blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2011-01-31

Biali kontra Wietnamczycy

Po czym można odróżnić jednych od drugich?
Po tym, że biali kąpią się w strojach kąpielowych, a Wietnamczycy w dżinsach i koszulach z długim rękawem, żeby się aby nie opalić...

2011-01-26

dolce far niente

Nie będę pisać. Jeżdżę motorem do krewnych i znajomych królika, obżeram się, hamakuję i tak a piat'. Istnieją lepsze wakacje?
Kiedyś umieszczę więcej zdjęć. Może. Jak nie zapomnę się w tej krainie lenistwa... ;)

2011-01-21

owoce 水果

Nie kupuje się ich. Zrywa się z drzewa przed domem (tak, w zimie!) i natychmiast wsadza do lodówki, bo inaczej zgniją w ciągu doby. No chyba, że muszą dojrzeć. Wtedy zostawia się je na ganku. 
Dlatego podstawą mojego wyżywienia jest papaja, którą się je łyżką wprost ze skórki, taka jest dojrzała i mięciutka, i tak dużo ma soku. No i banany. Jak byłam mała, Mama mówiła, że się w banana zamienię, bo zawsze, gdy pytała, jakie owoce ma kupić, odpowiadałam, że banany. Tutaj widziałam już trzy gatunki i w któryś z nich zmienię się z całą pewnością. Wielkość kiści jest olśniewająca!

2011-01-19

kawa

Wietnam to drugi na świecie (tuż po Brazylii) eksporter kawy. Przyczynia się do tego i rodzina Małego Wnuka, której członkowie żyją z uprawy kawy. Rocznie zbierają kilka ton, co absolutnie wystarczyło, żeby posłać na studia te dzieci, które tego chciały.
Ja to głupia jestem. Kawę bym uprawiała, ponieważ jej kwiaty pachną tak, że można się w nich zadurzyć, można się nimi upić. Przemnóżcie sobie moc jaśminu przez piętnaście miliardów litrów dobrych perfum... Jednocześnie zapach nie jest mdlący, duszący, a raczej orzeźwiający i świeży. 
I kwiaty są piękne.
A owoce zebranej kawy przed wysuszeniem i spaleniem, a nawet przed obraniem ze skórki, wyglądają jak małe winogronka :D:D:D A ich aromat przywodzi na myśl właśnie te piękne kwiaty kawy...

2011-01-18

prognoza pogody

Opalam sie. To znaczy, jesli wychodze przed dom, Wietnamczycy wkladaja mi sila kapelusz na glowe, bo przeciez jestem biala i NIE WOLNO mi sie opalic za Wietnam ludowy :D 30 stopni w cieniu.
***
W Kunmingu temperatura spadla do zera.
***
Absolutnie zupelnie bez zwiazku z tymi dwiema informacjami odtanczylismy z Malym Wnukiem dziki taniec radosci :D:D:D:D

korespondent pokojowy ;)

Droga do Wietnamu zabrała mi dwa dni i połowę poczucia humoru (jak człowiek jest zmęczony, to nawet śmiać się nie umie). Wylądowałam (jak to ja) na końcu świata, w malutkiej wiosce (tak malutkiej, że wszyscy się do mnie uśmiechają, bo jestem biała, a Mały Wnuk ma spuchnięte usta od ciągłego powtarzania, że nie, nie jestem jego żoną), w domu, który jest otwarty w każdym znaczeniu tego słowa: ludzie są gościnni, drzwi pootwierane na oścież, a poza tym kuchnia zaczyna się w ogrodzie (ma tylko dwie i pół ściany). Mieszkańcy tego domu żyją z uprawy kawy i pieprzu; kawy w sezonie zbierają kilka ton. W ogrodzie rosną papaje i banany, sąsiedzi uprawiają orchidee, a wszystko rośnie cudownie, bo to dawna wulkaniczna ziemia.
Jak to powiedzieć... 
Powrót do Chin po pobycie tutaj będzie chyba trudniejszy niż mi się wydawało. Zostałam zaakceptowana bez reszty; zostały porobione względem mnie plany (wiesz, jak będziesz uczyć moją córkę angielskiego, to my Cię nauczymy wietnamskiego); jestem bez przerwy czymś karmiona i piję kawę, która jeszcze pamięta, jak wisiała na drzewie przed domem. Przed chwilą zeżarłam papaję prosto z drzewa... I nie bardzo chce mi się wyjść oglądać cokolwiek ;)
Ciąg dalszy nastąpi ^.^

2011-01-15

zwykła mowa 普通話

Sylwester. Mały bar w centrum Szanghaju. Zaledwie kilka osób: poza Tajwańczykiem, chińskim zwolennikiem Guomindangu, Koreańczykiem i mną przyplątał się był jeszcze Chińczyk z Kantonu. Jako, że w Kantonie nie mówi się w "mowie zwykłej" - 普通話, tylko po kantońsku, jego "mowa zwykła" była co najmniej równie niezwykła i urocza jak moja. Nam to oczywiście zupełnie nie przeszkadzało w komunikacji, ale reszta się strasznie śmiała z naszych absurdalnych tonów i nieprawdopodobnej intonacji.
Siedzimy, cieszymy się, że mimo wszystko się nawzajem rozumiemy, pijemy kolejnego drinka i stwierdzamy: nie jesteśmy (w domyśle: w przeciwieństwie do reszty) zwykłymi ludźmi, więc nie musimy mówić w zwykłej mowie...
過年在上海的一家小酒吧認識了一個廣東人. 他的普通話跟我的差不多, 洋腔洋調, 但是我們能夠溝通, 所以高興懷了. 雖然大家會笑我們 (我們倆都會講英文, 也許我們的英文比普通話還是要好一點, 但是我們儘量講普通話), 但是我們還是聊得非常開心. 聊著喝酒, 氣氛挺好, 估計我們比其他人都快樂得多. 最後我們互相安慰: 我們不是普通人, 不會說普通話也正常!

2011-01-08

Jingde 旌德

Jest to nazwa "województwa" w Anhui. Ja mieszkam tu w ogromnym mieście: rzeka, góry, dwie równoległe ulice, rynek i kilka uliczek łączących te miejsca. Mają szpital, pocztę, supermarket bez żadnych produktów nieregionalnych. Taka wiocha, że jestem jedyną białą, a żebym się nie czuła samotnie, mówią, że kilka lat temu był tu jeden Murzyn, uczył angielskiego :D Jak mówię po chińsku to się nie dziwią, bo przecież wszyscy mówią po chińsku. Jak mówię, że jestem Ujgurką z Xinjiangu to wierzą, bo w zasadzie Xinjiang jest dla nich tak samo egzotyczny jak Polska. Ale wszyscy są mili, a ja rozkoszuję się rewelacyjnym masażem, spokojem, zdziwionymi spojrzeniami dzieci (mamo, mamo, a ta pani jest biała!)
Specjalnie dla Was kilka fotek:
Lokalna podróbka McDonalda, którego w tym ekhm mieście nie uświadczysz :D

Na pierwszym planie rzeźnik, a te śmieszne regały w tle to chińska specyfika: wypożyczalnia książek. Nie mylić z biblioteką - biblioteki są publiczne i bezpłatne, a to jest prywatne i płatne (cena zależy od "wyczytania" danego egzemplarza i od chodliwości tytułu; można również kupić te książki za kilka kuajów).

Jedna z dwóch głównych ulic Jingde: po lewej, przed czerwonymi miskami, niemal wtopione w kocie łby mocno świeże ryby - przed chwilą wypatroszone.

Druga główna ulica; DIY wieszak na ubranie z suszącym się mięsem zamiast ubrania.

Specjalnie dla Kayki: ryneczek z palmami przysypanymi świeżą warstewką śniegu...

2011-01-05

Tianzi fang 田子坊

Miejsce: Szanghaj, koncesja francuska, południowa granica.
Czas: druga połowa XIX wieku.
To właśnie wtedy zaczęły powstawać shikumeny (石庫門), czyli malutkie kamieniczki, łączące styl chiński z europejskim. Dziś w Szanghaju zostało po nich niewiele śladów, ale wspomniany w tytule Tangzi fang to właśnie takie miejsce z zaklętym czasem.

Ciasne uliczki, prawie jak w Wenecji, teraz już rzadko służą jako domy zwykłych zjadaczy chleba (choć udało mi się znaleźć okno z wywieszonym praniem i miłym swądem żarełka); zmieniły się w sklepy z pamiątkami, galerie, butiki czy bary.

Klimat trochę jak na praskiej Złotej Uliczce - wszystko w wersji mikro, wszystko trochę zbyt na sprzedaż, wszystko kolorowe i zachęcające do spędzenia miłego popołudnia.

Miejsca malutko, a jednak jest to jeden z najmilszych mi szanghajskich zakamarków - można bowiem tam dotknąć prawdziwych starych murów za darmo - a w Szanghaju nie jest to częste...

2011-01-04

Szanghaj nie jest taki zły...

...ale dobry wcale. W Kunmingu mimo wszystko jest powyżej zera, a Szanghaj powitał mnie opadami śniegu. Odliczanie do sylwestra spędziłam wraz z Michaelem i Genem w taksówce, wiozącej nas z lotniska do małego baru "gdzieś w centrum". W barze łącznie z właścicielką i barmanem oraz naszą trójką było 7 osób - pewnie dlatego, że puszczali ohydną muzykę typu jazz albo rock a atmosfera była klubowo-przyjacielska a nie barowo-jarmarczna...
Weekend wystarczył. Zmęczyły mnie imprezy i ciągłe wpadanie na znajomych. I żarcie, minimum 6 razy dziennie, matko...
Więc jestem w kompletnej dziurze w Anhui, gdzie jest jeszcze zimniej, ale za to uczę się gotować po koreańsku. Do niczego mi się to nie przyda, bo przecież gdzie niby kupię składniki, a poza tym chwilowo nie mam swobodnego dostępu do kuchni, ale na wszelki wypadek specjalnie dla Bayushi klasyka koreańskich zup domowych.

Rybny rosół z makaronem

Składniki
  • makaron
  • dashi (oczywiście MUSI być koreańskie ;))
  • cebula posiekana w cokolwiek łatwego do podniesienia za pomocą pałeczek
  • nori 
  • dwa rozkłócone jajka
Wykonanie:
  1. Gotujemy makaron. Odcedzamy, przelewamy zimną wodą (ciekawe, dlaczego Koreańczycy sądzą, że my, białe dzikusy, nie znamy tej techniki...). 
  2. W międzyczasie zagotowujemy wodę w woku, wsypujemy posiekaną cebulę, czekamy, aż przyjemny aromat zacznie się roznosić po kuchni.
  3. Wsypujemy dashi, zagotowujemy na małym ogniu. Na małym, żeby cebula zdążyła zniesurowieć.
  4. Wlewamy powoli jajka, które winny od razu się ściąć. 
  5. Zalewamy makaron zupą. 
  6. Na wierzch wrzucamy kilka kawałków nori.
Zupa na bazie gochujang i tteok

Składniki
  • gochujang (koreańska pasta chilli, z dodatkiem mączki z kleistego ryżu, soli itp.; pikantno-słodka)
  • tteok (odpowiednik japońskich mochi, knedlików z kleistego ryżu) pokrojony w kawałki możliwe do uchwycenia za pomocą pałeczek
  • posiekana ćwiartka kapusty pekińskiej
  • posiekana cebula
Wykonanie:
  1. Rozgrzewamy w woku gochujang, dodajemy wody, mieszamy do uzyskania czegoś w kolorze i konsystencji podobnego do zupy pomidorowej. Zagotowujemy. 
  2. Dorzucamy kapustę i cebulę, gotujemy na wolnym ogniu. 
  3. Wrzucamy kawałki tteok i od tej pory zaczynamy być zajęci, bo tteok trzeba cały czas mieszać, inaczej przywrze. Więc mieszamy - tak długo, aż tteok będzie miękki, łatwy do pogryzienia.
Jeśli chodzi o ilość gochujang, to Koreańczycy dają go tak dużo, że sami płaczą w trakcie jedzenia. Jeśli chodzi o proporcje gochujang i wody - danie może być podane jako zupa bądź jako tteok w gęstym sosie - według uznania.

A jako przystawka coś, co podbiło moje serce: kiszone "liście sezamowe".
Można kupić w puszkach w każdym koreańskim sklepie. Służą do robienia minigołąbków w trakcie śniadania - ryz koreański zawinięty w taki liść to jedna z najcudowniejszych rzeczy świata, nawet sushi się chowa. Kupiłam sześć puszek...
Sprostowanie: chociaż Koreańczycy nazywają te liście liśćmi sezamu, tak naprawdę jest to tzw. "koreański dziki sezam", z prawdziwym sezamem nie mający nic wspólnego, jest to bowiem pachnotka, należąca do tej samej rodziny, co bazylia, szałwia, mięta czy melisa - czyli do jasnotowatych. Po koreańsku wabi się kkaennip i są te liście przepyszne. Oczywiście, każdy Koreańczyk da sobie rękę uciąć, że tak, to jest sezam i przecież on się zna lepiej na kuchni niż jakiś białas...