blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2014-06-30

mistrz 师傅

Nigdy byśmy nie wpadli na to, że podróż taksówką z obrzeży Kunmingu do centrum o godzinie 10 wieczorem, w deszczu, skończyć się może staniem w korku.
Stoimy. Czekamy. Kierowca zapalił papierosa. Zaczęłam kaszleć. Może i trochę zbyt ostentacyjnie, ale naprawdę nie było mi przyjemnie. Ku mojemu zdumieniu, kierowca zapytał, czy to przez papierosy i jak usłyszał, że tak - natychmiast zgasił. Już to nas dobrze doń nastawiło.
Nadal stoimy. W końcu kierowca się zdenerwował i zjechał na pas dla jednośladów, dojechał do najbliższego skrzyżowania, wywinął jakiegoś precla i wyjechał na prostą. Pełen podziwu ZB zaczął rozmowę: Mistrzu (u nas nie mówi się na kierowców taksówek czy autobusów siji 司机 czyli kierowca, tylko właśnie mistrz - shifu 师傅), ominąłeś ten korek we wspaniałym stylu! Gdybym to ja prowadził, tobym klął na czym świat stoi, a i tak spędził w korku następną godzinę! Pełen respekt!
Kierowca szybko dał się wciągnąć w rozmowę. Już po chwili opowiadał nam o szczerej niechęci do niekunmińczyków:
Jedne to te karowce, co to Kunming ledwie znajom, chociaż mieszkajom tu od tylu lat. Przyjedzie taki z Syczuanu i zaczyna robić za karowce, niech go dunder świśnie. Mie to by do gowy nie przyszło, coby pojechać okrenżnom trasom - widzi mie się, że lepi szybko dotrzeć do celu, co nie? Bo przeca i ja wtedy wiencej klientów obsłuża i wiencej zarobia. I sie denerwować nie musza, że sie kto do mnie przyczepi. No chyba, że klient też przyjezdny, niech ich prund popieści. Jedzie taki, rozmawia przez komórka, co trzecie słowo to przekleństwo, a jak ma płacić, to od razu mówi, że jak ja go wiozłem, że on zna stawki, czy ty wiesz, skąd ja jestem? Z Pekinu jestem i nie będzie mie yunnański pajac oszukiwał. Poza tymi z Pekinu, najgorsi są dongbejczycy*. Awanturujom się, jakby w ogóle mogło mi zależeć na tym, żeby mieć ich w aucie dużej niż to absolutnie konieczne do przewiezienia z punktu A do punktu B. Ech...
Chociaż sama za dongbejczykami nie przepadam, dziwnie się poczułam, słuchając, jacy to niedobrzy są ci wszyscy spoza Kunmingu. Kierowca zauważył chyba mój wyraz twarzy, bo zaraz dopowiedział:
Wiecie, kogo lubia wozić? Obcokrajowców. Zawsze grzecznie zapytajom, czy mogie jechać w to czy tamto miejsce, nie kłócom sie i dzienkujom, jak wysiadajom. Czysta przyjemność!
W sumie ucieszyłam się, że nie wsadza białasów do jednego worka z dongbejczykami i poczułam się mile połechtana. Godzina, która miała być straconym czasem w korku i nerwach, okazała się być bardzo ciekawym doświadczeniem. I wiecie? Naprawdę można poznać starych kunmińskich kierowców po sposobie, w jaki traktują swojego klienta - jak gościa, nie jak worek pieniędzy...

*Dongbei 東北, dosłownie północny wschód, obejmuje trzy chińskie prowincje: Liaoning 辽宁, Jilin 吉林 i Heilongjiang 黑龙江

2014-06-29

Kuchnia chińska wg Katarzyny Pospieszyńskiej

To było dawno temu, jeszcze w czasach siermiężnego PRLu, gdy nawet dań kuchni polskiej nie dało się normalnie przygotować, bo nie było składników. Właśnie wtedy, chyba na złość Polakom, wydawano książki kucharskie, prezentujące kuchnie egzotyczne. Kiedy w moje ręce trafiła książka pani Pospieszyńskiej, wiedziałam, że jest to raczej ciekawostka przyrodnicza, niż rzeczywisty zbiór przepisów; autorka zapewne nigdy nie była w Chinach, a już na pewno nie jeździła po całym kraju, szukając prawdziwych przepisów. Zapewne nie znała też chińskiego, więc z konieczności musiała się opierać na sprawozdaniach z drugiej czy trzeciej ręki. Jednak nawet trzydzieści lat temu, wydając książkę o kuchni chińskiej, powinna była się chociaż trochę o tej kuchni dowiedzieć, prawda?
O innych daniach na razie nie będę się wypowiadać, bo muszę więcej poszperać. Ale to, co nawypisywała o kuchni yunnańskiej, mnie przyprawiło o spazmy śmiechu, a ZB o ataki wściekłości przetykane soczystymi wiązankami. Serio - mój Pan i Władca, niespotykanie spokojny człowiek, klął gorzej niż podczas jazdy samochodem...
Autorka podzieliła całokształt chińskiej kuchni na dziesięć grup; przed przepisami każdej grupy umieściła wstęp, pobieżnie przedstawiający specyfikę kuchni regionu/grupy etnicznej. Oto wstęp do rozdziału "Chiny Południowo-Zachodnie":
Obszar południowo-zachodnich Chin obejmuje trzy prowincje: Junnan, Kuejczou, Kuangsi. Udzieliły one gościny uciekinierom chroniącym się tutaj przed inwazją Japończyków.Przybysze ze wschodu i północy na nowo odkryli dla Świata południowy zachód Państwa Środka, pogrążony dotąd w izolacji i niepamięci. Obszar ten, przecięty masywem górskim i rzekami płynącymi wzdłuż południków, zachował swą odrębność przez wiele następnych lat. Do czasów chińskiej rewolucji kulturalnej prowincją rządzili feudalni lordowie, nie podporządkowujący się władzy centralnej.
Lordom właśnie zawdzięczać możemy wykwintną kuchnię, umiejętnie wykorzystującą miejscowe zasoby naturalne, a przede wszystkim ryby i inne dary obficie płynących wód. Na południowym zachodzie nie ma jednak rozwiniętej ludowej odmiany sztuki kulinarnej. Toteż mieszkańcy Kuangsi czy Kuejczou korzystają niejednokrotnie z dorobku kulinarnego sąsiednich prowincji - Syczuanu i Kantonu. Czynią to jednak dyskretnie, nie chwaląc się zależnością od bardziej rozwiniętych prowincji Chin.
Czym mogą zaimponować mieszkańcy południowego zachodu? Czy istnieją jakieś dziedziny godne osobnego podkreślenia? Tak, oczywiście! Po pierwsze - niezwykły krajobraz ze strzelającymi w niebo wierzchołkami gór. Po drugie - najlepszy w Chinach klimat. Jeśli idzie o przyjemności bardziej przyziemne, to wymienić trzeba dwie bardzo oryginalne potrawy, specjalność regionu: łapy niedźwiedzia i kunsztownie przyrządzone wróble.
Już pominę to, że autorka połączyła kuchnię Guangxi z kuchniami Yunnanu i Guizhou (wiem, że ze względu na uzus językowy powinnam stosować stary zapis; nie lubię starego zapisu i uważam pinyin za lepszą i czytelniejszą wersję). Tylko mała część Guangxi żywi się podobnie do Yunnanu i Guizhou; część korzysta z tradycji kantońskiej, część z hunańskiej; Chińczycy łączą kuchnię Yunnanu z kuchnią Guizhou, mówiąc nań YunGuicai 雲貴菜, o Guangxi w ogóle nie wspominając. Sami Yunnańczycy i Guizhouczycy bardzo zdecydowanie oddzielają swe kuchnie: kuchnia yunnańska to 滇菜 Diancai, a kuchnia Guizhou to 黔菜 Qiancai. Znowu, na żarcie z Guangxi nie ma tu miejsca.
Następny akapit mnie ukłuł w oczy. Zwłaszcza to zdanie:
Na południowym zachodzie nie ma jednak rozwiniętej ludowej odmiany sztuki kulinarnej.
Kuźwa, to nie jest pomyłka, to jest ignorancja posunięta do granic debilizmu. Autorka pisze przecież o izolacji regionu, o bogactwach naturalnych itd. Jakim cudem zamiast wysnuć wniosek, że tutejsza kuchnia rozwijała się zupełnie inną drogą niż kuchnia innych prowincji, w dodatku zamiast kuchni wielkomiejskiej są tu głównie kuchnie ludowe - twierdzi, że tej kuchni NIE MA! Ba, autorka w ogóle nie wspomina o tym, że Yunnan jest najciekawszą etnicznie prowincją Chin, w związku z czym tutejsze kulinaria LUDOWE są dużo ciekawsze i bogatsze niż gdziekolwiek indziej! Żeby nie sięgać daleko - mamy tutaj sery mniejszości Bai, dania ze świeżych liści herbaty mniejszości Jinuo, tatar wieprzowy z regionu Baoshan, smażone owady i setki innych dań, występujących tylko tutaj, albo przynajmniej tu mających swe korzenie.
I o ile smażone/pieczone wróble faktycznie są miłą przekąską, a łapy niedźwiedzie były dawno, dawno temu, jednym z wystawnych yunnańskich dań, to kompletny brak pojęcia autorki o prawdziwej kuchni Yunnanu bije po oczach.
Swoją drogą, być może niesłusznie mam pretensje do samej autorki. Być może zapytała ona o kuchnię chińską jakiegoś Chińczyka - i stąd ta niewiedza. Reszta Chin ma bowiem dość mgliste pojęcie o naszej kuchni; słyszeli może o dwóch-trzech daniach, wcale zresztą nie tych najsmaczniejszych. Czas jakiś temu, gdy Piekielna Fantazja miała przyjechać po raz pierwszy do Kunmingu, pytała znajomych Syczuańczyków, co dobrego można zjeść w Yunnanie. I choć Syczuan to nasz sąsiad, powiedzieli oni z ogromnym przekonaniem, że w Yunnanie nie ma dobrego jedzenia. Dziwnym trafem Piekielna Fantazja spędziła u nas już dwa urlopy i jeszcze nie dobrnęliśmy nawet do połowy listy "must eat"...
W książce tej są z kuchni yunnańskiej dwa przepisy: na kluski przechodzące przez most i na kurczaka z garnka parowego. Tak, te dwa hity faktycznie nie bardzo mogą pokazać bogactwo kuchni yunnańskiej...

2014-06-28

Eleuterokok kolczasty 刺五加

Zawsze, kiedy chcę poznać smak jakiejś nowej i nieznanej rośliny, idę do dajskiej knajpy. Nie tylko dlatego, że Dajowie chętnie używają w kuchni roślin, które są chwastami badź rosną tylko dziko. Najważniejsze jest to, że nie podzielają oni chińskiej niechęci do spożywania warzyw na surowo. Większość znanych mi Chińczyków nie wpada na to, że pomidory czy kapustę można spożywać bez obróbki cieplnej - a Dajowie owszem. Dzięki temu można poznać prawdziwy smak produktów, lekko tylko zakłócony wszechobecnym chilli...
Eleuterokok kolczasty występuje od mojego regionu Chin aż po Rosję - tam jest zresztą nazywany "syberyjskim żeńszeniem" z racji właściwości ponoć podobnych zwykłemu żeńszeniowi. Zresztą, i w chińskiej medycynie uważa się go za cudowny: ma leczyć białaczkę, bóle głowy, problemy ze snem, depresję, a nawet neutralizować skutki uboczne chemioterapii. Tradycyjna chińska medycyna traktuje go jako lek przeciw rakowi, zmęczeniu, starości, chorobom układu krwionośnego, a także ogólny przeciwzapalny i wzmacniający system odporności.
To właśnie panaceum proponuję Wam w dajskiej sałatce.

Składniki:
*eleuterokok kolczasty - części zielone, czyli łodygi i liście
*pomidor
*cebula
*czosnek
*świeże chilli
*kolendra, najlepiej i zwykła, i meksykańska
*sok z limonki

Wykonanie:
1) eleuterokok dokładnie umyć, uważając na kolce. Według niektórych szkół trzeba go zblanszować, żeby pozbawić lekko gorzkiego smaku. Jeśli jednak jest naprawdę świeży i młody, żal go oblewać wrzątkiem.
2) Cebulę przekroić na pół i pokroić w cieniutkie plasterki, tak, żeby utworzyć małe łuki.
3) Czosnek ściamkać, drobno posiekać chilli i kolendrę.
4) Pomidor obrać ze skórki i włożyć z czosnkiem, chilli i kolendrą do moździerza. Ubijać aż pomidor zmieni się w pastę pomidorową. Dodać sok z limonki.
5) eleuterokok i cebulę doprawić powstałym sosem, dokładnie wymieszać.
Nie ma "jedynej właściwej" ilości chilli, czosnku czy kolendry. Zróbcie po prostu tak, żeby było smaczne :) Można doprawić jeszcze solą, ale moim zdaniem nie ma takiej potrzeby.

2014-06-27

狮子山 Lwia Góra

Wieść gminna niesie, że Lwia Góra kiedyś inne miała miano i wcale lwa nie przypominała. Zwała się Górą Sięgającą Niebios i to właśnie na nią wdrapywali się śmiałkowie chcący wieść życie bogów i nieśmiertelnych. Gdy usłyszał o tym Nefrytowy Cesarz, rozgniewał się bardzo i nakazał Bogu Gromów rozdzielenie nieba od góry.
Otrzymawszy rozkaz, pospieszył Bóg Gromów do miejsca styku ziemi i nieba. Zakołysał potężnym młotem - dał się słyszeć potężny grzmot - i już w miejscu dawnej drogi do nieba jest dziura, przecinająca szczyt. Ludzie nie wiedzieli, kto rozszczepił szczyt, więc zwali odtąd górę "Kto Rozszczepił Szczyt?".
Nie wie nikt, jak wiele lat upłynęło od rozszczepienia szczytu, gdy górę odwiedziło dziewięćdziesiąt dziewięć podobnych chmurom białych smoków. Ujrzawszy śliczną górę, obfitą w piękne krajobrazy, smoki obrały sobie ją na siedzibę. I tak z góry trysnęło dziewięćdziesiąt dziewięć bijących świeżością źródeł, pojących spragnioną glebę Wudingu i dających radość ludowi. Lud w podzięce postawił na szczycie góry Świątynkę Białych Smoków, a z czasem góra stała się znana jako Góra Białych Smoków.
Lata płynęły i nikt nie wie, kiedy dokładnie górę upatrzył sobie lew. Czysta woda, lasy bogate w zwierzynę... Zachciało się lwu zawalczyć o górę ze smokami. Rozpoczęła się walka na śmierć i życie, lew ryczał i krzyczały smoki, aż skały drżały, dął wicher i rozpętała się nawałnica. Walka trwała równo dziewięć tysięcy dziewięćset osiemdziesiąt jeden dni i skończyła się sromotną porażką smoków, które wzięły nogi za pas. Dwa z nich, ciężko zranione, nie zdołały uciec i schroniły się pod sąsiednią, Wschodnią Górą. Tam, czekając aż wyliżą się z ran, układały plan zemsty na lwie. Wiedząc, że nie pokonają lwa zwykłą bronią, stwierdziły, że go podtopią - smoki to wszak opiekunowie wody. Zaczęły więc wypełniać górę wodą, gromadząc ją pod przyszły potop, jednocześnie ją wznosząc coraz wyżej i wydłużając. By powstrzymać smoki, mieszkańcy wioski wybudowali na szczycie pagodę - sygnał ostrzegawczy dla lwa. Ten zaś ułożył się tak, by przednie łapy były zawsze w pogotowiu, obejmując wschodni szczyt i czekał na smoki. One, ujrzawszy bojową pozę lwa, przestraszyły się i postanowiły poczekać przed decydującą bitwą. I od wieków tak czekają, smoki pod górą i lew, który z czasem się w tę górę wtopił. Ponoć tylko dzieci i wariaci potrafią dostrzec w górze drzemiącego lwa. Ciekawe, czy kiedyś obudzi go nagły atak smoków?...
Z okazji braku okazji wybraliśmy się na wycieczkę. Miasteczko Wuding 武定, położone niedaleko od Kunmingu (około 60 km), leży u stóp Lwiej Góry - nie wiedziałam jeszcze wtedy, że ta góra się tak zowie, a w ogóle wybieraliśmy się zupełnie gdzie indziej, ale gdy z dala zobaczyłam na wierzchołku pagodę,
zarządziłam zmianę planów. Góra jest niewiele niższa od Rysów (2452 m.), czyli w skali Yunnanu jest niziutka, już nie mówiąc o tym, że tak naprawdę od szczytu do stóp góra ma niecałe 700 metrów, bo akurat ten kawałek Yunnanu jest sporo ponad poziomem morza; jednak jej niezaprzeczalne piękno od zawsze przyciągało ludzi. Co najdziwniejsze - góra nie została dramatycznie zdewastowana przez setki hałaśliwych Chińczyków, nadal można z prawdziwą przyjemnością przejść dzikimi ścieżkami i zarośniętymi żlebami, porzucać się szyszkami i odpocząć w gęstym poszyciu leśnym. Tak, moi drodzy - oprócz oczywistych w chińskich parkach schodów i betonu, znajdziemy tutaj prawdziwy las. Już choćby za to można pokochać Lwią Górę, a przecież to nie wszystko! Myśmy jednak odwiedzili Lwią Górę w całkiem niewłaściwym terminie - gdybyśmy przyjechali na przełomie marca i kwietnia, zagubiłabym się w przepastnym Ogrodzie Peonii, jedynym w Yunnanie zresztą. Są tu sześćsetletnie drzewa, dziwacznie ukształtowane skały, okoliczności przyrody zapierają dech w piersiach - a do tego dodać trzeba to, co wyszło spod ludzkiej ręki - a mam tu na myśli nic innego, a prawie siedmiowiekową świątynię zen przecudnej urody. O świątyni opowiem kiedy indziej - muszę jeszcze trochę poszperać w materiałach.
Gdyby bogowie bardziej nam sprzyjali, może udałoby nam się nawet ujrzeć wodospad - niestety, wysechł do cna. Tak samo zresztą jak Jadeitowe Jezioro Na Szczycie, z którego została ledwie kałuża... Upolowaliśmy tylko łeb pytona i parę starych grobów, ukrytych w leśnym gąszczu.
Jak zwykle, moje zdjęcia są ledwie przebłyskiem odbicia piękna tego miejsca. Warto tam pojechać, żeby się powłóczyć po lesie i poszukać pamiątek po dawnych czasach.

2014-06-25

Big Ben

Uwielbiamy sobie z ZB wzajemnie złorzeczyć. Na pewno sami wiecie, jak wiele czułości można pokazać, mówiąc do kogoś "ty głuptasie" albo "baranie niedorzeczny". Prawda? PRAWDA?
Mówimy więc sobie nawzajem, jak bardzo jesteśmy ograniczeni intelektualnie, przy czym im bardziej efektowna i nowatorska jest inwektywa, tym szczerzej się zaśmiewamy. Pospolite obelgi typu wielkie głupie jajo (大笨蛋), wielkie złe jajo (大懷蛋), głupia dynia (傻瓜), czy nawet moja ukochana kunmińska "głupia torba" (憨包) przestały wystarczać już dawno temu, dlatego zaczął mój ukochany tłumaczyć te proste zwroty na angielski. Najłatwiej poszło z wielkim złym jajem - dlatego często ZB woła na mnie "bad egg". Gorzej było z głupim jajem, bo nie mógł sobie za skarby świata przypomnieć słówka "stupid". Powiedział więc "big ben egg", bo ben 笨 to właśnie głupi. No i tak się narodziło wyzwisko chińskoangielskie brytyjskiej prowieniencji: Big Ben to w naszym prywatnym slangu "wielki głupek"...

2014-06-24

Chengdu - myśli nieuczesane

Wybraliśmy się na wycieczkę do Chengdu. Kolejna jedna siódma miesiąca miodowego. Wybraliśmy się na początku czerwca, a ludzie się w czoła pukali, że to najgorsza pora roku, bo jest duszno i gorąco.
Było 16 stopni i lało przez tydzień, a ja się zastanawiałam, czy lepiej założyć dłuższe acz cieńsze, czy krótsze acz solidniejsze spodenki i w której koszulce na ramiączkach mi będzie cieplej...
***
Nie dojadłyśmy obiadu - a była pyszna wołowina na parze i jeszcze pyszniejszy móżdżek wołowy w pikantnym sosie. Chcę więc wziąć resztki na wynos, zwłaszcza, że zostało sporo ryżu. Ku mojemu najwyższemu zdziwieniu okazuje się, że ryżu wprawdzie dostajesz ile zmieścisz, ale tylko na miejscu - i się nie bierze na wynos reszty. Nie marnuje się ona bynajmniej: do połowy opróżniony kubełek jest dopełniany i stawiany przed następnymi klientami. U nas ryż się kupuje - i w całości jest twój. W Chengdu ryż jest za darmo, ale tylko tyle, ile możesz zjeść na miejscu.
***
W metrze płaci się kartą - może być jednokrotnego użytku, albo wielokrotnego. Jeśli jest wielokrotnego, to jest to po prostu karta miejska, na autobusy i metro, z tym, że konto na metro i autobus doładowuje się osobno. Żeby jeszcze bardziej zamieszać, wprowadzono żetony. Żetony obowiązują tylko w autobusach jeżdżących po drugiej obwodnicy, ale za autobus taki można zapłacić również kartą miejską. W sumie system jest wygodny, ale wygodniejszy, jeśli się posiada kartę miejską z doładowanym kontem i autobusu, i metra. A najwygodniejszy jest w ogóle skuter...
***
W Chengdu w każdym supermarkecie można kupić papier ryżowy do sajgonek, chociaż to nie Syczuan jest na granicy z krajami Azji Południowo-Wschodniej. Grrr. W dodatku wszędzie można kupić pastę curry. Ech...
***
Ja rozumiem, że pandy są symbolem Syczuanu, ale haftowanie ich jedwabiem i wsadzanie w ramki z mahoniu?...
***
Jeśli coś jest w zasięgu jednej linii autobusowej, to znaczy, że jest blisko. Jeśli w granicach drugiej obwodnicy, to znaczy, że jest w centrum.

2014-06-23

kwas chlebowy 格瓦斯

Uwielbiam kwas chlebowy prawie na równi z "winkiem" drożdżowym. Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam. Dlatego, gdy zobaczyłam w sklepie nowość firmy Śmiejący Się Brzdąc - Wahaha Kvass - smak Rosji (格瓦斯 - 俄罗斯风味), oczywiście kupiłam. Oczywiście nie patrząc na etykietę.
Zresztą, nawet gdybym spojrzała, to pewnie bym nie uwierzyła, że w składzie mogą być trzy różne typy cukru i to właśnie ich smak będzie najbardziej wyrazisty.
Ech. Powinnam była wiedzieć lepiej. Skoro chiński tzw. chleb jest słodki, to i kwas chlebowy nie może być gorszy...

2014-06-22

Kunmińskie Wspomnienia 昆明憶舊

O tej książce wspominałam już tyle razy, że aż wstyd mi, iż jeszcze jej Wam dokładnie nie przedstawiłam. Jest to zbiór esejów, które w latach '90tych ukazywały się w Gazecie Wieczornej Wiosennego Miasta. W około tysiącu słów na esej opisywały życie w dawnym Kunmingu, jego zwyczaje, przekąski, i autora własne o nim wspomnienia. Po zakończeniu cyklu, w związku z ogromną popularnością, jaką się ten cykl cieszył, postanowiono książkę wydać. Pierwsze wydanie, z roku 1993, zniknęło tak szybko, jak się pojawiło. Po śmierci autora i załatwieniu formalności z rodziną, wydano książeczkę znowu. Obecnie wydania z 2001 roku są niemal równie rzadkie, jak te z 1993, więc mam nadzieję, że jeszcze będą wznawiane. Zawsze gdy Chińczycy pytają, skąd się wzięła moja wiedza o Kunmingu, a także moja głęboka do niego miłość, pokazuję im tę książkę. Jeśli sami są kunmińczykami, uśmiechają się ze zrozumieniem. Jeśli są napływowi, siadają z książeczką na chwilkę przy herbacie i nie wstają do późna w noc. Napisane prostym, przystępnym językiem, opowiadające o codzienności eseje, nie są literaturą wysoką. Są czymś znacznie lepszym - wspomnieniami Bajarza, maszyną czasu, zapachem lawendy, zasuszonej gdzieś między stronicami książki...
Autor (Zhao Zhengwan) pochodził z ubogiej rodziny, żyjącej w starym siheyuanie dzielonym z sąsiadami. Ponoć pierwsze pieniądze zarabiał, zbierając dzikie zioła po okolicznych pagórkach. By dorobić, pomagał na budowie i w warsztacie stolarskim. Poznał życie tutejszych rzemieślników i biedaków. Całe szczęście udało mu się zdobyć wykształcenie i przekuć te doświadczenia w piękną opowieść.
Kunmińskie Wspomnienia, Zhao Zhengwan - 昆明憶舊, 趙正萬

2014-06-21

臺灣牛肉麵 tajwańskie kluchy z wołowiną

Chyba każdy kraj, w którym istnieje zboże i żyją krowy, wynalazł to żarcie - kluchy w rosole wołowym z dodatkiem wołowiny. A nie, przepraszam. Nie wynaleźli tego dania na przykład Polacy. Ani Amerykanie. Kurde, dlaczego takie debilnie proste pomysły zawsze pojawiają się w Chinach??
Zasada jest prosta. Gotujesz kawałek krowy. Może to być mięso, może to być ścięgno, może to być kość z przyległościami, mogą to być flaczki - to zależy od gustów, od regionu, od stanu portfela. Do zupy wsadzasz makaron, żeby było się czym najeść, a do środka wkładasz ugotowane mięso. Żeby urozmaicić smak, możesz dodać jakieś warzywa, surowe albo kiszone. Możesz też dodać przyprawy, w trakcie gotowania zupy albo dopiero później. Te drobne w zasadzie różnice będą powodować, że "to nie są prawdziwe tajwańskie kluchy" albo "w prawdziwych lanzhouskich kluchach nie ma sosu sojowego", ale to są tak naprawdę detale. Ważne jest, że bez względu na rodzaj - są pyszne.
Pierwszy raz zetknęłam się z nimi na Tajwanie. Były rewelacyjne, choć na moje ówczesne gusta trochę za ostre. Tak, pachnąca, choć niezbyt pikantna kuchnia Tajwanu wydawała mi się ostra; wszystkie przyprawy poza cukrem, octem i solą były dla mnie "ostre", więc i kluchy takie były. Ale były też przepyszne, więc zapijałam zieloną herbatą i wtranżalałam, aż miło. Potem przyjechałam do Kunmingu i okazało się, że to samo danie - 牛肉麵 - jest czymś zupełnie innym na Tajwanie, a innym tutaj. W Kunmingu wołowiną zajmują się prawie wyłącznie tutejsi muzułmanie, więc obowiązuje tu głównie wersja z Lanzhou. Zresztą, jeśli nawet trafi się na wersję tajwańską, w czerwonym sosie, to będzie on czerwony głównie od chilli, a nie od sosu sojowego...
Później okazało się, że te same kluski z wołowiną tak naprawdę inaczej smakują w każdym regionie. Dziś jednak zajmę się tylko tajwańskimi - czas jakiś temu przypomniałam sobie smak w tajwańskiej knajpce na lotnisku w Pekinie i wyjść mi z głowy nie mogą...
Tajwańskie różnią się od wersji podstawowej - w zwykłym rosołku - tym, że mięsko było gotowane nie w samej wodzie bez dodatków, a w tzw. czerwonym sosie 紅燒. Czerwoność jego bierze się z przypraw i, przede wszystkim, z sosu sojowego, który do gotowania jest dodawany. Ponoć wynalazł je stary syczuański kuomintangowski żołnierz, kiedy po ucieczce z Chin kontynentalnych wylądował w Gaoxiongu/Kaoshiungu i próbował na gruncie tajwańskim zaszczepić "małomiskową wołowinę w czerwonej zupie" (小碗紅湯牛肉).
Stały się one na Tajwanie tak popularne, że na ich cześć zaczęto w listopadzie obchodzić Międzynarodowy Dzień Klusek z Wołowiną. W sumie im się nie dziwię. Pyszne są.
Składniki:
* kawałek wołowiny z kością
* przyprawy: cynamon, anyż, imbir, kardamon, sól, (pasta douban), sos sojowy, (alkohol, cukier)
* makaron
* surowe warzywa - na przykład kapusta chińska, szpinak itp.
*dodatki: zielona cebulka, czosnek bulwiasty, pędy czosnku, (kiszonki - od zhacai po kimchi, wedle upodobania)
Wykonanie:
1) Kawałek wołowiny z kością wsadzić do wrzątku i po minucie wyjąć. Wodę wylać. Krok ten można zastąpić żmudnym pozbywaniem się szumowin.
2) Zagotować świeżą wodę, wrzucić do niej kawałek cynamonu, anyż gwiaździsty, imbir, kardamon - co kto ma pod ręką, żeby dobrze pachniało i smakowało. Przyprawy, które podałam w nawiasie są często spotykane, ale nieobowiązkowe.
3) Dorzucić mięso z kością i gotować na wolnym ogniu 2-3 godziny albo do całkowitego ugotowania mięsa. Można dorzucić, jak to widać na zdjęciu, marchewkę, rzodkiew i inne wymagające długiego gotowania warzywa; ja tego zazwyczaj nie robię, bo zawsze rozgotowuję ;) U mnie gotowanie trwa krócej, bo mam szybkowar :) Po ugotowaniu mięso wyjąć i pokroić w plasterki/kawałki.
4) W międzyczasie ugotować makaron, najlepiej razem z warzywami, i odsączyć.)
5) Wrzucić kluski i warzywa do zupy, na wierzch dorzucić kilka kawałków ugotowanego mięsa i dodatki.

Oczywiście, istnieje milion wersji. Są dodawane pomidory, marchew, kukurydza, pieprz syczuański, kiełki soi, mieszanka curry. Można dodać pierożki wonton albo uszka. Można tworzyć, tworzyć, tworzyć... Nie powinno się za to jadać ich często. Może i doniesienia o tym, jak to po takich kluchach choruje się na raka są cokolwiek przesadzone, ale ostrożności nigdy za wiele...

2014-06-20

雲南陸軍講武堂 Yunnańska Akademia Wojskowa

Podczas spacerków brzegiem Szmaragdowozielonego Jeziora, ciągle wpadam na jakieś małe cudeńka. A to jakiś zapomniany stary budynek, wciśnięty w kąt między blokami, a to jakiś prześliczny ogródek, a to kolejna krzywa uliczka ostro pod górę, ukazująca nietypowość tego miasta. Jednym z miejsc, do których wracam przy dobrej pogodzie, by nacieszyć się kolorami i klimatem, jest niewątpliwie Yunnańska Akademia Wojskowa. Kiedyś przyprowadziłam tu dwie Polki, które orzekły, że to kawałek Toskanii w Kunmingu. W Toskanii nie byłam, ale jeśli faktycznie jest podobna temu stylowi, to chyba muszę się kiedyś tam wybrać...
Akademia powstała u schyłku dynastii Qing, w 1909 roku, jako odpowiedź na palącą potrzebę dogorywającego cesarstwa: potrzebni byli nowocześni wojskowi, wiedzący wszystko o współczesnym uzbrojeniu i zdobyczach zachodniej cywilizacji w zakresie mordowania. W chińskich kręgach jest przynajmniej tak znana, jak słynna Akademia Whampoa, której komendantem był swego czasu Chang Kaj-Szek, jednak na Zachodzie mało kto wie, że takie cudo istniało i że było ważne strategicznie. Ba! Mało kto wie, że w Kunmingu można obejrzeć to, co zostało z tej szkoły - czyli parę budynków i plac apelowy/wybieg dla koni. Cóż, Lonely Planet milczy o tym zabytku...
W 1907 najwyższa władza w Yunnanie, czyli Wang Wenshao - Gubernator Generalny prowincji Yunnan i Guizhou, zdecydował, że pozwoli na wybudowanie Akademii Wojskowej. Prawie osiemdziesięcioletni staruszek był już jedną nogą w grobie (zmarł zaledwie rok później), ale - jak widać - miał nosa do interesujących ludzi. Szkołę polecił bowiem wybudować Hu Jingyi. Tak, mnie też to nazwisko niewiele mówiło, pozwolę więc sobie streścić, czego się o nim dowiedziałam.
Hu, Syczuańczyk, syn producenta soli, mając 23 lata został kopnięty nie lada zaszczytem: dostał rządowe stypendium na studia w Cesarskiej Japońskiej Akademii Wojskowej. Uczył się, jednocześnie pilnie obserwując sytuację w kraju: należał do antyrosyjskiej organizacji. Wrócił na krótko do Syczuanu, by szybko przenieść się do Kunmingu - i tu właśnie założył naszą Akademię Wojskową, nad którą ochronne ramię rozłożył i następny gubernator, osadzony w 1909 roku Li Jingxi. Szkoła działała w latach 1909-1935, wydając 22 klasy absolwentów. Pełny kurs trwał półtora roku do dwóch lat. Początkowo studenci byli podzieleni na cztery klasy: piechotę, kawalerię, artylerię i inżynierię wojskową; później dodano logistykę i lotnictwo. Później szkoła zmieniała nazwy, zmieniał się także profil i nauczane przedmioty, dlatego bardzo wyraźnie odcina się ją od późniejszych wersji, ze współczesną Kunmińską Akademią Wojskową (昆明陆军学院) na czele. Wśród studentów obecni byli nie tylko Chińczycy, ale i Wietnamczycy oraz Koreańczycy.
Kogo szkoła kształciła? Najprościej mówiąc - rewolucjonistów. Nauczyciele to byli głównie ludzie, którzy podczas studiów w Japonii stwierdzili, że republika będzie lepsza od cesarstwa, m.in. członkowie Ligi Związkowej. Pierwsze roczniki były więc szkolone, by służyć rewolucji. Ponoć szkoła ta dostarczyła rewolucji około 600 dobrze wyszkolonych żołnierzy. Ba! Mawia się nawet, że to akademia była jądrem rewolucji w Yunnanie i punktem koordynacji rewolucyjnych działań. Następne zaś... cóż. Też. Tyle, że tym razem absolwenci stwierdzali, że republika nie jest aż tak fajna jak republika ludowa. Ze szkoły tej wywodzą się bowiem również późniejsi generałowie Armii Ludowo-Wyzwoleńczej.
W 1988 roku budynki naszej akademii znalazły się na liście zabytków chronionych przez państwo. Skutek? Dość marny. Podobno docelowo dawne budynki Akademii mają się zmienić w muzeum. Chwilowo w środku mamy sklep, sprzedający okołoyunnańskie pamiątki i... remont. Remont trwa już długo - zaczął się jeszcze przed moim przyjazdem do Kunmingu, a końca nie widać. W środku winny się znajdować artefakty - stare mundury czy inne karabiny. Cóż, mnie jak dotąd się nie udało trafić na ekspozycję w tym na wieki wieków remontowanym obiekcie.
Wchodzimy więc przez bramę główną do środka. W środku plac apelowy. Budynki z gliny, kamienia i drewna, faktycznie europejskie w stylu. Największy z nich był ponoć czymś w rodzaju auli. I... tyle.
Czekam z niecierpliwością na otwarcie muzeum, teoretycznie działającego od początku lat '90 XX w...

2014-06-19

reklama społeczna

Może po obrazku tego nie widać, ale mówi o tym, jak niebezpieczne jest przekraczanie barierek ochronnych na ulicach.
Biorąc pod uwagę to, jak nagminnie to robią Chińczycy, reklama jest tyleż potrzebna, co nieskuteczna...

2014-06-18

善良 dobre serce

Wszyscy uważają, że mam wspaniałego męża. Cóż, ze mną włącznie. Ciężko może w to uwierzyć, ale on sobie ze mnie niebywale wręcz dworuje, a mnie pozostaje tylko zrobić naburmuszoną minkę, fochnąć i zapytać, czy mógłby się wobec mnie wykazywać większą dobrocią: 你能不能对我善良一些呢? Zwracam uwagę na użycie przymiotnikowo-przysłówkowej zbitki 善良 shàn​liáng, która zarezerwowana jest dla dobroci, miłosierdzia itp. Na co mój psotny małżonek odpowiedział ostatnio, że jest - i tutaj nieprzetłumaczalny żarcik - rybą psującą się od głowy. Po chińsku podobny idiom to 上梁不正下梁歪 shàng​liáng​bù​zhèng​xià​liáng​wāi czyli dokładnie: jak górna belka nie jest prosta, to i dolna będzie krzywa. W przybliżeniu chodzi o to samo - zauważenie, że przykład idzie z góry. De facto ZB zamiast powiedzieć, że jest bardzo shàn​liáng, rzekł, że bardzo shàng​liáng​ i dokończył przysłowie. Odparowałam, że w sumie to prawda, że jest Belką, do tej pory myślałam, że Zwykłą, ale teraz już wiem, że Krzywą... Na własne życzenie został więc Krzywą Belką :P
O samym zaś przysłowiu krążą dwie historie, jedna bajkowa, jedna konfucjańska. Przytoczę obie:
Za czasów dynastii Song, w dystrykcie Chen (okolice dzisiejszego miasta Zhoukou), kilka lat z rzędu bogowie zsyłali na ludność rozmaite klęski żywiołowe. Gdy dwór cesarski rozkazał dwóm urzędnikom: Liu Dezhong i Yang Jinwu otworzyć spichlerze i wyprzedać zboże, te dwa obwiesie wykorzystały swą pozycję i sprzedawały zboże po mocno zawyżonych cenach. Jakby tego im było mało, dosypywali do zboża piach, a także używali oszukanych miarek i wag - wszystko, byle się tylko więcej nachapać. To oni zostali przez ludność nazwani krzywymi belkami i do dziś są symbolem skorumpowanych urzędników, przez których źle się dzieje w państwie chińskim.
Starsza jest jednak opowieść konfucjańska - o uczniu, żyjącym w Okresie Wiosen i Jesieni Li Kangzi. Spytał on, jak uzdrowić władze. Konfucjusz powiedział, że władza i rządy (政) wywodzą się ze słowa 正 - właściwy, poprawny. Jeśli więc ci o góry zachowują się właściwie, któż śmiałby zachowywać się inaczej niż oni?
Od czasów Konfucjusza minęło dwa i pół tysiąca lat. Straszna szkoda, że z tej nauki nic nie wynieśli...

2014-06-17

Hunan 湖南

Poniższą historię usłyszałam od teściowej, gdy bezskutecznie szukaliśmy aktu urodzenia ZB albo jakiegokolwiek dokumentu, który mógłby ów akt zastąpić.
Niedługo po skończeniu studiów wzięliśmy ślub, a zaraz później przydzielono nam pracę. Mój stary został wysłany do Shandongu, a ja do Hunanu. To dlatego Zwykła Belka i jego siostra przyszli na świat właśnie w Hunanie. Oczywiście w tamtych czasach nikt nawet nie słyszał o aktach urodzenia i tym podobnych, bo przecież prawie wszystkie dzieci się rodziły w domach.
Oboje byliśmy inżynierami, oboje też mieszkaliśmy na głębokiej wsi, która miała zostać unowocześniona. Wysyłano nas tam, gdzie nie było dróg, byśmy budowali drogi; tam, gdzie nie było mostów, byśmy budowali mosty. Nikt się nie przejmował rozdzielaniem małżeństw czy dzieci i rodziców. Prywata musiała ustąpić budowaniu kraju. Mój mąż przyjeżdżał do mnie raz do roku - brał urlop dla wracających do rodziny i dzięki temu mógł z nami spędzić nie tydzień, a nawet miesiąc. Wówczas droga z Shandongu do Hunanu była długa i niebezpieczna; pamiętam, jak kiedyś został okradziony. Zawsze, gdy przyjeżdżał, przywoził zaoszczędzone pieniądze, które wszywał w ukryte kieszonki. Dzięki temu, że pieniądze były porozdzielane, nigdy nie został okradziony ze wszystkiego, co miał, ale i tak w tamtych czasach była to wielka strata.
Tak więc mieszkałam na wsi, w Hunanie. Zaraz po urodzeniu ZB wróciłam oczywiście do pracy, a jego zostawiałam rodzinie, mieszkającej parę kilometrów dalej. Nie było przecież przedszkoli, a tylko oni się zgodzili go przyjąć. Spędzał z nimi całe dnie; płaciłam oczywiście za wyżywienie i opiekę; niby mogłam wysłać dziecko do Kunmingu, do moich krewnych, ale serce mi się kroiło na myśl, że będę tak daleko od dziecka. Po jakimś czasie odkryłam, że dzieciak zaczął mówić. Sęk w tym, że nie rozumiałam ani słowa! Uczył się przecież mówić od hunańskich chłopek, hunańskim dialektem!
I tak to trwało. Było dziecko, które musiało całymi dniami być u obcych ludzi, był mąż, który za daleko mieszkał, byłam ja, pracująca od świtu do nocy. A potem pojawiła się jeszcze córeczka. Wtedy zaczęło być naprawdę ciężko. Rodzina, która opiekowała ZB, nie zgodziła się jej wziąć pod swój dach. Po jakimś czasie udało mi się znaleźć inną rodzinę, mieszkającą parę kilometrów dalej. Tak więc codziennie było tak: wstawałam wcześnie i po śniadaniu najpierw odprowadzałam córeczkę do opiekunów, potem ZB w zupełnie inną stronę, a dopiero potem szłam do pracy. W południe pożerałam szybko lunch stołówkowy i szłam nakarmić córeczkę, bo wtedy jeszcze była karmiona piersią. Wieczorem najpierw szłam po córeczkę, która już znowu była głodna, a potem po synka. Kładłam ich spać i robiłam wszystko, co trzeba było zrobić w domu. Jakiś czas później wreszcie udało mi się kupić rower - zbierałam na niego cały rok! Dzięki rowerowi życie było znośniejsze, mogłam rano dłużej pospać i szybciej po pracy odebrać dzieci. Jednak nadal byłam sama. Choć miałam męża, na co dzień nie było to odczuwalne - bo przecież wszystko było na mojej głowie, a kilka listów w ciągu roku i parę tygodni wspólnego urlopu naprawdę niewiele zmieniały. Dlatego w pierwszy chiński nowy rok po urodzeniu córeczki wróciłam do Kunmingu. Chodziłam po wszystkich fabrykach, ale pracowników mieli na pęczki. W końcu w jednej z fabryk zapytali, czy potrafię coś jeszcze poza wyuczonym fachem. Miałam szczęście - uzupełniali skład przyzakładowego zespołu pieśni i tańca, a ja akurat do obu tych rzeczy miałam smykałkę. I tak wróciliśmy do Kunmingu...
Mam zbyt bogatą wyobraźnię. Wyobrażenie dwójki dzieci, które się codziennie zostawia obcym, a potem zapinkala na piechotę do miejsca pracy, wiedząc, że pies z kulawą nogą się o Ciebie nie zatroszczy, bo rodzina jest na jednym krańcu Chin, mąż na drugim, a Ty pośrodku...

2014-06-16

palmy

Cóż ten pan robi tej nieszczęsnej palmie?
Zdejmuje jej ubranie, żeby w lecie nie było za gorąco :)
To znaczy, ubranie w zamierzeniu - takie bowiem włókna palmowe mogą służyć m.in. do wyrobu tradycyjnych peleryn przeciwdeszczowych suoyi.

2014-06-15

丛 Cong

Czas jaki temu zafrapowało mnie okrutnie: skoro w latach '50 i '60, ba, '70 nawet Chiny były biedne tak, że ludność polowała na wróble z braku innego mięsa, jakim cudem w ogóle były możliwe duże imprezy rodzinne typu wesele, z obowiązkową setką gości (co najmniej!) czy inne pogrzeby? Skąd ludzie brali na to pieniądze? Może dotacje państwowe? Może imprezy były składkowe? Teściowie opowiedzieli mi wówczas o zwyczaju zwanym "丛" cong - zbiór, wiązanka. Ku mojemu najwyższemu zaskoczeniu, wzmiankę o nim znalazłam również u mojego ukochanego Zhao Zhengwana. Przytaczam więc jego opowieść o congu.
W społeczności dawnych kunmińczyków szeroko rozpowszechniony był rodzaj depozytu, który zwano cong. Cóż to takiego? Mianowicie umawiała się grupa znajomych, każdy się zrzucał do wspólnej skarbonki i jedna osoba mogła z tej większej kwoty skorzystać, a potem w kolejce czekali inni. Zazwyczaj inicjator przedsięwzięcia bądź ktoś w nagłej potrzebie korzystał jako pierwszy. Przypomina to trochę dzisiejsze bankowe pożyczki, a ponoć sam zwyczaj do dzisiaj istnieje w szczątkowej formie.
Biorąc pod uwagę ówczesne zarobki, w ten sposób można było zebrać trochę gotówki, by zorganizować wielkie imprezy czy kupić jakiś niecodzienny produkt. Cong nie był oprocentowany, więc nie stanowił większego obciążenia, dlatego też był popularny między sąsiadami czy współpracownikami. Było kilka typów - cong dzienny, dziesięciodniowy, miesięczny itd. Jeśli zrzuciło się wiele osób, jednym congiem można było załatwić wesele, pogrzeb czy inne Wielkie Sprawy*, albo zainwestować w jakiś biznes.
Oczywiście, w takie depozyty bawili się raczej ludzie biedni czy drobni handlarze. W życiu codziennym "znajdowali grosz - jedli za grosz", nie mieli oszczędności, polegali więc na takim sposobie by sprostać nagłym trudnościom.
Zauważyć też trzeba, że choć cong niósł korzyści, mógł też przynieść straty, zawsze bowiem istniało ryzyko, że trafi się na bezwstydnika, który weźmie cong i się ulotni, zostawiając z niczym swych partnerów. Dlatego też na cong trzeba było się umawiać z wiarygodnymi i zaufanymi sąsiadami i współpracownikami. W dzisiejszych czasach cong trąci myszką, bo przecież lepiej wsadzić pieniądze do państwowego banku; nie tylko wspomaga się w ten sposób ojczyznę, ale też jest się bezpiecznym, a w dodatku są odsetki**.
[Kunmińskie Wspomnienia, Zhao Zhengwan - 昆明憶舊, 趙正萬]

Ciekawe, prawda? Ta wiara w ludzi, w to, że pożyczą kasę i ją zwrócą w rozsądnym terminie. W wypadku ślubu faktycznie mogło to być już na drugi dzień, biorąc pod uwagę weselne czerwone koperty. Ale co jeśli ktoś na przykład chciał kupić lodówkę? Skąd było wiadomo, że zdoła uzbierać, żeby oddać kasę do wspólnej skarbonki? Przecież gdyby mógł uzbierać, toby najpierw uzbierał, a potem kupił lodówkę i nie musiałby wcale pożyczać, prawda? Ech, inaczej się wtedy żyło, inne były relacje międzyludzkie i stopień zaufania...

*są różne definicje Wielkich Spraw Ludzkiego Żywota (人生大事) w Chinach; najczęściej chodzi o ukończenie szkoły, podjęcie pracy zarobkowej i małżeństwo, ale wymienia się też inne. Oj, chyba będzie o tym wpis...
**z tym bezpieczeństwem i galopującym patriotyzmem to może być różnie, ale to już zupełnie inna historia...

2014-06-14

gorący kociołek 火鍋

Nawet w polskiej wiki jest opis tego dania, po co więc się wysilam i piszę własną wersję? Cóż, jak często bywa, opis po polsku jest znacznie uboższy od choćby angielskiego, a w chińskim mógłby robić co najwyżej za krótki wstęp. Poza tym - najbardziej się oczywiście skupię na naszym, yunnańskim huoguo, o którym nikt nic nie wie, więc tak czy owak się przydam :)
Huoguo czyli ogniowy kociołek albo hot pot, jak zgrabnie przetłumaczono nazwę na angielski, to przede wszystkim:
*kociołek, w którym się danie przyrządza
*woda bądź zupa, w której się danie gotuje
*produkty spożywcze, które się w tej wodzie/zupie gotuje
*dipy, w których maczamy ugotowane żarełko.
Jeśli zaś chodzi o to, co najbardziej ten typ żarcia różni od wszystkiego innego to ta przyjemność gotowania w trakcie jedzenia czy też jedzenia w trakcie gotowania. To jest też główny powód, dla którego kochamy fondue. No właśnie, dlaczego nie nazwać po prostu gorącego kociołka chińskim fondue? Przecież Chińczycy nazywają fondue "serowym huoguo"... Piękno polega też na tym, że, zwłaszcza w zimie, mamy przyjemność spożywania cały czas gorącego żarcia, które, tradycyjnie podane, od razu by wystygło.
Co można gotować w huoguo? Wszystko :) Łącznie z jajkami przepiórczymi i kaczymi języczkami. Przede wszystkim - rozmaite mięsa, pokrojone w cieniusieńkie plasterki, żeby się szybko ugotowały. Warzywa, makarony, półprodukty typu paluszki krabowe czy kuleczki rybne. Wszystko.
Na całym świecie panuje przekonanie, że wszystko zaczęło się w Mongolii, gdzie woły, barany, a nawet konie były plasterkowane i tak gotowane. Chińczycy, zapytani o to, skąd się wzięło huoguo, zaczną opowiadać cuda o dingu, który ma być dowodem na wynalezienie huoguo, bo przecież najwcześniejsze dingi służyły do gotowania. Już nie mówiąc o tym, że ofiary składano w dingu właśnie tak, że żarcie pakowano do środka, pod dingiem rozpalano ogień i jak się wszystko ugotowało, dzielono. Jednak, mimo wszystkich chińskich zapewnień, to właśnie mongolska wersja kociołka podbiła Chiny, zresztą razem z wynalazcami. Mongolska dynastia może i się zsinizowała, może i stawiała świątynie Konfucjusza, ale dała Chińczykom przynajmniej ten jeden zwyczaj kulinarny, a Yunnańczyków nauczyła jeszcze robić sery :)
Z czasem Chińczycy też pokochali huoguo, a gdy ten typ żarcia spopularyzował się u ludu, w końcu dotarł też na cesarski dwór. Ponoć cesarz Qianlong urządził raz kolację z ponad pięciuset garami do huoguo...
Chińczycy dzielą swoje huoguo na dwa podstawowe typy:
1) Podstawą jest łagodna w smaku zupa bez dużej ilości dodatków, w której gotuje się mięso i inne dodatki, a wyrazisty smak nadają rozmaite dipy.
2) Podstawą są ugotowane wcześniej produkty, zazwyczaj wyraziste w smaku - na przykład zupa z rybich łbów, barani rosół czy wcześniej ugotowana drętwo-ostra zupa, która jest potem podgrzewana, a w niej się macza dodatki, które przyjmują smak zupy, w której są gotowane.
Oczywiście, jak to w życiu bywa, typy te się już dawno wymieszały, tworząc wiele nowych jakości. Nawet jeśli ugotujesz coś w ostrej zupie, możesz to umoczyć w dipie; nawet w rybnym huoguo możesz ugotować plasterki wołowiny, każdy je jak lubi, prawda?
Można również huoguo podzielić geograficznie. I tak: mamy ogólny podział na huoguo północne i południowe. On oczywiście nic nie daje, bo w każdym regionie jada się inaczej. Jak już jednak zaznaczyłam, ja się skoncentruję na szerzej nieznanych huoguo yunnańskich 滇味火鍋.
1) o pierwszym z nich już wspominałam. To huoguo grzybowe, którego najważniejszym składnikiem są niehodowlane grzyby. Jest rewelacyjne, ale niestety dostępne tylko w sezonie.
2) Drugie to huoguo medyczne, jak je żartobliwie z ZB nazywamy. Zupa bazuje na dwóch podstawowych składnikach: szynce yunnańskiej i zielsku zwanym gastrodia elata i od nich też wzięło nazwę to huoguo: 天麻火腿火鍋. Wywodzi się z Zhaotong, jednej z najbiedniejszych części Yunnanu, dlatego cokolwiek dziwią dość drogie składniki. Poza gastrodią i szynką do gara wrzucamy bowiem fałszywy żeńszeń sanqi, żożobę, jagody kolcowoju chińskiego i tym podobne lekarstwa. Ponieważ wszystko, co zawiera yunnańską szynkę, jest pyszne, to huoguo to jest zaczepiste.
3) Huoguo rybne hulayu 糊辣魚. W pikantnej zupie, przyprawionej prażonym suchym chilli, gotowane są dzwonka tołpygi lub karasia chińskiego.
Oczywiście poza tymi typami występują tu też huoguo syczuańskie, chongqińskie przedzielone w połowie, by była i zupa ostra, i łagodna - czyli tzw. mandarynkowe 鴛鴦, na zupie rybnej czy kurczaku, z żabami czy królikami. Do wyboru, do koloru.
Dlaczego tak nagle sobie o yunnańskich huoguo przypomniałam?
Mieszkam dokładnie naprzeciwko najsłynniejszej kunmińskiej huoguowni z rybą na ostro i właśnie tam się wybieram na kolację :)

2014-06-13

茶之三清 trzy czystości herbaty

Moja przygoda z herbatą to ciągłe poszukiwania i stwierdzanie, że jednak jestem kretynką i że jeszcze wiele wody w Jangcy upłynie, zanim będę się nadawać na prawdziwą herbaciarkę. Potem oczywiście wraca mi mniej destrukcyjna perspektywa i rozumiem, że im dalej w las, tym więcej drzew - i że do końca życia będę się uczyć.
Ostatnio natrafiłam na sformułowanie - trzy czystości herbaty. I pojąć nie mogłam, o co chodzi. Nadal zresztą nie pojmuję - bo okazało się, że chodzi o trzy sposoby parzenia... hmmm... gotowania herbaty. Bazą winien być roztopiony śnieg, a herbatę przygotowuje się z jednym z trzech poniższych składników - smak herbaty mogą wzbogacić pestki sosnowe, śliwki bądź cytrony. Tak w każdym razie twierdził Lu Yitian (陆以湉), słynny lekarz epoki Qing, pochodzący z Zhejiangu.
No i tu zagwozdka: dlaczego herbatę dosmaczoną różnościami nazywa czystą? Dlaczego w ogóle ją dosmacza, choć sprzeciwiał się tej praktyce sam Lu Yu? Czy używa słowa gotować 烹 z pełną premedytacją, czy traktuje je wymiennie z zaparzać 沏 lub 泡? A może on dywagował na temat herbaty tylko w jej medycznym kontekście; gotował ją jak chińskie ziółka, z dodatkami, tylko dla zdrowia? Może użyte przez niego słowo 清 trzeba tłumaczyć jako 清凉 - chłodzący, orzeźwiający - a nie czysty?
O ile mogę sobie doskonale wyobrazić herbatę z cytronem, bo Europejczycy zwykli cytrusami dosmaczać herbatę, o tyle wyobraźnia mnie zawodzi w kontekście pestek i śliwek...
A najśmieszniejsze, że wszyscy zapytani przeze mnie chińscy herbaciarze słyszeli, owszem, o "trzech czystościach". W ich głowach jednak jedynym powodem, dla którego się starego Lu Yitiana cytuje jest to, że polecał wodę ze stopionego śniegu jako najlepszą wodę do herbaty. Zawsze więc odnoszą czystość do czystości tej wody, a nie do trzech smaków herbaty.
Moje poszukiwania herbaciane nigdy się nie skończą, prawda?...

2014-06-11

radość jedzenia 饎

Dziś poznałam znak chi/xi 饎. Poznałam go dopiero dzisiaj, bo obecnie nie jest w powszechnym użyciu, a ja zobaczyłam go przypadkiem w obrazkowej encyklopedii znaków. Zafascynował mnie i zauroczył od pierwszego wejrzenia.
Pierwsza jego cząstka to shi 食 jak jedzenie, a druga xi 喜 jak radość, ukontentowanie, sympatia do, etc. No po prostu nie mogłam uwierzyć, że taki znak istnieje, jest przecież wyrażeniem mojej największej pasji - gargantuicznej radości obżarstwa. Znaczenie tego znaku to jedzenie (w sensie potrawy) oraz gotowanie.
Cóż. Ja pozostanę przy moim znaczeniu tego znaku, czyli niczym nieskrępowanej radości jedzenia :)

2014-06-10

Rzeka Wielkiego Widoku 大觀河 IV

O Rzece Wielkiego Widoku wspominałam już wielokrotnie (chociażby tu, tu i tu.). Ostatnio pojawiło się na niej niespotykane dawniej zjawisko:
Kanał jest regularnie czyszczony z liści i śmieci. Mało tego: miasto zaczęło bardzo gwałtownie inwestować w oczyszczalnie przy zapaskudzonym Jeziorze Dian - są to nieprawdopodobne kwoty rzędu kilku miliardów złotych i zgodnie z ostatnimi doniesieniami w ciągu paru lat jezioro i kanały przy jeziorze mają wrócić do stanu pierwotnego: jeziora, w którym można się kąpać, z bogatą florą i fauną, by poetycka nazwa Lśniąca Perła Wyżyny Tybetańskiej nie brzmiała sarkastycznie.
To się nie uda.
Dlaczego? Bo samo ładowanie pieniędzy w oczyszczanie jeziora nic nie zmieni, chyba, że firmy odpowiedzialne za wpuszczanie paskudztwa do jeziora poniosą konsekwencje i będą pod stałą kontrolą. Na razie jest tak, że to, co już jest oczyszczone, natychmiast zatruwają ścieki przemysłowe, których zaledwie 60% jest oczyszczanych przed wypuszczeniem do jeziora. W dodatku - jak zawsze, gdy chodzi o grubą kasę - "nikt nic nie wie". Odpowiedzialność rozmywa się w sposób niesłychany, wszystko jest po staremu, a jezioro brudne.
A ZB się w nim kąpał, jak był dzieckiem i pamięta jeszcze krystalicznie czystą wodę. Ech...

2014-06-09

Nuomiou

Kiedyś, bardzo dawno temu, opowiadałam o lotosie nadziewanym ryżem kleistym. Pyszna rzecz, swoją drogą. Kiedy pierwszy raz zobaczyłam to dziwo, zapytałam ZB, jak się toto nazywa. Spojrzał na mnie z uśmiechem huncwota i odpowiedział 糯米藕... i dodał tryumfalnie 與茱麗葉. Umarłam ze śmiechu. I, chociaż nienawidzę tłumaczyć żartów, po prostu MUSZĘ się z Wami podzielić.
糯米藕 to lotos ou 藕 z ryżem mi 米 kleistym 糯. Razem nuomiou.
與 yu to "i".
茱麗葉 Zhuliye to chińska fonetyczna wersja Julii, oczywiście zaczerpniętej z wymowy angielskiej, bo wymawia się "Dżulije".
Niejednokrotnie opowiadałam o tym, że w dialekcie kunmińskim istnieje pewnego rodzaju indyferencja względem wymowy spółgłosek "n" i "l". Jak się powie, tak jest dobrze. Obśmiewam wprawdzie ZB nieprzytomnie, gdy zamiast mleka niunai mówi jakieś dziwadło liulai, ale obśmiewanie nie skutkuje - nie macie pojęcia, jak ciężko się nauczyć rozróżniać brzmienia, które przywykło się uważać za jedno. A może Wy potraficie wypowiedzieć różnicę między "h" i "ch"? Poza starymi aktorami i Polakami zza Buga mało kto już potrafi...
Wracając do Kunmingu: dowcip zrozumiecie, jeśli zamiast "n" w nuomiou wstawicie "l". Luomiou 羅密歐. I 茱麗葉 Zhuliye.
Tak. To Romeo i Julia.
I właśnie w ten sposób mój ukochany sprawił, że myśląc o Szekspirze będę się ślinić do lotosu, a patrząc na lotos będę wspominać Romea...

2014-06-08

droga herbaty - opisanie herbaty słowami :)

Pytanie "jaka woda jest najlepsza do parzenia herbaty" pojawia się od czasu do czasu w mejlach do mnie czy podczas wykładów herbacianych. Czy jednak odpowiedź coś zmieni? Ktoś będzie łapał deszczówkę na herbatę? Czy może pojedzie w góry, żeby złapać świeżą, źródlaną? Mamy taką wodę, jaką mamy. Można kupować mineralną czy używać filtrów, ale na co dzień parzymy herbatę po prostu w zwykłej kranówie, nie bardzo mając nawet pojęcie, skąd ona właściwie się bierze.
A przecież "mówiąc o herbacie, nie można zacząć od herbaty, trzeba zacząć od wody". Tak w każdym razie sądzi Pan Xiangli. Kim ona jest, by wypowiadać się o herbacie? Pisarką, i to uznaną, sądząc z ilości nagród. Pisuje powieści i artykuły, a ja właśnie nabyłam zbiór jej esejów herbacianych. Książeczka wabi się "茶可道" i już z samym przetłumaczeniem tytułu mam problem. Oczywiste jest nawiązanie do "茶之道" czyli drogi herbacianej a także do taoistycznego 道可道 czyli Tao, które można wyrazić słowami. Drobna zmiana partykuły dzierżawczej 之 na możliwość 可 zmienia drogę herbaty w "możliwą drogę do herbaty" albo wręcz w "herbatę, którą można wyrazić słowami".
Nie na tytule kończą się wyzwania intelektualne. Autorka z pasją i swobodą opisuje własne doświadczenia herbaciane i przedstawia herbatę słowami wielkich znawców. Pisze zarówno o poszczególnych gatunkach herbaty, jak i o drobnych częściach składowych rytuału herbacianego. Nie ze wszystkimi stwierdzeniami się zgadzam, nie wszystkie pasują do moich doświadczeń herbacianych, ale na pewno wzbogaciły moją wiedzę i oczytanie herbaciane.
Czytam i się zachwycam. Wiedzą będę się dzielić, obiecuję! Nie obiecuję, kiedy to nastąpi, bo po prostu nie wiem..
Polecam i czekam na wydawcę, który chciałby taką książkę wydać w Polsce :)

2014-06-07

różdżyca rutewkowa 水蕨

Czy spotkaliście się kiedyś z tą rośliną? Wątpię. No chyba, że jesteście urodzonymi akwarystami i wiecie, jak się nazywa każda rybka i każda zielenina akwariowa. Bowiem różdżycę albo inaczej paproć wodną najłatwiej wyczaić właśnie na stronach dla akwarystów. Zresztą, nawet u cioci Wiki dostaniemy tylko informacje dla akwarystów - skąd pochodzi, że dekoracyjna itp. Lepiej w wersji anglojęzycznej, bo wspomniano, że poza użyciem dekoracyjnym, znane jest również kulinarne. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, jada się ją m.in. w Nowej Gwinei, Mikronezji i na Madagaskarze. Nikt jednak słowem się nie zająknął, że w Chinach również. Straszą za to, że jest rakotwórcza. Bez jakiegokolwiek poparcia w literaturze fachowej straszą, więc się jakoś nie boję. Dopiero jednak wyszukiwanie przez chiński google, czyli baidu, powiedziało mi coś więcej.
Mianowicie: że liście paproci wodnej są uważane za przysmak, bo są bardzo delikatne. Blanszuje się je najpierw, a potem płucze, by w końcu przyrządzić, najczęściej w sałatce, smażąc bądź dusząc. Jada się ją w całych Chinach - to znaczy, we wszystkich prowincjach, w których występuje, czyli m.in. w Jiangsu, Fujian, Kantonie, Syczuanie, Hubei, Anhui i Yunnanie. Jada się ją zaś, bo jest nie tylko przepyszna, ale i zdrowa: poprawia krążenie, działa przeciwbólowo i tak dalej.
No i na chińskich stronach znaleźć można przepisy. Myśmy zjedli różdżycę smażoną, więc taką się dzielę.

Składniki:
*różdżyca rutewkowa - ile macie pod ręką
*sól, vegeta, cebulka zielona, czosnek, chilli - co kto lubi.

Wykonanie:
1) różdżycę umyć i oderwać stare części liści/łodygi. Zblanszować i przepłukać zimną wodą.
2) na rozgrzanym tłuszczu obsmażyć czosnek i chilli, jak zapachną, dodać różdżycę i smażyć na dużym ogniu kilka sekund; dodać sól i vegetę.
3) gotowe :)

W naszej ukochanej dajskiej knajpie do smażenia dodają niedbale posiekane pomidory. Faktycznie, doskonale się komponują z czosnkiem i chilli...

2014-06-06

打牙祭 Ofiara dla zębów

Słyszeliście kiedyś o takim zwyczaju? Ja trafiłam na niego dopiero niedawno. Z ust ZB dowiedziałam się, że "tak się tylko mówi, nie chodzi o żadne zęby ani żadną ofiarę, tylko o suty posiłek", ale oczywiście mi to nie wystarczyło i zaczęłam szukać, o co chodzi.
Dayaji 打牙祭 to sformułowanie, którego pierwotne znaczenie dawno już wyszło z użycia. Chodziło bowiem o dawny zwyczaj, by na początku i w środku danego miesiąca księżycowego przyrządzać posiłki z mięsem. Skąd się sam zwyczaj wziął, wyjaśnię za chwilę, ale tymczasem minutę milczenia oddajmy czasom, w którym mięso jadało się dwa razy w miesiącu...
Dziś, zgodnie z tym, co powiedział ZB, mówi się tak po prostu na obfitszy i różnorodniejszy niż zwykle posiłek, niekoniecznie powiązany z jakąkolwiek księżycową okazją. Pochodzenie powiedzenia jest jednak na tyle ciekawe, że pozwolę sobie je tutaj przedstawić.
Zacznijmy od ofiary 祭. Znak sam w sobie ciekawy - ręka kładąca kawał mięcha na ołtarzu. I też to właśnie czyniono - w przykładnych rodzinach dwa razy w miesiącu na ołtarzach ofiarowywano bogom bądź duchom przodków suty, mięsny posiłek. Chińczycy są wspaniali w swej racjonalności, dlatego podarowawszy komu trzeba "duszę" mięsa, odkrawali z niego kąseczki "na ząbek" 牙 i stąd też ząb i ofiara w naszym powiedzeniu. Jest też inna teoria na temat tego, skąd w powiedzeniu ząb. Ponoć jednym ze składników ofiary miał być kieł dzika względnie słonia. Szkopuł w tym, że jakoś mi się nie widzi, by Chińczycy namiętnie polowali dwa razy w miesiącu na dziki czy słonie. Za to w ofiarę "rodzinną" dwa razy w miesiącu łatwo można uwierzyć - wiadomo, że w bogatszych domach ofiara musiała się składać z trzech różnych zwierząt 三牲 - mogły to być zwierzęta duże, czyli krowa, świnia i owca, albo małe - czyli na przykład kura, kaczka i królik. I znowu - mało którą rodzinę w dawnych Chinach stać by było na tak bogatą ofiarę dwa razy w miesiącu, więc można ją było ograniczyć do jednego zwierzątka, a w wypadku skrajnych biedaków można było po prostu kupić kawałek mięsa. Pierwszego i piętnastego dnia każdego miesiąca księżycowego syciły się więc mięsem duchy, a dnia następnego następowała ofiara dla zębów - po dwóch tygodniach postnego żarcia zęby mogły się nacieszyć gryzieniem mięsa. Po wiekach zaś "ofiara dla zębów" zaczęły po prostu oznaczać mięsny posiłek. Nie był to w żadnym razie zwyczaj związany tylko ze wsią, jako z miejscem, gdzie można było ubić świnię czy krowę. Tak zwane posiłki dayaji występowały też powszechnie w miastach. Na przykład właściciel sklepu czy majster musiał dwa razy w miesiącu zapewnić swoim pracownikom/czeladnikom mięsny posiłek. Jeśli mu się nie udawało - cóż... Powszechnie mawiano, że jeśli nie ma forsy nawet na dayaji, to znaczy, że dane miejsce zaraz zbankrutuje (牙祭不打,生意要垮) - co zapewne było powodem wytężonego szukania innej pracy.
Dlaczego akurat pierwszy i piętnasty dzień miesiąca księżycowego były takie ważne? Niektórzy sądzą, że to dlatego, że nałożyły się tu dwie tradycje: konfucjańskie czczenie przodków i buddyjski post. W domach, w których przestrzegano w te dwa dni buddyjskich postów, tym ważniejsze było, by następnego dnia pojeść mięsa. Buddyjscy ekstremiści się oburzą, że przecież Budda w ogóle zakazywał spożywania mięsa zwierząt, które specjalnie w tym celu zostały zabite. Niby tak. Z drugiej strony, buddyzm zen, w którym oświecenie można osiągnąć nie tylko poprzez mozolną pracę nad sobą, ale i przez "nagłe oświecenie" słynie z powiedzenia "odłóż nóż, a staniesz się buddą". Praktyczni Chińczycy mawiają więc "酒肉穿肠,佛留心中" - wódka i mięso przechodzą przez jelita, a Budda pozostaje w sercu. Prawdziwym, a w każdym razie głównym powodem niejedzenia mięsa była bowiem nie religia, a... ceny. W przedwojennych Chinach za równowartość kilograma mięsa można było kupić 5 kilo ryżu, a i na ten nie wszystkich było stać. Po wojnie też bywało różnie; dopiero ostatnich trzydzieści lat to dla większości miastowych Chińczyków stale podnosząca się stopa życiowa i żarcie mięsa w dużych ilościach.
Dziś mało kto używa powiedzenia w pierwotnym kontekście. Teraz na przykład mawia się o filmowych czy książkowych yaji (电影牙祭/新书牙祭)- czyli o rogu obfitości w danej materii i o płynącym stąd ukontentowaniu. Ja akurat dobrze to rozumiem - bo cóż przyjemniejszego od obłożenia się świeżo kupionymi książkami? :)

2014-06-04

投胎 reinkarnacja

Jeździmy sobie z ZB po Kunmingu na rowerach. W wielu miejscach są szerokie ścieżki rowerowo-skuterowe, oddzielone od jezdni pasem zieleni. W takich miejscach jeździmy swobodnie obok siebie, rozmawiając. Zazwyczaj nikomu to nie przeszkadza, zwłaszcza, że bynajmniej nie zajmujemy całej szerokości ścieżki, ale czasem trafia się jakiś burak, który, trąbiąc jak najęty i klnąc bez umiaru, wyprzedza nas tak, żebyśmy MUSIELI zacząć jechać gęsiego. Na wszystkie barwne przekleństwa mój Pan i Władca odpowiada z flegmą: 你忙著去投胎! czyli, w wolnym tłumaczeniu: pospiesz się do następnego wcielenia! To taki ładny kunmiński sposób na życzenie komuś szybkiej śmierci. Skoro mu się tak spieszy...
Swoją drogą to ciekawe, że ZB prowadzący samochód klnie aż uszy puchną, a jadąc rowerem jest górą spokoju :D

2014-06-03

Gałązka śliwy 一剪梅

W połowie lat osiemdziesiątych powstał serial, oczywiście opowiadający o nieszczęśliwej miłości, który przeszedł do historii. Nie z powodu wspaniałej gry aktorskiej czy nietypowych zwrotów akcji, a dlatego, że był to pierwszy tajwański serial, który został wyświetlony w Chinach. Oczywiście, odniósł ogromny sukces, za którym przyszła miłość do piosenki tytułowej, śpiewanej przez Fei Yu-Chinga. Dziś zarówno serial, jak i sama piosenka, trącą myszką. Toporne lata '80 odcisnęły piętno na aranżacji i sposobie śpiewania. A jednak chętnie wracam do nietuzinkowej melodii, którą niełatwo dobrze zaśpiewać. Wracam też do pięknych słów o miłości i dojmującego smutku, który mnie zawsze przy tej piosence ogarnia.


真情像草原廣闊
Prawdziwa miłość rozległa jest niczym step
層層風雨不能阻隔
nie przerwą jej piętrzące się przeciwności
總有雲開 日出時候
Nadejdzie dzień, gdy zza chmur wyjrzy słońce
萬丈陽光照亮你我
A jego promienie oświetlą Ciebie i mnie.

真情像梅花開過
Prawdziwa miłość zakwitła jak kwiat śliwy
冷冷冰雪不能掩沒
Śnieg i lód jej nie zdołają zniszczyć
就在最冷 枝頭綻放
Właśnie w największym zimnie zakwita czubek gałązki
看見春天走向你我
I widać zmierzającą ku nam wiosnę.

雪花飄飄北風嘯嘯
Płatki śniegu lekko tańczą, dmie północny wiatr
天地 一片 蒼茫
Cały świat zamglony
一剪寒梅 傲立雪中
Drżąca gałązka śliwy dumnie wychynęła ze śniegu
只為 伊人 飄香
Pachnąc tylko dla niej
愛我所愛無怨無悔
Kochaj wszystko, co kocham; bez skargi, bez żalu
此情 長留 心間
Miłość ta na zawsze zostanie w mym sercu.

Jeśli nieszczególna aranżacja utrudnia Wam zakochanie się w tej piosence, polecam nowszą wersję, raczej pod znakiem "dajmy czadu" niż "wczujmy się w tekst", ale akceptowalną ;)

2014-06-02

Święto Smoczych Łodzi 端午節

***
Dyskutujemy z ZB o Qu Yuanie. Niby wielki polityk, patriota i jeszcze literat, a jednak głupek. Głupek, bo zamiast na wygnaniu zbudować swoje życie od nowa, rzucił się do rzeki. Ani to konstruktywne, ani pomocne krajowi, generalnie raczej beznadziejne. Ja rozumiem, miłość do ojczyzny, te rzeczy. Ale będąc na obczyźnie też można działać dla kraju, prawda? Poza tym - minister ministrem, ale kto mu dał prawo krytyki króla? Władcy zazwyczaj nie lubią, gdy im ktoś nad uchem brzęczy, że źle robią. Często się to kończy raczej utratą głowy niż po prostu wygnaniem... Pchał się na wysoki stołek - powinien był widzieć, że zmusi go to do ugięcia karku. Albo do wyjazdu na drugi koniec świata...
Inna rzecz. Był poetą, prawda? Lubił to i nie był skromny - podpisywał się pod swoimi dziełami, w przeciwieństwie do wielu wcześniejszych poetów. Dlaczego, u licha, nie mogąc wrócić do kraju, nie pisał więcej? Dlaczego zamiast zająć się czymś, co nie tylko koi duszę, ale też pozostawia ślad w historii i faktycznie zmienia jakoś jej bieg - rzucił się rybom na pożarcie?!
Nie był oportunistą, fakt. Być może faktycznie był patriotą. Ale dlaczego takim głupim?...
***
Jemy ze świekrami kolację, jakoś parę dni przed świętem. Dzwoni szwagierka, mocno podekscytowana - kupiła dzongdze, tanio! Tylko nie wie, co z nimi zrobić. Jak to co? Ugotować!
Gdy okazało się, że nie wie, jak się gotuje dzongdze, zwątpiłam. Cóż, jest to zadanie trudne, acz nie niewykonalne. Trzeba wsadzić dzongdze do wody i gotować tak długo, aż ryż będzie ugotowany... Jak długo? Trzy - cztery godziny. Żadna filozofia.
...
Okazało się, że nie da rady i pyta świekrę, czy ta mogłaby to zrobić za nią. Mogłaby. "A ile tych dzongdzy kupiłaś?"
Pięć sztuk.
To tak jakby chcieć, bo ja wiem, ulepić dziesięć pierogów, albo kupić mięso na dwa kotlety schabowe...
***
W kunmińskim dzienniku internetowym ukazała się następująca informacja:
Pierwszy Festiwal Dzongdzów Yunnańskich Mniejszości rozpoczęty! Zrobiono największego yunnańskiego dzongdza - 5,78 kg.
Festiwal odbył się w Parku Narodowym Słonecznej Rzeki w Pu'er. Przybyli przedstawiciele wszystkich 26 yunnańskich grup etnicznych i pokazywali tradycyjne smaki i metody zawijania dzongdzów. Oprócz tego wspólnie stworzyli "dzongdza zjednoczonych sił", który jest właśnie dzongdzem - gigantem.
Na długich stołach postawionych w parku znalazły się wszystkie potrzebne ingrediencje: kwiaty, żożoba, zioła, kwaśna herbata, taro, pasta tofu itd. Były dzongdze zawijane w trójkąty, kwadraty, poduszeczki, prostokąty i inne. Każda z grup etnicznych ma swoje sposoby zawijania - i swoje sposoby obchodzenia Święta Smoczych Łodzi.[...]

Potem jeszcze było o konkursach i innych takich. Nieważne. Ważne, że do tego rekordowego dzongdza wpakowali ponoć wszystkie tradycyjne składniki - czyli składniki z 26 różnych typów dzongdzy. Jakież to musiało być paskudne w smaku...
Wesołego Święta Smoczych Łodzi!

2014-06-01

Nie ma drugiego takiego kraju XII

Z okazji Dnia Dziecka ostatnia już część cudów, które Pani Pastorowa miała do opowiedzenia o Chinach. Tym razem na tapecie

MISJONARZE

Czy są w Chinach jacyś? Tak, wielu, i więcej jeszcze tam się uda. Ale ilu jest potrzebnych dla tak wielkiej ilości ludzi! Misjonarze podróżują po Chinach, by rozprowadzać Biblie i katechizmy. Jeden z nich wynajął prymitywną lektykę z dwoma tragarzami. W niej podróżował do wiosek w górach, w których nigdy wcześniej nie widziano białego człowieka. Dzieci wrzeszcząc z przerażenia uciekały w ramiona matek. Mężczyźni zaś go otaczali, by zerknąć na jego ubrania i białą skórę. Byli ogromnie zaskoczeni bielą jego dłoni i przystawiali swoje, żółte, do jego, by zobaczyć różnicę. Ci górale byli bardzo uprzejmi i przynieśli obcemu herbatę i ciastka, by mógł się pokrzepić.
Angielska dama pojechała do Chin uczyć małe dziewczynki, jako że nikt ich nie uczył. Kilka tych biednych stworzeń ze swej szkoły uratowała przed niechybną śmiercią: ponieważ Chińczycy są tak okrutni, że zostawiają dziewczynki na ulicy, by umarły; mówią, że dziewczynki nie są warte trudu włożonego w ich odchowanie.
Pewnego zimnego, deszczowego wieczoru, panna Aldersey usłyszała cichy płacz za wejściowymi drzwiami, a gdy wyjrzała, zobaczyła biedne dziecię, owinięte w szorstką matę, leżące na kamiennym chodniku. Nie mogła znieść myśli o zostawieniu go wygłodzonym psom na pożarcie; przygarnęła je więc i wychowała.
Normalnym jest potykać się na ulicach o ciała zmarłych dzieci. W Anglii zabicie dziecka jest traktowane jak morderstwo, w Chinach jednak uważa się, że się nic nie stało. Mimo to Chińczycy twierdzą, że są dobrzy. Kiedy jednak zapytasz biedaka, gdzie sądzi, że pójdzie po śmierci, odpowie on „do piekła, oczywiście” i powie to z głośnym śmiechem. On sądzi, że pójdzie do piekła dlatego, że nie ma wystarczająco dużo pieniędzy na ofiary dla bogów; dlatego też wszyscy bogacze sądzą, że pójdą do nieba. Zwłaszcza mandaryni sądzą, że tam pójdą. Gdyby przeczytali Biblię, wiedzieliby, że Bóg ukarze królów i możnych, i wielkich dowódców, i wszystkich innych niegodziwców. [...]
Godne zauważenia są powody, dla których religia buddyjska zawitała do Chin. Któryś z chińskich cesarzy przeczytał raz w księdze Konfucjusza takie słowa: „Prawdziwy święty zostanie znaleziony na Zachodzie”. Dużo o tym myślał, aż w końcu zaczął o tym śnić. Był pod tak wielkim wrażeniem tego snu, że wysłał dwóch wielkich panów na poszukiwanie prawdziwej religii na Zachodzie*. Gdy dotarli oni do Indii, znaleźli czczące Buddę tłumy. Ten Budda był niegodziwcem, który urodził się w Indiach tysiąc lat wcześniej. Chińscy posłańcy uwierzyli we wszystkie absurdalne historie, które usłyszeli o Buddzie i wrócili do Chin z księgą o nim napisaną. Ach! Gdyby dotarli do Kanaan, usłyszeliby Piotra i Pawła głoszących Ewangelię. Niestety! Dlaczegóż nie pojechali dalej, dlaczegóż dotarli tylko tak daleko, by wrócić do Chin z bożkami!

Muszę coś wyznać. Bawiąc się świetnie przy czytaniu dzieła pani Mortimer nie podejrzewałam, że faktycznie się z niego czegoś dowiem. A jednak! Wspomniana w tekście panna Aldersey istniała naprawdę. Ba! Jest to osoba dość ważna, była bowiem pierwszą chrześcijańską misjonarką służącą w Chinach i faktycznie prowadziła szkoły dla dziewcząt, najpierw w Surabaja w Indonezji, a potem w Ningbo. Nie doczytałam, czy faktycznie przygarnęła jakieś chińskie dzieci; wiadomo jednak, że opiekowała się między innymi chińskojęzycznymi córkami innych angielskich misjonarzy, które z czasem zaczęły pomagać jej w nauczaniu. Ciekawa osoba. Trzeba będzie więcej o niej poczytać... :)

*pastorowa przytacza oczywiście słynną Wędrówkę na Zachód.