blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2011-04-29

wietnamskie pysznosci

W nagrode za to, jaka jestem wspaniala Starsza Siostra dla moich Wietnamek, postanowily mi sie odwdzieczyc, zapraszajac mnie na kolacje. Gdy zapytaly, co chcialabym zjesc, odparlam oczywiscie, ze cos wietnamskiego. 
Wlasnie dlatego wczoraj tuz po zajeciach zaczelismy pichcic. Sajgonki (jestem miszczem zawijania je w te sreberka!), duszona ryba na polslodko, warzywa - no i najcudowniejsza potrawa swiata: kurczak w arbuzie. Dziala tak: kurczaka sie wydraza od srodka i arbuza tez. Potem sie wsadza nadzianego czymkolwiekiem kurczaka do arbuza, a arbuza do garnka. Potem sie dusi tego kurczaka z owockami i innymi takimi i jest pysznie.
No. 
Fajnie bylo :)

chlopcy

Ostatnio szlajam sie z chlopakami z siatkowki. Poznalam ich przez Skrzydelko, ale Skrzydelko ostatnio nie ma czasu na siatkowke, a poza tym dawno, dawno temu Prawie Doktor (ten po prawej) obiecal, ze mnie wezmie na tance; poszlismy na tance faktycznie, przebawilismy sie do osmej rano i od tej pory widzimy sie codziennie, bo swietnie nam sie czas spedza. Prawie Doktor ma sporo zalet: gra w siatkowke, pingponga i badmintona, ma duzo wolnego czasu i poczucie humoru. Ma tez zasadnicza wade w postaci dziewczyny, ale dziewczyna jest daleko, wiec nie przeszkadza nam w uprawianiu sportow i tanczeniu :)
Prawie Doktor ciaga wszedzie za soba Smoczka (Malego Smoka znaczy - na zdjeciu w srodku), ktory gotuje i udaje specjalnie dla mnie starszego niz jest w rzeczywistosci oraz Malego Huia (uwielbiam zapis tego imienia; na zdjeciu po lewej), ktory jak sie upija, chodzi za mna i powtarza, jaki mam sliczny nosek ;)
Przedwczoraj przyszli do mnie na kanapki. "Jestesmy po kolacji, wiec nie rob nic szczegolnego, nie jestesmy glodni". Zezarli salatke z tunczyka i wszystkie moje wietnamskie bulki dziabane razem z prawie kilogramem pomidorow; wychlali cala wode mineralna, cale piwo i cala chinska perfumowana wodke i poszli, obiecujac, ze nazajutrz to oni mnie nakarmia.
Przyszli wiec wczoraj, a Smoczek przytarabanil wzorowana na mojej salatke rybna, ale na ostro, kurczaka, kurze lapki, rybe, kleisty ryz i kleisty ryz w ananasie - wszystko przepyszne. Po skosztowaniu wszystkich potraw stwierdzilam, ze sie za niego wydam, a on nie mial zadnych zastrzezen ;)
I poszlismy na karaoke. Ubralam sie ladnie, umalowalam, zweryfikowalam wysokosci Ich Wysokosci (najnizszy 175), zalozylam 10centymetrowe obcasy i wytarabanilismy sie z usmiechem na ustach z akademika, natrafiajac na moja klasowa Hiszpanke.
Marina: Ooooo, jakas Ty odstrzelona! Dokad sie wybierasz?
Ja: Na karaoke :)
Marina: A to Twoj chlopak?
Ja: Ktory? Bo aktualnie posiadam trzech :D

2011-04-25

handel z duchami

Znalazłam dziś 100 kuajów (ok. 50 złotych) na ulicy (rozmowa z Kayką przyniosła mi szczęście). Ucieszona jak dziecko poszłam na zakupy (dlaczego wszystkie kosmetyki ZAWSZE kończą się w tym samym czasie, chociaż znajdują się w opakowaniach różnej wielkości?), a wieczorem o tym szczęściu opowiedziałam moim współlokatorom (mojej legalnej współlokatorce Zielonemu Lotosowi i piszącemu u nas pracę licencjacką Skrzydełkowi), których pierwszą reakcją było nie "ale Ci fajnie!", tylko "a co dałaś w zamian?". 
Zdziwili mnie, a potem opowiedzieli, w czym rzecz. Otóż w południowym Wietnamie rzeczy, na które się trafia przypadkiem i do nikogo nie należą, tak naprawdę należą do duchów - i wcale nie muszą być czarodziejskimi eliksirami tudzież ciasteczkami z napisem "zjedz mnie". Każda rzecz we wszechświecie ma właściciela - tylko czasem właściciel ów jest niewidoczny dla nas, śmiertelnych. Tak więc jeśli zabierasz duchowi jakąś rzecz doń należącą, powinieneś zapłacić za nią czymś swoim - może to być pieniądz, spinka do włosów, cokolwiek - inaczej duchy zemszczą się na Tobie okrutnie za kradzież...

Đền Ngọc Sơn Swiatynia Jadeitowej Gory

Znajduje sie w polnocnej czesci naszego ulubionego Jeziora Oddanego Miecza, na Jadeitowej Wyspie. Swiatynka zostala wzniesiona w XVIII wieku ku czci trzynastowiecznego zabijaki... ekhm, wojskowego, znaczy, Trần Hưng Đạo (1228–1300). Nie, nie mozna sie z niego nabijac, bo on to akurat nie sroce spod ogona wyskoczyl - odparl dwie mongolskie inwazje, a to nie lada sukces!!! Co najzabawniejsze, podobno taktyki to sie wlasnie od Chinczykow uczyl, na Sztuce Wojny Sun Zi...
Wyspa jest polaczona ze stalym ladem drewnianym Mostem Porannych Promieni Slonca (The Huc), na ktorym pozuje z zona A Haia :)

Hồ Hoàn Kiếm Jezioro Oddanego Miecza

Samo centrum Hanoi i jednoczesnie jedno z najbardziej urokliwych miejsc w tym miescie. Legenda glosi, ze cesarz Lê Lợi dostal od Zlotego Boga Zolwia (Kim Qui) magiczny miecz, zeby zloic skore najezdzajacym Wietnam Chinczykom (a podobno Mingowie to taka mila dynastia byla ;)). Po spraniu Mingow na kwasne jablko honorowy cesarz oddal miecz pomieszkujacemu w jeziorze Zolwiowi i od tej pory jeziorko nazywa sie tak, jak sie nazywa :) Na pamiatke tej historii mala wysepke posrodku jeziora zajmuje Zolwia Wieza (Thap Rùa), a w wody jeziora zostaly napuszczone stada zolwiakow szanghajskich, ktore jednakowoz nie bardzo sobie radza z reprodukcja; podobno zostaly zaledwie cztery sztuki... Wiecie, miesko smaczne...

2011-04-23

Jezioro Pieszczenia Niesmiertelnych ;) 撫仙湖

Tuż koło miasta Yuxi, na południe od Kunmingu, jest jezioro. 216.6 metrów kwadratowych powierzchni, drugie co do głębokości jezioro w Chinach - średnia głębokość 95.2 metry, w najgłębszym miejscu aż 158.9 metrow, a w dodatku woda pierwszej klasy czystości, nadaje się do picia i wszystko przez nią widać. Po prostu marzenie!
W 1992 roku nad jeziorem zaczął się pojawiać Potwór Wodny - czyli płetwonurek, który już po 9 latach nurkowania dokonał fantastycznego odkrycia: na dnie jeziora znajdują się szczątki miasta! Oczywiście, długo trwało zanim Chińczycy zaczęli je badać - ale co się odwlecze, to nie uciecze. Już po pół roku lokalna telewizja i władze rozpoczęli wspólnie regularne badania archeologiczne. Jak na Chińczyków zachowali się w miarę cywilizowanie: nie osuszyli jeziora po to, żeby sprawdzić, co jest na dnie, niszcząc przy okazji ekosystem Yunnanu. Badają powoli i z chirurgiczną precyzją, mając nadzieję zrozumieć, co tak naprawdę kryje jezioro.
W 2001 roku przez tydzień nieustannie wysyłano ekipy badające szczątki miasta, w tym nieźle zachowane budynki i złotą pagodę. Badanie nie jest znowu takie łatwe, bo jezioro głębokie, a jednak do tej pory przeszperano już ponad 2 km kwadratowe tej "chińskiej Atlantydy". Każdy metr przynosi nowe pytania: kto tam mieszkał? Kiedy miasto zostało zbudowane? Czy to przypadkiem nie jest dawna stolica Królestwa Dian? Dlaczego 1800 lat temu nagle miejsce to znalazło się pod wodą?
Odkryto całą masę brązów właśnie w tej okolicy, a i pod wodą ich nie brakuje. Tutejsze Indiany Jonesy łamią sobie więc głowy, czym dla rozwoju chińskiej kultury był Yunnan tamtych czasów... A tymczasem, na fali zainteresowania naszą sadzawką w przyjeziornych
miastach i wioskach zaczęły powstawać parki krajobrazowe, kurorty i inne takie.
Mysmy zdazyli, zanim w jednoulicznym Mieście Portowym 海口镇 za wstęp na kamienistą plażę trzeba będzie płacić. Pewnie w przyszłym roku wszędzie będą już palmy, grille i inne wypożyczalnie parasoli; myśmy mogli moczyć różne elementy człowieka jeszcze za darmo.
Wskoczyliśmy do jeziora, przymarzliśmy do dna (z 5 stopni najwyżej ta woda miała), a po odtajeniu wsadziliśmy się do wrzątku (nie wiem, ile stopni, ale parzyło) w gorących źródłach. Jak parzyło do niewytrzymanki, można było się znów ochłodzić w jeziorze - i tak do znudzenia.
Opaliłam się. Bawiłam się. A gdy mnie zmęczyło słońce, spałam.
A potem przyszedł wieczór, a wieczorem ponowna kąpiel w gorących źródłach (do jeziora nie odważyłam się wejść) i masaż gorącymi kamieniami...
A wszystko przeplatane obłędnym żarciem w wykonaniu rodziny Wilczka :)

2011-04-20

Trứng vịt lộn 鴨蛋仔 balut

Tradycyjna potrawa wietnamska. W wolnym tłumaczeniu: małe, niewyklute jeszcze kaczuszki są ugotowane jak jajka na twardo. Niektóre są tak malutkie, że ciężko odróżnić od małego jajeczka. Niektóre mają już łebki, oczka... W Polsce zowie się je z filipińska balutami.
Okropnie brzmi, prawda?
Kiedy pierwszy raz je zobaczyłam, bezbronne malutkie stworzonka brutalnie ugotowane, kiedy jeszcze były w skorupkach, wyobraźnia aż nazbyt bogata nie pozwoliła mi spróbować.
Potem, poczęstowana, wybrałam takie, które jeszcze są za młode, żeby można było rozpoznać części ciała.
Dziś moja współlokatorka wróciła z domu, przywożąc wałówę. Znaczy te właśnie jajka. Zrobiła imprezę w naszym pokoju (smolić jutrzejszy egzamin!!). Ugotowaliśmy jajka, przegryźliśmy zieleniną, zapiliśmy świeżym miodem. 
Pycha. 
Koreańczyk się na mnie obraził i powiedział, że wolałby nawet McDonalda. Kayka powiedziała, że Jej apetyt odebrałam na dobę. Postanowiłam oszczędzić czytaczom nerwów i nie zrobiłam zdjęć. Widok jest zaiste nieciekawy. Ale cóż poradzę? Obiecałam sobie spróbować wszystkiego, co już nie żyje, a nadaje się do jedzenia... I nie żałuję. Czegoś tak delikatnego w życiu nie próbowałam, a już z solą z pieprzem i z limonką to cud-miód...

2011-04-18

pozegnania czas juz przekroczyc prog...

Ostatni dzien pobytu Kayki w Kunmingu zakonczylismy pozeraniem raciczek, glupawka totalna, wizyta w szkole wojskowej i kupnem piszczacego kurczaka ochrzczonego przez nas "Swinia" (z wyraznym wietnamskim akcentem). Kurczak zostal przez nomen-omen Skrzydelko podawoany Kayce, zeby ta miala przy czym nas wspominac. 
Pogoda piekna, wspaniali ludzie i ta obrzydliwa swiadomosc, ze najfajniejsze trzy tygodnie w Kunmingu wlasnie mi sie skonczyly...
Kayka, wracaj, do cholery!!

2011-04-16

zbieranie wiśni 摘櫻桃 ^.^

W okolicach Zachodnich Gór. Z bandą Chińczyków. Między innymi półzawodowym fotografem o profilu Paula Newmana (tak, Chińczyk) i prawie dwumetrowym dzieckiem, które mi przyginało do ziemi drzewka :)
Smacznie, pachnąco, słonecznie...
A nauka czeka...

2011-04-13

oszczednosc 省錢

Z racji przyjazdu Kayki Maly Wnuk vel Skrzydelko sie zorganizowal i przez prawie dwa tygodnie codziennie parzyl Kayce i mnie kawe. Zeby mu tu bylo wygodniej, przeprowadzil sie prawie (zaparzarka do kawy, czajnik, szklanki, poduszka, kabel do internetu, stolik... dobrze, ze mojej wspollokatorki nie ma chwilowo :D) i zameczal Kayke probami rozmow po ekhm wietnamsko-chinsko-polskiej wersji angielskiego. Coz. Kawa byla wystarczajacym zadoscuczynieniem, skoro Skrzydelko nie zostalo zabite...
Skoro on parzyl kawe, ja postanowilam pobawic sie w dobra zone i zmywac. Oczywiscie, juz pierwsza proba umycia dlugiej szklanki skonczyla sie potluczonym szklem na calej umywalce. Podkulilam ogon pod siebie i stwierdzilam, ze nie bede wiecej probowac pomoc, bo wychodzi jak zwykle.
Trzy dni temu zostalam oficjalnie zaproszona do Skrzydelkowego pokoju, gdyz zanosilo sie na narade rodzinna, a przeciez odkad umiem zrywac pieprz i robic wietnamskie knedle, naleze do rodziny, prawda? W dodatku ocenie miala zostac poddana moja nowa fryzura, o ktorej wszyscy juz slyszeli, ale nikt tego nie widzial na zywo. No i wreszcie moglam pogawedzic z moim ukochanym Jesiennym Ksiezycem!!!
Pierwsze pytanie z ust mamy Skrzydelka - naprawde obciete? Wygladaja, jakby byly spiete! Obrocilam wiec leb plus tulow z rozmachem... i stluklam Skrzydelkowy kubek. Taki z pokrywka, na kawe/herbate/cokolwiek. Nawet na mnie nie nakrzyczal, spojrzal tylko z rezygnacja i posprzatal.
Poniewaz pozbawilam biedaka wszystkich naczyn (bajdelejem, jego miseczka obiadowa tez juz u mnie mieszka), postanowilam odkupic przynajmniej kubeczek (szklanke tez odkupilam, ale i tak stoi u mnie wraz z zaparzarka, wiec nic mu po niej ;)). Sliczny, z grubego szkla, niebieski, z misiem i z pokrywka.
Reakcja Skrzydelka?
"Trzeba bylo kupic plastikowy, wyszloby taniej, bo ciezej stluc..."

2011-04-08

psiaki :)

owczarek tybetanski (to takie cos miedzy owczarkiem niemieckim, bernardynem a rottweilerem) i malutki owczarek niemiecki. Moglam sie poprzytulac, pobawic i potesknic za moimi zwierzakami domowymi. Ach, jak mi brakuje w chlodne wieczory lezenia z psica na podlodze i patrzenia w ogien kominkowy!...

2011-04-07

knajpa w gorach

Odludzie, brak adresu, dowoz bryczka za darmo, ale konie nie mialy podkow, wiec nie lubimy tych ludzi. 
Miejsce mocno piknikowe, na podworku kilka stolikow pod wiciokrzewami. 
Kuchnia, do ktorej kazdy moze wejsc, mozna sobie samemu nawet zarcie przyrzadzic, jesli sie nie lubi lokalnej kuchni. 
Pyszne zarcie - wspomniana jajecznica z jasminem, zupa z 小苦菜, 乾巴, no same pysznosci. Rowerzysci na szlaku. Hustawka za domem, owczarki tybetanskie przemieszane z owczarkami niemieckimi, sielanka. 
Jedzenie, wrocmy do jedzenia. Obzarlam sie jak swinia (swinia to jedno z niewielu slow mojego jezyka ojczystego, z ktorego wymowa Maly Wnuk nie ma problemow; dzieki, Kayka!), opilam, pyszne bylo - cztery osoby najadly sie do syta za rownowartosc 25 zlotych. Czasem naprawde kocham Kunming... ;)

雲南十八怪 18 dziwactw Yunnanu po raz kolejny ;)


雲南第十四怪: 鮮花當蔬菜
dziwactwo czternaste: świeże kwiaty robią za warzywa

Bo w Yunnanie naprawdę je się wszystko - łączenie z kwiatami, które w naszym pojęciu służą do uprzyjemniania nam życia swym aromatem. Stąd zdziwienie na twarzach Obcych - i tych z innych krajów, i tych z innych prowincji - kiedy na targu czy w restauracji widzi się kwiaty w miskach czy w pęczkach, jak młode marchewki. Kwiaty dzikie i uprawne są potem smażone, prażone, gotowane na dziesiątki sposobów. Do moich ulubionych smaków należy niewątpliwie omlet z jaśminem. Polecam!

2011-04-06

cross-culture communication 跨文化交際

czyli mleko sojowe z cola. 就是豆漿跟可口可樂的搭配.

Zachodnie Góry 西山

Tak, mieszkałam w Kunmingu rok, a teraz kolejne pół roku i jeszcze tam nie byłam.
Nie z lenistwa. Po prostu: jestem przesądna. Dwa lata temu MPBL skutecznie uniemożliwił mi pójście w góry, bo weekendy spędzaliśmy zazwyczaj razem, a parom nie wolno tam chodzić, bo sie rozstaną. Z drugiej strony, kolejny przesąd mówi, że ci, co to jeszcze niesparowani są, po tych górach się zdobędą na odwagę. Miły przesąd, prawda?
Wracając do MPBL - i tak żeśmy się rozstali, i to z hukiem, więc chyba lepiej byłoby po prostu pójść w te głupie Zachodnie Góry, to by przynajmniej było na co zwalić, zamiast kląć w żywy kamień i smutkować po nocach.
No ale może tym razem się sparowanie uda? Na wszelki wypadek zabrałam dwóch facetów i jeszcze przyjaciółkę do kompletu ;)
Poszliśmy więc. To znaczy, najpierw potłukliśmy się zdrowo autobusem, bo Xishan leżą prawie dwadzieścia kilometrów ode mnie, ale w końcu można było pójść na spacer. Kayka trochę się bała, że wycieczka ograniczy się do jazdy bryczką góralską i piknikowania, ale w końcu pochodziliśmy po górkach. Po prawdziwych górkach, takich bez schodów, które są immanentną częścią chińskiego krajobrazu górskiego. A górki, choć wydają się malutkie, to jednak najwyższy szczyt wznosi się na 2511 m.n.p.m. Oczywiście nie trzeba się wspinać od zera, bo już sam Kunming znajduje się na wysokości Giewontu, ale i tak zrobiło to na mnie wrażenie.
Było opalanie się na skałkach, było patrzenie na Kunming z lotu ptaka, było dużo śmiechu, przyjaźni i łazikowania. Dobrze. Głupio by mi było wyjechać z Kunmingu, gdybym nie odwiedziła punktu widokowego, który pierwszy raz opisano już w XV wieku...