszeniem".
Akt V
Wracamy z Shaxi do Xiaguanu. Po drodze kierowca znów poleca nam fajną, niedrogą knajpkę. Dzięki temu, że prawie nie było korków, jesteśmy w okolicach Dali jakieś 3 godziny przed czasem. Szofer stropiony; niby mógłby nas zawieźć na dworzec, a my byśmy sobie poczekali, ale jest mu głupio, że zmarnujemy tyle czasu. Zaprasza nas do siebie do domu. Certolę się trochę, bo głupio tak zwalać się na głowę jego żonie, ale Zhang twierdzi, że to żaden problem. Tylko żebyśmy się cudów nie spodziewali, bo on mieszka w biednym domku na wsi. Myślę sobie - świetna okazja, żeby pokazać moim gościom chińską wieś. Jedziemy. I wchodzimy do pałacu, przepraszam, domu liczącego trzy piętra, a mierzącego 400 metrów kwadratowych, z dwumetrowym marmurowym stołem w przepięknym salonie, drewnianymi, pięknie rzeźbionymi meblami, ze wspaniałą, ogromną kuchnią i prawdziwym buduarem...
W następnym życiu chcę być biednym Chińczykiem i mieszkać w "biednym domku na wsi".
A oto szofer Zhang w całej okazałości:
To jak? Kto potrzebuje transportu w rejonie Dali? :)

PS. Zdjęcia dzięki uprzejmości Turkusowej Cioci.

2014-10-26

ofiara dla jeziora

W trakcie wycieczki wokół Erhai zatrzymaliśmy się przy brzegu, przy którym straszliwie się dymiło. Wprawdzie jezioro nie płonęło (co by nas bardzo zmartwiło), ale i tak podeszliśmy zobaczyć, o co chodzi. Okazało się, że trafiliśmy akurat na jedno z rozlicznych bajskich świąt ludowych, w zakres którego wchodziło m.in. złożenie ofiary bóstwom jeziora.
>
Już mniejsza o wrzucanie do wody żarcia - ryby sobie z nim poradzą. Ale kawałki kolorowego papieru? Cóż. Niezbyt ekologiczne święto...
Dlaczego jednak ofiary były składane akurat tam?
Dlatego, że byliśmy tuż przy świątyni. Z daleka wyglądała jak przeciętna buddyjska świątynia - zakręcone dachy, żywe kolorki... Okazało się jednak, że jest to świątynia poświęcona lokalnemu bóstwu i z buddyzmem ma dość mało wspólnego. Ale o tym już następnym razem.

2014-10-25

Smażone lakówki 炒皮条菌

Słyszeliście kiedyś o lakówkach? To takie grzyby, licznie występujące w Polsce. Jeśli dotąd nie słyszeliście - nie dziwię się. Nie uświadczysz ich na targach czy w sklepach. Wprawdzie nie są toksyczne, ale się ich nie zbiera. Dlaczego? Że zacytuję wikipedię:
Grzyb jadalny. Nadaje się do zup i sosów, ale tylko kapelusze. Trzony ze względu na łykowatość nie nadają się do spożycia. Kapelusze są jednak małe, z tego też względu użytkowa wartość tego grzyba jest niewielka.
To było o lakówce pospolitej. Przy ametystowej też:
Grzyb jadalny, jednak niezbyt smaczny, poza tym o małych rozmiarach, z tego też powodu bez praktycznego znaczenia spożywczego.
O możliwości jedzenia lakówki dwubarwnej nawet nie wspomniano.
Cóż. Nie pierwszy raz Europejczycy ignorują własne bogactwo. Ponoć poza Azjatami jeszcze Meksykanie poznali się na tych grzybach. W Polsce lakówki są pospolite, a w Yunnanie pewnie niedługo znajdą się pod ochroną, bo z roku na rok jest ich mniej. Są wyzbierywane z powodu wspaniałego smaku i aromatu. Wprawdzie z prawdziwkami czy nawet podgrzybkami przegrywają w przedbiegach, ale są naprawdę przepyszne. Po naszemu zwą się rzemiennymi grzybkami 皮条菌, ale łykowate stają się dopiero po ususzeniu! Jeśli się je spożywa na świeżo, można jeść się i kapelusze, i nóżki. Zazwyczaj nie są gotowane, a smażone z dużą ilością czosnku i odrobiną chilli. Albo z jakąś ociupinkę mniej ostrą papryką, ale za to w większej ilości:
Składniki:
*solidna porcja lakówek, skurczą się w trakcie smażenia
*dwa duże ząbki czosnku pokrojone w plastereczki
*papryka, ostra albo nie, wedle upodobania - tyle, żeby talerz był kolorowy
Wykonanie:
1)Dokładnie umyć grzyby.
2)Obsmażyć czosnek.
3)Dorzucić grzyby. Obsmażyć.
4)Dorzucić paprykę. Obsmażyć.
5)Zazwyczaj w nóżkach jest jeszcze tyle wody, że od razu zaczynają się dusić zamiast smażyć. Jeśli jednak wody jest mało, bo pracowicie grzyby odsączyliście - tuż po przesmażeniu dodajcie parę łyżek wody, żeby można było grzyby udusić do miękkości.

Szukajcie lakówek! Macie czas do końca listopada :) I jedzcie je świeże. Świeże lakówki są przepyszne; można je ususzyć, ale... hmmm... no właśnie ususzone trzonki są... nazwijmy to: bardzo odporne na gryzienie :D

2014-10-24

suszone ryby

Jedną z najsłynniejszych przekąsek z rejonu Dali, jadaną zwłaszcza w wioskach i miasteczkach niedaleko Jeziora Erhai, są suszone, a później smażone w głębokim oleju maleńkie rybki. Przekąska jest faktycznie przepyszna, świetna na zagrychę. Jednak kiedy zobaczyłam, jak się te rybki suszy:
zdecydowałam, że raczej zrezygnuję z tej przekąski.
Swoją drogą - to ciekawe. Dopiero patrząc na te ryby, przypomniałam sobie, że już kiedyś coś takiego widziałam, na Tajwanie, a konkretnie - na wyspach: Orchidei i Zielonej. Tam jednak ryby były suszone nie na ulicach, a na promenadach przy wybrzeżu - co trochę może poprawia sytuację. Wtedy w ogóle nie wpadło mi do głowy, żeby te małe rybki jeść - były przyprawione tak ostro, że aż oczy łzawiły podczas wąchania.
Jakimś cudem dziesięć lat później jem prawie wszystko, nawet jeśli jest przyprawione w standardzie yunnańskim, a nie polskim. Choć twardsi zawodnicy naśmiewają się ze mnie, że i tak mam podniebienie wydelikacone, jak u niemowlaka...

2014-10-23

reklama społeczna

Wyrzucania śmieci przez okno jeszcze nie widziałam (może miałam szczęście). Przyznać jednak muszę, że biorąc pod uwagę to, jak Chińczycy śmiecą, służby porządkowe są naprawdę szybkie i wydajne. Nie tylko zresztą oficjalne służby porządkowe, ale i starowinki żyjące ze zbierania makulatury, szkła i innych tego typu wymienialnych odpadków. Niestety, młodszych pokoleń nikt nie uczy pozytywnych wzorców, a we mnie się gotuje, jak ktoś wyrzuca odpadki na ulicę, choć parę metrów dalej stoi kosz...

2014-10-22

Xizhou 喜洲

Jadąc z Dali w zasadzie gdziekolwiek dalej, przejeżdża się przez Xizhou. Dawniej można tam było zostać na dłużej. Teraz - za sprawą zamknięcia Starego Miasta dla zwykłych śmiertelników i udostępnienia go za opłatą dla turystów - właściwie już nie warto. No chyba, że zrezygnujemy z kupna okropnie drogiego biletu i zamiast tego pójdziemy po prostu wgłąb miasteczka. Wystarczy parę kroków i zaczynają się takie miejsca:
Czy ktoś poznaje, siedziba jakiej instytucji znalazła się w tradycyjnym bajskim domostwie? Tak! Brawo! To sidżouska siedziba Bank of China. W takim banku to ja bym mogła zamieszkać na stałe...
Jest Xizhou ładne, jeśli zejdzie się z turystycznego szlaku. W "Starym Mieście" z biletami - nie byłam, więc nie wiem. Może kiedyś ktoś mnie jeszcze tam zaciągnie - ale po co, skoro w części nieobiletowanej jest tak:

PS. Część zdjęć dzięki uprzejmości Turkusowej Cioci.