blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2008-11-16

茶藝 sztuka parzenia herbaty

Wszyscy wiedzą, że mnie to zawsze fascynowało. Zawsze - czyli od momentu, gdy na Tajwanie zaparzono mi tradycyjnie herbatę czarnosmoczą (o ileż lepiej to brzmi od dziwacznego "ulung"!). Nie jestem specjalistką. A jednak biję na głowę współczesne Chinki, które raczej hellokittują niż mają jakiekolwiek pojęcie o własnej kulturze. Ponieważ moi Chińczycy już wiedzą, że jestem fanką PRAWDZIWEJ chińskiej kultury, zostałam zabrana do herbaciarni i nauczona parzenia herbaty pu-er. Tu od razu muszę zaznaczyć - smak pu-er waha się od delikatnej zielonej herbaty aż po coś mocniejszego od Liptona. Typów pu-er jest ile gwiazd na niebie. I ani jeden dobry pu-er nie przypomina tych sików kota, które można dostać w Polsce. Ale oczywiście smak zależy głównie od sposobu parzenia. Pu-er parzy się we wrzątku - zarówno "surowy", czyli zielony, jak i ten bardziej znany, czyli "dojrzały" - czerwony, który od surowego jest słodszy i mocniejszy, za to zapach ma słabiutki; surowy pu-er pachnie słodyczą świeżych liści herbaty. Tu ciekawostka: ten dojrzały jest tak mocny, że wypity na pusty żołądek daje uczucie podobne do lekkiego wstawienia - stąd określenie 茶醉 pijany herbatą. Generalnie z chińską herbatą trzeba uważać - ja wypiłam dziś dość sporo i chyba nie dam rady tak po prostu teraz zasnąć...
Pu-er to nie tylko smak. To również sposób przyjęcia gości. Nie ma zbędnych gestów. Każdy szczegół jest ważny. Można okazać lekceważenie/szacunek przez ustawienie dzióbka czajnika, kolejność nalewania, sposób zalewania liści, podawanie czarek... Reguły są w sumie dość łatwe - za to bez odpowiedniego treningu niemożliwym jest wykonanie wszystkiego z gracją. Widzicie ułożenie ręki tej dziewczyny? To jest jedyny właściwy sposób przelania herbaty z czajniczka do wspólnej czary, z której następnie rozlewa się herbatę do poszczególnych czarek. Wydaje się nienaturalny - a jednak to jedyny sposób, żeby nie gubiąc pokrywki i nie rozlewając naparu przelać bardzo gorącą herbatę do ostatniej kropelki, nie parząc jednocześnie dłoni. Próbowałam znaleźć inną metodę - ale tych paręset lat kultury herbacianej jednak nauczyło Chińczyków najlepszych metod...
Nie odmówiłam sobie próby sprostania wyzwaniu. Dzięki pianistycznej przeszłości mam dłonie wystarczająco giętkie i pewne, by próbować trzymać gaiwan tak jak trzeba - towarzyszące mi Chinki jednogłośnie stwierdziły, że trzeba mnie tylko ubrać w 旗袍 (qipao, tradycyjną chińską kieckę) i mogę śmiało konkurować z chińskimi herbaciarkami. Dobry pu-er można parzyć nawet kilkadziesiąt razy. Smak coraz delikatniejszy, ale według mnie również coraz słodszy. Mnie osobiście najbardziej pasowały parzenia od siódmego do dziesiątego - już nie gorzkawe, jeszcze nie słabe.
Kiedy już nas herbata wyciszyła, można się było zacząć cieszyć miłym towarzystwem, pięknem muzyki, pięknem miejsca. Chińczycy wierzą, że również herbata ma duszę. Ta sama herbata, parzona tą samą wodą, będzie smakować inaczej w zależności od twojego humoru, pory dnia, tego, jakiej słuchasz muzyki i z kim przebywasz. Herbata oddaje uczucie, z jakim ją parzysz.
Nasze uszy cieszyło brzmienie guzhengu, znakomicie wspierające cokolwiek antyczną atmosferę herbaciarni. Miejsce - drewno + kwiaty + piękna ceramika - to wszystko dawało niewiarygodny spokój, porównywalny z tym osiąganym podczas ćwiczenia kaligrafii...
Na zakończenie ceremonii (tak, uważam to za ceremonię - choć żartowaliśmy, choć czasem się śmialiśmy może zbyt głośno, choć siedzieliśmy swobodnie - mimo wszystko nastrój bezczasowości ogarnął nas wszystkich) trzeba podziękować... hmmm... bogu herbaty? Nie, to nie bóg, mimo że bywa tak nazywany i oddaje mu się cześć pokłonem. To Lu Yu 陸羽, autor Księgi Herbaty 茶經 - pierwszego kompletnego opracowania na temat uprawy, parzenia i picia tego szlachetnego napoju.
Jestem szczęśliwa. Nie dlatego, że nauczyłam się parzyć herbatę - jeszcze dużo wody w Jangcy upłynie zanim będę mogła tak o sobie powiedzieć. Ale - wydaje mi się, że parzona w ten sposób herbata stanie się moją dobrą przyjaciółką. :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.