blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2014-01-31

grudniowe mięso Tujia 土家腊肉

Tytuł to taki żarcik. Chiński, nie mój, żeby nie było. 腊月 to dwunasty miesiąc kalendarza księżycowego. Uwędzone bądź ususzone na słońcu i wietrze mięso nazywa się zaś 腊肉. Związek jest oczywisty: to przed nadchodzącym chińskim nowym rokiem ubija się świnię, czyli mięsko jest faktycznie "grudniowe". Z czasem nazwy zaczęto używać w stosunku do mięs wędzonych w ciągu całego roku, w dodatku nie tylko do wieprzowiny - tak samo la 腊 mogą być również kurczaki czy ryby. Jednak gdy Chińczyk mówi "larou", przed oczami ma apetyczne kawałki wieprza.
Pierwsze wzmianki o grudniowym mięsie pojawiły się już w Księdze Przemian, co dowodzi, że Chińczycy marynują i suszą mięso już od ponad 2000 lat. Tradycja konserwowania mięsa przez zasolenie, a następnie wysuszenie/podwędzenie wywodzi się najprawdopodobniej z okolic Syczuanu, Hubei, Jiangxi i Kantonu, ale sposób przyjął się w zasadzie wszędzie. W Yunnanie najbardziej znane jest "suszone na wietrze" 风干 mięso ludu Bai. Jednak, szczerze powiedziawszy, sądzę, że w Hubei, Syczuanie czy Kantonie taki sposób przygotowania mięsa był ważniejszy i potrzebniejszy: tam jest mokro i ciepło. Osolenie i wysuszenie mięsa było dawniej właściwie jedynym sposobem przedłużenia przydatności do spożycia. Z drugiej strony, cudne walory smakowe wędzonego czy suszonego mięsa są dobrze znane na całym świecie, a Chińczycy są z natury smakoszami, więc przygotowywanie takiego mięska wcale nie dziwi.
Najbardziej tradycyjny sposób przygotowania grudniowego mięsa to: podgrzanie soli w woku, a gdy jest już gotowa, wsadzenie do niej mięsa i dokładne obtoczenie. Peklowanie powinno potrwać tydzień, potem mięso jest oczyszczane z nadmiaru soli i wieszane w nasłonecznionym miejscu albo nad paleniskiem. Wędzi się różnie w różnych tradycjach - bywają mięsa lekko podwędzone, o żółtym kolorze "wierzchu", albo uwędzone aż do soczystej czerni; mogą być uwędzone tak mocno, że są już prawie upieczone, albo tylko lekko zakonserwowane. Różnią się też marynatą. Ot, choćby kantońskie grudniowe mięso jest nie tylko solone, ale też moczone w sosie sojowym wymieszanym z alkoholem i cukrem, aż uzyska piękną, brązową barwę, a potem suszone na słońcu i wietrze, poza domem.
​Dziś jednak chcę opowiedzieć o grudniowym mięsie ludu Tujia, ich dumie i chwale, mięsie, którym podejmują gości. W tym i mnie. Ech, pachnące na dziesięć morg grudniowe mięso Tujia!...
Najpierw dzielą je na kilo-dwukilowe kawałki. Obróbka takich jest łatwiejsza, a i smak wchodzi głębiej. Potem smażą sól, aż będzie lśniła żółtawo i dodają przyprawy - w Hubei i Syczuanie jest to najczęściej pieprz syczuański. Taką ciepłą, przyprawioną solą nacierają mięso i wsadzają mięso do michy. Oczywiście, mięso będzie puszczać sok. Trzeba wtedy mięso przewrócić na drugą stronę i dalej bejcować. Nie trzeba się z tym spieszyć - przewracać mięso można co 3-5 dni. Po 10-15 dniach wodę trzeba odkapać, a mięsko powiesić tam, gdzie mamy je zamiar wędzić. Może to być specjalne palenisko czy pomieszczenie; tam jednak, gdzie pożywienie przygotowuje się nadal nad żywym ogniem, karmionym słomą ryżową, suchymi kolbami kukurydzy i drewnem, wiesza się mięso po prostu nad kuchnią. Do ognia trzeba regularnie dodawać mocno pachnących składników, wedle upodobania: sośninę, gałązki cyprysu, skorupki po orzeszkach ziemnych i orzechach włoskich, obierki trzciny cukrowej a nawet skórki pomarańczowe. Wędzenie powinno być powolne, trwać miesiąc z okładem. Można je uznać za skończone, gdy mięso nabierze pięknej szkarłatno-rudo-brązowej barwy. Tak przygotowane mięso trzeba powiesić gdzieś, gdzie jest dostęp świeżego powietrza - wtedy będzie je można przechowywać nawet dwa, trzy lata. Z czasem skórkę pokryje biały nalot. To nie oznacza, że trzeba natychmiast mięso wyrzucić, wręcz przeciwnie. To znaczy, że mięso jest takie, jak trzeba. Przed spożyciem należy je opiec nad ogniem, a potem zblanszować. Gdy skórka zmięknie, można ją "ogolić" do czysta - i już można gotować. W zależności od tego, która partia wieprza została "zagrudniowana", sposobów przygotowania potraw może być wiele: raciczki czy żeberka zazwyczaj się gotuje na małym ogniu, a zupa tak powstała jest bazą ogniowego kociołka. Mięso bez kości zazwyczaj jest smażone z pędami bambusa, gorzką dynią, pędami czosnku i inną delikatną w smaku zieleniną. Wyjątkowo zażarci miłośnicy przepalania dzioba smażą mięso z ostrą papryką. Ja smażę na tym mięsku jajecznicę... Ale mnie to już nic od jajecznicy nie uratuje, skoro usmażyłam jedną nawet będąc w hubejskiej wiosce na końcu świata. Czerwony Blask, mój ulubiony Tujia wszechczasów, mówi, że to świętokradztwo i że u niego się mięso najpierw obsmaża, żeby wytopić tłuszcz do smażenia warzyw, a potem można takie mięso ugotować. A zupa jest najlepsiejsza na świecie.

2014-01-30

Koński Szaniec - warunki sanitarne

We wsi Koński Szaniec, z którą wiążą się wyjątkowo przyjemne wspomnienia, nie chciałabym mieszkać za żadne skarby świata. Dlaczego? Przecież jest tam pyszny miód, wspaniałe żarcie, mili ludzie z grupy etnicznej Tujia i cudowne krajobrazy?
Cóż. Wieś nie jest skanalizowana.
Żadna nowość, tak naprawdę. W Yunnanie też na wsiach są sławojki, a ludzie myją się w strumieniach, pod warunkiem, że akurat nie ma suszy - jeśli jest, to się po prostu nie myją.
No dobrze. A czy twierdziłam, że chciałbym zamieszkać na yunnańskiej wsi? No właśnie. Oczywiście, mogę tak spędzić tydzień, może nawet miesiąc. Ale dlaczego miałabym sobie odmawiać przyjemności kąpieli w ciepłej wodzie? Siedzenia na tronie zamiast kucania nad dziurą w ziemi?
W sumie wioska Koński Szaniec wyszła na przeciw dwudziestemu pierwszemu wiekowi. Urządzili wspólną łazienkę wysokiej klasy dla swoich mieszkańców. O, proszę:
Trzyizbowy budynek ma kilka funkcji. Pierwsze pomieszczenie po prawej to prysznic, do którego woda jest ogrzewana słonecznie. Zbiornik wodny znajduje się na dachu, łapie deszczówkę. W sumie deszczówka jest przecież zdrowa dla skóry i włosów, prawda? A to, że słoneczne dni są rzadkością i woda zazwyczaj jest zimna, to już zupełnie inna sprawa...
Drugie pomieszczenie to pralnia. Znaczy: pralka stoi. Jako, że chińskie pralki generalnie piorą w zimnej wodzie, nie przejmujemy się tym, że woda również doprowadzona jest ze zbiornika na dachu, ale z części nieogrzewanej słonecznie.
Ostatni pokój to oczywiście kucany kibelek. W sumie, skoro dostępny jest dla wszystkich, to brak sedesu jest rozwiązaniem bardziej higienicznym...
A, te takie śmieszne lampy to na południe od Jangcy jedyna forma ogrzewania. Są to lampy, które grzeją wystarczająco mocno, żeby człowiek nie zamarzł w zimie pod prysznicem. W mieszkaniu ZB też takie są zainstalowane. Słowo daję, czasem zimą nie miałam ochoty spod nich wychodzić...
No dobrze. Właściwie całkiem nieźle to sobie wymyślili. Może i nie luksusy, ale jest wszystko, co trzeba.
To teraz sobie wyobraźcie, że do kibla/prysznica przekopujecie się przez śnieżne zaspy, których w Hubei zimą nie brakuje, na przykład z małym dzieckiem na rękach...

2014-01-28

noworoczne zakupy

Z okazji rychłego nadejścia Nowego Roku kunmiński stadion zmieniono w wielkie targowisko. Targi, głównie żywnościowe, trwały prawie tydzień i wczoraj był ostatni dzień. Jako wytrawna poszukiwaczka skarbów właśnie wczoraj poszłam tam na zakupy - sprzedawcom bardziej zależy na sprzedaniu towaru choćby pół darmo niż na wiezieniu tego chłamu do domu zamiast pieniędzy dla rodziny. I choć musiałam walczyć na łokcie ze żwawymi staruszkami,
udało mi się kupić różne fajne przysmaki.
Sam targ wyglądał tak:
Jak widać, w sprzedaży było wszystko, od tutejszej wersji cochinillo asado poczynając, przez szynki czy suszonego jaka aż po owoce, kiszonki i...grzebienie z jaczych rogów, a nawet mongolskie bukłaki wypełnione wodą ognistą.
Choć nienawidzę tłoku a jeszcze bardziej nienawidzę robienia w tłoku i pośpiechu zakupów, przyznać muszę, że było warto. Szynka yunnańska, która normalnie kosztuje 80-100 yuanów za kilogram tu była po 50 yuanów. Pół kilo kiszonki bambusowej prosto z Xishuangbanna kosztowało zaledwie 10 yuanów, no i udało nam się dostać rarytas - ganbę z jaka za jedyne 80 yuanów za kilogram!
Trwają przygotowania do Nowego Roku. "Sylwestra" będziemy spędzać w siódemkę; musi być ryba, kura, pomarańcze, reszta jest dowolna. Świekra zażyczyła sobie kurczaka pieczonego po polsku, bo bardzo takiego lubi. Świetnie! No i oczywiście karp w czerwonym sosie przetrenowany przed Wigilią w wykonaniu ZB. Nad resztą będę się zastanawiać, ale dobrze, że mam wybór. Trzeba pamiętać, że 90% sklepów zostanie zamkniętych na ładnych parę dni - przecież każdy chce na Nowy Rok wrócić do domu...
A jacza ganba już wisi w kuchni. Yummie!

2014-01-27

Quo vadis?

Spaceruję sobie we wspaniałym, choć jednodniowym, hubejskim słońcu, wracając z Przymościa do Skrzyżowania. Fotografuję wszystko, co widzę, tak bardzo się cieszę tym, że mleczna mgła ustąpiła jesiennym barwom. Kocham słońce, kocham je nieprzytomnie, nie mogę bez niego żyć, a bogactwo kolorów, które nagle odkryłam na hubejskiej wsi, sprawia, że jestem szczęśliwa i nawet nie bardzo tęsknię za ZB.
Idę, mijają mnie dzieci wracające ze szkoły; ja sama mijam suszarnie tytoniu i skutery, wypadające z drogi na mój widok.
Wzruszający widok: staruszka z wnuczką, pielące ogródek, pogrążone w rozmowie. Nawet z drogi słychać ciche śmiechy.
Kurczę, dziewczę spojrzało, nie mogę nadal bezczelnie strzelać fotek. Słyszę rozmowę:
-Babciu, babciu, popatrz, tam jest obcokrajowiec!
Babcia nawet się nie odwróciła, metodycznie składa listki i opiernicza wnusię:
-Obcokrajowiec, nie obcokrajowiec, nie wypada się tak gapić i krzyczeć na jego widok.
Dziewczę się spłoniło, a babcia kontynuuje lekcję wychowawczą:
-Gości trzeba pozdrowić, żeby dobrze się u nas czuli.
I odwraca się do mnie, szczerząc się w bezzębnym uśmiechu. Już przygotowana na pytanie, czy już dzisiaj jadłam, najpopularniejszą formę pozdrowienia w Chinach, kiedy zabija mnie pytanie dokąd idę. Zapomniałam, w tym zapomnianym przez ludzi skrawku kraju to właśnie jest standardowe pozdrowienie. W sumie nie jest to dziwne: ludzie tutaj całymi dniami siedzą u siebie, nie chodzą na spacery ot tak, zawsze muszą mieć cel - idą na pole albo z niego wracają. Idą na targ albo do sąsiada. Idą odebrać dziecko ze szkoły albo do baru. Pytanie "dokąd idziesz?" jest najłatwiejszą kotwicą dla rozmowy.
Odpowiadam zgodnie z prawdą, że idę do Skrzyżowania. Staruszka z miłym uśmiechem mówi, że to jeszcze daleko i czy nie jestem aby głodna tudzież spragniona.
Oniemiałam. Serio. Mieszkam w Chinach już tyle lat i po rozmaitych wsiach się włóczyłam, ale tego typu zaproszenia nigdy dotąd się nie doczekałam. Czyli są jeszcze tacy ludzie, dla których gość w dom - Budda w dom!
Dziewczę sądziło chyba, że nie zrozumiałam, bo powtórzyło słowa babci w dość starannym mandaryńskim. Tak, zapomniałam powiedzieć - staruszka władała tylko lokalnym dialektem, z którego, na szczęście, jestem już w stanie sporo zrozumieć.
Uśmiecham się całą sobą, gdy mówię, że jest coraz później i niestety muszę już wracać, ale jeśli kiedyś jeszcze będę w okolicy, chętnie skorzystam z zaproszenia. Babcia pokazuje solidny dom tuż przy drodze.
-To nasz dom. Zawsze będziesz mile widziana.
Byłam w Hubei zaledwie trzy tygodnie, tę wioskę odwiedziłam tylko raz. I chociaż wróciłam do Kunmingu już kwartał temu, jakaś cząstka mojego serca została właśnie w tej malutkiej hubejskiej wioseczce...

2014-01-26

zapach lotosu i pięć zapachów 荷香和五香

Gdy ja rozmawiam z jej mężem o miodzie, młoda Li uśmiecha się z rozbawieniem i skubie jakąś roślinę. Pytam, co to. Przyprawa do obiadu, mówi ona - a Mały Tajfun natychmiast zaczyna strzyc uszami.
Widząc we mnie bratnią łakomą duszę, pokazuje swoje skarby. Jakiś kwiatek. Wygląda mało zachęcająco...
I właśnie wtedy podtyka mi go pod nos. O, matko! Drodzy moi, gdyby anyż ożenił się z lawendą, ich dziecko byłoby właśnie tym kwiatem! Pytam o nazwę. Konsternacja. "U nas mówimy na to zapach lotosu (荷香), ale ta roślina nie ma nic wspólnego z lotosem, po prostu tak ją nazywamy w naszym dialekcie.
Później szukałam tej rośliny w internecie; nie znalazłam. Jeszcze wszystko przede mną, prawda? Intensywność zapachu i wygląd krzaczka wskazują na jakąś bylicę...
Ale to nie wszystko. Widząc moją żądzę poznania, przy kulinariach objawiającą się z siłą wodospadu, pokazali mi jeszcze tę trawę. Wyglądała... jak trawa. Patrzcie:
A przecież jest pyszna i pachnąca. I znów: nie znają właściwej nazwy rośliny. "U nas mówi się na to 五香".
Kwiat dodają podczas smażenia wieprzowiny. Trawę dodają podczas gotowania kury czy innych kaczek.
Pytam, skąd mają te przyprawy w ogrodzie i że przecież musieli je wysiać.
"Mama mojej babci pokazała mi miejsce w górach, w którym można je zbierać. Jak wyszłam za mąż, poszłam z mężem w to miejsce, wykopaliśmy kwiatki i trawy ze sporym zapasem ziemi i posadziliśmy w ogrodzie. Nie będę przecież codziennie chodzić po nie wysoko w góry".
Później miałam okazję spróbować mięs przyrządzonych z tymi dzikimi przyprawami. Były przepyszne. Ale to już zupełnie inna historia...

2014-01-24

erkuaje po raz drugi

Skoro już piszę o erkuajach, postanowiłam rozprawić się z wersją, która obowiązuje w anglojęzycznej wikipedii:
Erkuai (Chinese: 饵块; pinyin: ĕrkuāi) is a type of rice cake particular to the Yunnan Province of southwest China.
Abstrahuję od faktu, że tak naprawdę drugi znak pisze się inaczej - o czym już wspominałam. Jeśli nawet zostaniemy przy "kawałku" jako drugim znaku, źle podano wymowę. Jest to kuai na czwartym tonie, nie na pierwszym: kuài.
The name literally means "ear piece," a reference to the shape of one of its common forms.
Bardzo miła legenda. Ale ucho pisze się tak: 耳 i w znaku 饵 jest tylko cząstką fonetyczną, bo oba znaki czyta się "er". Tak naprawdę znaczenie bierze 饵 z klucza 饣 na początku znaku - czyli z jedzenia. Co ciekawe, sam znak został przytoczony poprawnie - tylko tłumaczenie zawiodło. Jeśli nie pamiętacie: erkuai znaczy "kawałek przynęty", czyli er to przynęta właśnie.
It is often served stir-fried with vegetables, and málà (麻辣), a fiery mixture of dried red chilis, Sichuan pepper, and salt. It is also sold as the popular street food kăo ĕrkuāi (烤耳块) or shāo ěrkuāi grilled and rolled around a yóutiáo (strip of fried dough), with sweet or savory condiments added, making a rolled-up snack resembling a Mexican burrito.[1] The sweet type contains a sweet brown sauce and peanuts, while the savory type is spread with lǔfǔ and bean sprouts, and various other toppings.
Nie będę się przyczepiać do sposobów podania, chociaż widać wyraźnie, że osoba, która to pisała, rzadko jadała erkuaje, a pisząc artykuł do - internetowej, bo internetowej, ale jednak - encyklopedii, bazowała jedynie na własnych, dosyć ubogich, doświadczeniach. Ale - brązowy sos? Tylko jeśli nazwiemy keczup sosem czerwonym a majonez sosem białym. Niby wszystko się zgadza, ale nadal jest to opis, który nic nam nie przekazuje. Ten sos ma nazwę. Niezbyt trudną. Nie jest to tajemnica yunnańskich kucharzy. To po prostu słodki sos sojowy, wyrób nieznany poza Yunnanem, ale tutaj bardzo popularny
Kăo ĕrkuāi is particularly popular in the tourist area of Dali.
Its peculiar name has led to it being called one of the Eighteen Oddities in Yunnan.
Przynajmniej dwa ostatnie zdania są poprawne. Przyczepiłabym się do tych nieszczęsnych kao erkuai - żaden Yunnańczyk ich tak nie nazywa - jedyna poprawna w yunnańskich dialektach wersja to shao erkuai. Jeśli ktoś mówi "kao erkuai", to znaczy, że nie jest z Yunnanu. Poza tym - nie ma żadnych dowodów na to, że jest to przekąska popularna akurat w Dali. Dali, Kunming, Qujing, Yuxi - w tych wszystkich miastach erkuaje są bardzo popularne.
Z jednego jestem dumna: nasza nazwa na erkuaje - chińskie burrito - przyjęła się :)

2014-01-23

ach, te dzieciaki...

Jak wiele chińskich osiedli, nasze również wyposażone jest w plac zabaw dla staruszków. Nie, nie dla tych, którzy zdziecinnieli. Są to po prostu zestawy przyrządów do ćwiczeń, obliczonych na poprawę koordynacji i umiarkowany wysiłek. Idealne dla takiej staruszki, jak ja.
Chodzę tam sobie kilka razy w tygodniu; spowszedniałam już staruszkom i młodym matkom. Jedyna grupa, która nigdy nie traci zainteresowania długonosą białaską to oczywiście dzieci.
Ćwiczę sobie spokojnie, słuchając muzyczki, ale i bezczelnie podsłuchując - z pełną premedytacją włączam muzykę na tyle cicho, żeby dało się słyszeć otoczenie. Dzieci pytlują.
-O, zobacz, tam jest obcokrajowiec!
-Skąd wiesz, że obcokrajowiec?
-Babcia mi mówiła, bo popatrz, ona ma białą skórę i jest gruba (żachnęłam się, ale w sumie...)
-Co ona tutaj robi?
-Nie wiem.
-To może zapytamy?
-No coś ty, zgłupiałeś? Do obcokrajowca nie można powiedzieć "ni hao", bo nie zrozumie, trzeba powiedzieć "halou", bo oni rozumieją tylko po angielsku.
Tutaj postanowiłam się włączyć. Zerknęłam na dziewuszkę, która uważa, że obcokrajowcy mówią tylko po angielsku i pytam nienaganną chińszczyzną: jesteś pewna?
Tak przestraszyłam biedne dzieciaki, że aż sobie poszły...

2014-01-21

winter is coming

Jak wiecie, zabrałam ZB na Święta do Polski. White Christmas mu chciałam pokazać, żeby poczuł klimat. Wiecie również, że po pierwsze Kunming pożegnał nas śnieżycą stulecia, a po drugie Polska przywitała nas nijaką wiosenką. Oczywiście, natychmiast pojawiły się sugestie, żebyśmy wrócili na Wielkanoc, bo wtedy zapewne śnieg będzie... Grrr. Nie wiecie jednak, że Kunming przywitał mnie... czym? no, kto zgadnie? Tak!! Ta pani w czerwonym, dobra odpowiedź! Śniegiem!!!
***
Te trzy gwiazdki to wyraz mojej frustracji. Bo wiecie, zimowa zima w Polsce byłaby naprawdę przyjemniejsza niż tutaj. Wprawdzie dzięki brakowi ogrzewania z każdym rokiem poprawia mi się odporność na zarazy wszelakie, ale przyjemne to to nie jest. No i za każdym razem przeżywam szok cywilizacyjny. Bo przyzwyczaić się można, a jakże! Tylko muszę sobie cały czas przypominać pewne rzeczy.
Po pierwsze: nie iść nago do łazienki. Ten luksus mieszkania bez dodatkowych osób jest luksusem tylko w lecie. W zimie najchętniej na pierwszą piżamę założyłabym drugą piżamę, trzecią, czwartą... A potem ewentualnie wstałabym z łóżka, tylko po to, żeby sobie zaparzyć kawę...
Po drugie: stanowcze nie kanapkom. W zimnym mieszkaniu, przy wizji wyjścia na jeszcze zimniejsze zimno, zimne śniadanie nie wchodzi w grę. Nie i już. Oczywiście, można się ratować jajecznicą, ale... po co? Przecież kilka kroków od domu są sprzedawane parzące w palce bułki na parze, smażone ryże, czy mój ukochany wybór - rosołki z "czapeczką" z mięsa i warzyw. Po zjedzeniu solidnej michy rosołku z kluchami i mięsem, kunmińska zima przestaje być straszna, a dłonie są ciepłe nawet bez rękawiczek.
Po trzecie: ponieważ chińskie pralki piorą w zimnej wodzie, trzeba pamiętać o tym, żeby proszek najpierw rozpuścić w ciepłej albo w ogóle użyć płynu do prania. Inaczej rzeczy pozostaną tak samo brudne, plus będą oszronione proszkiem, i to nierówno...
Po czwarte: nigdy, ale to przenigdy nie zdejmować kurtki po powrocie do domu. W domu jest prawie tak samo zimno, jak na zewnątrz. Zdejmujemy czapkę, szalik i rękawiczki, a z kurtką czekamy, aż wymyślimy, co na siebie założyć zamiast niej...
Po piąte: nie robić herbaty na zapas, tylko tyle, ile zdołamy wypić. Bo i tak zaraz ostygnie, grrr. Zamiast litrów herbaty, przygotować sobie dużo gorącej wody w termosie. Bo po szóste, to termos jest w Kunmingu naszym najlepszym zimowym przyjacielem...
Po siódme: przed kąpielą włączyć elektryczne prześcieradło, dzięki któremu gorący człowiek spod prysznica nie zdąży zlodowacieć, a już może się dogrzać w łóżeczku. Oczywiście, przed spaniem trzeba wyłączyć :( Prześcieradło, nie człowieka.
I wprawdzie do zimy w pojęciu Starków w Kunmingu raczej daleko, ale za to nikt nie może mi zarzucić zaniechania przygotowań ;)

2014-01-20

tytoniowe śmietnisko

Podczas pobytu na hubejskiej prowincji przyglądałam się z zachwytem i niedowierzaniem uprawom tytoniu w żłobkach krasowych*. Jakimś cudem tutejsi chłopi zmuszają kamień do rodzenia plonów...
Co kilka kilometrów znajdują się przy drogach takie oto śmietniska na niepotrzebne liście tytoniu:
Nie powiem, zaciekawiło mnie to. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że liście są trujące i można z nich wyrabiać pestycydy. Gdy zostało mi to wyjaśnione, tylko pro forma zapytałam wieśniaków, co robią z tymi liśćmi. Odpowiedź mnie zaskoczyła.
Nic.
Zapytałam, czy wiedzą, że liście są trujące.
Tak, wiedzą, dlatego je odkładają na bok.
A wiecie, że można z nich robić środki owadobójcze?
Tak.
No to dlaczego nie robicie?
Bo za dużo roboty, a niewiele drożej można kupić w sklepie.

Szkoda.

*tak, to dla Ciebie, Kaju :)

2014-01-19

miodne tajemnice

W dialekcie ludu Tujia, wymieszanym z hubejską wersją mandaryńskiego, miód nazywa się "pszczelim cukrem" 蜂糖. Młody Li opowiada o pszczelim cukrze. Lubi to. I cukier, i opowieści. Opowiada o tym, że w dobrym roku zbiera miód co dwa miesiące. Pokazuje, jak różni się kolor. Faktycznie, barwa waha się od słonecznej żółci aż do ciemnego bursztynu - każdy miesiąc to przecież inne kwiaty. Półdzikie pszczoły z tutejszych uli swobodnie zbierają pyłek w całym lesie. Leśne kwiaty zaś kwitną późno - bo z gór późno schodzi śnieg. Dlatego Li najbardziej jest dumny z miodu sierpniowo-wrześniowego, pachnącego lasem, słodkiego, ale przyprawionego subtelną goryczką dzikiego kwiecia.
Kiedy już zachwycił mnie zapach, smak i kolor miodu młodego Li, uznał mnie on za osobę godną wysłuchania innych miodnych opowieści. Opowiadał o tym, jak roje potrafią się różnić temperamentem, jak dobra atmosfera domu i brak zagrożeń wpływa na miodność pszczół, opowiadał, opowiadał, opowiadał. A na końcu zdradził mi tajemnicę: nigdy, ale to nigdy nie należy kupować miodu wiosennego. Wtedy pszczoły korzystają głównie z kwiatów roślin uprawnych - ani to smaczne, ani zdrowe. Po zjedzeniu dwóch łyżek takiego miodu zaczyna Cię boleć gardło - taki miód jest zbyt gorący. Nadaje się tylko jako lekarstwo dla starych ludzi.
***
Może gdybym trochę pomieszkała w domu młodych Li, zakochałabym się w pszczołach tak samo jak oni?

2014-01-17

hubejskie uprawy

Nasza część Hubei słynie z tytoniu. Tytoń uprawiają wszyscy, wszędzie. Na najbardziej kamienistych mogotach nanoszona jest ziemia i tytoń rośnie jak ciemne złoto.
Podsuszona, podzielona według jakości liści i zebrana w pachnące pęki jest następnie sprzedawana na targach bądź wywożona do hubejskich fabryk tytoniowych, niemal tak sławnych, jak nasze, yunnańskie.
Drugą rzeczą powszechnie uprawianą jest kukurydza, która potem wisi w każdym domostwie i schnie.
Oczywiście, na wsiach uprawia się też na własny użytek kapusty, rzodkwie czy inne bakłażany. No właśnie: bakłażany. Wierzcie lub nie, ale dopiero w Hubei zobaczyłam grządki bakłażanów...