blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2012-08-10

mirabelki 黃香李

Nadszedl sezon na mirabelki. Tak naprawde nie istnieja prawdziwe wakacje bez mirabelek - wiedza o tym wszyscy moi przyjaciele. Zaczyna sie, gdy zaczynaja spadac ze sliwy rosnacej u sasiadow, zasmiecajac nam ogrod. Caly z nimi problem w tym, ze blyskawicznie sie psuja, wiec trzeba je szybko z trawnika pozbierac, a po pozbieraniu przetworzyc, zanim wszystkie zrobaczywieja.
Sezon trwa krotko: tydzien - dwa. W tym czasie wszyscy domownicy poza Mama chodza po ogrodzie z miskami i koszami, by zbierac te dobre sliwki, a te nadgryzione przez robaki wyrzucamy zgodnie z powrotem do sasiada. Mama nie zbiera, bo nienawidzi tych sliwek - dlatego, ze ja mam fiola na ich punkcie i zamiast odpoczywac, robie z nich przetwory. Mam to po Babci. Babcia robila miliony roznych rzeczy; mnie zostaly tylko we krwi te dzemy i powidla.
Najpierw trzeba owoce dokladnie umyc. Mirabelki sa niewdzieczne, bo male, ale poniewaz zolte, wspaniale na nich widac sluz slimakow i resztki pajeczyn, wiec latwo sie myje - tyle, ze trzeba sztuke po sztuce.
Umyte wrzucamy do garnka o grubym dnie, a w moim wypadku do duzej gesiarki, ktora poza grubym dnem ma tez inna zalete, o ktorej za chwile. Do mirabelek nie dodajemy nic, czasem tylko trzeba troche wody, ale to zalezy od dojrzalosci sliwek. Od pierwszej warstwy mozemy wstawic ogien - najmniejszy, jaki mamy. Mirabelki bowiem maja ohydny zwyczaj przywierania miazszem do pestek, przez co przed wyjeciem pestek trzeba je podgotowac. Gotuje sie tak dlugo, az pestki latwo odchodza. Tutaj okazuje sie, dlaczego gesiarka jest fajna: mozna w piekarniku ustawic niska temperature i powoli piec mirabelki, zamiast je podgotowywac - w piekarniku nie trzeba ich mieszac :)
Wtedy przychodzi czas na swistakowanie. Mozemy swistakowac na dwa sposoby: przetrzec mirabelki tak, by pestki zostaly na durszlaku, a miazsz przeciekl do garnka, albo po jednej sliweczce zdejmowac miazsz i odrzucac pestki. Ja preferuje drugi sposob, poniewaz lubie konsystencje bardziej powidlowa niz dzemowa, w ktorej zdarzaja sie polowki owocow.
Pestki najlepiej od razu wrzucac do duzego dzbanka. Gdy siegaja 1/3 naczynia, mozna te pestki zasypac cukrem i zalac wrzatkiem, a bedzie z tego pyszny, lekki kompot. Jesli mirabelki sa mocno soczyste, mozna tez odlac sok i podawac go albo zamiennie z sokiem cytrynowym (ale wowczas trzeba go trzymac w lodowce), albo podgotowac z duza iloscia cukru i zrobic syrop mirabelkowy, pyszny jako dodatek zarowno do herbaty, jak i na przyklad do wody mineralnej.
Do czystego miazszu ze skorkami trzeba dodac cukru. Duzo. Nie pytajcie ile. Ja, tak samo, jak Mama, robie wszystko na oko. Wiem tylko, ze w duzym garnku pelnym mirabelek nigdy nie zeszlysmy ponizej dwoch kilo cukru. Kwaskowaty smak mirabelek uwielbiam, ale podobno jesli beda za kwasne, nie utrzymaja sie. Dzialac trzeba tak: najpierw podsmazyc "czyste" mirabelki, az zaczna puszczac baki, a gdy juz sa zagotowane, znow ustawiamy najnizszy ogien, dorzucamy cukru i mieszamy.
Caly czas mieszamy. Mieszamy. Nadal mieszamy, bo sie przypali. Mieszamy, az na tym malym ogniu nam sie mirabelki zagotuja. Gorace ladujemy do sloikow i dokrecamy - zazwyczaj nawet nie trzeba pasteryzowac, nic im sie nie dzieje, jesli pokrywki szczelnie pasowaly ;)
Zawsze mamy milion sloikow, kazdy z innej parafii.
Zawsze wyciagamy sloiki "na oko", nie sprawdzajac ani pojemnosci garnka z dzemem, ani tym bardziej pojemnosci poszczegolnych sloikow. Czasem sie sloikow wyciagnie z piwnicy za duzo, czasem za malo, czasem sie trafi idealnie. Moja Babcia mawiala zawsze, ze jesli sie cos na oko idealnie wymierzy, na przyklad ilosc sloikow do dzemu, albo ilosc farszu do ciasta pierogowego, to znaczy, ze sie w tym roku za maz wyjdzie.
W tym roku laduje dzem do sloikow, wyszlo idealnie, z przyzwyczajenia zaczynam do Mamy mowic, ze w tym roku wyjde za maz, po czym patrze na Nia z naglym olsnieniem i stwierdzam: ale w tym roku to naprawde! :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.