blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2014-04-30

persymonowe ciasteczka 柿子餅

Nieczęsto udaje mi się namówić świekrów na opowieści o dawnych czasach. Zresztą, "namówić" to złe słowo. Nie pytam, nie wchodzę za głęboko, bo wiem, jak bardzo ich bolą wspomnienia młodości. Czasem jednak przypadkiem, przy całkiem innym temacie, pojawia się jedna dygresja, potem druga, trzecia... Czasem udaje mi się podtrzymać wątek i chłonąć informacje. Zazwyczaj opowieści takie kończą się łzami w oczach świekry i przykazaniem, bym cieszyła się miłością i zdrowiem, bo tylko te dwie rzeczy są ważne i tylko tych dwóch rzeczy nikt mi nie odbierze. Gdy kończą opowiadać, wzruszenie mąci mi umysł; nie bardzo umiem zachować bezstronność badacza. Zresztą, całe szczęście nie muszę być bezstronna.
Tym razem świekra opowiadała o ciasteczkach persymonowych i o tym, jak się je robi. Gdy zapytałam, skąd wie takie rzeczy, zaczęła snuć opowieść.
Miałam wtedy jakieś dwadzieścia lat z kawałkiem, już miałam kończyć studia, gdy nas porozsyłano po wsiach, żebyśmy nawracali miejscowych chłopów na jedyną słuszną drogę. Rozdzielono nas po jedną-dwie osoby na gospodarstwo. Mieszkaliśmy z nimi, pracowaliśmy, jak trzeba było, no i oczywiście urządzaliśmy zebrania. A że chałupy były położone bardzo daleko od siebie, to czasem po śniadaniu człowiek wstał, poszedł do kilku chałup, że będzie zebranie i jak wrócił, to już był wieczór. Ja mieszkałam we wsi jakieś 60-70 km za Dali, w bardzo biednym regionie. Domy tam są tak zbudowane, że kuchnia i pokoje są na parterze, a na piętrze - spichlerz (jeśli nie wiecie, jak taki yunnański spichlerz wygląda, zapraszam tutaj). Myśmy spali właśnie na piętrze, w spichlerzach. To były sienniki ułożone bezpośrednio na podłodze - czyli zwykłych, nieoheblowanych balach. Zawsze spałam z nożem, na wszelki wypadek. Zresztą, wszędzie chodziłam z nożem, nawet do "ubikacji krajobrazowej" (风景厕所). Co to za ubikacja? No, taka z widokiem. Z widokiem z czterech stron świata. Szło się w dowolne miejsce, rozglądało, czy nie ma ludzi i... No. Czasem psy podchodziły skosztować, trzeba się było kijami od nich opędzać. Wyobraź sobie, załatwiasz dużą potrzebę i jednocześnie się opędzasz od psów...
W zależności od tego, u jakich się gospodarzy mieszkało, warunki były różne. Najlepiej we wsi mieli sołtys i sekretarz. Oni jednak rzadko przyjmowali pod swój dach studentów. Skorumpowani i bogaci, bez skrupułów wyrąbywali państwowe lasy pod budowę domów czy produkcję mebli, choć nikomu nie było wolno tego robić. Nikomu nie wolno było zarabiać prywatnych pieniędzy, ale oni zawsze wszystkiego mieli pod dostatkiem. Ale i między innymi gospodarzami były nierówności - u niektórych raz w tygodniu zarzynało się jakiś drób i mieszkający u nich studenci też się mogli najeść do syta. U innych zaś jadło się tylko kleik z kukurydzy. Bo wiesz, dawniej to tam ryżu nie było, mieli tylko kukurydzę. Kukurydzę mieliło się na kaszkę, a potem gotowało na parze. Trzeba było gotować dwukrotnie, żeby w ogóle dało się to zjeść. No i jedliśmy taką kaszkę trzy razy dziennie, po trzy-cztery miseczki. Tyle trzeba było zjeść, żeby się najeść, bo często nie było ani warzyw, ani mięsa. Ja mieszkałam u biednych ludzi, to mięso jadłam raz na dwa miesiące, jak partia sponsorowała. Czasem się załapałam na mięso, jeśli zebranie było u bogatszych gospodarzy.
Co mówiliśmy podczas zebrań? Przeprowadzaliśmy szkolenia z bycia dobrym komunistą i bycia dobrym Chińczykiem. Pouczaliśmy chłopów, że nie wolno im sprzedawać nadwyżek jajek, miodu czy innych dóbr, bo to kapitalizm i tak nie wolno. Wolno Ci mieć i samemu zjeść, ale nie wolno było sprzedawać. Popatrz, jaki to był idiotyzm - rząd wolał, żeby coś się zmarnowało niż żeby ktokolwiek mógł na tym zarobić. A ludzie głodowali. Więc przy każdej chałupie biegały kury i kaczki, przy każdej był ul, przy każdej rosły grządki z zieleniną czy owocami. Robiło się tylko dla siebie.
Mówiliśmy też o tym, że bycie sołtysem to zaszczyt i nie powinien być wykorzystywany do prywaty, ale kto by nas tam słuchał! Chłopi wiedzieli, że jak nie dadzą sołtysowi w łapę, to nic nie załatwią.
Wieś, w której mieszkałam, była biedna, ale mieli dużo persymon i orzechów. W tamtych czasach kilo wielkich jak pół pięści orzechów włoskich można było kupić za 26 groszy. Nie mieliśmy siatek ani czegokolwiek, w co można by te orzechy zapakować, więc jak po pół roku wyjeżdżaliśmy do domów, pozaszywaliśmy na sobie spodnie tak, żeby nic nie mogło dołem wypaść i napychaliśmy w spodnie tyle orzechów, ile się dało. Mieliśmy drobne pieniądze, przyznawane przez partię. Nie starczyłoby na kupno bluzki czy pary spodni, to chociaż orzechy żeśmy poprzywozili do domów...
Miód był pyszny. Jeśli się było u bogatego gospodarza i jeśli akurat miał on dobry humor, podawał ten miód w taki sposób: mączkę z kleistego ryżu zalewało się wrzątkiem i mieszało tak, żeby powstał "budyń", a później tę papkę słodziło się miodem. Toż to uczta była! No i ciastka z persymon. Trzeba było persymony, nie całkiem jeszcze dojrzałe, obrać dokładnie ze skórki (skórek nie wolno wyrzucić!) i wysuszyć. Suszyło się je na słońcu, wiele dni. Każdego dnia wieczorem naciskało się na nie i trochę spłaszczało, i przewracało na drugą stronę. Trwało to tak długo, aż były pomarszczone i prawie zupełnie płaskie. Wtedy brało się kamionkowy gar i układało warstwami: spłaszczone persymony i skórki, spłaszczone persymony i skórki i tak do pełna. Trzeba było ustawić je w chłodnym miejscu. W garze zachodziła reakcja chemiczna, dzięki której wytrącała się glukoza - ten biały pył na ciastkach persymonowych to właśnie ona. Dlaczego nazywamy to ciastkiem, choć są to po prostu suszone owoce? Pewnie właśnie przez ten cukier, na wierzchu persymon wygląda trochę jak mąka, a persymony są spłaszczone jak ciasteczka :)
Po pół roku wróciliśmy na uniwersytet, żeby pisać pracę końcową, ale tuż przed obroną wybuchła Rewolucja Kulturalna. Ech, w tamtych czasach być studentem nie było łatwo...
Na deser zdjęcie persymonowych ciasteczek:

2014-04-29

targ nocny 夜市

Gdy byłam na Tajwanie (po raz pierwszy prawie 10 lat temu! Gdzie się podziały te lata?!!), zakochałam się w wielu rzeczach - w żarciu z różnych stron świata, w tajwańskiej uprzejmości, we wspaniałej pogodzie, w milionie drobiazgów. Jednym z tych zakochań były nocne targi - tak sławne, że jest nawet strona o nich w wikipedii. Nie mogłam oczom uwierzyć, gdy to ujrzałam po raz pierwszy: pozamykane dla pojazdów ulice, których drugie, barwne życie, zaczyna się dopiero po zapadnięciu zmroku. Te cudne przekąski - to właśnie na nocnym targu pierwszy raz jadłam baozi, pierwszy raz spróbowałam okonomiyaki czy bawarkę z tapioką. Kochałam spacery w tłumie Tajwańczyków, z "lodami" - owocami wrzuconymi do miseczki z poszatkowanym na śnieg lodem - w dłoni. Gdy tylko naumiałam się trochę chińskiego, zaczęłam nieprzytomnie targować się o każdy ciuch, który tam kupiłam. Zawsze znajdowałam coś ciekawego, zawsze znajdowałam coś dla siebie, zawsze wracałam do domu uboższa w portfelu, ale bogatsza duchem.
Kiedy przyjechałam po raz pierwszy do Kunmingu, wiele rzeczy mnie zaskoczyło. Inaczej brzmi tu mandaryński, jest inny klimat, wszystko inaczej smakuje, chociaż tak samo się nazywa, ludzie są inni, życie ma inne tempo. Wiedziałam mózgiem, że tak będzie, ale serce było na to kompletnie nieprzygotowane. Tego miliona rzeczy, za które pokochałam Azję, tutaj po prostu nie było. Ach! Czyli nie pokochałam Azji, tylko jej bardzo specyficzny wycinek, Tajpej. I to Tajpej sprzed 10 lat, czyli pewnie zupełnie inne od obecnego... Przyjechałam do Kunmingu i wszystkiego zaczęłam się uczyć od nowa. Zdołałam pokochać Yunnan, choć taki był różny od mojego raju na ziemi. Jednego jednak nie mogłam Kunmingowi wybaczyć: tutaj nie ma nocnych targów! Tak, są miejsca, które żyją wieczorami - jakieś knajpy podkurkowe, Kundu - barowa część miasta itd., ale targu nocnego jako takiego - nie ma. Na próżno szukałam, nigdzie nie mogłam znaleźć. Ponarzekałam trochę i... zapomniałam.
Dopiero teraz, mając tutejszego męża, postanowiłam dowiedzieć się, o co chodzi. Dlaczego nie ma nocnych targów? "Jak to nie ma? - odparł zaskoczony ZB. - przecież są!"
Wybraliśmy się więc na targ nocny. Byłam podekscytowana, szczęśliwa, ożyły we mnie dobre tajpejskie wspomnienia.
Oto, co zobaczyłam na miejscu:
Nie udało mi się ukryć rozczarowania. No tak, jest późno w nocy, są otwarte knajpki i przyczepki z owocami, a nawet przenośne wieszaki z ubraniami. Takich miejsc jak to można w Kunmingu znaleźć ze sto, z tymi na ulicy obcokrajowców na czele. Kto jednak kiedykolwiek odwiedził prawdziwe nocne targi, z "knajpkami" na świeżym powietrzu, ale i krzesełkami dla gości, z milionem smaków, zapachów i barw - zrozumie moje rozczarowanie. Zapisałam w kajeciku: "zabrać ZB na Tajwan i pokazać mu prawdziwy targ nocny". Ech...

2014-04-28

chiński

Kolejny dawny znajomy, Tajwańczyk poznany w Tajpej, a mieszkający od wieków w Szanghaju, usłyszał mnie pierwszy raz po dziewięciu latach. Pamiętam go z Tajpej jako osobę sympatyczną, dobrze wychowaną, zawsze pomocną - zwłaszcza to ostatnie mnie ujęło, bo wtedy właśnie zaczęłam naukę i czasami naprawdę potrzebowałam pomocy tubylca.
Patrzy na mnie, uśmiecha się złośliwie i mówi: "przez tych parę lat nic się Twój chiński nie zmienił".
Przełykam obelgę, odpowiadam po polsku. Kolega baranieje, słucha, słucha, ja się uśmiecham, mówiąc jakieś losowe zdania, w końcu przerywam i mówię po chińsku: "cóż, Twój polski też".

2014-04-27

Nie ma drugiego takiego kraju VII

Niedziela=czytanie. To pewnie dlatego, że w soboty i niedziele ZB jest całymi dniami w pracy. W sobotę robię zakupy, pyszne żarcie, piorę, prasuję, a jeśli mi się bardzo nudzi, to nawet czasem sprzątam. W soboty robiłam lampiony, w soboty nalewkuję, przestawiam sprzęty w mieszkaniu itd. Niedziela to ukochane seriale, filmy, książki i muzyka. I radio. Trójka i jazz, konkretnie. Czasem Dwójka. Książki różne, ale głównie te o Chinach, bo niestety zawsze mam za dużo książek kupionych, stoją i czekają na swoją kolej. Ech... Są też artykuły gazetowe. Niby codziennie mam czas czytać, ale tak na poważnie to czytam tylko w weekendy, na co dzień to tylko wiadomości. No więc niedziela to rozrywki yntelektualne. Jeszcze jakiś czas pomęczę Panią Pastorową, a potem pewnie będę się dzielić innymi inszościami. Dzisiaj będzie o geografii Chin.

TRZY WSPANIAŁE MIASTA

Pekin na północy.
Nankin pośrodku.
Kanton na południu.

Pekin jest największy.
Nankin jest najuczeńszy.
Kanton jest najbogatszy.

W Pekinie znajduje się pałac cesarski. Ogrody są niezmiernie wielkie, są w nich góry i jeziora, i zagajniki wewnątrz murów, a także domy dla krewnych cesarza.
W Nankinie znajduje się chińska wieża. Jest zrobiona z porcelanowych cegieł i składa się z dziewięciu pomieszczeń, jedno nad drugim. Jest wysoka na dwieście stóp, zdumiewająca wysokość. Do czego służy? Do niczego – albo do czegoś gorszego niż nic. To świątynia Buddy, pełna jego podobizn*.
W Kantonie jest tak dużo ludzi, że nie wystarcza dla nich miejsca na ziemi; dlatego tysiące żyją na wodzie, w łódkach. Wielu z nich nigdy nie przespało nocy na brzegu. Dzieci często wypadają za burtę, ale ponieważ mają do szyi przytroczone wydrążone tykwy, dryfują i są szybko wyławiane.
Bardzo długi czas Chińczycy nie pozwalali obcokrajowcom przybywać do ich miast. Wiele zagranicznych statków przypływało do Kantonu, by kupić herbatę i jedwab; ale kupcom zabroniono wchodzić do miasta, żyli więc na małej wysepce w pobliżu i na niej zbudowali miasto zwane Macao. Później chiński cesarz zgodził się, by obcy mogli wpływać do pięciu portów, które nazywają się: Shang-hae, Ning-po, Foo-choo, Amoy i Hong-Kong**. Ten ostatni port, Hong-Kong jest wyspą w pobliżu Kantonu, na której Anglicy wybudowali miasto i nazwali je Wiktoria.

DWIE RZEKI

Jedna nazywa się Yeang-te-sang albo „Syn Oceanu”***. Jest największa w Azji.
Druga to Rzeka Żółta, nazwana tak, gdyż miękka glina zmieszana z wodą nadaje jej żółtą barwę.

JEZIORA

Są tam ogromne jeziora, pokryte łodziami i rybakami. Ale najlepszymi rybakami są tresowane kormorany, które łapią ryby dla swych panów.

DWA WIELKIE CUDA

Wielki Kanał jest cudem. Łączy dwie rzeki, dzięki czemu Chińczycy mogą przebyć wodą drogę z Kantonu do Pekinu.
Wielki Mur jest większym cudem, ale nie aż tak użytecznym jak kanał. Mur został zbudowany na północy Chin, by zatrzymać Mandżurów. Jest długi na 1500 mil, wysoki na 20 stóp i szeroki na 25. Nie było jednak w Chinach wystarczająco dużo żołnierzy, by zatrzymać wrogów na zewnątrz i Mandżurowie przeszli przez mur.
Cesarz jest Mandżurem. Cesarzowa nie ma małych stóp, jak Chinki. To Mandżurowie zmusili Chińczyków do golenia głów, choć zwykli oni związywać włosy w węzeł na czubku głowy. Wielu Chińczyków wolało stracić głowę niż włosy. Czyż to nie okrutne ścinać im głowy tylko dlatego, że nie chcieli ich ogolić? Ale Mandżurowie byli bardzo okrutni wobec Chińczyków****.

Przez długą chwilę nie mogłam sobie z głowy wybić wizji dzieci z wydrążonymi tykwami przymocowanymi do szyi, dryfujących wokół Hongkongu... :D

* chodzi oczywiście o pagodę; choć pani Mortimer nie podaje nazwy „wieży”, mówi rzecz ważną – że została ona zrobiona z porcelany. Musi więc chodzić o sławną w owym czasie, dziś już nieistniejącą, Porcelanową Wieżę w Nankinie.
** kolejno: Szanghaj, Ningbo, Fuzhou, Xiamen i Hongkong.
*** mowa oczywiście o Jangcy, przy czym warto zauważyć, że tłumaczenie „Syn Oceanu”, przytoczone za Matteo Riccim, jest błędne – ach te chińskie homofony, z 揚子江 zrobiono 洋子江 ...
**** W oryginale mowa o „Tartarach”. Jest to pojęcie bardzo szerokie, ponieważ obejmuje swojskich Tatarów, Mongołów, mieszkańców zachodniego Turkiestanu i zachodniej Syberii, aż po Mandżurię. I wprawdzie Mur nie powstał po to, żeby bronić Chiny przed Mandżurami – a w każdym razie nie tylko po to i nie w tym czasie, w którym obrona przed Mandżurami była potrzebna, ale skoro w następnym zdaniu mamy, że cesarz jest Tartarem, pozwoliłam sobie przetłumaczyć nieszczęsnych Tartarów na Mandżurów.

2014-04-26

nadziewany lotos

Uwielbiam kłącze lotosu. Jest to jedno z najwspanialszych warzyw świata, można je gotować, smażyć, piec, grillować, jeść na ostro w sałatce. Mniam! W ogóle nie rozumiem, dlaczego w Polsce się tego nie jada - przecież można uprawiać w naszym klimacie, ech...
W Yunnanie jada się kłącza lotosu nadziane ryżem kleistym. Trzeba je tylko pokroić na plasterki i usmażyć.
I ryż, i lotos są słodkawe w smaku, więc w zasadzie nie trzeba doprawiać, ale można maczać na przykład w cukrze/miodzie albo w soli wymieszanej z pieprzem syczuańskim czy w zmielonym chilli. Zdecydowanie jest to tutejsze must eat :)

2014-04-25

zagadka

Do czego służą te budynki?
To suszarnie tytoniu w Hubei.
Kto myślał, że to tradycyjne piece garncarskie, ręka w górę ;)

2014-04-24

‎Hajji Mahmud Shamsuddin حاجی محمود شمس الدين

Z okazji ferii okołonoworocznych wybraliśmy się do Kunyangu 昆陽, miasteczka przy południowym krańcu Jeziora Dian. Właściwie nie wiem do końca, dlaczego akurat tam, ale niech już będzie. Miałam nadzieję, że się pobawimy, zjemy coś dobrego i tak dalej. Do pewnego stopnia zapomniałam, że w Nowy Rok w Chinach jest wszystko pozamykane, ale z drugiej strony sądziłam też, że w muzułmańskim miasteczku będzie inaczej. W Kunmingu na przykład większość muzułmańskich knajp została otwarta już na drugi dzień po obchodach noworocznych. W Kunmyangu to nie zadziałało. Okazało się, że była tam tylko jedna uliczka przy parku, zastawiona straganami z "szał-kał" jak kumpel przechrzcił te takie małe szaszłyczki. Cóż. Wróciliśmy na kolację do domu. Ale zanim wróciliśmy, przewędrowaliśmy przez całe miasteczko, znajdując meczet, który nie jest meczetem, a domem kultury imienia Zheng He.
O nim więcej za chwilę. Wracając do Kunyangu: tutaj naprawdę nic nie ma. Miasto liczy niecałe 40 tysięcy mieszkańców, co jak na Chiny jest po prostu niczym. Mieszkańcy zajmują się, poza budowaniem domów i maszyn, uprawą i wyrobem kauczuku oraz wytwarzaniem jedzenia, z którego największą sławą cieszą się tutejsze zmacerowane i suszone kaczki (滷鴨/板鴨). Od strony kulturalnej poza parkiem Zheng He może się miasteczko poszczycić również organizacją "Międzynarodowego Święta Zheng He", odbywającego się 11 lipca każdego roku. Międzynarodowość polega na tym, że płacą kilku obcokrajowcom z Kunmingu za uczestnictwo. Wiem, bo też w ten sposób zarobiłam kilka stów...
Wracając do tematu: któż to taki, ten Zheng He, którego wielgaśny pomnik stoi przy ryneczku jego imienia, wejściu do parku jego imienia i w ogóle?
Najsławniejszy chiński podróżnik. A dlaczego akurat w Kunyangu znajduje się dom kultury jego imienia i dlaczego ma formę meczetu? Po pierwsze, pochodził on z wioseczki Zhidai 知代村 położonej tuż obok dzisiejszego Kunyangu, a po drugie urodził się w muzułmańskiej rodzinie - w tytule znajduje się jego imię w niezsinizowanej wersji. Oczywiście, zanim zaczął się nazywać Zheng, wabił się Ma, jak większość chińskich muzułmanów. Ma oczywiście stoi za Mahometa czy, jak kto woli, Muhammada, ale to zupełnie inna para kaloszy. Wsławił się podróżami do Afryki i zbudowaniem imponującej floty; jeden statek Zheng He mógł zabrać parę razy więcej załogi niż trójstatkowa flota Kolumba (porównanie statków można znaleźć na przykład tutaj)! Żyjący na przełomie XIV/XV wieku Zheng He był niezwykły również pod innymi względami. Udawało mu się na przykład łączyć wiarę w islam z buddyzmem i taoizmem - szczególnie z wiarą w Boginię Morza - Mazu. Poza tym jest czczony przez chińskiego pochodzenia ludność mieszkającą w kilku krajach Azji Południowo-Wschodniej.
W sumie się nie dziwię, był ciekawy. Szkoda, że dziś w krainie jego dzieciństwa poza parkiem, statuą i wycieraniem sobie ust jego imieniem, nikt nie dba o to, o co dbał sam Zheng He - czyli o kontakt z dalekimi krajami, o utrzymywanie z nimi przyjaznych stosunków i o próbę zrozumienia Obcego...

2014-04-22

Angielski

Mój Koreański Braciszek (KB), przez którego zaczęłam się uczyć chińskiego i w którym się niewinnie podkochiwałam dawno, daaaaaaawno temu, wrócił do Chin. Pracuje gdzieś w okolicach dolnego biegu Jangcy, więc dość daleko ode mnie, ale przecież są telefony. Pytam, co u jego żony, Tajwanki, i córki. Córka już w drugiej klasie podstawówki - cholera, ależ ten czas zapiernicza, dziesięć lat temu byłam na ich weselisku, dekada przemknęła jak z bicza trzasnąć - zostały na Tajwanie, bo żona wprawdzie nigdy nie była w Chinach, ale WIE, że NA PEWNO w całych Chinach nie znajdzie dobrej szkoły dla SWOJEGO dziecka i w związku z tym woli, żeby dziecko widywało tatusia tylko przez skajpa i od święta na żywo. Sama widywać tatusia chyba w ogóle nie musi - poświęcenie dla edukacji czy po prostu typowe azjatyckie małżeństwo dla rodziny i potomstwa a nie z miłości? Nie moja broszka, nie wnikam.
KB zaczął się uczyć chińskiego już w liceum; pracował wiele lat na Tajwanie, a od kilku lat ciągle bierze kontrakty w Chinach - pewnie ze względu na to, żeby być stosunkowo blisko żony i córki. Chin nie lubi, uważa, że jedzenie tutaj jest brudne i niezdrowe, dlatego jeździ raz w miesiącu do Szanghaju, robi wielokilogramowe zakupy w koreańskim markecie i sam sobie gotuje. W Chinach lubi tylko tanie masaże, wykonywane przez atrakcyjne panienki, z którymi notorycznie flirtuje i tani alkohol, którym przy każdej okazji upija się do nieprzytomności. Kiedy jedzie do Szanghaju na zakupy, mieszka w pensjonacie prowadzonym przez Koreańczyków, z koreańską telewizją, koreańskimi gośćmi, koreańskim żarciem i koreańskimi gazetami. Będąc w Szanghaju jada... no, domyślacie się, w jakich knajpach? Ma kilku chińskich znajomych, z którymi chodzi do barów dla białasów. Nauczył się tego stylu barowego, gdy mieszkał w Stanach.
Mniejsza o to. Żyje, jak lubi.
Ten otóż człowiek dzwoni do mnie, żeby porozmawiać z polską siostrzyczką, za którą tak bardzo tęskni. Rozmawiamy. W połowie rozmowy stwierdza potępiająco: "oj, ten Twój angielski się znacznie pogorszył!", a ja z niezmąconym spokojem odpowiadam: "bardzo być może. Cóż, jesteś jedynym moim znajomym, który mając chińskojęzyczną żonę i córkę i mieszkając w Chinach/okolicach od prawie piętnastu lat, nadal musi ze mną rozmawiać po angielsku zamiast po chińsku. Rzadko więc mam okazję ćwiczyć..."
Kurtyna.

2014-04-21

makowiec

Dwie Polki przyjechały pozwiedzać Yunnan. Udało nam się spotkać, zakumplować, podjeść tutejszych przysmaków; ja je rozpieściłam oprowadzeniem po ciekawych miejscach w Kunmingu, a one mnie - pytaniami, na które tak uwielbiam odpowiadać i... makiem. Dostałam mak i z okazji Świąt nie zawahałam się go użyć. Wprawdzie nie te Święta i powinna być babka zamiast makowca, ale musiałam, po prostu MUSIAŁAM coś upiec z tym makiem. Sami rozumiecie.
Gdy umieściłam na Łiczacie zdjęcia rogalików z makiem
i makowca,
szwagierka powiedziała, że chętnie pomoże się nam pozbyć nadmiaru. Zaprosiłam ją oczywiście, a dwie godziny później okazało się, że nie przyjdzie sama i nagle z trzyosobowej kolacji zrobiła się kolacja sześcioosobowa. Upiekłam szynkę, przygotowałam kilka dań chińskich, z reszty maku upiekłam torcik makowy i przełożyłam go kremem kawowym.
Nie bałam się, że mi żarcia dla gości nie starczy. Miałam jajka po japońsku i nawet talerzyk z chabaziem, pisanką i pieczywem na cudnej babcinej serwetce.
Kolacja była bardzo udana; przymknęłam oko na maczanie wspaniałego schabu w płatkach chilli i na to, że hitem wieczoru były głównie dania w wykonaniu mojego Pana i Władcy. Kiedy skończyliśmy posiłek, zaprowadziłam szwagierkę do stolika słodyczowo-herbacianego i z dumą pokazałam ciasto. Pierwszy makowiec, który samodzielnie upiekłam rewelacyjnie wyrósł, nigdzie się nie pozapadał, nie popękał, nie był przesłodzony - taki, jaki ma być makowiec po prostu.
A szwagierka pyta: gdzie to ciasto? Ja tu widzę tylko chleb. A, ten chleb z makiem to Twoje ciasto? Aha...
Dobrze, że w odwodzie miałam torcik. Bowiem w głowie przeciętnego Chińczyka po słowie dangao 蛋糕 czyli dosłownie "ciasto z jajkami" pojawia się właśnie tort. Oczywiście, żeby to był prawdziwy - dla Chińczyka - tort, powinien bazować na cieście biszkoptowym, być przełożonym chemiczną bitą śmietaną, a ozdobiony koktajlowymi pomidorkami wśród innych owoców. Jeśli nie ma obrzydliwie słodkiego kremu i owocków na wierzchu, to nie jest ciasto, tylko chleb.
Dla przeciętnego Europejczyka chleb to twór z mąki, drożdży, wody i odrobiny soli. Jeśli się doda jajka i mleko - to już jest ciasto. Dla przeciętnego Chińczyka różnice tkwią zupełnie w czymś innym. Po pierwsze: do chińskich "chlebów" dodaje się cukier, mleko czy jajka. Po drugie: nie istnieją chleby na zakwasie - wg Chińczyków są one "dziwne", bo kwaśne, a może nawet "zepsute". Więc nigdy nie ma dzikich drożdży, a zawsze szlachetne i to w dodatku ZAWSZE suszone, a nie świeże. Jeśli nie drożdże szlachetne, to proszek do pieczenia. Tak, ciasto wyrosłe na proszku do pieczenia Chińczyk nazwie również chlebem.
Żeby dokładniej zbadać temat, weszłam na chińskie forum omawiające różnice między ciastem a chlebem.
1. chleb robi się z mąki wysokoglutenowej, a ciasto z niskoglutenowej.
Ja tam do wszystkiego mam jedną, ale ja się nie znam.
2. chleb musi sfermentować, a ciasto nie.
Chyba chodzi o użycie drożdży. Nie wiem wprawdzie, skąd wzięli to, że w cieście nie może być drożdży ale niech tam.
3. Chleb trzeba wyrobić, aż będzie sprężysty, a ciasto nie może być sprężyste, a delikatne i lekkie.
A co z ciastami półkruchymi i kruchymi? Nie mają być twarde? Czy nie są ciastami? A jak coś jest sprężyste, to jest to chleb? Szkoda, że nie trampolina...
4. Różnią się też temperaturą i czasem pieczenia. To znaczy, chleb od ciast się tym różni. Różnic pomiędzy poszczególnymi typami chleba czy ciast nie uwzględniono :)
I jeszcze ładny cytacik: "do chleba zazwyczaj wybiera się mąkę wysokoglutenową, chleb robi się z mąki, jajek, cukru, drożdży i śmietany, wymieszanych tak, by utworzyć ciasto, które następnie wyrasta i się je piecze. W przeciwieństwie do tego ciasta zazwyczaj robi się z mąki niskoglutenowej [tu rodzaje ciast, bez sensu wymieniać]. Tu muszę podkreślić, w chlebie niekoniecznie jest mniej jajek niż w cieście; różnią się przede wszystkim strukturą, bo chleb jest sprężysty, a ciasto puszyste."
Do tego wpisu bardzo pasuje historia opowiedziana mi przez kaykę. Pewien Tajwańczyk próbował jej wyjaśnić, dlaczego biali są grubi. Otóż dlatego, że cały czas jemy chleb, a wszyscy wiedzą, że w chlebie jest mnóstwo cukru...

2014-04-20

Nie ma drugiego takiego kraju VI

Dzisiaj króciutko, bo po pierwsze miałam mało czasu, a po drugie Pani Pastorowa niewiele miała do powiedzenia o florze i faunie Chin.
ZWIERZĘTA I DRZEWA

Kiedyś w Chinach mieszkały lwy, ale zostały wybite; w górach i lasach przy granicach nadal żyją niedźwiedzie i tygrysy. Są tam małe dzikie koty, które są łapane i zamykane w klatkach, a potem zabijane i gotowane. Są tam również koty udomowione, z miękką sierścią i zwisającymi uszami, które są trzymane przez damy jako zwierzątka domowe.
Są tam psy, które strzegą domów, one również są jadane; jednak ponieważ karmi się je tylko ryżem, ich mięso jest lepsze niż mięso naszych psów. Psy te są tak inteligentne, że wiedzą, gdy rzeźnik zabiera psa, którego chce zabić i biedne stworzenia otaczają go, ujadając, jakby błagały o ocalenie życia ich brata.
Świnia jest głównym daniem Chińczyka, ponieważ może być tuczona resztkami, a w Chinach jest niewiele nadwyżkowego jedzenia.
W Chinach nie ma zbyt wielu ptaków, ponieważ nie ma miejsca na drzewa. Tylko jeden ptak śpiewa i buduje swe gniazda na ziemi; jest to ptak, którego śpiew często słyszymy w Anglii – mam na myśli skowronka.
W większości miejsc w Chinach to ludzie noszą wszystkie ciężary, nie konie czy osły.
Wytworny pan jest noszony w lektyce przez dwóch mężczyzn, a mandaryn przez czterech. A cesarz jeździ konno.

Zabił mnie brak miejsca na drzewa. Fakt, Chiny są mało zalesione, ale raczej nie z powodu braku MIEJSCA, prawda?

2014-04-19

Jajka po japońsku

Mieszkając z dala od Polski i nie żyjąc w kręgu Polaków, zdarza mi się zatęsknić. Na co dzień niepokój w sercu rozładowują nocne Polaków rozmowy, które dzięki skajpowi mogę przeprowadzać. Rzadko, za rzadko, przyjeżdżają goście, którzy nasycają mnie nowinami i polszczyzną. Czytam książki, słucham radia. Piszę. Czasem odległość kłuje bardziej. Nie ma zapachu choinki i świąt, nie ma makowca, nie ma koszyczka ze święconką. Nie ma pięknego zapachu i nocy duchów w Zaduszki. To wszystko to - Polska. Nie religia. Rytuał stracił dla mnie piękno bycia we wspólnocie, ale zachował smak i zapach dzieciństwa. Dlatego w roku ubiegłym mój stół świąteczny wyglądał tak:
Miałam wtedy okazję spędzić te dni z Rodzicami i przyjaciółmi; w tym roku mi trochę samotniej i smutniej, ale postanowiłam, że się nie dam i tym razem rzucę na stół jajka po azjatycku.

Wasabi tamago 山葵卵* czyli jajka z chrzanem po japońsku

Składniki:
*jajka na twardo
*wasabi
*sól

Wykonanie:
1)obrać jajka, przekroić na połówki
2)żółtka powyjmować i rozdziabać widelcem, a potem dodać po uważaniu wasabi i soli. Ja nie przesadzam z ilością, bo nie chcę płakać podczas jedzenia ;)
3)masą wypełnić białka.
4)pokroić w ćwiartki - wygodniej się będzie jadło.
Przepis po chodzi z tej książki (którą osobiście bardzo lubię, a która została mi polecona przez Japończyka, który ręczył głową za autentyczność potraw ;))
Wesołych Świąt!

*moja własna improwizacja na temat tego, jak można zapisać nazwę tej potrawy; nie mam pojęcia, czy poprawnie :D Swoją drogą to ciekawe, że po chińsku potrawa nazywałaby się zapewne 芥末雞蛋. Niby i to chińskie znaczki, i to, a jednak jest to całkiem coś innego...

2014-04-18

吐槽 rzyganie w żłób

Czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek narzygać w czyjś żłób?
Tucao 吐槽 to właśnie znaczy. Jednak używane jest raczej na określenie osoby, która wygrywa każdą rozmowę jakimś ironicznym/sarkastycznym komentarzem, który zmiata interlokutora z powierzchni ziemi. Nie tylko rozmowę zresztą - zachowanie, minę, cokolwiek. Jeśli możemy się "wciąć" i kogoś zabić słownie - właśnie narzygaliśmy w jego żłób.
Oczywiście, to nie jest tradycyjne sformułowanie. Zostało zapożyczone z japońskiego tsukkomi (ツッコミ) i weszło w język internetowej młodzieży. Starszy Chińczyk zrozumie, o co chodzi tylko, jeśli porównamy rzyganie w żłób do "klaunowania pełnymi garściami" 捧哏 - co oznacza dokładnie to samo - zabawne komentowanie słów rozmówcy. Z kolei młodzi Chińczycy o tym klaunowaniu nie będą mieli pojęcia, zanika bowiem wiedza o chińskiej, dwuosobowej wersji kabaretu. Xiangsheng właśnie na tym polega: jedna osoba jest kompletnie poważna, druga ją wykpiwa. Ta kpiąca postać to 捧哏者.
W internetowych poradnikach, jak udatnie rzygać w czyjś żłób, pojawiają się uwagi zabawne z punktu widzenia zachodniego użytkownika. Otóż wyjaśnia się na przykład, że owo rzyganie nie ma nic wspólnego z nienawiścią do kogoś, z opluwaniem wzajemnym, z wytykaniem błędów i ogólnie negatywną oceną. Rzyganie w czyjś żłób, moi drodzy, to sztuka dla sztuki. Bo widzicie... Chińczycy normalnie tego nie robią. Nie i już. Złośliwość bez odebrania komuś twarzy? Złośliwość w przyjaźni, taka odświeżająca? Złośliwość przy której można się śmiać z samych siebie, a nie od razu chcieć komuś dać w mordę? To w Chinach prawie nie istnieje. Kiedy znajduję w Chinach kogoś takiego, trzymam się go kurczowo, bo nieprędko mi się zdarzy następny okaz. Te słowa, które istnieją w Chinach na określenie ironii i sarkazmu - na przykład 諷刺 albo 挖苦 - kryją w sobie bycie złym człowiekiem, kopanie bezbronnego szczeniaczka i mówienie dzieciom, że Święty Mikołaj nie istnieje. Pamiętam, jak mówiłam Wei, że ja tylko żartowałam złośliwie o czymś tam, bez złości. Nie uwierzyłam, kiedy mi powiedziała, że słowa, które istnieją po chińsku na złośliwości i sarkazm, są bardzo pejoratywne.
Właśnie dlatego tak ucieszyło mnie "rzyganie w żłób". Wreszcie będzie można wytłumaczyć ludziom, o co chodzi. Oczywiście, znaczenia tego zwrotu nauczył mnie ZB, który z rzygania powinien robić doktorat, a przypomniała mi o nim Piekielna Fantazja. Dziękuję :)

2014-04-17

Długie Jezioro 長湖

Jeśli kiedyś będziecie się wybierać do Kamiennego Lasu, nie zapomnijcie ubrań na zmianę i zapasów pożywienia. Nie, nie dlatego, że Kamienny Las jest tak daleko. Nie dlatego, że jest tak ogromny, że trzeba w nim spędzić noc - po prawdzie, parę godzin solidnego spaceru absolutnie wystarczy. Warto za to przy okazji wybrać się nad Długie Jezioro 長湖.
Położone zaledwie 26 km od Kamiennego Lasu Długie Jezioro jest położone na prawie 2000 m.n.p.m i otoczone górami. Zasilane podziemnym źródłem jezioro krasowe, długie na 5 kilometrów, szerokie na 300 metrów, nie jest bardzo głębokie - zaledwie 24 metry w najgłębszym miejscu. Woda jest przejrzysta i niezapaskudzona. Jezioro otacza las mieszany, najbardziej pachnący sosną yunnańską. Nie dlatego jednak jest sławne. Hmmm... Jeśli już przy tym jesteśmy - w ogóle nie jest sławne. Albo jeszcze inaczej - jest znane, ale nie z powodu wspaniałych okoliczności przyrody i cudnego położenia. Jest znane dlatego, że jest ukochanym biwakowo-grillowo-wakacyjno-sanatoryjnym miejscem Kunmińczyków.
Można tu wędkować, wypożyczyć bambusową łódkę, chodzić po górach, pływać, strzelać z łuku. Można biwakować - na miejscu są namioty do wynajęcia. Można przyjechać na piknik - wzdłuż łąki ustawione są paleniska grillowe.
Kiedy nie wolno tutaj przyjeżdżać? Przede wszystkim we wszystkie weekendy, kiedy szpilki sosny yunnańskiej się nigdzie wetknąć nie da. Po drugie, w chińskie długie weekendy, kiedy jest jeszcze gorzej. A już na 100% miejsca trzeba unikać w yijskie Święto Pochodni. W ogóle okolice zamieszkanego przez Yi województwa Kamiennoleśnego (石林) w czasie ichnich świąt są szczelnie zapchane turystami, więc do piknikowania i szeroko zakrojonego odpoczynku średnio się te miejsca nadają. Idealne są dni pracujące, oczywiście nie dla każdego dostępne. Można wówczas cieszyć oczy piękną przyrodą, cieszyć uszy ciszą i cieszyć podniebienia własnoręcznie przyrządzonymi specjałami z grilla :)