blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2009-01-19

非誠勿擾 prosimy nie przeszkadzać

Czyli najnowszy film wspaniałego Feng Xiaoganga, komedia romantyczna. Podobała mi się, bo była słodka ale i faktycznie zabawna, a poza tym uwielbiam Ge You 葛優 (uwielbiam go od Żyć! 活著 i chyba już mi nie przejdzie...), który jest brzydki jak noc listopadowa, ale ma piękny głos, a poza tym i tak jest chińskim amantem wszech czasów. O samym filmie opowiadać nie będę (od czegóż jest wiki?), ale była tam jedna cudowna scena, z okazji której ryknęłam śmiechem.
Facet szuka żony poprzez stronę internetową i spotyka się z różnymi dziwnymi babkami - na przykład jedna sprzedaje miejsca na cmentarzu, druga ma amnezję itp. Trafia również na reprezentantkę yunnańskiej mniejszości etnicznej. Pyta, jak dojechać do jej domu rodzinnego. Ona odpowiada: najpierw samolotem do Kunmingu (bo rzecz dzieje się w Pekinie), potem trzema autobusami do coraz bardziej oddalonych wiosek, a potem jeszcze pół dnia na mule... A mój prywatny Bruce Lee napisał do mnie właśnie, że nie wiadomo, czy motor przejedzie, bo ostatnio pada i być może odbiorą mnie z Zhongjiangu konno.... :D
Następnie główny bohater filmu zapytał tę reprezentantkę mniejszości, co będzie, jeśli małżeństwo nie będzie udane i on będzie chciał się rozwieść. Dziewczę z kamiennym spokojem odparło, że jej brat przyjedzie mu połamać nogi...
Hmmm.... Czy ja naprawdę chcę jechać na wieś do reprezentanta mniejszości na chiński nowy rok?... :D

2009-01-18

Chiński Nowy Rok na wsi

Jadę!
Jadę na chiński Nowy Rok do mojej prywatnej wersji Bruce'a Lee i do jego całej rodziny (wiecie jak to jest w tych małych wioskach - sami kuzyni ;)). Najpierw do Dali. Potem do Zhongjiangu. A potem to mnie konno odbiorą, jeśli błoto będzie za duże na motocykle ;)
Będę tam prawie miesiąc. Jeszcze nie wiem, czy jest prąd i ciepła woda, ale jestem przygotowana na najgorsze (mój prywatny Bruce Lee miał kilka zapasowych baterii do komórki, co wydaje mi się mocno podejrzane...).
Cieszę się jak głupia :D Przecież właśnie po to tu przyjechałam, żeby poczuć te prawdziwe Chiny, prawda? Nie Pekin, nie Szanghaj, nie Kunming nawet, a chiński nowy rok w domu gromadzącym przedstawicieli czterech mniejszości etnicznych (mój Bruce Lee jest głównie Yi, ale powżeniali się też Baiowie, Naxi i Tybetańczycy).
Muszę kupić podarki - wódka (gdzieś w Walmarcie mignęła mi Wyborowa), słodycze, owoce, herbata. Miejmy nadzieję, że się wkupię w ich łaski. Bo jeśli nie, to całe ferie spędzę na wybieraniu grochu z soczewicy...

Dlatego uzupełnianiem blogu zajmę się, gdy już wrócę. A jest co uzupełniać - bo wreszcie zwiedziłam trochę Kunmingu. I Kamienny Las. No i kupowałam na dworcu kolejowym bilet tuż przed chińskim Nowym Rokiem... Ale o tym - już w lutym.
Wakacje!!
Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

2009-01-11

Dzieje się!

Weryfikacja przebiegła bez zakłóceń. Wypadła na korzyść podmiotu, który okazał się być faktycznie mocno ekstrawertycznym pijakiem... To znaczy, pijakiem jak na standardy chińskie - po trzech kieliszkach nalewki na chińskich ziółkach (słodkiej! pysznej! domowej!) nie zwalił się bowiem pod stół. Ja też wytrąbiłam kieliszek... czy dwa... Bo właśnie dane mi było jeść kolację w prawdziwym yijskim domu, z ichniejszym przepysznym boczkiem wędzonym z piklami, z rybą na pikantnie i z serdecznością, której Hanowie się chyba w życiu nie nauczą. Oczywiście, zostałam zaproszona na chiński nowy rok, oczywiście mam przychodzić częściej, bo to prawdziwa radość gościć (białego chińskojęzycznego dziwoląga) lubiącego chińską kuchnię zagranicznego przyjaciela. Czteroletnia latorośl w imię dozgonnej miłości podarowała mi złotą monetę z Mao (wiecie, złota powłoczka i w środku czekolada :D), a kiedy powiedziałam, że się odchudzam, latorośl odrzekła, że dla Yi jestem jeszcze zdecydowanie za chuda :D Dorośli napoili mnie herbata (że alkoholem też, to już wspominałam) - a gdy bezbłędnie rozpoznałam typ herbaty, po samym zapachu i wyglądzie liści, stwierdzili, że jestem "swoja" :D Do tego stopnia swoja, że gdy wyłączono prąd (u mnie w domu też nie było, jak się później dowiedziałam - jakaś grubsza awaria), to zapaliliśmy świeczki i nadal cieszyli się towarzystwem - jakieś pięć godzin łącznie.
I mają zjawiskową folkową muzykę.
Podsumowując: lubię reprezentanta Yi dlatego, że nie wstydzi się mnie pokazać rodzinie, dlatego, że ma fajną tę rodzinę (a to, jak twierdzą Starsi Panowie, jest bardzo istotne), dlatego, że lubię się czuć zaopiekowana i dlatego, że mówi piękną chińszczyzną - choć dla Niego nie jest to język ojczysty. To, że jest śliczny jak obrazek, jest całkowicie drugorzędne... :D

2009-01-07

夏日香氣 여름향기 Aromat lata

To tytuł koreańskiego serialu romantycznego (oczywiście właśnie). Od wczoraj przebrnęłam (tak, to właściwe słowo) przez siedem odcinków. Wiecie, morwa to morwa, ale jak nie leczy - antybiotyki. Dobrze, że są na podorędziu... W każdym razie, pozwoliłam sobie z okazji ukończenia sesji (wyniki... a kogo obchodzą wyniki?! Ważne, że to już za mną ;)) oraz z okazji antybiotyków na Nieróbstwo Totalne. To nie jest takie zwykłe nieróbstwo, że nie posprzątam w pokoju (o tym nie warto wspominać, bo zdarza się w 9 wypadkach na 10), że nie zrobię czegoś tam, bo wolę poleżeć. Nieróbstwo Totalne wymaga przygotowań. Przede wszystkim - upewnij się, że możesz (i chcesz!) przytyć jakieś 5 kilo. Podczas NT zabrania się surowo wszelkiej aktywności fizycznej. Nie zabrania się za to żarcia dużo, dobrze i niezdrowo - tak więc przytaszczenie trzydniowych zapasów stanowiło następny punkt przygotowań. Rzecz kolejna - przygotowanie dużej ilości kocyków, poduszek, czego tam jeszcze - żeby nam się odgniotki na co wrażliwszych częściach ciała nie porobiły. Czajnik - bo duże ilości herbatki są nieodłącznym elementem wychodzenia z choroby. Internet też dużo ułatwia. Muzyka. Książki. No i - filmy.
Nie chce mi się nawet wymieniać tytułów tych wszystkich ambitnych filmów, które błagają z półeczki, bym je wreszcie obejrzała (do tej pory nie było czasu). Obejrzę, obejrzę... Ale NT wymaga również braku zaangażowania zwojów mózgowych. Więc - koreański serial jest jak najbardziej na miejscu.
Po pierwsze: akcja zmieściłaby się w trzech zdaniach.
Po drugie: dialogi są takie same jak w peruwiańskich Luz Mariach itp.
Po trzecie: można iść w trakcie do ubikacji bez pauzowania :D
A teraz prawdziwy powód, dla którego to oglądam.
Chiński dubbing. Jest świetny. Głosy cudownie dopasowane do kompletnego braku mimiki/przesadnej mimiki bohaterów. No i brak napisów. Zwłaszcza to ostatnie mnie zafascynowało - bo zawsze podpierałam się jednak napisami i w momentach krytycznych pauzowałam i leciałam po słownik :) Tutaj napisów nie ma, więc słucham. Frazy wpadające w ucho, zwroty grzecznościowe, poprawne użycie wszystkich pokopanych i niemożliwych do zapamiętania 下来 i 下去, a także... zdrowa dawka niczym nie skrępowanego śmiechu. Nie kocham się w ulubieńcu rozchichotanych chińskich nastolatek (宋承憲 송승헌 Song Seung Heon), bo według mnie wygląda jak 15-letni chłopczyk a nie jak amant :D Zgranie do cna na wskroś romantycznego Mendelssohna też mnie nie bierze. Historia... no naprawdę, ona miała przeszczep serca i przypadkiem poznaje ukochanego dawczyni, a za każdym razem, gdy go widzi, okazuje się, że serce bije mocniej - pewnie ukochana zza grobu daje znać, że pamięta :D No nie da się ani ćwierć słowa wziąć na poważnie :D Ale... Sprawia mi jakąś masochistyczną przyjemność oglądanie; zauważam drobiazgi. Na przykład: przed podarowaniem pierścionka zaręczynowego para nie trzyma się nawet za ręce. Przed zaręczynami para się nie całuje. Co więcej, przed zaręczynami facet nie ma prawa wstępu do mieszkania swej lubej. I to mimo iż znają się od czasów wczesnego liceum... No takie tam.
Różnice kulturowe istnieją, grrr. Oczywiście, seriale romantyczne nie są serialami dokumentalnymi. Ale w naszych pary się bzykają i często zmienia się skład, a w tych koreańskich - brak cielesności, dotknięcie jest już zazwyczaj przegięciem. A jak facet próbował dziewczynę cmoknąć, to następnego dnia ją przepraszał, że to dlatego, że już się tak zżyli i po prostu przestał nad sobą panować...
Buuu...
Jedyna nadzieja w fakcie, że reprezentant mniejszości Yi jest dużo mniej skrępowany mocno rozbudowaną etykietą azjatycką, a chińską w szczególności. W ogóle, mniejszości szczycą się tym, że potrafią mówić prosto z mostu w przeciwieństwie do Hanów i innych Azjatów; tym, że potrafią robić i pić wódkę (kiedyś napiszę, jak piłam z Tybetańczykami... ale był bal! :D); tym, że mężczyźni... hmmm... nie, na ten temat nic nie napiszę, trochę się jednak wstydzę :D
Cóż. Dwie pierwsze przechwałki zweryfikuję już w najbliższą sobotę :D

梅蘭芳 Mei Lanfang

Najnowszy film Chena Kaige. Tytuł to po prostu imię głównego bohatera - Mei Lanfang. Imię to zna każdy Chińczyk. Nie tylko dlatego, że to jeden z czterech najsławniejszych śpiewaków opery pekińskiej (to bym zrozumiała), ale przede wszystkim (sic) dlatego, że stał się symbolem patriotycznym. Nie chciał śpiewać dla Japończyków w czasie okupacji. Bierny opór, tak lubiany przez Chińczyków...
Cóż. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, tak naprawdę przez ośli upór ocalił życie. Japończycy go nie zabili za to, że nie chciał współpracować, a gdyby współpracował, to późniejsze chińskie władze by go wykończyły za kolaborację... Kiedy mówię, że dla współczesnych Chińczyków ważniejsza jest jego rola społeczna niż muzyczna, naprawdę nie przesadzam - przerozmawialiśmy o nim kiedyś pół zajęć z chińskiego mówionego i nasz nauczyciel rozentuzjazmowany powtarzał, że to był wzór Chińczyka!
Piszę o tym, bo .... hmmm... jak by tu powiedzieć. To nie to, że dla Chena Kaige ważniejszy był ten artysta jako patriota (nieustępliwy wobec wroga, bla bla bla), przecież film JEST filmem muzycznym. Ale... no, jakoś tak mnie ta moralizatorska strona wpieniła.
I to była jedyna wpieniająca mnie strona. Podoba mi się obsada (nienawidzę serdecznie Zhang Ziyi, ale dało się ją przeżyć w tym filmie.... I nieźle śpiewa jako facet ;) ), dobrze, że zamiast Wang Leehoma rolę główną dostał Leon Lai. Było kilka niezłych dialogów - między żoną i kochanką. Między Japończykami i Nim. Nie wiem, jakie będą w wersji angielskiej/polskiej, ale po chińsku - rewelacja. No właśnie. Nabieram wprawy w oglądaniu wyłącznie po chińsku. Na filmy sensacyjne jeszcze jestem za kiepska, ale biografie, romanse, a nawet komedie już przyswajam. :)

2009-01-04

choram 生病了

a w dodatku sesja za pasem.
W zwiazku z czym nie poszlam na lepienie pierogow do mojej kochanej p. Krol... Ktorej rodzina mnie chyba polubila, skoro pozwolili mnie zaprosic po raz drugi ;)
Jutro ustny dla zaawansowanych. Pojutrze gramatyka i ustny dla sredniakow. W morde jeza. Po co ja tu niby przyjechalam? Aha, tak, bo ja ten chinski cholernie lubie... Zapominam o tym naprawde tylko czasami :D
而且马上要考试。所以今天真没办法去老师的家包饺子。顺便说说, 她家人大概喜欢我了, 要不然他们不会再请我来,对不对? :)
明天考高级班的口语。后天两门考试: 综合和中级口语。
天哪! 我是为什么来这里的呢? 啊, 大概是因为我喜欢学习汉语。。。我只有的时候忘记这个理由。。。 ;)
不得不用简体字,我电脑上不了网。。。 :(

PS. Lecze sie oczywiscie chinskimi lekami. Tabletki z chryzantem i lisci morwy. To i tak lepiej niz poprzednio, gdy jednym ze skladnikow byl sproszkowany rog jaka :D Na lokalne zarazy najlepsze lokalne paskudztwo... tfu, lekarstwo znaczy. Ketonal mi nie zbil temperatury, a chryzantemy i owszem. A poza tym morwa ma tez dzialanie odchudzajace... :D

2009-01-02