blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2013-08-31

kunmińskie pomniki 昆明雕塑

Pomniki są ważnym czynnikiem upiększającym miasto - oczywiście tylko te akuratne i ładne. Mogą pokazywać historię lub zwykłych ludzi, mogą być wykonane technikami mocno współczesnymi lub tradycyjnymi. Czasem pokazują więcej prawdy o mieście niż grubaśne tomiszcza. Tak jest właśnie w wypadku pomników z brązu, które znajdują się przy deptaku Nanping oraz w okolicach Dwóch Pagód - w samym sercu Kunmingu. Pokazują one życie w dawnym Kunmingu, to życie, które "postęp" i komuniści tak skutecznie zniszczyli.
Za dawnych czasów ulica Nanping 南屏街 była tak samo gwarna jak teraz. Rozbrzmiewała jednak nie dźwiękiem wydobywającym się z wszędobylskich głośników, a hałasem życia, drobnego handlu i małych knajpek, teraz zmienionych w Starbucksy i inne McDonaldy. Dawne życie, o którym czasami świekier barwnie opowiada, widać już tylko w tych pomnikach. W nich żyją przyjaciele od ptaszków, wyprowadzający na spacer swych śpiewających przyjaciół, wcześni fotografowie z ogromniastymi skrzynkami, dziewczęta grające w klasy, siłacze noszący wodę czy sprzedający owoce z wielkich koszy. Dla starych Kunmińczyków jest to wspomnienie dzieciństwa, dla dzieci - ilustracja opowieści babć i dziadków. Dla przyjezdnych, w tym mnie - jedna z niewielu okazji, by poznać i zrozumieć tradycyjną kulturę Yunnanu.
>~~~~<
Wyprowadzanie ptaków 遛鳥
>~~~~<



Robienie zdjęć 照相
Pierwszy zakład fotograficzny pojawił się w Kunmingu w 1904 roku, u schyłku dynastii Qing.
>~~~~<



Gra w klasy 跳海牌
W wersji kunmińskiej zamiast rzucać kamieniem trzeba było precyzyjnie kopnąć kawałek dachówki czy innego kafelka. To była najpopularniejsza dziewczęca gra dawnego Kunmingu.
>~~~~<



Nosiciel wody 挑水
Choć w wersji najdawniejszej wybierał wodę ze studni, od momentu pojawienia się wodociągów, na straży miejskich kurków stali właśnie ci ludzi, którzy za niewielką opłatą przynosili zakupioną wodę do domów. Starzy kunmińczycy nazywali ją "wodą z maszyny" 機器水 :)
>~~~~<



Handel obnośny ;) 叫卖
Ten tu wieśniak sprzedaje z koszy perłowe gruszki z Chenggongu, wołając przy tym donośnie...
Szkoda, że tacy ludzie i te krzyki zostały już tylko w rzeźbach i słowach...
Zdjęcia z tego artykułu.

2013-08-30

wołać-sprzedać 叫賣


Tak się w Kunmingu mawia na ulicznych sprzedawców obnośnych, towary noszących w wielkich wiadrach i koszach, uwieszonych na koromysłach albo założonych bezpośrednio na plecy.

2013-08-29

Street Music 街頭音樂

Słyszeliście kiedyś o Williamie Russo? Ja tak, ale to tylko dlatego, że na studiach muzykologicznych miałam wykładowczynię pasjonującą się muzyką amerykańską. Niestety, nie zaprezentowała nam ona najwspanialszego chyba dzieła tego dziwnego dżezmena, koncertu blusowego Street Music. Dziś trafiłam na oryginalne nagranie Deutsche Grammophon z tym właśnie koncertem:

Oczywiście kupiłam, miałam jednak przy sobie mało pieniędzy. Z trwogą zapytałam, ile. Sprzedawca spojrzał na mnie jak na ufoludka. Pani chce to kupić? Wytarł płytę z kurzu, spojrzał na obco brzmiące nazwiska i kompletnie nieznane kawałki i rzekł: "15 yuanów". Siedem i pół złotego.
No tak. Przecież żaden normalny Chińczyk tego nie kupi...
No dobrze, ale dlaczego na blogu azjofilskim pojawiło mi się nagle coś takiego?
Bo widzicie... Ja tę płytę kupiłam ze względu na okładkę. A na okładce był Seiji Ozawa 小澤征爾, jeden z najwspanialszych dyrygentów wszechczasów, urodzony w Mukdenie Japończyk.
Kupię w ciemno zawsze i wszędzie wszystko, czym on dyryguje. On po prostu czuje tę samą muzykę, czuje ją jak ja. Jak ja i mój Pan i Władca. Zupełnym przypadkiem okazało się, że to jest reedycja prawykonania kawałków Russo, które właśnie Ozawa wziął na warsztat...
Jeśli traficie kiedyś na jakąkolwiek płytę, CD czy DVD z Ozawą w roli głównej - dajcie mu szansę. On wie, co zrobić z nutami.

2013-08-28

Stadion w Kunmingu 昆明市體育館

A właściwie jeden ze stadionów, jest ich bowiem kilka. Akurat ten jest najmojejszy, bo można tam pograć w badmintona.
Po drugiej stronie ulicy jest tradycyjny, okrągły, z bieżnią i boiskiem, ale mnie się bardziej podoba nietypowa forma tego badmintonowego. Ten podwinięty dach, tradycja i nowoczesność w jednym, błyszczy w słońcu jak srebro. Zawsze, kiedy podchodzę, zadziwia mnie na nowo, że w mieście, którego burmistrz z pełną premedytacją niszczy wszystko, co ładne, zbudowany został tak uroczy obiekt sportowy.
Oczywiście, poza imprezami sportowymi, odbywają się tu koncerty - raczej na większym, okrągłym stadionie (grała tu na przykład moja wspaniała A-mei), ale "nasze" hale też bywają pozajmowane.
Jeśli sport, to tylko tutaj.

2013-08-26

Wojownik 回力

Ja, uwielbiająca buty na obcasie. Ba, biegająca w nich i grająca w pingponga. Właśnie ja rozczłapuję sobie stopy coraz to nowym obuwiem sportowym. Mam buty do badmintona i nacodzienne. Wystarczały.
Z okazji jakże miłego sercu bezrobocia wróciłam do biegania. Nienachalnego, bo kolana czasem szwankują, ale zawsze. Mam taki miły park koło domu, niechże mi się on na coś przyda.
Postanowiliśmy więc się wybrać do sklepu sportowego i, zamiast chińskich wersji Adidasów czy innych Nike'ów, zanabyć tradycyjne chińskie obuwie sportowe marki Warrior.
Firma ta powstała w latach '30tych w Szanghaju. Jest szalenie popularna - zapewne dlatego, że tania. I choć dziani szpanerzy wolą zachodnie buty, zwykli zjadacze ryżu, a także młode pokolenie chińskich hipsterów chętnie się obuwa w wojownicze obuwie. Robią nibytrampki, nibyadidasy, nibytenisówki, nibysandały na sportowej podeszwie...
Nie powinnam mówić "niby". Dla mojego kolonialnego oka wszystko to podróbki. Dla wielu Chińczyków to właśnie jest pierwsza marka sportowych butów, jaką w ogóle poznali i ze wszystkimi wzorami i typami sportowego obuwia właśnie za jej pośrednictwem spotkali się po raz pierwszy. Nie są twórcze, oryginalne itd.? I co z tego? Są wygodne. I dobrze się w nich biega. A Pan i Władca z czystej zawiści też sobie kupił parę, te szare :)

2013-08-24

ważki 蜻蜓

W starym Kunmingu, za czasów, gdy mój mąż był jeszcze małym chłopcem, a dzisiejsze luksusowe osiedla były jeszcze zagonami warzywnymi, zaś całe stare miasto otaczała fosa i sieć kanałów, jedną z ulubionych rozrywek chłopięcych było łapanie ważek w celach kulinarnych. Wystarczyło złapać jedną samiczkę przy pomocy choćby siatki – samiczki są barwniejsze od samczyków, więc można było łatwo odróżnić. Potem zakładali jej smycz – nitkę. Tak przysposobiona ważka czekała na zalotników. Pechowcy, którym spodobała się nieruchoma ofiara, byli łapani w trakcie aktu. Jedna samiczka mogła być wabikiem dla bardzo wielu samców – ważki są bardzo cenione jako zagrycha, w dawnym Kunmingu można było nieźle zarobić, sprzedając ważki właścicielom knajp.

Ja wszystko rozumiem, też lubię owadzie przekąski z Yunnanu. Ale ta okrutna metoda łapania ważek!... Wyobraźcie sobie, co byście czuli na ich miejscu, złapani w TAKIM momencie?...

2013-08-22

Złoty Koń i Szmaragdowy Kogut 金馬碧雞

Powiadają, że dawnymi czasy na wschodnim brzegu Jeziora Dian pomieszkiwał złoty koń, a na zachodnim – szmaragdowy kogut. W tamtych czasach często było ich widać. Kogut o świtaniu szybował w przestworzach i śpiewał miłą uchu pieśń. Gdy przefrunął nad łąką, trawa stawała się zieleńsza, a kwiaty pachniały dwakroć piękniej. Złoty koń natomiast galopował wieczorami; kędy przebiegł, tam zboża lepiej rosły, a kwiaty zachwycały paletą barw.
W sercach ludzi Złoty Koń i Szmaragdowy Kogut to symbole i znaki pomyślności. Podobno Kogut krąży wokół chmur szczęścia, a koń wokół pięknego tchnienia gór i rzek, dlatego wystarczy, by się spotkali w przelocie, a styka się całe szczęście i piękno nieba i ziemi, przynosząc ludziom dobrobyt. Szkoda tylko, że już od wielu lat nie mieli okazji się spotkać. Na próżno ludzie modlili się o ich szybkie zetknięcie, o to, by znów pobłogosławili Jezioro Dian i ludność tam mieszkającą. Zamiast Konia i Koguta pojawiały się coraz to nowe klęski.
Owego roku nastała susza. Słońce wypiekało ziemię tak mocno, że spękana była i sucha jak wargi wędrowca zagubionego na pustyni. Chłopi nie mieli już nawet siły złorzeczyć – prawie nie było plonów, ludzie i zwierzęta chodzili głodni i spragnieni, a potem zaczęły się jeszcze choroby. Widmo bliskiej śmierci padło na mieszkańców, a byli tak słabi, że nie mieli się już nawet siły bać.
Gdy ujrzał to Szmaragdowy Kogut, serce jego omal nie pękło. Postanowił pomóc – sfrunął więc z zachodnich gór i skrzydłami swemi osłonił ziemię przed palącym słońcem. A im dłużej osłaniał, tym dłuższe i szersze te skrzydła rosły. Długo cierpiący pod bezlitosnymi promieniami ludzie mogli się wreszcie nacieszyć cieniem i chłodem. A gdy Kogut bił skrzydłami, na ziemi wiał przyjemny wietrzyk. I źródła zaczęły znów tryskać, a ziemia, nasiąkła wodą, zaczęła rodzić zieleń zbóż i kwiatów. Wśród łez radości i okrzyków dziękować ludzie poczęli swemu wybawcy.
Nie wiedzieli wówczas jeszcze biedacy, że wystawiony na działanie promieni Kogut jest już straszliwie poparzony, że jego pióra już się tlą, że skóra płonie, że wszystko go śmiertelnie boli. I choć tak cierpiał, nadal osłaniał ludzi, nadal trzepotem skrzydeł sprowadzał wiatr.
Taki właśnie obrazek ujrzał ze szczytu swych gór wschodnich Złoty Koń. Szmaragdowy Kogut, jego najlepszy kompan, za którym nieraz tęsknił, ale nigdy się jakoś spotkać nie udało, jego druh cierpi, a on miałby nie pomóc? Iiiiiha! Pocwałował rumak w sukurs Kogutowi. A czas był już najwyższy po temu, bo swąd spalonego mięsa z daleka drażnił nozdrza. I cwałował Koń, choć zagniewane niebo raziło piorunami i huczało grzmotami; pędził Koń nie bacząc na nic... Czyżby miał nie zdążyć? Śmiertelnie zmęczony Kogut po raz ostatni machnął skrzydłami i zaczął spadać z niebieskiego sklepienia – i bęc! łupnął o grzbiet dzielnego Konia. I już mieli umknąć obaj, gdy nagle błysnęło raz jeszcze – i zagniewany piorun pogrzebał ich w ziemi, którą tak kochali.
Złoty Koń i Szmaragdowy Kogut wreszcie się spotkali. Ach, jakież to złe bogi sprawiły, że właśnie wtedy zniknęli z powierzchni ziemi?! Płaczą po nich dzieci, płaczą po nich starcy, płaczą biedni i możni. Nikt, kto widział ich poświęcenie dla ludzi, nie wyrzuci tych chwil z serca. Urządzono im piękny pogrzeb. I, kiedy spadła ostatnia grudka ziemi, z miejsca spoczynku dwóch bohaterów wytrysnął złoty promień. A gdy uderzył on w niebo i rozgromił chmury, sprowadził on deszcz, który padał tak długo, aż napoił spragnioną ziemię. Tak to Szmaragdowy Kogut i Złoty Koń ocalili ludzkość od zagłady, płacąc za nas własnym życiem.
By upamiętnić naszych bohaterów, w miejscu ich pochówku wdzięczny lud postawił dwa paifangi. Powiadają, że równo co 60 lat w miejscu tym, w dzień piękny i bezchmurny, gdy tylko wzejdzie księżyc, a słońce jeszcze nie zaszło; gdy paifangi oświetla z jednej strony miesiąc, a z drugiej strony blask słoneczny; gdy ich cienie się spotkają, zobaczyć można w tym miejscu Konia i Koguta, towarzyszących sobie wzajemnie już na zawsze.


Tak... naprawdę szkoda, że te dawne paifangi zostały zburzone za czasów Rewolucji Kulturalnej, a gdy kilkadziesiąt lat później je odbudowano, postawiono je zgodnie z własnym widzimisię władz miasta, w innej lokalizacji i bez nadziei na zetknięcie się cieni...

2013-08-20

荷葉雞 kurczak w liściach lotosu

Zawsze na targach dziwiła mnie obecność nieświeżych kurczaków. Tak nieświeżych, że aż zielonych:
Oczywiście zgadliście. Zieleń to nic innego, jak chlorofil liści lotosu. Kurczak w całości, zabejcowany rozmaicie, jest nimi obkładany i gotowany na parze; liście dają lekki ziołowy posmak i ten dość ohydny kolor.
Spotkałam dwie szkoły przyrządzania kurczaka w liściach lotosu. Akurat ta tylko gotowana na parze przypadła mi do gustu mniej niż druga, o bardziej zdecydowanym smaku. Ten pierwszy kurczak jest zazwyczaj jadany na zimno, z ostrymi dipami, więc mdły smak nie przeszkadza. Ja jednak wolę mięso, które już nie potrzebuje sosów i innych dodatków. Dlatego wolę przyrządzać w sposób bardziej czasochłonny, ale dający wyrazistszy smak.

Składniki:
*kurczak, cały albo na przykład udka
*tyle liści lotosu, by wystarczyło do obłożenia kurczaka
*bejca: pieprz syczuański lub zwykły z solą i alkoholem, odrobina sosu sojowego
*przyprawy: anyż gwiaździsty, pieprz syczuański, sól, szklanka rosołu bądź trochę wegety z czosnkiem i imbirem plus wszystko, co Ci wpadnie do głowy.

Wykonanie:
1) Kurczaka umyć, przekroić na dwie części, zabejcować.
2) Osuszyć (niby można ręcznikiem papierowym, ale ja po prostu odkapuję) i obsmażyć na złoto.
3) Wsadzić do gara, najlepiej kamionkowego, ale gęsiarka też ujdzie, z przyprawami i gotować tak długo, aż zacznie pachnieć tym wszystkim - czyli zwykle do momentu, kiedy rosół się wygotuje.
4) Wyjąć z gara, obłożyć liśćmi lotosu i gotować na parze aż do momentu, w którym będzie mięciusieńki.

2013-08-19

Siedem czarek herbaty 七碗茶

Jak to możliwe, by tak obskurne miejsce, służące głównie hazardowi, a dopiero na drugim miejscu piciu herbaty, nosiło nazwę wziętą z tytułu jednego z najsłynniejszych poematów herbacianych?!

2013-08-18

samobójstwo 自殺

ZB podchodzi do mnie z grobową miną.
-Kochanie, muszę Ci o czymś powiedzieć, chociaż serce mi pęka.
-Tak? (zaniepokoiłam się, ale tylko trochę)
-Bo widzisz, ryżowa miseczka w smoki...
-Tak? (już wiedziałam, czego się spodziewać, ale jeszcze nie dawałam nic po sobie poznać)
-Ona... popełniła samobójstwo!
-Jak doszło do tej strasznej tragedii? (zachowuję powagę. Z trudem, bo wewnętrznie skręcam się ze śmiechu)
-Widzisz, myłem sobie spokojnie naczynia i wszystkie grzecznie dawały się umyć, wypłukać i postawić. A ona - wyskoczyła mi z dłoni, krzyknęła "żegnaj, okrutny świecie"...
-(wchodzę mu w słowo) zrobiła piruet, podskoczyła do Twojej twarzy, pokazała Ci język i z siłą wodospadu rąbnęła o ziemię, czy tak?
-(ZB robi oczy jak pięciozłotówki) dokładnie tak, skąd wiedziałaś?
-a wiesz, Twój ulubiony kubeczek na nalewki wykręcił ten sam numer kilka dni temu...

2013-08-16

洱海海菜 Wodorosty z Erhai

Będąc w Dali, warto wybrać się do jakiejkolwiek knajpy, w której spożywa się gatunki zwierząt i roślin występujących tylko lokalnie. Pomijam już ryby z Jeziora Erhai - w sumie poszczególne odmiany karpiowatych różnią się od siebie nawzajem niewiele, a idea zupy rybnej podobna jest w Yunnanie i w Polsce. Poza wspaniałą żabią skórką spragnionym dziwnych smaków mogę doradzić wodorosty z Erhai.
Długołodygowe i długolistne wodorosty różnią się bardzo w smaku od tych japońskich. Przede wszystkim, zamiast je sprasować, wysuszyć czy cokolwiek innego, podaje się je tutaj na świeżo, jako jarzynę, smażone lub gotowane z bulwami taro. Spróbowałam wszystkich wersji; nie jestem fanką taro, więc to najbardziej tradycyjne połączenie niespecjalnie mnie urzekło. Za to świeże, usmażone na czosneczku łodygi i kwiaty wodorostowe bardzo mi podeszły.
Przyrządzenie jest proste: po odłowieniu wodorostów trzeba je przepłukać (i ewentualnie przechowywać) w wodzie, a przed przyrządzeniem odsączyć. Usmażyć albo ugotować, doprawiając solą i czosnkiem do smaku. Moim zdaniem najlepsze są w knajpie "Pachnie na 10 mil". ;)

2013-08-14

Róże z Anningu 安寧的玫瑰

Dwa razy w tygodniu pracowałam w Anningu, uroczym miasteczku niedaleko Kunmingu, słynącym z gorących źródeł. Na źródła nie bardzo mam czas, więc cieszę się raczej inną anningową specjalnością: różami. Nie takimi na krzaku – to można wszędzie. Mnie cieszą produkty wykonane z róż pomarszczonych, które powstają właśnie w Anningu, bądź tuż obok – w Ośmiu Ulicach (八街鎮).
Sadzenie jadalnych róż w Anningu zaczęło się na dużą skalę już w latach '70 XX w. Oczywiście, sadzano róże i wcześniej – ale nie w celach spożywczych. Na przestrzeni ostatnich czterdziestu lat doszli do takiej wprawy, że jeśli w ogóle chce się kupować produkty różane, warto sięgnąć po te z Anningu.
Spożywanie owoców róż wzmaga odporność, pomaga na trawienie i upiększa. Dlatego też na ich bazie, jak również z kwiatów, zaczęto tworzyć nie tylko różnego typu przekąski, ale i kosmetyki. Mamy więc, poza znanymi i w Polsce konfiturami (tutaj nazywanymi „cukrem różanym” 玫瑰糖) czy wodą różaną, różane landrynki (mało kto wie, że owoc róży pomarszczonej ma bardzo wysoką zawartość witaminy C), różaną wódeczkę, herbatę z pączków jak i różaną herbatę zieloną („wędzoną” z różami), sól do kąpieli, mydło, krem nawilżający, jak i lekarstwa z różą w składzie. Zresztą – jedynym ograniczeniem jest tu wyobraźnia; wierzę, że prędzej czy później firma różana z Anningu znajdzie następnych sto produktów, które sprzeda z zyskiem, jeśli doda różę i odpowiednio to zareklamuje.
Koleżanka ZB, wiedząc, że się on ożenił, przyniosła w prezencie komplet produktów różanych. Więc myję się różanym mydłem – i mam gładką twarz; smaruję ręce różanym kremem – i już mi nie pęka skóra; piję herbatę z pączków róż – bo lubię i zajadam się landrynkami różanymi, kiedy mąż nie widzi, a ciasta nadziewam różanym cukrem... Tak, jestem chodzącą reklamą, uważam, że powinni mi płacić :)

2013-08-13

Nocleg w Dali

Od dawna miałam pochwalić Nefrytowe Emu i takiegoż Kangura za warunki higieniczne, obsługę, wszechstronną pomoc i możliwość gry w darta/pingponga/bilard. Dopiero niedawno jednak, kiedy za niewiele mniejsze pieniądze trafiłam do hostelu, który urągał wszystkiemu, był położony przy stacji benzynowej, miał zepsute klamki, woda ledwo ciurkała, a w recepcji powieszone było muzułmańskie hasło, że tylko muzułmanie dostąpią zbawienia - stwierdziłam, że mimo irytującej obecności STAD backpackersów, dla których jeżdżenie na wycieczki zorganizowane przez hostel jest wielką przygodą, Struś i Kangur są naprawdę rewelacyjne...

2013-08-12

Lin Dan 林丹

Od paru lat grywam w badmintona. O ile techniką nikogo nie powalę, o tyle jestem przeszczęśliwa. Radość rośnie wprost proporcjonalnie do ilości potu, z którego wyżymam koszulkę. Mogłabym zostać dawcą adrenaliny.
I tak jakoś się stało, że z ukochanych ciach tenisowych zrezygnowałam na rzecz badmintonowych. ZB ogląda więc najmistrzowskiego mistrza świata ze względu na jakość jego gry, a ja... Cóż. Pewnie też zauważam, że dobrze gra, jakoś podprogowo :D
Z okazji tego, że wczoraj Lin Dan został po raz kolejny mistrzem świata w badmintonie, dzielę się zdjęciami, do których się aktualnie ślinię. Kiedy mąż nie patrzy, oczywiście. Żeby nie było, jedno jest z meczu. On naprawdę się tak na korcie wygina.
...
To właśnie dlatego ZB jest o niego tak okropnie zazdrosny...

2013-08-11

Pachnie na 10 mil! 十里香

Jeśli Was kiedyś ciekawość i żądza przygód zawiodą do Dali, będziecie oczywiście mieć co robić - Jezioro Erhai jest piękne, góry Błękitne - urzekające, Stare Miasto pełne ciekawych zakątków, a okoliczne wioski warte odwiedzenia.
Im dłużej jednak będziecie w Dali, tym bardziej będziecie tęsknić za dobrym, tanim jedzeniem. Takim jak, chociażby, w Kunmingu. Dali ani w ogóle mniejszość Bai nie słyną z kuchni; fakt, mają dobre ryby, co nie jest trudne, skoro mieszkają nad jeziorem, a także trochę dzikorosnącego żarcia, jak choćby mech, o którym już wspominałam. Jednak podczas kilku wizyt w Dali nie trafiłam na knajpę, która zostałaby w mojej głowie jako przykład wspaniałej lokalnej kuchni.
Prezes He, rdzenny mieszkaniec Dali zabrał nas do knajpy. Zwrócić trzeba uwagę na trzy rzeczy: po pierwsze: tylko lokalni się tam stołują, bo oczywiście obsługa ani w ząb nie kuma angielskiego. Co nie przeszkadza, bo menu jest, jak w większości knajp w Dali, rozłożone na stołach przed knajpą, ewentualnie wisi pod krokwiami.
Po drugie: knajpa znajduje się poza murami miejskimi (konkretnie za bramą południową), czyli jest dwa razy tańsza i dwa razy lepsza niż sieczka dla turystów. Po trzecie, jest położona przy ulicy Pagodowej (一塔路), czyli tuż za murami, z widokiem na mury nawet,
czyli wystarczająco blisko centrum, żeby podejść i się nacieszyć pysznym, domowym bajskim żarciem. To właśnie tam pierwszy raz spróbowałam... ale o tym następnym razem ;)
Knajpa zwie się Pachnie na 10 mil. Bajskie chłopskie jadło. 十里香白族农家美食 i znajduje się naprzeciwko południowej bramy Starego Miasta Dali, po przekątnej. Każdy taksówkarz zna tę knajpę, bo można tu zamawiać żarcie do późna w noc :)

2013-08-09

krewetki rzeczne 河蝦

Są maleńkie. Wyglądają tak słodko i uroczo, że początkowo nie chciałam ZB pozwolić na ich użycie w celach kulinarnych. O, proszę:

Potem jednak Pan mój i Władca zanabył również czosnek bulwiasty Allium tuberosum... Nie opierałam się dłużej.
Składniki:
*czosnek bulwiasty
*krewetki rzeczne
*sól/sos sojowy
*ewentualnie odrobina alkoholu
Wykonanie:
1) Przygotować krewetki. Rzeczne mają tę przewagę nad morskimi, że są malutkie. Dzięki temu nie trzeba ich odskorupiać czy też odgłówkowywać - oczywiście, można to zrobić, jeśli kogoś brzydzi/martwi patrzenie krewetce prosto w oczy bezpośrednio przed wsadzeniem jej do dzioba, ale smaku to nie zmienia. U nas na targu można kupić już takie odgłówkowane, więc my się tym nie musimy zajmować.
2) Czosnek bulwiasty umyć i pokroić na kawałki długości małego palca.
3) Rozgrzać olej w woku, wsypać krewetki, ewentualnie dodać kapkę alkoholu, smażyć aż zmienią kolor.
4) Wsypać czosnek i obsmażyć.
5) Dodać sól, a jeśli lubimy bogatszy smak, to również odrobinę sosu sojowego.
6) Wymieszać i podać.
To przepis główny. W każdym regionie trochę się go modernizuje w zależności od preferencji smakowych. Takoż mój mąż zawsze smaży krewetki z suszonym chilli:

Smacznego!

2013-08-08

Trzy pagody, złoty kogut i złota świnia 三塔, 金雞和金豬

Tysiąc z kawałkiem lat temu zbudowano tuż przy Dali Świątynię Chongsheng 崇聖寺 wraz z jej trzema pagodami. Jednym z rzemieślników, pracujących nad tym cudem, był nieśmiertelny o imieniu Weichi Gongtao (尉遲恭韜). Na czas budowy zamieszkał w pobliskiej wiosce, u pary bezdzietnych rybaków. A byli oni ludźmi o złotych sercach, więc do swego gościa odnosili się z szacunkiem i troską, dbając o jego wygodę i samopoczucie. Traktowali go serdecznie, jak bliską rodzinę, a on im odpłacał tym samym.
Gdy skończono budować pagody, a mistrz Weichi miał opuścić wioskę, postanowił nagrodzić ich również nieśmiertelnością. Gdy staruszkowie posnęli, przyniósł półtora kilo mąki i upiekł z nich dwa ciastka.
Następnego dnia staruszkowie odprowadzili mistrza Weichi pod pagody, okraszając pożegnanie obfitymi łzami; on zaś wyciągnął z tobołka ciastka i, podając je staruszkom, rzecze: "Tyle lat żeście się mną opiekowali i dogadzali mi we wszystkim, zmęczeni i postarzali, a ja poza tymi dwoma ciastkami nie mam dla Was nagrody. Weźcie je, proszę, i zjedzcie, gdy tylko wrócicie do domu. Mam nadzieję, że się wkrótce znów spotkamy".
Kiedy jednak staruszkowie wrócili do domu i już-już zamierzali spożyć ciastka, do ich domu wparzyła siostrzenica, mówiąc, by ich nie jedli. Siostrzenica mieszkała po sąsiedzku; traf chciał, że przyuważyła jak mistrz Weichi poprzedniego dnia miesi ciasto. Zabrakło mu podówczas wody, więc splunął był w ciasto, żeby je dobrze wyrobić. Gdy powiedziała to staruszkom, z obrzydzeniem spojrzeli oni na ciastka, połamali je na kawalątka i nakarmili nimi koguta i trzodę chlewną. Któż mógł przypuścić, że właśnie wtedy wydarzy się cud?! Stare kogucisko i tłusta maciora z prosiakami w okamgnieniu zmienili się w złotego koguta i złote świnie, błyszczące w świetle słońca. Staruszkowie i siostrzenica przetarli oczy ze zdziwienia, nie mogąc wykrztusić ani słowa. Po chwili staruszek oprzytomniał i chciał koguta złapać, ten jednak wbił się w powietrze, przysiadł na chwilę na jednej z pagód, a potem odleciał w siną dal. Szukając bezpiecznego schronienia, obleciał bez mała cały świat, jednak koniec końców wrócił do naszych trzech pagód i usiadł na wierzchołku jednej z nich.
Siedem złotych świń udało się staruszkom zagnać do chlewu i zamknąć. Gdy o cudzie tym usłyszeli wioskowi, przybiegli pooglądać złote świnki i pogratulować staruszkom nagłego szczęścia.
Posiadającym dom wypełniony żywym, chrząkającym bogactwem staruszkom ani przez myśl nie przeszło, żeby przepuścić pieniądze na madżonga ani żeby schować je samolubnie w skarpetce. Chcieli się podzielić ze wszystkimi. Gdy się o tym dowiedział lokalny bogacz, zły oczywiście, zwołał jeszcze do kompletu skorumpowanych urzędników i ich bandziorów, żeby świnki ukraść. Staruszkowie starali się im zagrodzić drogę; niedobrze na tym wyszli. Bogacz machnął raz łapskiem, a staruszek przywitał się z ziemią. Jednak maciora nie w ciemię bita, przyskoczyła do bogacza, tryknęła go raz a dobrze, a on tak rąbnął, że krwawił jak zarzynane, nomen-omen, prosię i jeszcze sobie głowę rozbił. A maciora harcuje dalej: tryks! tylnymi raciczkami wypchnęła bandziorów z podwórka staruszków i tak po kolei rozprawiła się z urzędasami, aż posiniaczeni byli jak śliweczki i tylko patrzeć, czy równo puchną. A złota maciora z prosiaczkami umknęła nad Jezioro Erhai, gdzie próżno by ich szukać.
Gdy złote świnki uciekły, staruszkowie byli mocno zawiedzeni. Nie rozpaczali jednak nad utratą bogactw. Złościli się tylko na chciwość bogacza i urzędników, przez którą świnki musiały uciec z domu, świnki, które były ostatnią pamiątką po mistrzu Weichi. Całą noc oka zmrużyć nie mogli, więc gdy tylko wstał świt, poszli pod chlewik rozpaczać. A tu niespodzianka! Coś w chlewiku błyszczy! Wchodzą do środka, a tam... Nie, nie świnki. Po prostu, świńskie łajno zmieniło się w dziesięć sztabek złota!
Uszczęśliwiony staruszek mówi: "nie możemy zachować ich dla siebie. Nam wystarczy jedna sztabka, resztę podzielimy sprawiedliwie między sąsiadów". Ale nawet posiadając sztabkę złota staruszkowie nie zmienili ani na jotę stylu życia. Żyli oszczędnie, a staruszek co dnia wyruszał na połów.
Dnia pewnego wiosłował sobie staruszek po Jeziorze Erhai, niezmordowanie rzucając sieci, pech jednak chciał, że nie ułowił ani jednej ryby. Właśnie gdy miał zbierać sieci i wracać do domu, oślepił go blask. A co to? Przecie to złoty łańcuch, którym była uwiązana świnia! Początkowo zamierzał pociągnąć łańcuch i zaprowadzić świnię do domu, im dłużej jednak nad tym myślał, tym bardziej mu nie w smak były problemy, które by z tego wynikły. Już widział, jak bandyci znowu próbują ukraść świnię, a jego samego przy okazji wdeptać w błoto. Skoro świnie znalazły schronienie w jeziorze, niech tu sobie zostaną. Odczepił łańcuch, zostawiwszy sobie jedno ogniwo na pamiątkę, i puścił świnię wolno.
I znów dowiedział się o tym bogacz. Zebrawszy opryszków, zmusił staruszka do wypłynięcia z nimi na jezioro i do pokazania im miejsca, w którym znalazł łańcuch. I faktycznie, znów udało mu się ten łańcuch wyłowić. Bogacz i opryszki ciągną łańcuch i ciągną, a on się wydłuża i wydłuża, co dla bogacza jest oczywiście powodem do radości. Krzyczy bogacz: ciągną, ciągnąć łańcuch, ślamazary! Aż pociągnięta łańcuchem świnia się obudziła. Jak nie ruszy z racicy, tak wszyscy trzymający kurczowo łańcuch bandyci z bogaczem na czele wpadli za nią w wodę i tyle ich widziano. Podobno nakarmili sobą wielkie ryby w jeziorze...
A staruszek szczęśliwy i spokojny wrócił tą samą małą łódeczką do domu.

2013-08-07

Śląska kuchnia 西里西亞菜

Zatęskniło mi się za Polską. Czasem mi się zdarzają takie napady. Mówię wtedy: zjadłabym sobie chleba żytniego z twarogiem i pomidorkiem, kluski śląskie, kapustę zasmażaną i rolady na obiad, a na zupę żurek. Mieszkam jednak w Chinach. Nie ma żurku, twarogu, kiszonej kapusty. Nie ma masy innych rzeczy, za które mogłabym zabić.
Odkąd mam tu dom, sama robię twaróg. Na serwatce gotuję żurek. Kiszę kapustę i ogórki. Garsteczka twarogu kosztuje mnie kilka godzin, a pieniędzy tyle, ile kilo sera w Polsce. Żurek na serwatce może być - odkąd wiem, gdzie kupić sensowną wędzonkę. Ogórki kiszę dzięki przyprawie do kiszenia ogórków, którą Mama przysyła z Polski. Zwykle jadam chińszczyznę, tajszczyznę itd., ale czasem mam białoczerwony napad i wtedy mój mąż ma okazję przypomnieć sobie, jak to było w Polsce.
Dziś był żurek, a na drugie danie bitki wołowe w prawdziwkowym sosie, podane z ziemniaczkami i kiszoną kapustą zasmażaną. Jadłam i wspominałam kuchnię Mamy. ZB też wspominał kuchnię mojej Mamy. I tak żeśmy mile wspominali, że w ciągu pięciu minut wmłóciliśmy wszyściusieńko i nawet zdjęcia nie zdążyłam zrobić...
Za to przypominając sobie przepis na zasmażaną kapustę, trafiłam na stronę o kuchni śląskiej. Nawet nie wiedziałam, jak dużo dań pamiętanych przeze mnie z dzieciństwa reprezentuje kuchnię regionalną! Stronę serdecznie polecam wszystkim, którzy kuchnię śląską lubią, albo którzy chcą ją poznać.
A ja... Cóż. Obżarłam się jak świnka. A jutro wrócę do smażenia ryżu, chilli, sosu sojowego i nieprzytomnych ilości czosnku ;)

bajskie srebro 白族銀飾

Dali jest słynne z wielu powodów: z racji kultywowania tradycji architektonicznych ludu Bai, wydobycia i obróbki marmuru, bajskiej herbaty itd. Jednym z najbardziej dochodowych interesów, poza, oczywiście, marmurem, jest wydobycie i obróbka srebra. Wieki całe subtelnie zdobione spinki do włosów, bransoletki czy pierścionki jeździły po całej Azji. Pod koniec panowania dynastii Qing, istniała w Dali uliczka srebrników (złota mało było, więc złotnicy nie wchodzą w grę ;)) Oczywiście, za czasów "nowych Chin" większość starych zakładów podupadła, ale gdzieniegdzie przetrwali rzemieślnicy, którzy jeszcze pamiętają i nauczają, jak wytwarzać małe cudeńka. W przepięknej biżuterii poczesne miejsce zajmuje coś, co jest specjalnością ludu Bai i w zasadzie nie występuje w innych grupach etnicznych. Zwie się "koroną feniksa" i, jak sama nazwa wskazuje, jest mocno ozdobnym nakryciem głowy.
Musi być strasznie ciężkie...
Na bransoletach i co większych artefaktach ulubionym wzorem są ryby, ptaki i kwiaty lotosu. Są nie tylko śliczne, ale również chronią przed złem, tak samo jak (wedle bajskich wierzeń) srebro. Właśnie wiara w magiczną moc srebra powoduje, że wiele bajskich dzieciaczków jest zakolczykowanych, bez względu na płeć. Srebro stale noszone pozwala chronić ich dusze i wrastać w spokoju. I po śmierci ma srebro towarzyszyć człowiekowi, zapewniając jego duszy bezpieczny połączenie się z przodkami.
Szkoda, że dziś na uliczkach starego Dali kupić można raczej posrebrzany brąz niż prawdziwe srebro...
PS. Wszystkie zdjęcia wybajdowałam hasłem 白族銀
Korzystałam m.in. z tego artykułu.