blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2012-05-31

成人用品 przybory dla doroslych

Kiedy pierwszy raz zobaczylam ten napis, oczywiscie nie wiedzialam, o co kaman, i weszlam, jako, ze jestem niewatpliwie osoba dorosla. Weszlam i wyszlam, mocno zarumieniona, bo to po prostu szopa seksu. Potem nieraz widywalam tez nazwy typu 夫妻用品 czyli przybory dla malzenstw i tak dalej. Ale ten chinglishowy napis:
mnie naprawde rozbroil. I ta reklama oleju na "wczesne przeciekanie" 早泄...

2012-05-27

...i gesiego sobie...

wisialy. W calych Chinach, z centrum Szanghaju wlacznie (nie wierzycie? O, prosze:
), mozna na ulicy spotkac wywieszone do schniecia mieso. Do konca swiata mnie to nie przestanie bawic ;)

2012-05-26

Zimowy deszcz 冬雨

O Qi Qinie i mojej doń miłości przeogromnej już kiedyś pisałam. Dziś kolejna romantyczna do bólu piosenka.

為什麼 大地變得如此蒼白
Dlaczego Ziemia tak zbledła?
為什麼 天空變得如此憂鬱
Dlaczego niebo tak sposępniało?
難道是冬雨 即將來臨 即將來臨
Czyżby zimowe deszcze już nadchodziły?
為什麼 你的眼變得如此陌生
Dlaczego Twoje oczy stały się tak obce?
為什麼 你的唇顯得如此冷漠
Dlaczego Twoje usta wydają się tak obojętne?
難道是愛情 早已不在 早已不在
Czyżby miłość już dawno odeszła?
不要 再編織美麗的哀愁
Nie chcę już tkać pięknych smutków
不要 再尋找牽強的借口
Nie chcę już szukać nieprawdopodobnych usprawiedliwień
因為你的眼 哦因為你的眼
Ponieważ Twoje oczy
O, ponieważ Twoje oczy
早已說明 早已說明
Już dawno to wyjaśniły
Już dawno to wyjaśniły...

2012-05-25

Orlica pospolita 蕨菜

Cos Wam swita? Tak, to paproc. Zwykla, pospolita, nie tylko w Chinach, ale i w Polsce. Podobno jest trujaca - u bydla powoduje krwiomocz, u koni poraza uklad nerwowy. A przeciez jest to jedna z najsmaczniejszych potraw, jakie w zyciu jadlam! Trzeba jednak zwrocic uwage na to, ze spozywac mozna tylko mlodziutkie, przypominajace w wygladzie zacisnieta piesc (stad druga nazwa 拳頭菜) pedy. Jada sie je w niemal calej Azji Poludniowo-Wschodniej, w Chinach i Japonii. W Japonii glownie w formie salatki - wyplukane liscie podaje sie z olejem sezamowym i ziarnami sezamu - ale odkad pojawily sie doniesienia, ze jedzenie orlicy w postaci surowej moze powodowac raka zoladka, nawet Japonczycy najpierw je blanszuja.
W tadycyjnej medycynie, jako, ze zawarte w lisciach orlicy skladniki maja dzialanie antybakteryjne i przeciwzapalne, podaje sie ja na przyklad w celu zbicia temperatury, przy zatruciach pokarmowych czy egzemie. Dodatkowo poszerza naczynia krwionosne, wiec i sercowcy moga ja spozywac.
W moim regionie najpopularniejsze sa dwa sposoby przygotowania: orlica smazona oraz w formie salatki.
Orlica smazona:
1) wyplukana do czysta i zblanszowana orlice (pamietajmy, zeby nie spozywac lisci zoltawych badz sczernialych) wsadzamy do zimnej wody na mniej wiecej godzine - dzieki temu pozbedziemy sie goryczki w smaku.
2) Kroimy na paski wygodne do uchwycenia paleczkami.
3) Marchewke kroimy w paski, mieso mielimy, namaczamy malusienkie krewetki (tak zwany "morski ryz" 海米), siekamy drobno dymke, czosnek i imbir.
4) Rozgrzewamy wok, dodajemy oleju, smazymy cebule, czosnek i imbir az zapachna.
5) Dodajemy mieso, smazymy 2 minuty (na duzym ogniu).
6) Dodajemy marchewke, odsaczony morski ryz, smazymy na szybko dwie minuty, dodajemy odsaczona orlice.
7) Mozna dodac troche wodki, smak bedzie ciekawszy.
8) Smazymy badz dusimy do stanu niesurowego, mozna dodac soli, pieprzu, chilli, czy co tam kto lubi.
Salatka z orlicy:
1) Orlice myjemy i kroimy na wygodne do jedzenia paleczkami kawalki.
2) Wsadzamy do wrzatku na minute.
3) Splukujemy zimna woda.
4) Drobno siekamy czosnek, dodajemy maz paprykowa, sos sojowy, cukier, ocet, sol, olej sezamowy, dymke do przybrania. Rozcieramy na sos. Mozna dodac troche wrzatku.
5) Mieszamy orlice z sosem.
Wersja na zdjeciu to wersja smazona, ale z racji pustej lodowki ubozsza: bez krewetek i miesa, za to z duza iloscia cebulki i papryki :)
PS. Lodyzki rzepaku tez mozna tak usmazyc :)

2012-05-24

turkawka wschodnia 山斑鳩

Jednym z pozytywow mieszkania w Yunnanie jest to, ze mozna sprobowac takiego zarcia, jakie w wielu innych miejscach nie wystepuje. Jednak wczoraj zostalam potraktowana czyms, co przy najlepszych checiach i wiczym apetycie pozostalo dla mnie tylko lokalna ciekawostka.
Zamowiony zostal wymieniony wyzej ptaszek. Spodziewalam sie czegos w rodzaju pieczonego/smazonego kurczaka, tylko mniejszego. Na stol wjechal polmisek z kupa smazonego mielonego miesa i upieczona glowka z dziobkiem (zeby mozna bylo zidentyfikowac ofiare). Niezrazona zabralam sie za paleczki, ale cos mi zgrzytalo miedzy zebami - i okazalo sie, ze miesko zmielono wraz z koscmi...
Nie polecam. A jesli juz sprobujecie, to zastrzezcie sobie pieczenie na ruszcie...

2012-05-22

豆豉 Sfermentowane słone fasolki

Ostatnio jadłam coś przepysznego. Słone jak cholera, a jednocześnie pikantne i aromatyczne fasolki, które sprawiały, że biały ryż smakował jak król potraw. Pytam ZB, co to jest. On mówi, że doushi. Dou to rozumiem, 豆 to nazwa zbiorcza wszystkich fasolek świata, ale jakie shi? On, swoim zwyczajem, naśmiewa się, że jestem analfabetką 文盲, a potem posłusznie wklepuje nazwę w telefonie, żeby mi ją wysłać smsem. Czekam, czekam, czekam... ZB spiekł raczka i mówi, że, cholera, nie umie wklepać tego cholernego shi, ze nie wie, gdzie ten znak się podział. Obśmiałam go, że sam jest analfabetą, poguglalam i... faktycznie, znaczka shi nie ma. Nic dziwnego, bo ta nazwa to nie standardowy chiński, tylko yunnański dialekt. W reszcie Chin wymawia się nazwę tej potrawy douchi 豆豉 i wcale się z nią nie spotkałam po raz pierwszy.
Znak chi 豉 powstał specjalnie na "sfermentowane solone fasolki", które są w Chinach traktowane jako jedna z podstawowych przypraw. Nazw mają te fasolki z milion, bo od zarania dziejów robiono je we wszystkich regionach Chin. Od zarania dziejów, czyli od kiedy? W drugim wieku przed naszą erą pojawiły się w "Zapiskach historyka", czyli musiały być znane wcześniej. Mogą być zrobione z soi, jak i z fasolki mungo. Mogą być mocno pikantne albo tylko słone. Jest ich masa - a my w Europie zazwyczaj spotykamy się tylko z wersją zciamkaną na pastę - Black bean sauce to wlaśnie ten produkt, o ileż mniej smaczny od fasolki zrobionej w domu!

Składniki:
soja/fasolki, maź paprykowa, sól, starty bądź posiekany drobno imbir, chilli w płatkach/proszku, pieprz syczuański, odrobina wódki.
Wykonanie:
1) Soję namoczyć przez noc.
2) Ugotować.
3) Nie wylewać wody po gotowaniu! Dodać do niej soli i wstawić do lodówki.
4) Soję postawić w ciepłym miejscu na mniej więcej 3-4 dni, żeby fasolki sfermentowały. Objawi się to tym, ze pojawi się na nich lepka ciecz.
5) Dodać sól, maź paprykową, chilli, pieprz syczuański, imbir i wymieszać.
6) Zalać wodą po gotowaniu, dodać kapkę wódki.
7) W zamkniętym słoiku/pudełku/czymkolwieku wsadzić do lodówki.
8) Po około 10 dniach nadaje się do spożycia.

2012-05-20

musze pocwiczyc!

Sroda. Zwykla Belka ma wolne i ja mam wolne, ale ja bardziej, bo ja nie musze nic, a ZB musi pocwiczyc. Marudzi tak od rana, ze musi pograc na saksofonie - znam ten bol, ja dawnymi czasy, kiedy to jeszcze uczeszczalam do szkoly muzycznej, tez marudzilam i tez uprawialam galopujaca prokrastynacje.
Rano marudzil, ale gdy go poganialam, to mowil, ze sie nie wyspal i ze po poludniu. Po obiedzie marudzil, ale gdy go poganialam, mowil, ze z pelnym brzuchem sie zle gra i ze pozniej. Po poludniu, po probach ogarniecia chaosu w mieszkaniu, wlaczylam sobie moj ulubiony ostatnimi czasy chinski serial: 老马家的幸福往事 Przeszle szczescia rodziny Starego Ma. To ZB mi go polecil, sam ogladal ze dwa razy, zna prawie na pamiec - ja sie nie dziwie, jest fajnie nakrecony, a i aktorzy niedrewniani; dobrze tez pokazuje rozne smaczki zycia w Chinach. Tak wiec wlaczam ktorys tam z kolei odcinek, a ZB przysiada przy mnie i zaczyna komentowac.
Ja: Slonce moich oczu i Gwiazdo mojego nosa, miales pocwiczyc, tak?
ZB: no tak, tak, juz ide.
Ja: mowisz, ze juz idziesz od osmiu godzin. Wiesz, ze musisz pograc?
ZB: No musze... Ale tylko poogladam do konca ten odcinek, dobrze?
Ja: Ale ten odcinek sie dopiero zaczal!
ZB: Tym lepiej!

2012-05-19

Smaczelina 山竺

Nagle znikły mi pryszcze, przestało mnie boleć gardło i już myślałam, że to jakiś cud, gdy zdałam sobie sprawę, że po prostu zaczął się sezon na smaczeliny. Na żółtople. Żółciecze. Garcynie. No, mangostany!!!
Mangostan to według mnie jeden z najsmaczniejszych owoców świata. Jaka szkoda, że, jako roślina tropikalna, nie występuje w Polsce... Mimo grubaśnej skóry,
która teoretycznie powinna ułatwiać transport i przechowywanie, po zerwaniu jest świeży i przyjemny w smaku zaledwie kilka dni. Jak bardzo przyjemny w smaku? Możecie sobie wyobrazić połączenie moreli, mandarynki, ananasa i limonki, delikatne jak rosa o poranku? No właśnie... Z racji tego bogatego i nienudnego smaku nazywany jest "cesarzową owoców tropikalnych" (cesarzem jest oczywiście durian).
I choć poważni lekarze zachodni twierdzą, że leczniczy wpływ mangostanu na organizm nie został potwierdzony, w tradycji chińskiej od dawna wiadomo, że ze względu na zawartość naturalnych fenoli ma on właściwości bakteriobójcze, antyzapalne, jest dobry na cerę (właśnie dlatego z tłuszczu wytłaczanego z nasion produkuje się mydło) i usprawnia działanie przewodu pokarmowego. Dodatkowo smak jest tak orzeźwiający, że mogłabym się nim zażerać bez przerwy. Fenol jest jednak powodem, dla którego nie powinno się przesadzać - ponoć tym, którzy przedobrzą z szamaniem smaczeliny grozi kwasica.
W moim regionie Chin nazywa się go Górskim Zhu 山竺 albo Górskim Bambusem 山竹, ale można go też znaleźć pod bardziej poetycką nazwą "owocu feniksa" 鳳果 i wieloma innymi.
Niestety, w sprzedaży rzadko można znaleźć liście mangostanu, z których zaparzyć można przepyszną herbatę. Pozostają więc owoce, które Zwykła Belka z poświęceniem godnym lepszej sprawy cierpliwie obiera ze skóry...
Po obraniu cząstki smaczeliny wyglądają jak obrany czosnek. Nie dajcie się zwieść!

2012-05-12

Jaskinie A-lu 阿廬古洞

Powiadaja, ze dawno, dawno temu, w miejscu, w ktorym teraz znajduje sie miasteczko Luxi 瀘西, pomieszkiwali przodkowie dzisiejszego plemienia Yi 彝 – Hanowie zwali ich „kruczoczarnymi barbarzyncami ze Wschodu”. W tych siegajacych nieba, prastarych lasach i groteskowych, przerazajacych jaskiniach to ci barbarzyncy wiedli prym. Do ciezkiej pracy budzili sie o pieniu koguta, a z zachodem slonca spoczywali; sierp i ogien pomagaly im wydrzec naturze kawalek ziemi, w sieci lapali ryby, a zima, gdy snieg zakrywal gory snieznobialym plaszczem, mezczyzni okrywali sie zwierzecymi skorami i ruszali na polowanie. Rytm ich pracowitego zycia zaklocaly tylko boje z innymi szczepami.
Dnia owego, gdy podczas boju stracili juz wielu wojownikow, wodz nakazal, by wycofali sie powoli w strone gor, gdzie zony ich tymczasem przygotowywaly miejsce odpoczynku; wierzyli, ze dnia nastepnego uda im sie pokonac wrogow. Nieszczesna zona wodza, och, niech jej imie przeklete bedzie po wsze czasy, szla wlasnie wylac brudna wode, gdy ujrzala zblizajacych sie wrogow. W poplochu wracajac do wojownikow nieostroznie kapnela brudna woda na magiczny miecz wodza – i wtedy bylo juz wiadomo, ze nic nie uratuje dzielnych wojow. Walczac zaczeli uciekac w strone morza. Wowczas przebiegly wodz wyslal osiemnascie dziewczat, o najpiekniejszych glosach i wiotkich kibiciach, by tancem i spiewem odwrocily uwage wrogich wojsk, podczas gdy dziewieciu bohaterow zbudowac mialo tratwy umozliwiajace ucieczke. A musialo tratw byc 36, by caly lud mogl ujsc z zyciem. Z pierwszym pieniem koguta jednak bylo ich wciaz za malo. I wtedy stal sie cud: ziemia zadrzala – i dziewieciu bohaterow ludu „kruczoczarnych barbarzyncow” zmienilo sie w gory, a osiemnascie dziewczat w jaskinie, w ktorych schowalo sie morze. Jaka szkoda, ze lud ow nie zdazyl ujsc pogoni!... Wszyscy, lacznie z wodzem, zostali wybici co do nogi przez okrutnych wrogow.
Ach, ale coz to? Co to za dzwiek rozbrzmiewa echem w jaskiniach? To placz A-Lu, syna wodza. Cicho, cicho, bo nas znajda – blaga matka, szukajac w jaskiniach kryjowki. Dziecie jakby zrozumialo, bo przestalo kwilic i zapadlo w kamienny sen. Wiedziala jednak kobieta, ze predzej czy pozniej wrogowie znajda ich wlasnie, ostatnich z rodu, dlatego postanowila odwrocic uwage wrogow ujawniajac sie i uciekajac w inna strone. Przy wyjsciu z jaskini uslyszala jednak cichy placz. Ach, A-Feng, piekna dziewuszka, a teraz juz sierotka, moze lepiej byloby, zebys i ty ucichla na wieki? Jednak wniosla zona wodza dziecko do jaskini i ulozyla obok syna, sama zas placzac wyszla, by probowac uchronic dzieci przed smiercia. I takoz, ujrzawszy piekna wdowe, zaczeli wrogowie ja gonic, bowiem wodz ich rzekl, ze pierwszy, ktory ja dopadnie, posiasc ja mogl bedzie. A ona uciekala, uciekala, coraz dalej od kryjowki dzieci, a gdy juz sil jej zbraklo, krzyknela w strone niebios – ide do ciebie, mezu moj i panie, niechaj niebiosa wybacza mi opuszczenie dzieci, wiem jednak, ze to dla nich jedyny ratunek! – i rzucila sie w przepasc. Gdy zas podbiegli w to miejsce zolnierze, z kotliny wyskoczyla wielka, czarna jak smola, tygrysica, ktora, przepedziwszy wrogow, udala sie prosto do jaskini tonacej w placzu szkrabow.
Karmieni tygrysim mlekiem rosli oboje zdrowo i wyrosli na dzielne i sprawne dzieciaki. Och, czas w szczesciu i beztrosce mija tak szybko! A-Lu i A-Feng dorosli. Z A-Lu chlop jak dab, o tygrysim spojrzeniu, junak bez bojazni. A-Feng zas smukla, a plec jej ma barwe dojrzalej brzoskwini. Nie trzeba bylo dlugo czekac, az zaczeli ze soba zyc jak maz i zona. Zyli dlugo i szczesliwie, a dzieci z tego zwiazku zrodzone byly zalazkiem nowego szczepu A-Lu, ktorego totemem stala sie czarna tygrysica (dzis jej posag stoi na glownym rondzie w Luxi).
Starozytne jaskinie A-Lu zyskaly sobie miano najwspanialszych yunnanskich cudow natury. Piekno jaskin, podziemnych rzek (najdluzsza, rzeka Nefrytowe Pedy Bambusa 玉笋, ma prawie kilometr dlugosci i jest cudownie czysta) i olsniewajacych lasow na zewnatrz sprawilo, ze ponad trzykilometrowa trasa spacerowa jest jednym z yunnanskich „must-see”. Juz za czasow dynastii Ming slawny podroznik i geograf Xu Xiake 徐霞客
odwiedzil te jaskinie i opisywal ich piekno. Potem nawet taka slawa jak Zhuge Liang tu dotarl. Zwiedzilam je i ja, oczarowana roznorodnoscia zjawisk krasowych i wyobraznia Chinczykow nadajacych stalaktytom i stalagmitom mocno poetyckie imiona.
Nasza przewodniczka, rodowita Yijka,
chetnie dzielila sie wiedza. Opowiadala o tym, z jakim zaskoczeniem pierwszy raz ujrzala naturalne stalaktyty uformowane jak penis czy piers (jaskinia, w ktorej sie te dwa cuda znajduja, zwana jest Jaskinia Boskich Darow). Razem z nami spiewala tez piesni ludowe, gdy plynelismy lodka po ogromnym podziemnym jeziorze. Ach, jakaz rewelacyjna tam byla akustyka! Niestety, przezroczystych rybek, plywajacych w tutejszych wodach, nie zobaczylam. Moze dlatego, ze sa przezroczyste... Skad one sie wziely w naszej rzece?
Dawno, dawno temu, w Luxi zyl sobie niesmiertelny mianem Tang. Gdy zycie ziemskie mu zbrzydlo, skryl sie w naszych jaskiniach by medytowac, a w koncu osiagnac wyzwolenie. Jego zona nie chciala jednak, zeby chlop umarl z glodu, wiec codziennie przynosila mu zarcie, probujac jednoczesnie wyperswadowac porzucenie rodziny. Razu pewnego na obiad dostal ryby. Po spozyciu mieska wyrzucil wnetrznosci i osci do rzeki, a one, zamiast spokojnie opasc na dno, ozyly! I, machajac radosnie pletwami, odplynely...
Pozwolila mi sie tez przewodniczka wspiac, by dotknac Boskiego Pedzla
i popozowac za barierka chroniaca Nefrytowa-Kolumne-Ktora-Wspiera-Niebo – stalagnat cudnej urody.
Sa tam tez „gesie tuby”, czyli takie niby stalagnaty, tylko puste w srodku. W ogole, mozna by pisac o tych cudownosciach do nocy – ale lepiej po prostu tam pojechac. A bedac w Luxi mozna przy okazji wymoczyc stare kosci w goracych zrodlach Wuzhe 吾者, polazic po gorach, polowic ryby w jeziorze Aibang 矣邦, czy nacieszyc oczy wodospadem Dailu 歹鲁...
A jesli ktos ma wiecej czasu, to moglby moze pouczestniczyc w ludowych uroczystosciach. Zarowno Yi, jak i Hani, ktorzy tu zyja, sa ciekawym materialem badawczym. Warto wiec przyjechac na przyklad w 10 miesiacu ksiezycowym – w okolicach listopada. Wtedy bowiem wypada hanijski nowy rok, podczas ktorego oprocz niesamowitej, trwajacej dwa tygodnie wyzerki, mozemy hulac i sie... wyswatac. Wtedy bowiem tradycyjnie slane sa swatki; zamezne dziewczyny moga zas wrocic na „wakacje” do domu rodzinnego.
Drugim fajnym terminem na odwiedzenie Luxi jest koncowka czerwca, gdy odbywa sie w calym “hrabstwie” Honghe swieto Kuzhazha 苦扎扎 – co w jezyku Hani oznacza „swieto, ktore ma nam zapewnic dobre plony tudziez zdrowie ludzi i trzody” (tez nie mam pojecia, jakim cudem sie to miesci w jednej chinskiej onomatopei). Tradycyjne obchody tego swieta to przede wszystkim obzeranie sie zabitym ku czci duchow wolem. Mlodzi romansuja, hustaja sie na niebotycznych hustawkach, tancza, spiewaja i sie siluja. Dzis juz rzadko spotykane jest palenie luczyw i wyprowadzanie zlych duchow poza wioske o zmroku. A szkoda, chetnie bym sobie wyprowadzila jakiegos zlego ducha...
Choc Honghe jest juz polozone w klimacie subtropikalnym i temperatura jest raczej przyjemna, pamietajcie, zeby sie sensownie odziac na czas lazenia po jaskiniach. Jest w nich mocno zimno, ja musialam pozyczyc koszule od mojego towarzysza, bo jak glupia weszlam do jaskini w krotkim rekawku. Cud, ze sie nie zaziebilam...
Jak sie do Luxi dostac? Mozna bezposrednio autokarem z przystanku pekaesowego Wioska Chryzantem (菊花村) – ale pamietajcie, ze autobusy sa tylko do poludnia. Mozna tez wybrac sie najpierw do Kamiennego Lasu z tegoz przystanku, a dopiero po zwiedzeniu tego dziwu do Luxi. Z Luxi do rzeczonych jaskin mozna spokojnie przespacerowac – to zaledwie 3 kilometry. Oczywiscie, kursuja tez autobusy i taksowki.
PS. Legend o powstaniu jaskin jest miliard piecset sto dziewiecset, wiec prosze mnie nie besztac, ze to bylo zupelnie inaczej; mnie zostala opowiedziana wlasnie tak...
PS. Inne zdjecia dodam, jesli kiedys znowu bede mogla skutecznie omijac chinska cenzure...

2012-05-08

潮汕升园砂锅粥 kleik ryzowy z Chaoshan

Kunminskie zarcie jest pyszne. Naprawde. Ale od czasu do czasu, gdy ryzowe kluchy 米線 i chilli w kazdej postaci wychodza Ci juz uszami, warto sie przejsc po knajpach z kuchnia innych regionow. Szczegolnie popularna (z kuchni obcych) jest kuchnia kantonska – bo i tez wlasnie kantonskie zarcie rozslawilo kuchnie chinska. A perelka wsrod restauracji kantonskich sa restauracje chaoshanskie (潮汕), z powodu ktorych chetnie bym sie w ogole w tamte rejony przeniosla. A przeciez, poza kuchnia, region Chaoshan ma jeszcze calkiem sporo do zaoferowania!
Chaoshan to region Kantonu, polozony nad samym morzem, czyli calkiem na wschodzie, z czterema najwazniejszymi miastami: Chaozhou潮州, Shantou汕頭, Jieyang揭陽i Shanwei汕尾 (od nazw pierwszych dwoch miast wywodzi sie nazwa calego regionu). Jest tam cieplo, parza herbate kung-fu (moja ukochana herbate Czarnosmocza – ulung ;)), mowia w dziwnym jezyku (teochew), ktory jest ponoc jedna z najbardziej archaicznych odmian chinskiego (i ma 8 tonow!!!), maja wlasne, nietypowe instrumenty muzyczne, ciekawa muzyke, a nawet wlasny rodzaj opery. Cudowne miejsce, bo tempo zycia niespieszne, pauzowane drzemkami czy popijaniem herbatki. Nic dziwnego, ze Kantonczycy masowo tam przyjezdzaja na wakacje czy weekendy...
Ale wrocmy do zarcia (na moim blogu predzej czy pozniej zawsze sie wraca do zarcia). Jest to, oczywiscie, ze wzgledu na polozenie geograficzne, kuchnia kantonska. Czyli: *duzo owocow morza,
*preferowany smak oryginalny zamiast stuskladnikowych sosow,
*raczej szybkie smazenie tudziez gotowanie na parze, a nie zatluszczanie na smierc,
*jadanie wszystkiego, co sie rusza,
*raczej ryz, a nie kluchy.
Jednak region ten czerpie rowniez z kuchni fujianskiej, znanej z milosci do zup, potrawek, gulaszow i innych potraw jednogarnkowych, przy jednoczesnym umilowaniu, tak samo jak w kuchni kantonskiej, owocow morza i delikatnych smakow. Malo tego, znaczna czesc przypraw czy dan jest zaczerpnieta wprost z kuchni fujianskiej (albo tez, czego nie wiemy, z kuchni chashanskiej przeszla do fujianskiej :P): omlet ostrygowy, tak ukochany przez moja Mame, peklowane larwy czy sos shacha (sos z oleju sojowego, czosnku, szalotki, chilli, naglodu – falszywej fladry – i suszonych krewetek).
Jednak kuchnia chaoshanska to nie proste polaczenie tych dwoch typow, tylko zupelnie nowa jakosc, w ktorej:
*Uwielbiaja pengowac 烹 owoce morza. Co to znaczy: peng? Bierzemy sobie owoc morza, na przyklad taka krewetke. Najpierw bez dodatkow smazymy ja w glebokim tluszczu, a potem dodajemy przyprawy czy sosy i smazymy -w-ruchu, poczym wykladamy na polmisek. Dzieki temu zabiegowi cieszymy sie oryginalnym smakiem owocow morza, zakonserwowanym przez usmazenie bez dodatkow.
*W ogole, bez owocow morza ciezko u nich przygotowac jakikolwiek sensowny posilek. Na dziesiec dan bowiem okolo siedmiu zawierac bedzie frutti di mare ;)
*Przed i po, a zazwyczaj w trakcie posilku tez, podaja herbate kung-fu ;)
*Wola zupy od oleju – czyli raczej gotowanie niz smazenie. Malo tego! Podczas wypasnych dziesiecio-dwunastodaniowych kolacji, trzy do czterech dan to beda delikatne zupy badz mocno wodniste dania, ktorych sos absolutnie mozna jak zupe potraktowac.
*Powazaja lekkosc – czyli potrawy maja byc delikatne i wyrazny ma byc oryginalny smak, bez „zanieczyszczania” go hektolitrami oleju, sosow, przypraw.
*Przywiazuja wage do tego, zeby bylo to zarcie zdrowe.
*Oczywiscie jakosc produktow musi byc jak najwyzsza. Na przyklad dawnymi czasy w celu otrzymania pysznej foie gras tuczyli gesi kleistym ryzem (ktory byl cholernie drogi, jako, ze w tamtych regionach nieuprawiany).
*Sa uwazni przy dobieraniu smakow. Obok smaku slonego musi sie pojawic slodki, obok miesa – warzywa, potrawy przeplataja sie z zupami. Nie najpierw zupa, potem drugie. Nie najpierw kotlety, potem zupa, tylko po przystawkach kolejne dania i wstawiane w srodek zupy (oczywiscie, z przyczyn ekonomicznych, czesto jest to jedna lekka zupa, ktora sie „przeplukuje usta” miedzy daniami, przygotowujac podniebienie na nowe rozkosze).
*Bardzo czesto mieso wystepuje jako przyprawa, nie jako danie glowne – na przyklad robimy baklazana rybnego – gdzie platki swiezej ryby nadaja baklazanowi smak i zapach, ale po ugotowaniu ciezko je znalezc bez mikroskopu ;)
*Zreszta sosy i dipy sa tez dosc szczegolne. Stosuja nie tylko typowe mieszanki octowo-sososojowe, ale tez pasty ze sliwek czy sosy rybne, ktore zreszta sa wlasnie w tym regionie produkowane.
Biorac to wszystko pod uwage, nic dziwnego, ze juz za czasow dynastii Tang (VIII w.) pojawialy sie poematy slawiace chaoshanska kuchnie...
Dzis jednak duzo potraw nie jest przygotowywanych wedlug tradycyjnych receptur. Raz, ze to czasochlonne, dwa, ze receptury poszly sie... no, zaginely w trakcie Rewolucji Kulturalnej. Czasem na bardziej chaoshanskie potrawy mozna trafic w Singapurze czy w Tajlandii (bo tam najwiecej Chaoshanczykow wyemigrowalo) niz w samych Chinach...
W Kunmingu jest chaoshanskich knajp sporo, ja jednak ukochalam sobie jedna, mieszkajaca przy ulicy Chmurnej Radosci (雲興路), nr 21. Z pelna premedytacja reklamuje te knajpe, bo naprawde warto... Wszystkie owoce morza sa tam pyszne, ale jedno danie jest po prostu obowiazkowe. Jest to kleik ryzowy z krabami (to moja ukochana opcja)/krewetkami/rybami, gotowany w glinianym garnku 砂鍋. Gliniany garnek ow jest nieco podobny do garnka rzymskiego, z tym, ze moze byc naturalnie glazurowany. Poza tym, Chinczycy w wiekszosci nie posiadaja w domach piekarnikow, w zwiazku z czym garnek ow jest stosowany glownie do gotowania zup, mies w gestych sosach i wlasnie kleikow ryzowych. Jak to gliniane garnki maja we zwyczaju, dobrze trzyma temperature, przepuszcza powietrze, nasiaka woda i ja oddaje w trakcie gotowania, w zwiazku z czym potrawy rzadko sie przypalaja. Dodatkowa zaleta to fakt, ze nie trzeba dodawac duzej ilosci tluszczu. No a smak i aromat sa wprost cudowne...
Powiem tak: nigdy nie bylam jakims fanatycznym fanem kleikow, ale ten podbil moje serce. Dnia ktoregos wrzuce przepis - jak tylko Belka dla mnie taki kleik ugotuje ;)

2012-05-03

autobusy 公交車

Jezdze autobusami. Raz, ze tanio: 1 yuan (ok. 50 groszy) za podroz dokadkolwiek w obrebie miasta, chyba, ze trafimy na autobus z klimatyzacja, to cena wzrasta do niebotycznej kwoty 2 yuanow. Dwa, ze autobusy rzadziej niz taksowki stoja w korkach. Trzy, ze jeszcze mi zycie mile, wiec nie zamierzam po Kunmingu jezdzic rowerem...
Stoje na przystanku, podchodzi osiemdziesiecioletnia staruszka i nawiazuje pogawedke:
S(taruszka): przepraszam, czy stad odjezdza autobus nr 22?
J(a): tak, ale zazwyczaj trzeba nan dlugo czekac.
S: Och, jak dobrze mowisz po chinsku! Czy studiujesz tutaj?
J(a co bede utrudniac): tak.
S: Ile lat juz tu mieszkasz?
J: Trzy.
S: A w Jezusa wierzysz?
J(zaskoczona rozwojem sytuacji postanawiam zaprzeczyc, ciekawa, co z tego wyniknie): Nie.
S: Ale jak to?! To niby kto to wszystko stworzyl? Kto sie nami opiekuje? Kto sprawia, ze zyjemy i umieramy?
J(z usmiechem na ustach): A to jest wielka tajemnica i niestety trudno na to pytanie odpowiedziec.
S: Alez dziecko, ilez ty masz lat?
J(zaokraglilam troszke): 30.
S: Niemozliwe! A Biblie czytalas?
J: czytalam.
S: I nadal nie wiesz, kto to wszystko stworzyl? Twoje zycie nie ma sensu!...
W tym momencie przyjechal moj autobus i wybawil mnie od klopotliwej konwersacji. Wsiadam, ubrana, jak przystalo na mocno upalny dzien, w krotka sukienke na ramiaczkach. Gdy tylko wsiadlam, panie z tylnych siedzen zaczely komentowac, nie wiedzac, ze rozumiem kazde slowo.
P(ani) 1: Pani patrzy, jak sie toto ubiera!
P(ani) 2: Wlasciwie trudno powiedziec, ze sie ubiera, raczej rozbiera!
P1: z ust mi to pani wyjela! Od razu widac, ze to dziwka.
P2: no wlasnie, jak mozna wychodzic na zewnatrz w neglizu (sukienka krotka, ale po pierwsze nie az tak, a po drugie pod sukienka getry, ktorych wszakze nie widac, bo sukienka... no wlasnie, nie jest az tak krotka, skoro zaslania getry w calosci).
P1: a, pewnie zarabiac idzie.
Wtraca sie S(tarszy) P(an).
SP: ale przeciez dzisiaj jest tak goraco, nic dziwnego, ze sie lekko ubrala, poza tym jej stroj wcale nie uraga przyzwoitosci (myslalam, ze mu sie rzuce na szyje).
P1: cicho, co ty tam wiesz...
Niestety, reszty nie uslyszalam, bo wlasnie wysiadalam...