blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2010-12-29

Mosuo i psy 摩梭人和狗

Lud Mosuo (ten, o którym już pisałam wielokrotnie, że matriarchat i że są wspaniali) podbił moje serce z wielu przyczyn. Jedną poznałam niedawno. Otóż: czczą oni psy.

Dawno, dawno temu, wszystkie stworzenia, duże i małe, żyły sobie wiecznie. Razu pewnego jednak bóg Abaduo 阿巴多 stwierdził, że powoli przestają się mieścić i trzeba jednak jakoś je poograniczać. W ciemną noc postanowił więc wykrzykiwać różną liczbę lat, a zwierzę, które pierwsze się odezwie przy danej liczbie, tyle właśnie lat będzie żyło. I tak sobie krzyczał. Poniżej roku to tylko owady się odezwały. Na sto lat był żółw. Na sześćdziesiąt zaszczekał pies. A ludzie zaspali i odezwali się dopiero, gdy było 13. Dramat! Przecież trzynastolatek jeszcze nic nie przeżył! No i co z rozmnażaniem? Zaczęli więc ludzie błagać boga, żeby dał im jeszcze jedną szanse. A Abaduo powiedział, że jeśli znajdą frajerów, którzy pójdą na wymianę, to on nie ma nic przeciw temu. Szukali więc, szukali, szukali... No ale kto by chciał oddać całe długie życie jakimś dwunożnym kretynom?
Psy jednakowoż już od dawna lubiły towarzyszyć ludziom i wielkodusznie oddały im przywilej życia 60 lat w zamian za nędzne 13.
To poświęcenie czczone jest w każdy Nowy Rok. Wówczas pierwszą miskę, wypełnioną wszystkim, co w domu najlepszego, dostaje właśnie pies. Dopiero kiedy on się naje do syta, cała rodzina zasiada do stołu. Z czasem z kolejności tego, za co się pies zabiera - za mięso, ryż czy zupę - nauczono się wróżyć obfitość przyszłorocznych zbiorów, przepowiadać pogodę itd.
Dzięki, kudłate pieszczochy...

Szanghaj 上海

No przeciez nie bede sie w Sylwestra nudzic w Kunmingu... Jade wiec do jednego z tych miast, ktore nigdy nie spia, z ktorym wiaza sie mile wspomnienia, w ktorym mam Przyjaciol i w ktorym stawie czola pierwszemu Azjacie, w ktorym bylam nieprzytomnie zakochana ;)
Pobede z tydzien i wroce, zeby zdazyc wyprac ciuchy przed Wietnamem :)
Szczesliwego Nowego Roku!!!

2010-12-25

jaselka 圣诞据


Zaszalalam z okazji Wigilii. Skoro bez barszczu, uszek i innych ciast drozdzowych, to chociaz strawa duchowa winna byc bogata.
Msza chinska wyglada podobnie do naszej - najglosniejsze sa stare babcie, drace sie nie do rytmu. Zaskoczyl mnie ksiadz - kazanie wygloszone bylo w duchu mocno nowoczesnym (bo wiecie, tyle tam tych ohydnie brzmiacych imion obcokrajowcow, ze ten synem tego a ten nastepnego, i jak tak sobie myslisz, co te wstretne laowaje wlasciwie maja ze mna wspolnego, musisz zrozumiec, ze Jezus nie zjawil sie znikad. O, nie! On byl najdluzej wyczekiwanym dzieckiem swiata!!), poza tym ksiadz zagrozil, ze nie pozwoli odejsc w pokoju, jak ludzie dalej beda niszczyc krzesla, i zeby uwazali, w jaki sposob zdejmuja tylki z krzesel, bo przeciez mamy rece i krzesla nie musza lupac o oparcia za kazdym razem, prawda?
Troche to bylo szokujace, ale w sumie szybko sie przyzwyczailam. Aha, i muzyczka taka jakby bardziej pentatoniczna - choc przeciez wiele dawnych melodii koscielnych tez nie mialo niz wspolnego z poczciwa heptatonika, to i tak wrazenie azjatyckosci bylo silne.
A potem zaczely sie jaselka.
W kulturze europejskiej czasow sredniowiecza, wladze koscielne z czasem zaczely zakazywac tych przedstawien, poniewaz zaczelo do nich przenikac za duzo elementow swieckich. W grobach by sie poprzewracali, gdyby zobaczyli to, co ja ujrzalam wczoraj: tybetanska potancowke, chor spiewajacy z playbacku (ale playback sie zacial i wtedy wszyscy zrozumieli, dlaczego chor nie powinien spiewac na zywo), chinscy Flip i Flap (tradycja dialogow komicznych 相声), 80letnia staruszka, ktora zaspiewala wszystkie zwrotki chinskiego Kiedy ranne wstaja zorze, Lulajze Jezuniu z akompaniamentem fortepianu i tanczaca Indonezyjka, polonez w wykonaniu Polki, Szkota i Indonezyjczykow plci obojga (niektorzy w tradycyjnych strojach indonezyjskich) i utrzymana w konwencji dyskotekowej opowiesc o tym, ze Bog jest silniejszy od Szatana...
No. ^.^

2010-12-22

piknik klasowy 野餐

Wybraliśmy się jakiś czas temu. My, czyli nasza klasa. No, część w każdym razie. Głównie tajska ta część, ale o tym później. Głównym zajęciem, jak to na pikniku, było:
Mimo, że cel spotkania był tak zacny, nie wszyscy poszli po dobroci:
Swoją drogą, widok muzułmanki uganiającej się za Brytyjczykiem chwyta za serce :)
Jak widać na załączonym obrazku
większość ma skośne oczy. I na tym polegał mój największy problem w trakcie tej wycieczki...
To jest fenomen, który w Europie się nie zdarza. My, wstrętne egoistyczne białasy, gdy trafiamy w międzynarodowe towarzystwo, zupełnie naturalnie przestawiamy się na angielski albo na jakikolwiek inny język większości. W Azji to nie działa. Jeśli jest chociaż dwójka Wietnamczyków, będą gadać po wietnamsku, Tajowie po tajsku itd. Mają w nosie, jak się czują ci, którzy siedzą jak na tureckim kazaniu. Jest to wpieniające o tyle, że teraz już wszyscy moi współstudenci mówią (albo powinni mówić) dość biegle po chińsku. Przecież studiujemy w tym języku, mamy po chińsku pisać prace magisterskie! Ale oni, głusi na żarty, na uwagi, ślepi na barani wyraz twarzy, gdy znowu się śmieją z czegoś, czego ja, nieznająca tajskiego, kompletnie nie kumam... Ba, według ich pojęcia niegrzecznym byłoby mówienie do swych krajan w obcym języku...
Przypadkiem zupełnie absolutnie wyjątkowym i jeszcze gorszym jest ten ze zdjęcia poniżej:
Wbrew pozorom niespecjalnie się lubimy. On to udawany Taj (udawany, bo choć legitymuje się tajskim paszportem, rodzice pochodzą z Kunmingu, a dla niego język chiński jest językiem ojczystym), który ze względu na rewelacyjny poziom języka został klasowym wójtem. Będąc wójtem pilnuje reszty jak Cerber, ale to nie jest największy problem. Problem tkwi w tym, że gardzi wszystkimi, których chiński jest, jego zdaniem, zbyt kiepski. Wyżywa się na studentach, którzy mają wszak pełne prawo nie rozumieć WSZYSTKIEGO - dla nas chiński jest mimo wszystko językiem obcym...
Mnie nie lubi szczególnie, bo ośmielam się wypowiadać w trakcie lekcji, a nie powinnam mieć prawa, bo nie zawsze dobrze rozumiem. To, że wypowiadam się właśnie po to, żeby zrozumieć, jest nieistotne, bo przecież zakłócam tok lekcji, a w dodatku jego, wójta, nudzą tłumaczenia TAKICH OCZYWISTOŚCI.
Czasem zakopujemy topór wojenny, ale...
Grrr...
Dobrze, że chociaż piknik odbył się w miłym miejscu. Patrzcie, jak wygląda Kunming w grudniu:
Piknik odbył się w pięknym parku Haigeng, uwielbianym przeze mnie serdecznie. Za widoki, za czteroosobowe rowery, za ogromniaste eukaliptusy i za miejsca piknikowe :)

2010-12-20

利用中國無產階級 wykorzystywanie chińskich proletariuszy ;)

Lubię tu być. Wszyscy wiedzą, że fascynuje mnie tutejsza kultura, zwyczaje, charaktery tutejszych ludzi. Lubię też Kunming - mimo wszystko. Jest piękna pogoda (opalam się prawie codziennie), leniwy rytm życia, wszystko jak trzeba. Czasem jednak nawet mnie wyprowadzają z równowagi ci ludzie pozbawieni poczucia humoru, patrzący tylko na układziki, interesowni i pewni, że są lepsi od każdego białego. Kiedy jestem już tak zirytowana, że nawet słońce nie pomaga, idę wykorzystywać chińskich proletariuszy, powtarzając sobie, że sami sobie na to zasłużyli, o! Jak to robię?
Kupuję bluzkę z czystego lnu za parę złotych. Idę na mocno wypaśny obiad za 15 złotych. Kupuję kilo bananów za złotówkę. A potem rozsiadam się na krześle, przymykam oczy i pozwalam, by małe chińskie łapki robiły mi trwający ponad pół godziny manicure, żeby przykryły moje paznokcie trzema warstwami lakieru, żeby wymalowały maleńkim pędzelkiem cudne kwiaty czy inne płatki śniegu (nie, ten tutaj wygląda inaczej niż ten drugi, jeszcze raz!), żeby manikiurzystka zabawiała mnie jednocześnie rozmową, a potem płacę te siedem złotych i zachwycona wracam do akademika.

2010-12-19

konkurs wokalny 歌唱比赛

Który odbył się jakiś czas temu, a ja zajęłam wystarczająco wysokie miejsce, żeby liczyć się z nagrodą. To właśnie dlatego zadzwonili do mnie, że nagroda zostanie przelana na konto bankowe. Podałam numer konta i cierpliwie czekałam. Za jakiś czas następny telefon: bo oni to chcą przelać koniecznie na konta w Bank of China i żaden inny bank nie wchodzi w grę. Zapewne dlatego, że tylko przelewy w ramach jednego banku są darmowe, ale to już insza inszość). Bronię się rękami i nogami, mówię, że mam już jedno chińskie konto bankowe i moim zdaniem to wystarczy i żeby mi nie zawracali głowy. W końcu wpadam na pomysł, żeby przelali na konto przyjaciółki, która zawierzyła akurat temu bankowi, co to oni lubią. Mówią, że pomyślą.
Dwa dni później wynikiem myślenia okazało się stwierdzenie, że koniecznie ja, moje konto, a zaufanie do koleżanki mogę sobie wsadzić. Ponieważ zakładanie konta to kłopot i strata czasu, a poza tym nie jest darmowe, zaczynam pytać, jaka jest wysokość nagrody. Może mi się po prostu nie opłaca zakładać konta? Nie odpowiedzieli. Tajemnica państwowa.
W końcu zmusiłam się do pójścia do banku, odstania w kolejce itd. Założyłam konto, opłata 10 kuajów, czyli w przybliżeniu 5 złotych; zmarnowane całe popołudnie.
Czekam.
Nic.
Nie żeby mi na tych pieniądzach zależało, ale, do diaska, konto specjalnie założyłam!
Po czterech dniach telefon, że mam przyjść do biura, poufna i pilna sprawa. Przychodzę, a tam czekają na mnie panienki, które ze skruchą podają mi czerwoną kopertę z oszałamiającą kwotą 50 kuajów (25 złotych) i mówią, że gratulują wygranej...

2010-12-10

Świątynia Konfucjusza w Kunmingu 昆明文廟

Po przyjeździe do Kunmingu kupiłam setki przewodników i książek o miejscach wartych poznania. Chodziłam z mapą, chcąc poczuć magię tego miasta, chcąc zrozumieć, dlaczego jest inne niż wszystkie i próbując odkryć miejsca, w których będę się czuć jak u siebie. Obeszłam cały bez mała Kunming. Znam Dwie Wieże, znam Targ Kwiatów i Ptaków, znam krajobrazy Jeziora Dian i Budynku Wielkiego Widoku. O nich wszystkich, jak i o skomercjalizowanej do granic bólu Wiosce Mniejszościowej, da się przeczytać w każdej książce opisującej Miasto Wiecznej Wiosny. A jednak te wszystkie miejsca wystarczyło odwiedzić raz – a potem nie chciałam już tam wracać. No, może z wyjątkiem Jeziora Dian, bo tam akurat pięknych miejsc jest w bród, a ja uwielbiam wodę.
I właśnie gdy myślałam, że w centrum Kunmingu do patrzenia na tubylców mam tylko zatłoczone Szmaragdowozielone Jezioro, odkryłam Świątynię Konfucjańską.
Świątynia Konfucjusza w Kunmingu powstała za czasów mongolskiej dynastii Yuan. Postawił ją... i tu małe zaskoczonko: muzułmanin irańskiego pochodzenia, wywodzący się z Buchary, miasta dzisiejszego Uzbekistanu. Ten oto muzułmanin został wysłany przez Kubilaj-chana , żeby zrobić porządek w Yunnanie. Porządek zrobił – a przy okazji zaczął zmuszać Yunnańczyków do przyjmowania kultury chińskiej, która wszak nie była kulturą ani samego Sayyid Ajjal Shams al-Din Omara 赛典赤·赡思丁, o którym tu mowa, ani też Kubilaj-chana, który, jak wszyscy wiedzą, był dzikusem, Mongołem znaczy (choć usankcjonowanym, bo będąc piątym Wielkim Chanem Mongolskim został jednocześnie pierwszym cesarzem dynastii Yuan, którą Chińczycy traktują jak swoją). Tak więc właśnie ten irański muzułmanin wysłany przez Mongoła postawił pierwszą w Yunnanie Świątynię Konfucjusza.
To właśnie tam zaczęło się yunnańskie szkolnictwo. Początkowo studentów było raczej niewielu, ale z czasem Świątynia zaczęła przyjmować nawet 150 studentów w semestrze! Było to miejsce o tyle ważne, że w mury szkoły trafiały również dzieci przywódców poszczególnych mniejszości narodowych (w owym czasie będących jeszcze w większości); tym sposobem nauczyciele świątynni mogli wprowadzać w życie zasadę „ 有教無類”, czyli edukacji dla wszystkich bez względu na status.
Na całe nieszczęście ta najstarsza wersja mojej ulubionej świątyni nie przetrwała do dziś; obecnie oczy nasze cieszy wersja z 1690 roku, co i tak jest imponującym wynikiem w mieście, w którym prawie wszystko jest względnie nowe.
Po co powstaje Świątynia Konfucjusza? Po pierwsze by uczcić pamięć Pierwszego Nauczyciela. Po drugie żeby krzewić konfucjanizm i kształtować charaktery wedle konfucjańskiej matrycy. Jednak w każdym tekście propagandowym na temat tego miejsca znajdziemy setki informacji, jak to świątynia ta stała się miejscem dialogu kultur yunnańskich z kulturą chińską i wypracowywania wspólnego mianownika, tak ważnego w Chinach. Oczywistym jest, że wspólnym mianownikiem mogła się stać jedynie najlepsza z najlepszych kultura chińska. Jednocześnie między wierszami można wyczytać, że dopiero z powstaniem konfucjańskiej świątyni, rdzenni mieszkańcy Yunnanu (a i to tylko wybrani!) poznali pojęcia takie jak moralność, etyka...
Świątynia jest piękna. Wchodzi się do niej jak do zupełnie innego świata. W centrum miasta oaza spokoju, przedsionek nieba. Wszystko jest jak trzeba – jest jeziorko, w środku wielokolorowe karpiki koi, dużo drzew i kwiatów, na ścianach pawilonu herbacianego piękne freski. Czasem udaje się tam podejść tak, że nikt inny nie przeszkadza. Wtedy umiem sobie wyobrazić, że dawniej było jeszcze piękniej.
Po upadku cesarstwa (1911) Świątynią przestali rządzić konfucjaniści, a zaczął dowodzić motłoch. Skończyły się czasy egzaminów cesarskich, więc po co komu miejsce, które do takich egzaminów przygotowywało? Miejsce zaczęło podupadać, przerodziło się w madżongarnię, herbaciarnię, szachogralnię i ogródek działkowy. Po ustanowieniu ChRL nic się nie zmieniło, a jeśli już, to raczej na gorsze. Świątynia została przemianowana na „publiczny ogród sztuki i rozrywki”. W okresie Rewolucji Kulturalnej zniszczono resztki piękna. Z wielkiego kompleksu świątynnego przez lata wykrawano kolejne kawałki, burząc kolejne budynki. Żeby śladu nie zostało, żeby wiatr miał czym poruszać... Teraz powoli władze miasta zaczynają sobie przypominać, że właściwie to dałoby się niewielkim nakładem pracy i środków doprowadzić to miejsce do względnego porządku. Cóż jednak z tego? Dawne tereny świątynne już dawno zostały wchłonięte przez miasto. Tutaj został rzeczony ogród i pawilon herbaciany z malutką herbaciarenką w stylu chengduńskim (herbaty zielone i kwiatowe, gaiwany, termosy z 5 litrami wrzątku, sam sobie zaparzasz wedle uznania i za wszystko płacisz zaledwie kilka kuajów, a możesz tam przesiedzieć cały dzień), jest to również siedziba sekretariatu Miejskiego Domu Kultury, ale niewiele z tego wynika. Tyle, że jest w środku miasta miłe miejsce dla emerytów, uprawiających operę pekińską i grających w rozmaite gry planszowe/karciane. A ja? Zakochałam się w świątynce od pierwszego, zimowego wejrzenia, kiedy jeszcze nie wiedziałam, że będę tam spędzać całe godziny na podpatrywaniu życia Chińczyków. Kiedy poszłam tam po raz pierwszy, w stawie nie było ryb, drzewa dopiero zaczynały kwitnąć, a w środku nie było nikogo. Gdy tam chodzę teraz, ogród tętni życiem. Staruszkowie uprawiają hazard, dzieci biegają, matki plotkując piją herbatę. Ja siedzę, uczę się krzaków, robię zdjęcia, odpowiadam uśmiechem na zaciekawione spojrzenia. Gdy przymknę oczy, wyobrażam sobie, jak dawna arystokracja mandżurska przynosiła tu klatki z ptakami, coby ptaki się od siebie nawzajem uczyły śpiewu, a małe chińskie dzieci grzecznie powtarzały za nauczycielami konfucjański katechizm. A może przychodzili ubrani w czarne peleryny Yi? A może lekcjom przysłuchiwali się szamani? A może?......
Gdy chcę odpocząć od zgiełku, szukam spokoju właśnie w tym miejscu. Które, nie oszukujmy się, dla większości kunmińczyków jest tylko nazwą przystanku autobusowego. Z tymi, którzy kochają to miejsce tak samo jak ja, czuję silną więź. To my, prawdziwi starzy kunmińczycy, którym jest żal każdej starej cegły...




2010-12-09

chiński szpital 2

Tym razem z autopsji. Czasem bywa tak, że nie wystarcza domowa apteczka. Wybrałam szpital uniwersytecki, bo najbliżej, a ja już się ledwo czołgałam. Bez wcześniejszych zapisów, w 15 minut zobaczyłam się z lekarką, która mnie obadała na wszystkie strony, a potem zapisała, co mam ze sobą zrobić i jakie lekarstwa kupić (oczywiście w szpitalnej aptece) i poszłam zawrzeć bliższą znajomość z kroplówką. Przeleżałam 3 godziny i zostałam wypisana do domu z zaleceniem ostrej diety i przyjmowania odpowiednich lekarstw.
Dziś czuję się lepiej, więc chyba poskutkowało. Ale coś, co mnie najbardziej zaskoczyło to wcale nie to, że chińskie pielęgniarki nie poprzebijały mi żył (co jest normalką w polskich szpitalach) ani że przychodziły co pół godziny poprawić mi poduszkę, ale raczej opłaty: 70 groszy za widzenie z lekarzem. 3 złote za łóżko szpitalne. 15 złotych za lekarstwa.
Mogę tu chorować, jak już muszę... :P

2010-12-03

Wietnam

Planuje jechac na ferie do Wietnamu. Moze tez do Kambodzy, Laosu... Nie wiem jeszcze, to w praniu wyjdzie. 
Na Chinski Nowy Rok zaproszona zostalam przez Mojego Ulubionego Wietnamczyka Z Pokoju Na Dole. Opowiada, ze zadzwonil do domu z ta rewelacja:
-Mamo, na nowy rok przyjedzie moja przyjaciolka, Polka.
-Lomatkobosko, ale co ona bedzie jadla??!!
-Wszystko.

A potem jeszcze dyskutowali o tym, po jakiemu sie bedziemy dogadywac, skoro ja ani slowa (no, poza kilkoma przeklenstwami i "kocham Cie", oczywiscie wlasnie ;)) po wietnamsku nie teges. Moj Ulubiony i tak dalej obiecal, ze bedzie mnie pilnowal 24 godziny na dobe... ;)

2010-12-01

Chińskie supełki - finał

Dziś były ostatnie zajęcia z wiązania chińskich supełków. Mam dwie lewe ręce. Dzięki wrodzonemu ekhm perfekcjonizmowi tudzież wielkim ambicjom rękodzielniczym.... owacje... tak, właśnie... więcej proszę... a także dzięki nawiązaniu stosunków dyplomatycznych z Koreą Południową i jej jakże utalentowanymi przedstawicielami, udało mi się stworzyć to żółte, które nie ma żadnego celu, poza tym, że można to gdzieś powiesić, a także to różowe, które, jeśli ktoś nie poznaje (a przecież widać wyraźnie!), jest psem (no, głowę ma... a te pętelki to uszka.... i tułowik też ma... i dłuuuugaśny ogonek, za który można go powiesić przy kluczach, i w ogóle!).
Zdobyłam zaliczenie i tylko to się liczy :)