blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2012-10-08

dzień jak co dzień

Pobudka siódma rano. Niby trzeba wstać, ale za oknami ciemno, więc jeszcze chwilę grzeję się w rozkosznym cieple kołdry i koca (tak, w Kunmingu już jest TAK zimno) i biegnę do łazienki, po drodze włączając ogrzewacz wody (czajniki są za małe jak na moje pijackie potrzeby). Tak naprawdę jednak dzień zaczyna poranna wietnamska kawa i szybkie sprawdzenie netu. O ósmej wychodzę. Do miejsca, w którym w poniedziałki mam lekcje, dojeżdżają 3 autobusy; łącznie z pięć przystanków. Wiedząc jednak, jak wygląda kunmiński poniedziałkowoporanny korek, idę pieszo - 40 minut. Po drodze kusi mnie żarcie: bułeczki na parze, puste i nadziewane, placuszki z kleistego ryżu, kluski ryżowe z rosołem i mięskiem i wiele innych smakołyków. Wybieram bułeczki na parze z mlekiem sojowym (złotówka za świeżo miksowane, razem półtora złotego) i ruszam w drogę.
***
Przedpołudniowe zajęcia kończę o 10.40. To już jest ten czas, gdy lunchownie zaczynają pracować. We wszechotaczającym aromacie świeżego jedzenia wstępuję do kilku sklepów po drodze, by odczekać, aż zgłodnieję. W międzyczasie kupuję zimowe buty za 40 złotych, skórzane, z przeceny, i, skoro przyoszczędziłam, to jeszcze zimową kurtkę mojej ulubionej firmy Pieśń Szybującego Feniksa - w związku ze zbliżającą się zimą przeceniają zimowe ubrania o połowę we wszystkich nowych sklepach - a że nowy sklep powstał właśnie tuż przy moim ukochanym targu, koło którego przechodzę, wracając do domu, mam szczęście i kupuję zimową kurtkę za mocno okazyjną cenę.
No dobrze, pora lunchu. I chociaż zaledwie trzy i pół godziny wcześniej szamałam w najlepsze bułeczki, są one na tyle niskokaloryczne, że mój żołądek doprasza się jedzenia. Jedzeniowni jest sporo, dziś wybieram cudowną sieciówkę Smaczne Na Parze 蒸好吃, o której na pewno jeszcze napiszę. Po pierwsze nazwa jest dowcipna i zapadająca w pamięć, po drugie nie mija się z prawdą, a po trzecie jest to mocno ekonomiczna alternatywa dla osoby, która jada sama. Dziś bowiem ZB na lunch gra w badmintona. Ja mu nie mogę potowarzyszyć tylko dlatego, że musiałam skoczyć po lekcjach do biura i nie zdążyłabym przed popołudniowymi zajęciami wrócić i się wykąpać. Więc wracam do domu, po drodze kupując za 5 złotych litr mleka - jedynego, które się zsiada, więc wierzę, że jest prawdziwe. Pan od mleka na mój widok się uśmiecha i podaje to, które lubię, zanim zdążyłam w ogóle powiedzieć "dzień dobry".
Kupuję też kwiaty - zaczęły się wrzosy. Pytam panią, po ile. Że niby dwie gałązki za 4 złote. Mówię, żeby obniżyła cenę. No dobrze, promocyjnie 3, ale "gardło sobie podrzynam". Mówię, że kupię cztery gałązki, pod warunkiem, że obniży do 2,5. Pani aż się żachnęła, ale gdy ostentacyjnie zaczęłam się zbierać, wręczyła mi bukiet z miną "ta białaska za dużo sobie pozwala". Nic to, mam bukiecik akuratny do jedynego posiadanego przez ZB wazonu, więc humory kwiaciarki mnie nie interesują.
***
Przed wyjściem włączę bojler. Mamy oczywiście ogrzewaną słonecznie wodę, ale o tej porze roku to nic nie daje, więc zmusiłam ZB do kupna bojlera. Nie jest włączony cały czas; grzejemy wodę raz dziennie, przed kąpielą. Trzyma ciepło około osiem godzin, więc gdy ZB wróci z badmintona, będzie mógł się wykąpać i wyłączyć bojler, a i tak dla mnie starczy ciepłej wody na wieczór do kąpieli. Popołudniowe zajęcia skończę o 17.00. Gdy wrócę do domu, już na klatce schodowej poczuję zapach smażonego mięska i warzywnej zupy w wykonaniu mego Pana i Władcy. On bowiem od pobadmingtona miał aż za dużo czasu na gotowanie. Kuchnia chińska jest bardzo szybka - jeśli chodzi o wykonanie. Niestety, przygotowania są żmudne, bo wszystko trzeba posiekać na drobne. Dlatego zajmuje się tym on i wszystko jest zawsze przygotowane do wieczornego posiłku; kiedy wracam do domu, wystarczy wrzucić do woka czy garnka i za chwilę jest gotowe.
***
Czasami mam wrażenie, że moje życie składa się z jedzenia. Tak, pracuję gdzieś w międzyczasie, ale...
***
Ostatnio Tata zapytał, jak się czuję jako mężatka i czy coś się względem stanu panieńskiego zmieniło. Patrzę na te dni, zlewające się w jedno, a przecież tak szczęśliwe i stwierdzam: nie, nic się nie zmieniło. I mam nadzieję, że już tak zostanie :)
PS. to nie tak, że nie mam o czym pisać. Po prostu niektórzy pytają w mejlach, jak wygląda życie w Chinach - wygląda właśnie tak...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.