blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2013-04-30

wydurnianie sie w zwiazku

Po takim haśle ktoś trafił na mój blog. Serio.
Ja protestuję! To, że mamy taką ślubną fotkę:

to jeszcze nie znaczy, że się wydurniamy! Ja sobie wypraszam!

Piorunowy Klejnot 雷琛瑜



Nie będzie słów, nie będzie tłumaczenia. Owszem, mogłabym wyguglać i spróbować, ale jest jeden szkopuł: ja się w tej piosence zakochałam, nie rozumiejąc ani słowa. To przecież kantoński!
Taki jest to przyjemny popik - zwłaszcza od momentu pojawienia się bandu. Fajne białasy :) A ona ma takie niezaciśnięte gardło nawet na trudnych sylabach, że aż miło się na chwilę przy niej zdekoncentrować. Czego i Wam życzę :)
A o panience więcej nie napiszę, bo ta piosenka to jej debiut i sama na jej temat nic nie wiem. O!

2013-04-29

金殿 Złota Świątynia

Położona na Górze Krzyczącego Feniksa (鳴鳳山) taoistyczna świątynia z początku XVII wieku jest jednym z nielicznych tutejszych zabytków, który w niemal niezmienionej formie przetrwał do dziś. W dawniejszych przewodnikach opisuje się ją jako położoną 7 kilometrów na wschód od Kunmingu; dziś kursują do niej miejskie autobusy, więc dla mnie jest ona położona w mieście. Znana jest z tego, że jest w niej budyneczek zbudowany w całości z brązu. Skąd się tam wziął?
Świątynia powstała jeszcze w czasach dynastii Ming, a konkretnie za panowania cesarza Wanli, w 1602 roku. To były niespokojne czasy. Dlatego trybut w postaci brązu, który miał z Yunnanu powędrować do królewskiej mennicy jako materiał na monety, został sobie bezpiecznie w Yunnanie. Żeby nie został sprzeniewierzony, lokalni kacykowie postanowili z tego brązu stworzyć imitację słynnego Pałacu Taihe 太和宫 i Złotej Świątyni z Hubei. Tak też uczyniono. Wprawdzie potem cenny gadżet sporo się nawędrował, w 1639 r. przeniesiono go bowiem na Górę Kurzej Stopki 雞足山, najważniejszą yunnańską górę buddyjską (niedaleko Dali), ale za czasów cesarza Kangxi (w 1671 roku) mój ulubiony watażka Wu Sangui odbudował kunmińską świątynię, zachowując podobieństwo do hubejskiej. Ponoć zużył ponad 250 ton brązu, a do ozdobienia ścian świątyni wykorzystano pokryte wzorami żeliwo.

To właśnie ta świątynia pokazuje sztukę yunnańską sprzed ponad trzech wieków.

Wysoki na 6,7 metra, a szeroki na ponad 7 z nazwy złoty a w rzeczywistości brązowy obiekcik prawie gubi się w ogromnym parku przyświątynnym.
Warto tu bowiem przyjść nie tylko dla architektury i pięknych widoków. Jakiś czas temu założono tu ogrody kameliowe, które zimą cieszą oczy gości. Znaleźć tu można też ogród orchidei, azalii, kaktusów a nawet papuziarnię. O każdej porze roku jest tu pięknie - ja jednak najlepiej wspominam wizytę zimową, kiedy kamelie i azalie zapierały wprost dech w piersiach...
Oprócz tego znajduje się tu kilka zabytków z czasów wcześniejszych - jak choćby 14-tonowy dzwon cesarza Yongle, wytopiony w 1423 roku - prawie 600 lat temu. Wieść gminna niesie, że jego bicie słychać na 10 mil. Pierwotnie dzwon "mieszkał" w centrum Kunmingu, by budzić mieszkańców w razie niebezpieczeństwa. Dziś wraz z pagodą, w której wisi, jest tylko obiektem turystycznym...

2013-04-28

bułka tarta 麵包渣

Koleżanka przyszła na kolację. Gotuję w zasadzie rzadko, bo po pierwsze mąż obiecał, że to on się zajmie kuchnią, a po drugie mam na to czas tylko w weekendy, ale za to jeśli już gotuję, to zazwyczaj tak raczej wypaśnie – z zupą, drugim daniem, ciastem, wszystkim, co trzeba. Tym razem gościem specjalnym były kotlety schabowe, które nigdy nie wydawały mi się daniem ekskluzywnym, ale w Chinach jest inaczej – wiecie, w Kunmingu nigdzie nie można kupić bułki tartej...
Pokonałam tę trudność. I tylko koleżanka zapytała, czy jej się tylko wydaje, czy kotlety pachną sezamem.
Tak. Pachną. Bułkę tartą sporządzam bowiem przy pomocy blendera z wysuszonych na wiór kawałków sezamowego naanu. Czasem również z bagietki i innych takich, ale rzadko, bo po prostu rzadko bywamy w miejscach, w których europejskie pieczywo można dostać. A oto warsztat do robienia bułki tartej:
Voilà!

2013-04-27

psychodeliczne zające


a jednak dzieci są przerażające...

Dlatego w sumie nie żałuję, że wczoraj skończyłam współpracować z firmą, która wynajmowała mnie jako nauczycielkę angielskiego okolicznym przedszkolom.
W mojej prawie dwuletniej karierze nauczycielki poznałam pięści i kopniaki rozwydrzonych bachorów, nauczycielki, które tłuką dzieci i na nie drą ryja (naprawdę ciężko to inaczej nazwać), przedszkola, w którym pięcioletnie dzieci nie potrafią jeszcze myć zębów itd. Poznałam też świetne pedagożki, cudowne brzdące, które ładowały mi się na kolana, wspaniałych ludzi. Niestety tych pierwszych było więcej i bardziej zapadły mi w pamięć. Jeszcze bardziej niestety: wyrzucono mnie z pracy przy pomocy fałszywych oskarżeń, których nikt nie próbował nawet zweryfikować. Wylano mnie, bo na moje miejsce czekał już ktoś inny, Australijczyk. Wiadomo, native speaker lepszy od Polki...
Zamknęłam ten etap. Dobrze. Od dziś mogę znów niecierpliwie czekać tego, co mi życie przyniesie :)
Przy okazji z góry przepraszam serdecznie wszystkich Czytelników - nie zawsze będzie mi się udawać wrzucać coś codziennie. Muszę się zastanowić, co dalej, a że nie mam podzielnej uwagi, w trakcie zastanawiania nie potrafię pisać ;)
A dzieci nadal lubię, ale wolę, gdy występują pojedynczo, a nie stadami :P

2013-04-26

cynamonówka

Robię nalewki.
Nie z przymusu serca – jestem raczej małopijąca, a w domu się raczej nastawiało wino niż robiło nalewki, więc właściwie bym nie musiała. Ale NIENAWIDZĘ smaku chińskiej wódki, wina są tutaj droższe niż ustawa przewiduje, a piwo jest rozwodnione do granic wyczuwalności smaku. Od czasu do czasu zaś nawet małopijący Tajfun chce ucieszyć podniebienie czymś wyskokowym...
Przepisy znajduję w internetach. Była już brzoskwiniówka, yangmejówka, toffiówka, pomarańczówka, wiśniówka i moja ukochana – cynamonówka, którą dziś Wam prezentuję.
Nie żeby się pochwalić przepisem – przecież nie jest mój – a dlatego, że uwielbiam tutejszy cynamon. Nie proszek, nie laseczka długości palca wskazującego, a wielgachny, grubachny kawał kory cynamonowca. Tak się cynamon sprzedaje w Kunmingu.
A nalewka pyszna :)

2013-04-25

Park Wielkiego Widoku 大觀公園

Najbardziej znany z tego, że znajduje się w nim Budynek Wielkiego Widoku, moim zdaniem jest atrakcyjny sam w sobie. Czy latem, kiedy jezioro zieleni się liśćmi lotosu,



czy zimą, gdy łakome mewy wyszarpują Ci z dłoni kawałki chleba,


pejzaż jest tu przepiękny. Emeryci przychodzą tu pograć w madżonga
(zresztą, i młodsze pokolenie lubi tę rozrywkę), rodzice z dziećmi koncentrują się wokół rowerów wodnych
i wesołego miasteczka.
Ekscentrycy cykają sobie zdjęcia z rzeźbami współczesnymi,
staruszkowie puszczają latawce

- dla każdego coś miłego. Można tam spędzić łazikując i odpoczywając choćby i cały dzień - na głodnych i spragnionych czekają stragany z wiktuałami.

Podsumowując: jest to wspaniałe miejsce na spacer z przyjaciółmi, piknik czy zwykłe podziwianie krajobrazu...

2013-04-23

大觀樓 Budynek Wielkiego Widoku

Mieści się w parku położonym na północnym wybrzeżu Lśniącej Perły Wyżyny Tybetańskiej, czyli Jeziora Dian 滇池, czyli w południowozachodniej części Kunmingu. Park zresztą wziął nazwę właśnie od tego budynku, dlatego zowie się Parkiem Wielkiego Widoku 大觀公園. Sam budynek, jako jeden z najbardziej znanych zabytków nie tylko w Kunmingu, ale i w całych Chinach, znalazł się pod opieką yunnańskich oficjeli.


Przy okazji park jest skondensowanym przykładem stylu chińskich ogrodów południowego zachodu, więc naprawdę warto tu przyjść.
Budowa rozpoczęta została w 1690 roku za sprawą kacyka, który tędy przejeżdżał, zakochał się w odbiciu promieni słońca w jeziorze i w olśniewającym widoku gór. Nakazał tedy zbudowanie niezliczonych tingów, taiów, louów i geów (亭台樓閣)*. Zbudowane na jego życzenie Budynek Wielkiego Widoku 大觀樓, Pawilon Ukazania Księżyca 涌月亭 czy Sala Czystego Jadeitu 澄碧堂 (czyli najważniejsze pawilony), a także drogi do nich prowadzące, upiększone świeżo zasadzonymi wierzbami, dodały jeszcze uroku krajobrazowi. Zaczęła to być atrakcja turystyczna, której nie można ominąć. Poeci pisali oń wiersze, podróżnicy zapierające dech w piersiach opisy, aż w końcu pojawił się ubogi acz uczony Sun Ranweng 孙髯翁, który wlazłszy na piętro budynku i ujrzawszy krajobraz
machnął 180-wyrazowego duiliana. Biorąc pod uwagę, że większość dwuwierszy w Chinach składa się z 8-14 znaków, popełnił rzecz niebywałą. O samym duilianie jeszcze kiedyś napiszę, bo to kawał ciekawej poezji.
W 1855 roku budynek spłonął, ale szybko go odbudowano. Do dziś park i budynki były odnawiane i poprawiane tyle razy, że można stracić rachubę ;) Efekt końcowy jest zadowalający, choć może mało autentyczny...



Natomiast sam park jest moim zdaniem prześliczny. Ale o tym w następnym poście :)

*wszystkie są na polski tłumaczone jako pawilony, a o różnicach między nimi pewnie jeszcze napiszę, bo to fascynujące :)

2013-04-22

dumpling

Uczę dzieci nazw produktów spożywczych: ryż, makaron, chleb, pierogi. Ponieważ "dumpling" wydaje się być szczególnie trudny, powtarzam słowo wielokrotnie i w końcu mówię, że każda osoba, która będzie potrafiła to powiedzieć, będzie mogła mi przybić piątkę. Pierwsza dziesiątka dzieci powtórzyła wyraz niemal bezbłędnie, już byłam ucieszona, że moje metody nauczania odnoszą spektakularny sukces, gdy jedenaste w kolejce dziecko, z przejęciem i najlepszymi chęciami mówi: 打不赢! Da-bu-ying czyli nie wygrasz!...

2013-04-21

Klopsy tofu-drobiowe w zupie 雞肉豆腐丸子湯

Cudem tym poczęstowała mnie świekra. Pan i Władca twierdzi, że od dzieciństwa ich nie jadł, bo mama mówiła, że za dużo roboty. Patrzy na mnie z wyrzutem i mówi - no tak, mojej własnej matce nie chce się zrobić tego dla mnie, ale dla Ciebie to już tak... A ja odpowiadam - widocznie mnie bardziej lubi :P
Składniki:
*zmielone lub drobno posiekane mięso kurczacze
*tofu – powinno być go tyle samo, co mięsa
*spora łycha rozciapanego imbiru
*do dosmaczenia: pieprz, sól, ewentualnie papryka
*ewentualnie jajko bądź mąka - do poprawienia konsystencji
*rosół
*kiełki fasoli mung względnie marchewka, kapusta czy inny dodatek do rosołu

Wykonanie:
1.Przygotować tofu: wsadzić je do wody i poczekać, aż zmięknie, do stanu, w którym palcami będzie można je rozrobić na papkę.
2.Zacząć gotować rosół – w trakcie, gdy on sobie będzie pyrkał, my zrobimy pulpeciki.
3.Dołożyć papkę tofu do mielonego mięsa.
4.Dodać przyprawy: imbir, pieprz i sól, wymieszać.
5.Do gotującego rosołu dodać warzywa, które lubimy w rosole – w naszym wypadku były to kiełki fasoli i posiekana kapusta, ale bywa dodawana również marchewka, cebulka, co kto lubi.
6.Formować z farszu kulki wielkości piąstki
i wsadzać je do wrzącej wody. To prawdziwy test dla konsystencji – jeśli się rozpadają, to są albo za suche i trzeba dodać jajko, albo za mokre i trzeba dodać mąki.
7.Gotować na małym ogniu (ale tak, żeby cały czas woda była bliska wrzenia) przez 10 minut.
Wystarcza, żeby zniesurowić kurczaka.
8.Można sprawdzić smak zupy i ją dosmaczyć, ale zazwyczaj mocno imbirowe kulki wystarczają by nadać smak.
Uwagi:
*Jeśli się kulki wsadza do wrzątku, zazwyczaj nie tworzą się szumowiny, ale w razie czego lepiej mieć łyżkę pod ręką i paskudztwo zdjąć.
*W zależności od ilości farszu, gotujemy kulki na raz, albo na kilka razy – zupie to w niczym nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie :)
*Taki rosołek jest dobry przede wszystkim na przeziębienie, świetnie zaspokaja pragnienie, jest lekkostrawny i, mimo sporej zawartości imbiru, odpowiedni jest nawet dla osób cierpiących na zbyt duże wewnętrzne gorąco. Oprócz tego jest po prostu przepyszny, a i zrobić nietrudno.
*Oczywiście, można zastąpić kurczaka innym mięsem. Wpłynie to na czas gotowania i smak zupy, moim zdaniem raczej niekorzystnie. Tym niemniej, jeśli nie mamy co zrobić z resztką mielonego mięsa, to jest dobra opcja.
*Istnieje bardzo dużo wersji. W niektórych mięso jest doprawiane sosem sojowym czy nawet ostrygowym. W niektórych mięso zastąpione jest ziemniakami. W niektórych zamiast kurczaka są krewetki. Mnie wersja podstawowa smakuje na tyle, że na razie nie eksperymentuję z innymi :)

2013-04-20

kallijka

Jak to możliwe, że kwiat tak piękny i o tak ślicznej nazwie jak kallijka, cóż z tego, że etiopska, został przez Chińczyków nazwany "lotosem jak końska podkowa" - 馬蹄蓮??...

2013-04-19

藠頭 chińska szalotka

O jednej z najbardziej tradycyjnych przekąsek, bakłażanowych "dża", już kiedyś pisałam. Czas na drugi kunmiński hit wszechczasów. Jest to marynowany czosnek chiński. I nie mówię tu o trującym czosnku z Chin, wypierającym rodzimą produkcję, o którym pisały autorytety typu Fakt. Mówię o czymś, co wabi się po łacinie "Allium chinense", czyli właśnie chiński czosnek, który jest bliskim kuzynem czosnku askalońskiego, czyli szalotki. Różnie go w anglojęzycznym światku nazywają: chińska cebula, chińska szalotka, japońska szalotka, orientalna cebula. Zawsze jednak chodzi o tę samą roślinę - jadalną dziką cebulkę o delikatnym smaku czosnku. Mnie najbardziej do gustu przypadła nazwa "chińska szalotka" i jej też będę używać.
Pochodząca z południowych Chin szalotka zawojowała wiele innych państw azjatyckich - jest szalenie popularna w Kambodży, Wietnamie, Japonii, Indonezji, Korei, Laosie, Malezji, Birmie, Singapurze i Tajlandii. Ba! Dotarła nawet na Kubę i Hawaje... Nie dziwię się wcale. Jest delikatna i chrupiąca, a przede wszystkim idealnie nadaje się zarówno na pikle, jak i na przystawkę. W Wietnamie miałam ją okazję spożywać z okazji Nowego Roku, w Japonii podaje się ją podobno m.in. do sushi i curry, jednak moim zdecydowanym faworytem jest ta yunnańska, marynowana w paprykowym sosie. Yunnańczycy jedzą ją chętnie - nie tylko ze względu na konsystencję i smak, ale również na poprawę trawienia, krążenia i innych takich. Jest bardzo zdrowa, pod warunkiem, że nie łączymy jej z wołowiną. Nie należy jej także spożywać w razie gorączki - podobno jest zbyt ciepła wewnętrznie...
Marynować ją można na kilka sposobów - na kwaśno, na słodko, na ostro. W Yunnanie raczej na ostro - z pastą chilli bądź po prostu z posiekanym i zasolonym chilli.
Można na przykład tak: przygotować
*szalotki chińskie
*sól
*olej sezamowy
*olej o smaku pieprzu syczuańskiego bądź sam pieprz
*sos sojowy jasny
*chilli w dowolnej postaci
*cukier
Wykonanie:
1) Z szalotki usunąć pędy i łodygi, zostawiając same cebulki. Umyć.
2) Pokroić, albo i zostawić w całości.
3) Solidnie posolić i zostawić na minimum pół godziny.
4) Umyć przegotowaną wodą, osuszyć.
5) W miseczce wymieszać składniki marynaty. Wypaćkać w niej szalotki z każdej strony.
6) Gotowe można spożywać od razu bądź przechowywać w lodówce nawet kilka miesięcy.
Tak jedzą m.in. w Guizhou, Hunanie i Yunnanie. Ściśle yunnańska jest inna wersja, nazywana "chilli o smaku szalotki". Dla kunmińczyków najważniejsza jest w tym papryka, ale ja wolę samą szalotkę.
Składniki:
*chilli, posiekane drobno, wraz z pestkami
*szalotka, posiekana równie drobno, jeśli chcemy uzyskać pastę, albo w całości, jeśli po prostu chcemy zamarynować szalotkę.
*mączka sojowa albo kukurydziana
*ewentualnie można dodać grzyby (w Kunmingu dodawana jest chropiatka)
*dowolne dodatki - np. olej sezamowy, sos sojowy
Wykonanie:
Po wymieszaniu składników wsadzić do kamionkowego gara, żeby się kisiło.
Kiedy się ukisi, jest idealnym dodatkiem do ostrych sosów, mięsa. Można taką pastą przyprawić mięso, można wykorzystać w dipach, a można, jak ja, wyżerać samą szalotkę, paprykę zostawiając Panu i Władcy.

2013-04-18

językowo

Mąż wzdycha:
Ożeniłem się z laowajką i nic się w moim życiu na lepsze nie zmieniło poza moim własnym poziomem mandaryńskiego. Popatrz: już wiem, że się nie mówi liulai, tylko niunai 牛奶 (dialekt kunmiński nie rozróżnia n od l), że nie mamafufu, tylko mamahuhu 马马虎虎 (nie odróżnia również fu i hu), że nie idę chunqian tylko cunqian 存钱 (podobnie do dialektu syczuańskiego, dialekt kunmiński miewa problemy z rozróżnianiem cz i c, sz i s itd., z tym, że tu często się zdarza odwrotność seplenienia, czyli wtykanie cz i sz tam, gdzie powinno być c i s)... Jakoś mi ten mandaryński łatwiej z ust wychodzi niż dawniej...
Ja wzdycham:
Nie dość, że mąż nie uważa uprasowanych koszul, kilkudaniowych obiadów, domowych nalewek i ciast, pozmywanych naczyń i przytulnego domu za poprawę, to jeszcze go muszę uczyć mandaryńskiego...

2013-04-17

you hot!

Choć chinglish zazwyczaj doprowadza mnie raczej do paroksyzmów śmiechu, czasem zdarza się Chińczykom pozytywnie mnie zaskoczyć. Salon fryzjerski, który w wersji chińskiej nazywa się 诱惑 you huo, po angielsku przetłumaczono fonetycznie na "you hot".
Dlaczego ta nazwa mi się podoba? Ponieważ chińskie 诱惑 znaczy ni mniej, ni więcej "kusić, wabić, zachwycać". A któż może bardziej zachwycać niż osoba, która jest "hot" czyli właśnie atrakcyjna i seksowna?

2013-04-15

Piękna Róża

Sieć salonów piękności 宝洛莎 Baoluosha, co ma być fonetyczną transkrypcją Bellarosa, jest w Kunmingu coraz bardziej popularna. Reklamują się, że wiedzą, dzięki czemu można zatrzymać mężczyznę u swego boku i oferują najrozmaitsze zabiegi - od odsysania tłuszczu i powiększania biustu po usuwanie piegów. Żeby zabrzmieć bardziej ę-ą, postanowili opis swego klubu "高级女人美容会团" (salon piękności dla kobiet z wyższej półki - tak w chińskim, jak i w polskim jest w tym zdaniu niedomówienie czy salon jest z wyższej półki, czy kobiety) przetłumaczyć na angielski. Wyszedł im z tego senior women's club, czyli klub dla starszych pań, innymi słowy klub emerytek...
Tak to jest, jeśli się nie wie, że wprawdzie 高级 można przetłumaczyć nie tylko na "wyższego rangą", senior, ale i na "wysokiej jakości" high-quality. Jeśli jakość ich usług jest taka sama jak znajomość angielskiego, trzymam kciuki za życie klientek...

2013-04-14

grill na żelaznej blasze 鉄板焼き

To był 2004 rok. Tato obiecał, że jeśli szybko napiszę i obronię licencjat, to mnie zaprosi na najwspanialsze wakacje w życiu. Tajwan.
Obroniłam się pierwsza na roku, co z tego, że pracę pisałam w amoku i nic z niej nie pamiętam? Nagroda przerosła wszystkie oczekiwania i zmieniła całe moje życie. Tak, wiem, jak pensjonarsko to brzmi, ale to po prostu prawda - to co niby mam napisać?
Miesiąc pachnący Tajwanem - bo pierwsze zetknięcie z Azją to był dla mnie przede wszystkim zapach. Kolor, upał, tropik - to wszystko oczywiście też, ale to zapach mnie olśnił. Zapach jedzenia: owoców, świeżej smażeniny i wszystkiego, nieznanego innego...
Tata po pokazaniu mi najbliższej okolicy i zakupieniu karty miejskiej wrócił w mury swej firmy, a ja eksplorowałam niezrozumiały i ach, jaki piękny, świat. Wieczorami chadzaliśmy do ulubionych Taty knajpek. I wtedy właśnie po raz pierwszy widziałam kuchenny spektakl z fruwającymi utensyliami kuchennymi.
O teppanyaki już nawet w Polsce głośno, więc nie będę się na ten temat rozpisywać. Powiem tylko, że w Kunmingu, mieście niechętnym japońskim wynalazkom, długo szukałam właśnie takiej knajpy. O ile w Tajpej teppanyaki w różnych przedziałach cenowych były niemal na każdym rogu, tutaj jest takich knajp zaledwie kilka. W tej, z której pochodzi poniższe zdjęcie, byłam już dwa razy i będziemy tam na pewno często wracać. Zdjęcie rozmazane, bo nie chciałam się zachowywać jak turystka...
Sieć tych barów teppanyaki wabi się "Latające Słońce" - 飞阳铁板烧, a nasze ulubione miejsce znajduje się pod tym adresem: 昆明五华区茭菱路319号. Internauci piszą, że jest tam beznadziejna i nieuprzejma obsługa, a żarcie jest niedobre, co najlepiej świadczy o tym, że internetowi nie należy ufać, chyba, że czyta się wyłącznie mój blog ;)
Kucharz już nas rozpoznaje i ucina sobie z nami pogawędki; przemiła kelnerka napełnia czarki herbatą, zanim zdążymy je opróżnić; żarcie nie jest co prawda w stylu japońskim - przypomina raczej kuchnię kantońską - ale jest smakowite, świeże i pachnące. A po obfitym posiłku mamy do domu wystarczająco blisko, żeby się przespacerować, a wystarczająco daleko, żeby spalić chociaż ułamek kolacji ^.^ Polecam!

2013-04-13

三姑六婆 trzy mniszki i sześć babć

Choć w dzisiejszej chińszczyźnie termin ten potocznie określa stare, wstrętne plotkary, takie stereotypowe "baby z magla", w dawnych Chinach oznaczał coś zupełnie innego. Takim mianem określano kobiece zawody. Trzy mniszki to trzy typy karier okołozakonnych - w buddyzmie, taoizmie i tradycyjnej chińskiej dywinacji. Sześć tzw. babć to po prostu kobiety parające się "normalnymi" kobiecymi zawodami. Jest wśród nich pośredniczka handlowa, matrymonialna pośredniczka handlowa czyli swatka, wiedźma, rajfurka, znachorka i akuszerka. Oczywiście, można było zostać jednocześnie wiedźmą, znachorką i akuszerką, ale można też było zostawić sobie wąską specjalizację. Niewielki to wybór... Ale czy w dawnej Polsce było lepiej? Oczywiście pracować mogły tylko kobiety samotne i wtórnie samotne - bezdzietne wdowy. Przecież nikt by nie wziął do domu takiej "mundrej" i wyzwolonej... Były to tym samym jedyne kobiety, które stosunkowo swobodnie mogły się poruszać po mieście, a także - szczególnie w wypadku swatek i akuszerek - odwiedzać zamknięte od urodzenia do śmierci w domach inne kobiety. Nie zawsze służyło to dobrym celom - pewnie niejedna dziewczyna miała dobrze wyjść za mąż, a wylądowała w burdelu, jeśli "swatka" mogła na tym ubić dobry interes. Z drugiej jednak strony, dla zwykłej kobiety była to niemal jedyna forma łączności ze światem, a dla kobiet, które nie chciały być zabawkami seksualnymi ze zdeformowanymi stopami, jedyna droga.
Kim więc w praktyce były te panie, żyjące z pracy własnych rąk bądź rozumu?

"Trzy mniszki" 三姑

1)尼姑 Mniszka buddyjska Bhikkhuni. Teoretycznie równa mnichom buddyjskim, w praktyce musiała być im posłuszna. Jedyne dwie przewagi nad zostaniem żoną, to to, że nie musiały uprawiać seksu na żądanie ani szyć dla facetów.
2)道姑 Mniszka taoistyczna. Podobno na równi ze współbraćmi mogła praktykować alchemię i wyrafinowane praktyki seksualne. Celem było osiągnięcie nieśmiertelności. Niestety nie udało mi się dotrzeć do informacji, czy również one mogły nauczać i wróżyć.
3)卦姑 wróżbiarka. W tradycji chińskiej wróżenie należy do praktyk religijnych. Dzieliło się na kilka głównych nurtów: wróżenie na podstawie Księgi Przemian, wróżenie z ręki, twarzy bądź daty urodzenia, a także mediumizm.
Rolą "trzech mniszek" było więc pośredniczeniem między światem ziemskim i nadprzyrodzonym. Ciekawe, dlaczego tak chwalebne zawody w dzisiejszym chińskim służą do określenia bab z magla...

Sześć babć 六婆

1)牙婆 Pośredniczka (dosłownie "zębata babcia")
Pośrednicy zawsze byli ważni. Jak inaczej zacząć eksportować własne towary? Przecież właściciel manufaktury nie będzie chodził od drzwi do drzwi, proponując zakup... Dlatego też się specjalizowali: jedni byli od krów, drudzy od osłów czy innych mebli, a nawet od niewolników, dzieci i dziwek. Pośrednicy byli przydatni. Zapewniali klientów obu stronom, a i zazwyczaj dysponowali odpowiednim miejscem, w którym transakcja mogła dojść do skutku. Ale to, czy byli uczciwi, to już inna sprawa. Przecież konkurencja mogła zapłacić więcej! Albo cena u sprzedawcy i dla kupującego mogła być drastycznie różna. Cóż - z czegoś trzeba żyć... Ich status społeczny nigdy nie był wysoki, zaś po dojściu do władzy komunistów niemal zanikł.
2)媒婆 Swatka
Manipulatorka matrymonialna. Do dzisiaj istnieje taki typ kobiet, chociaż niektóre robią to nie dla pieniędzy, tylko dla własnej satysfakcji. Przykładem jest moja chińska siostra, która znalazła mi męża...
W dawnych Chinach ważne były oficjalne zaręczyny. Nie żadna miłość, a kontrakt małżeński. Czasem, bardzo rzadko zresztą, rodziny dawno już były umówione co do dzieci, ale nawet wtedy proszono swatkę o "przypieczętowanie", uprawomocnienie tego związku. Rozkaz rodziców i rady swatki były jedynymi ważnymi wskazaniami do zawarcia małżeństwa...
To swatka zapewniała kontakt między rodziną pana młodego i panny młodej, uładzała konflikty, dawała dobre rady, uściślała warunki (głównie finansowe) kontraktu, świekrze opowiadała o urodzie i posłuszeństwie panny młodej, a teściowej o bogactwie i dobrym charakterze pana młodego. Jednocześnie to swatki były odpowiedzialne za unieszczęśliwienie ludzi - jeśli małżeństwo było nieudane, winą obarczano oczywiście swatkę. W chińskich tradycji życzyć komuś, by został swatką to takie nasze "obyś cudze dzieci uczył" - niekoniecznie może z tego wyjść coś dobrego, a praca jest mocno stresująca...
3)師婆 wiedźma
Do jej obowiązków należało m.in. modlenie się o szczęście i składanie ofiar, by uniknąć pecha, tworzenie talizmanów, przeklinanie "winnych", wróżenie. Mogli przez nią przemawiać bogowie, ale i demony. W związku z rozwojem nauki w zasadzie wymarły - dziś Chińczycy mówią o nich pogardliwie jako o "przeżytku z czasów feudalnych zabobonów". Szkoda. Ja, pewnie ze względu na miłość do fantastyki, do wiedźm mam stosunek sentymentalny...
4)虔婆 rajfurka, dosłownie "czcigodna babcia". Inaczej nazywana również "starą dropią" 老鴇 czy "dropią mamą" 鴇母 (dropie to ptaki, które niechętnie latają, za to świetnie się opiekują pisklętami, a samiec służy im jedynie do kopulacji). Mogła być właścicielką burdelu albo działać nieinstytucjonalnie. Jej pracownice to niekoniecznie zwykłe dziwki, często raczej kurtyzany, albo i gejsze. Rajfurka i jej podopieczne były w zasadzie jedynymi dobrze wykształconymi kobietami tamtego czasu.
5)藥婆 znachorka
Specjalizowały się w ziołach, ale i w warzeniu lekarstw. Były cudownym wynalazkiem na ból zębów, utrzymanie ciąży bądź przeciwnie - na pozbycie się jej. Uprawiały głównie tzw. "medycynę ludową", choć zdarzały się też takie z porządnym medycznym wykształceniem, po prostu lekarki 醫婆, ale w tradycji chińskiej między tymi dwiema w zasadzie stawiano znak równości. Przecież wiadomo, że PRAWDZIWYM lekarzem może być tylko facet... Poza tym często bywały oskarżane o trucicielstwo.
6)穩婆 akuszerka (dosłownie "stabilna babcia")
Właściwie istniała tylko dla tych, których było na wykształconą medycznie babę leczącą inne baby stać. Czyli na dworach i u arystokracji, bądź u bardzo bogatych kupców. Zdarzały się oczywiście wyjątki służące ludowi, ale kto by tam chciał robić za darmo?... Inna rzecz, że często wśród znachorek zdarzały się baby, posiadające podstawową "ludową" wiedzę o porodach, więc w czasach, w których szpitale były rzadkością, to właśnie one pełniły rolę akuszerek i podnosiły przeżywalność niemowlaków i matek.
I to by było na tyle. Nie bardzo jest w czym wybierać, co? Małżeństwo, kurtyzanienie, mniszkowanie, magia albo medycyna... Ech...

2013-04-12

2013-04-11

porcelana ryżowa 米瓷

Uwielbiam porcelanę. W ogóle glina, kamień, wszystko, co nie jest szkłem, to moje ukochane naczynia. Szkło akceptuję, bo przez nie lepiej widać, ale to tę resztę kocham.
W domu mieliśmy od zawsze chińskie miseczki plus łyżki z płaskim dnem. Oczywiście, były biało-niebieskie (tzw. 青花瓷 czyt. cinhuacy). Oczywiście były ryżowe. Przecież takie są najbardziej chińskie, prawda?
Mój Pan i Władca posiadał tylko kilka biało-niebieskich talerzyków w kwiaty i dwie duże biało-niebieskie miski ryżowe w smoki. Kwiaty i smoki - ulubione tematy chińskie, biel i kobalt - tradycyjne kolory chińskie, małe prześwity w kształcie ryżu służące ozdobie - chińskość nad chińskościami. Do tego dokupiłam miseczki do ryżu w smoki, ryżowe oczywiście, a od ZB dostałam cudowne talerze z przykrywkami,
które można postawić jedna na drugiej,
co oszczędza miejsce, a dzięki przykrywkom żarcie nie stygnie aż tak szybko. Oczywiście w kwiaty i oczywiście też z ryżowej porcelany.
Na wszystkich jest wyraźnie, dużymi znakami napisane (jeszcze przed szkliwieniem): Jingdezhen 景德鎮. Ma to być dowód na to, że powstały w najsłynniejszej chińskiej miejscowości "porcelanowej", w stolicy porcelany, czyli właśnie w Jingdezhen. To właśnie tam od wieków powstaje biała jak śnieg porcelana z niebieskimi wzorami. Ten niebieski to taka chińska tradycja...
Ekhm.
No właśnie.
Porcelana była biała. Różna zresztą. Zanim jednak Chińczycy nauczyli się eksploatować złoża kobaltu (dopiero w XVI wieku!), sprowadzali ten cenny materiał z... Iranu/Persji, gdzie wyroby ceramiczne ozdabiano w ten sposób od wieków. Stąd zresztą, zanim zaczęli wymyślać własne wzory, na porcelanie często pojawiały się wzory muzułmańskie, włącznie z arabskimi napisami.
Jingdezhen w prowincji Jiangxi nie było bynajmniej pierwszym miejscem, w którym wykorzystano zdobienie kobaltem; znacznie wcześniej zaczęli to robić Chińczycy w Henanie, czyli całkiem daleko. Oni jednak nie potrafili wypalać porcelany - albo ich glina była niewystarczająco dobra. Tak więc wytwarzaniem białej PORCELANY w niebieskie wzory zajęło się Jingdezhen, od XIV wieku zajmujące się tym już na naprawdę dużą skalę. I zaczęli wyrabiać porcelanę ryżową, zapiekając ziarenka ryżu w porcelanie...
Ekhm. Nie.
Po pierwsze, ona się tylko nazywa ryżowa. Tak naprawdę robi się ją w ten sposób: gotowe naczynie przed wypieczeniem nakłuwa się ostrym narzędziem, po czym wstępnie wypieka (to nie jest jeszcze porcelana, tylko tzw. biskwit). Ten wyrób się glazuruje; podczas kolejnego wypiekania, w znacznie wyższej temperaturze, glazura wpada do dziurek zasklepiając je i tworząc półprzezroczyste "okienka".
Po drugie, wcale nie Chińczycy wpadli na to, żeby takie dziurki robić. Dziurki u Chińczyków pojawiły się bowiem dopiero pod koniec XVIII wieku, natomiast już pod koniec pierwszego tysiąclecia naszej ery były doskonale znane Persom. Persowie wprawdzie nie wytwarzali porcelany, tylko kamionkę, ale technika była właśnie taka: dziurki w ściankach, wstępne pieczenie, glazura i końcowe wypiekanie. My zaś znamy tę technikę jako chińską i jako ryżową tylko dlatego, że to porcelana nas bardziej ujęła niż kamionka - kamionkę mieliśmy swoją i nie musieliśmy importować, a otworki są zbliżone kształtem do ziarenek ryżu.
Tak więc najbardziej znane chińskie kolory nie są chińskie i najbardziej znana chińska technika zdobnicza też nie jest chińska.
Moje miseczki są jednakowoż chińskie. Ale co do ich pochodzenia ze "stolicy porcelany" mam spore wątpliwości...