blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2014-06-17

Hunan 湖南

Poniższą historię usłyszałam od teściowej, gdy bezskutecznie szukaliśmy aktu urodzenia ZB albo jakiegokolwiek dokumentu, który mógłby ów akt zastąpić.
Niedługo po skończeniu studiów wzięliśmy ślub, a zaraz później przydzielono nam pracę. Mój stary został wysłany do Shandongu, a ja do Hunanu. To dlatego Zwykła Belka i jego siostra przyszli na świat właśnie w Hunanie. Oczywiście w tamtych czasach nikt nawet nie słyszał o aktach urodzenia i tym podobnych, bo przecież prawie wszystkie dzieci się rodziły w domach.
Oboje byliśmy inżynierami, oboje też mieszkaliśmy na głębokiej wsi, która miała zostać unowocześniona. Wysyłano nas tam, gdzie nie było dróg, byśmy budowali drogi; tam, gdzie nie było mostów, byśmy budowali mosty. Nikt się nie przejmował rozdzielaniem małżeństw czy dzieci i rodziców. Prywata musiała ustąpić budowaniu kraju. Mój mąż przyjeżdżał do mnie raz do roku - brał urlop dla wracających do rodziny i dzięki temu mógł z nami spędzić nie tydzień, a nawet miesiąc. Wówczas droga z Shandongu do Hunanu była długa i niebezpieczna; pamiętam, jak kiedyś został okradziony. Zawsze, gdy przyjeżdżał, przywoził zaoszczędzone pieniądze, które wszywał w ukryte kieszonki. Dzięki temu, że pieniądze były porozdzielane, nigdy nie został okradziony ze wszystkiego, co miał, ale i tak w tamtych czasach była to wielka strata.
Tak więc mieszkałam na wsi, w Hunanie. Zaraz po urodzeniu ZB wróciłam oczywiście do pracy, a jego zostawiałam rodzinie, mieszkającej parę kilometrów dalej. Nie było przecież przedszkoli, a tylko oni się zgodzili go przyjąć. Spędzał z nimi całe dnie; płaciłam oczywiście za wyżywienie i opiekę; niby mogłam wysłać dziecko do Kunmingu, do moich krewnych, ale serce mi się kroiło na myśl, że będę tak daleko od dziecka. Po jakimś czasie odkryłam, że dzieciak zaczął mówić. Sęk w tym, że nie rozumiałam ani słowa! Uczył się przecież mówić od hunańskich chłopek, hunańskim dialektem!
I tak to trwało. Było dziecko, które musiało całymi dniami być u obcych ludzi, był mąż, który za daleko mieszkał, byłam ja, pracująca od świtu do nocy. A potem pojawiła się jeszcze córeczka. Wtedy zaczęło być naprawdę ciężko. Rodzina, która opiekowała ZB, nie zgodziła się jej wziąć pod swój dach. Po jakimś czasie udało mi się znaleźć inną rodzinę, mieszkającą parę kilometrów dalej. Tak więc codziennie było tak: wstawałam wcześnie i po śniadaniu najpierw odprowadzałam córeczkę do opiekunów, potem ZB w zupełnie inną stronę, a dopiero potem szłam do pracy. W południe pożerałam szybko lunch stołówkowy i szłam nakarmić córeczkę, bo wtedy jeszcze była karmiona piersią. Wieczorem najpierw szłam po córeczkę, która już znowu była głodna, a potem po synka. Kładłam ich spać i robiłam wszystko, co trzeba było zrobić w domu. Jakiś czas później wreszcie udało mi się kupić rower - zbierałam na niego cały rok! Dzięki rowerowi życie było znośniejsze, mogłam rano dłużej pospać i szybciej po pracy odebrać dzieci. Jednak nadal byłam sama. Choć miałam męża, na co dzień nie było to odczuwalne - bo przecież wszystko było na mojej głowie, a kilka listów w ciągu roku i parę tygodni wspólnego urlopu naprawdę niewiele zmieniały. Dlatego w pierwszy chiński nowy rok po urodzeniu córeczki wróciłam do Kunmingu. Chodziłam po wszystkich fabrykach, ale pracowników mieli na pęczki. W końcu w jednej z fabryk zapytali, czy potrafię coś jeszcze poza wyuczonym fachem. Miałam szczęście - uzupełniali skład przyzakładowego zespołu pieśni i tańca, a ja akurat do obu tych rzeczy miałam smykałkę. I tak wróciliśmy do Kunmingu...
Mam zbyt bogatą wyobraźnię. Wyobrażenie dwójki dzieci, które się codziennie zostawia obcym, a potem zapinkala na piechotę do miejsca pracy, wiedząc, że pies z kulawą nogą się o Ciebie nie zatroszczy, bo rodzina jest na jednym krańcu Chin, mąż na drugim, a Ty pośrodku...

3 komentarze:

  1. Anonimowy18/6/14 00:37

    Opowieść Twojej teściowej to uzupełnienie do mojej obecnej lektury dotyczącej losów chińskich dzieci, Czytam właśnie Xinran -"Wiadomości od nieznanej chińskiej matki".To straszne~ludzie ludziom gotują taki los.Pozdrawiam Noneczka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy18/6/14 02:03

    Wyczytałam w poprzednim poście w komentarzu o bluzkach z mleka,napisz proszę o nich,bo nic nie mogę znależć a zainteresowało mnie to. Znalazłam tylko galalit Pozdrawiam Noneczka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj kilka informacji na temat ubrań z mleka: http://www.geekweek.pl/aktualnosci/6042/ubrania-z-mleka---nowy-modowy-hit

      Usuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.