blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2008-01-24

Mahiru no Shinsatsushitsu (まひるの診察室)

Przy tak wysokiej gorączce i tak nie ma sensu się uczyć. Uczyć? Nawet czytać normalnych rzeczy nie mogę, przy telewizji i kompie w ogóle wysiadam. Dlatego sięgnęłam po tę mangę. Nie dajcie się zwieść! Choć podałam tytuł po japońsku (w końcu manga ta JEST japońska, autorstwa Numajiri Yoshimi zresztą), ja mam wersję chińskojezyczną.
Gdy opuszczałam Tajwan, Satoshi mnie namówił na kilka cokolwiek romantycznych mang - z własnej nieprzymuszonej woli kupiłam tylko o skoczku narciarskim i o wilkołaku :D Ta została wydana w serii Modern Female, więc wiadomo było, że nie będzie dobrze. Całe szczęście, okazało się, że jest za trudna. Irytowało mnie ciągłe szukanie trudnych wyrazów w słowniku. Zwłaszcza, że dużej części i tak nie znajdowałam. Nie przebrnęłam przez pierwszych kilka stron i manga wylądowała na mojej azjatyckiej półeczce z innymi dziwolągami.
Wczoraj z zaskoczeniem stwierdziłam, że początek nie jest taki straszny. Odróżniam imiona bohaterów od akcji (to nie takie łatwe, gdy nie ma podziału na wielkie i małe litery :P), a na dodatek zorientowałam się, że jeden z bohaterów jest urologiem (urolog? Tak, najniezbędniejsze chińskie słówko!!). A potem z prawdziwą radością odkryłam, że "ptaszek" oznacza u nich to samo, co u nas. Że wiem, iż Japończyk może "wżenić" się w rodzinę swej bogdanki (i znam na to słówka, to dzięki zajęciom z estetyki Japonii). Że znam nazwy ciasteczek jedzonych podczas różnych świąt. A potem wciągnęła mnie treść... i umarłam ze śmiechu. Umierałam, kiedy główna bohaterka się mściła na pacjencie, który mając dziewczynę korzystał bez zabezpieczenia z uroków podróży służbowej (BTW, dowiedziałam się też, jak jest prezerwatywa, bardzo potrzebne słówko!). Umierałam, gdy ojciec ją swatał. Umierałam, gdy skończone bałwany się jej narzucały, gdy się zakochała w bandycie, gdy z różnych względów nie mogła dojść do skutku jej własna noc poślubna.

A potem się nie śmiałam. Bo małżeństwo zawarte z rozsądku, swatane długi czas, nieromantyczne do sześcianu - właśnie to małżeństwo dało jej w końcu szczęście. Nauczyła się kochać męża. Nauczyła się żyć czymś innym niż praca. Nauczyła się nie pamiętać, jak bardzo kocha(ła) tego drugiego, który nie mógł z nią być, bo nie mógł przejść do jej rodziny. Zaszła w ciążę. Jest szczęśliwa.

Czy romantyczna miłość nie jest w naszej kulturze przeceniana? Tak, wiem, pobudziła mnie do takich przemyśleń manga, w której realizmu za grosz. Ale pytanie pozostaje... Dla naszych prababć stwierdzenie "miłość przyjdzie później" było naturalne. Dla nas to nie do pomyślenia. Ale czy przez to jesteśmy szczęśliwsi?...

1 komentarz:

  1. To chyba wiąże się z takim rozumieniem miłości, jakie od jakiegoś czasu przedstawiają mi moi znajomi (żonaci i mężaci). A mianowicie, że miłość to decyzja, nie emocje. W sensie: decyduje sie, że bede Cie kochać :)
    Jest oczywiście zakochanie i fascynacja, ale nie może zabraknąc takiej decyzji.
    W każdym razie, są szczęśliwi :)
    pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń

Proszę, nie anonimowo!
A jeśli nie na temat bądź niekulturalnie, skasuję.