blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2013-09-15

wróbelki 麻雀

Z czym Wam się kojarzą wróbelki? Mnie z piosenkami dla dzieci, ze śmiesznym skakaniem w poprzek parkowych alejek, z dzieciństwem. Widząc na naszym osiedlu wróbelki, ucieszyłam się. To prawie tak, jakbym wróciła do domu. Mówię o tym Panu i Władcy. A on mówi, że jemu się wróbelki też dobrze kojarzą... z pełnym brzuchem.
Za czasów zwykłobelkowego dzieciństwa mięso było na kartki. 20 deko mięsa miesięcznie na głowę. Czteroosobowa rodzina miała miesięcznie prawie kilogram! Jeśli to była wieprzowina, robiło się skwareczki, które, wymieszane ze sfermentowanymi fasolkami, były miłym dodatkiem do codziennej miski ryżu. Przy oszczędnym gospodarowaniu mogły wystarczyć na parę tygodni. Jeśli udało się dostać wołowinę, suszyło się ją w ostrym yunnańskim słońcu, a potem część wieszało u krokwi, a część "obstrugiwano" - skrobano nożem na malusieńkie, cieniusieńkie płateczki, które, wymieszane z chilli albo jedzone tak o - były ukochanym dodatkiem do ryżu wszystkich maluchów. ZB mówi, że u nich w domu te wołowe suszone wyskrobki trzymano w worku na szafie i że kiedyś z narażeniem życia wdrapał się tam i zeżarł coś z pół kilo mięsa, zanim go rodzice przydybali; nieprzyzwyczajony do takich ilości mięsa pochorował się i musiał iść do szpitala na kroplówkę...
Oczywiście, jeśli ktoś mieszkał na wsi, hodował własne zwierzaki, które prędzej czy później trafiały do garnka. Większość wieśniakom odbierano, jeśli były w rejestrze. Ale w rejestrach nie było psów, kotów i innych stworzeń zazwyczaj niejadanych. Nie było też stworzeń dzikich, na które polowano. Tak, na wsi można było po lasach zastawiać łapki na zające, lisy czy wiewiórki, które stanowiły miłe urozmaicenie codziennego menu. W mieście jednak trudno o dziką zwierzynę... poza ptakami.
Na podwórzu domu, w którym mieszkał ZB z siostrą i rodzicami, stawiało się drobnooczkowy kosz bambusowy, podparty kijkiem z przywiązanym szpagatem. Pod koszem sypano resztki ryżu czy innego ziarna. Wróbelek przyskakiwał do ziarna, zaczynał dziobać i trzask! zamykała się nad nim pułapka. Kosz bambusowy jednak za lekki był i za wolno spadał, więc na wierzch kładło się cegłę czy duży kamień, żeby obciążyć pułapkę. Czasem jednego dnia udawało się złapać 3-4 sztuki. To była prawdziwa uczta! Po oskubaniu siekało się wróble razem z kośćmi albo mieliło, również z kośćmi, i obsmażało w woku. Kości były tak drobne, że nawet dzieci sobie z nimi radziły.
Takie to wspomnienie o wróbelkach przetrwało w głowie mego Pana i Władcy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.