blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2013-09-06

Koszyczek 籃子

Zawsze, kiedy wybieram się ze świekrą na zakupy, spędzamy na nich kilka godzin, a i tak nie udaje nam się dostać wszystkiego, na co mamy ochotę – chodzi tu o zakupy spożywcze, bo obie należymy do zacnego grona nadzwyczajnych łasuchów. Zawsze wtedy wspomina ona, jak wygodnie się żyło w Kunmingu, zanim przyszli komuniści.
Granica między mieszczaństwem a kupiectwem była niemal niezauważalna – w obrębie murów miejskich, które zresztą znikły dopiero na przełomie lat '70-'80 XX w., mieszkały głównie rodziny, których przynajmniej jeden członek zajmował się rzemiosłem, handlem, czymś, dzięki czemu można było utrzymać rodzinę. Ojciec świekry zajmował się pędzeniem wódki. On sam, w zasadzie bez pomocy. Bardzo niewysokie, ale w miarę stałe dochody wystarczyły mu na utrzymanie tuzina osób – miał ośmioro dzieci, a przecież jeszcze trzeba się było opiekować rodzicami i zatrudnić służbę. Ceny produktów spożywczych jak też ceny wszystkich przedmiotów codziennego użytku były na tyle niskie, że jego rodzinie nigdy niczego nie brakowało.
Trzeba Wam wiedzieć, że tradycyjne kunmińskie budownictwo wyglądało mniej więcej tak:
Były to jednopiętrowe domki (tylko bardzo bogatych było stać na więcej pięter), zazwyczaj z dużym podwórkiem (ekhm... patio?). Rodzina świekry mieszkała właśnie w takim domu. Na parterze znajdował się minizakład produkcyjny i sklep z alkoholem, a także kuchnia. Na piętrze mieszkała cała rodzina i to właśnie na piętrze toczyło się całe życie. Jak to możliwe? Otóż w dawnym Kunmingu zdarzało się, że ludzie całymi dniami nie schodzili w ogóle na parter jeśli nie musieli. Nie trzeba było nawet gotować. Po ulicach wędrowali bowiem codziennie „domokrążcy jedzeniowi” - ludzie, którzy na koromysłach nosili kilogramy domowego żarcia. Mogły to być ryżowe kluski, pierożki, bułeczki na parze, tofu, mięso na zimno – właściwie wszystko, łącznie z zupami. Zazwyczaj w jednym wiadrze znajdował się składnik pierwszy, na przykład pierożki, a w drugim – zupa, sos do maczania czy inne dodatki. Sprzedawcy stukali chodakami po brukowanych uliczkach, więc wiadomo było, że nadchodzą. Codziennie tą samą trasą, o podobnej godzinie, wędrowali ulicami Kunmingu, nawołując ewentualnych klientów i zachęcając do dokonania zakupów. Jeśli naszła Cię ochota na proponowany produkt, nie musiałeś nawet wychodzić na ulicę. Wystarczyło wychylić się z okna i przywołać sprzedawcę. On podchodził do okna, a wtedy w koszyku na sznurku spuszczało się pieniądze i miseczki. Sprzedawca sprawdzał kwotę i już mógł przystąpić do przyrządzania posiłku – wszystko wsadzał do miseczek, przyprawiał i mieszał, a gotową potrawę w tym samym koszyczku słał na górę.
Gdy pierwszy raz usłyszałam tę historię, zapytałam zdziwiona – no ale jak to, nikt nie pilnował, żeby było uczciwie, żeby sprzedawca nie oszukał i nie zwiał z pieniędzmi? Świekra uśmiechnęła się z rozrzewnieniem – gdyby raz oszukał, dowiedzieliby się o tym wszyscy sąsiedzi, ba, całe miasteczko. Już nigdy by nie zarobił ani grosza. Nie opłacało im się oszukiwać, nie opłacało im się źle przyrządzać potraw, nie opłacało im się nie pamiętać o higienie. Wiele lat Kunming właśnie tak funkcjonował.
Rozmarzyłam się. Weekend, nie musisz iść do pracy, pada, nie chce Ci się wychodzić, nie chce Ci się gotować. Słyszysz sprzedawcę, spuszczasz koszyk i za chwilę cieszysz podniebienie wspaniałym smakiem. Dlaczego to znikło? - pytam.
Świekra pochmurnieje. Najpierw komuniści zniszczyli małą przedsiębiorczość, bo każdy, kto zarabiał pieniądze był wstrętnym kapitalistą, a potem zburzyli stare domy, zastępując je blokami. Zniszczyli mury miejskie, miasto się rozrosło, wchłaniając zarówno wioski, jak i tysiące obcych ludzi. Ludzie nie mogą ufać sobie nawzajem pod żadnym względem. Koszyczki znikły z Kunmingu razem z murami miejskimi, brukiem i zaprzęgami konnymi. I choć dobrodziejstwo wody w kranie i prądu w każdym domu, importowanych towarów w sklepach i niedrogich ubrań gdzie tylko się obejrzeć jest nie do przecenienia, świekra tęskni za Kunmingiem swojego dzieciństwa, kiedy nawoływanie ulicznych sprzedawców było zapowiedzią uczty, a bambusowy koszyczek był najważniejszym elementem wyposażenia każdego mieszczańskiego domu.
A ja tęsknię razem z nią...

4 komentarze:

  1. Anonimowy6/9/13 19:29

    Nie w temacie posta ale polecam jako lekture:
    East Wind: West Wind
    autor Pearl S. U. a. v. Buck

    Swietnie sie czyta i tematyka jakby o Tobie (:-) ale przed 100 laty :-)
    Pozdrawiam
    Kiara

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, książki pani Buck mają wspaniały klimat :) Przeczytałam kilka i mam ochotę na wszystkie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Bałdzo mi się podoba ta kulturowa historia koszyczkowa :)

    OdpowiedzUsuń
  4. ja też uwielbiam opowieści teściów o starym Kunmingu :)

    OdpowiedzUsuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.